podróże,  życie

no może na studiach robiłem to ostatni raz?

Bo wydawało mi się, że już nie umiem, nie potrafię.

Dziś miałem miły dzień. Tak miły, że mógłbym tu zostać dłużej.

Rano obudził mnie sąsiad z dołu. Pluskał się w basenie. Pomyślałem sobie na sam przód – chyba klepki panu się przestawiły, żeby przed 8 rano się pławić w basenie.

Ale po chwili podrapałem się po głowie, przymrużyłem lewe oko i skonstatowałem – czy ja wiem Maciek? To nie taki głupi pomysł.

Woda super miła i przyjemna. Lepsza niż o 18.00. Heh!

Aaaa, okazało się, że sąsiada mama jest/była z tej samej wsi, co … moja mama! Co za zbieg okoliczności?! Złotoria rules!

Miałem dziś miły dzień. Spotkałem miłych ludzi z UK i USA. Także Niemcy kontra Reszta Świata 0-3.

Z Brytolami schodziłem po krętych schodach do Starego Portu. Osiołkami schody obstawione. Donkey ride! Donkey ride! No może jedna osoba się skusiła.

Co do osiołka i wyrazu ezel (osioł po niderlandzku), to znam ten obcy wyraz z serialu Friends. Był taki odcinek, w którym główny bohater chciał podnająć mieszkanie od pani Holenderki i się uczył słówek. A w ich kawiarni ulubionej kelner Gunther chyba był o korzeniach holenderskich i wypalił do głównego bohatera „ezel”. Ten przewertował rozmówki i się zbulwersował. Także zapamiętałem ten wyraz.

Wielki Pe jest translatorem niderlandzkim. Kiedyś mu wypaliłem „ezel” i on zrobił taaaaaakie oczy, że warto było ten wyraz jednak zapamiętać. Kolega był przekonany, że ja znam ten język. No mina jego bezcenna. Tyle o ośle.

Fajni młodzi ludzie z UK. Się pośmialiśmy, pogadaliśmy. Okazało się, że z południa Wyspy są. A jak powiedziałem im, że na południu to ja byłem tylko w Bournemouth, to koleś mi koleżankę podsuną, bo ona stamtąd. To sobie powspominałem z nią wyjazd z 2006 roku.

Wycieczka miała być prosta – wulkaniczna wyspa i hot spring czyli gorące źródełko.

W porcie spotkałem 2 Nju Jorki i 1 Bostona. Się towarzystwo rozgadało.

Byłem przekonany, że wulkaniczna wyspa to jakaś atrakcja będzie, bo szumnie zapowiadali oglądanie krateru. Hm, no cóż, nie. Ale taki spacer pod górkę nawet miły. Zagadałem parę, bo pani się ledwo wlokła, a pan w klapkach szedł. I się okazało, że państwo z Arizony. Bardzo miłe Państwo. Także definitywnie Niemcy kontra Reszta Świata 0-3. Zdziwiłem się jakim cudem oni się w Europie znaleźli. Okazało się, że kilka krajów się otworzyło dla Ameryki. To czemu cholera ja nie mogę pojechać do moich Ul?

Ojej! Na łódce pogadałem jeszcze z Ukraińcami. Myślałem, że Ruskie, ale jak zagadałem po ichniemu, to poinformowali mnie, że z Charkowa. A oni znowu z tym „pan”. I weź im wytłumacz, że ja nie „pan”. Ja „ty” jestem. Także Germania vs Reszta Świata 0-4!

Po wyspie wulkanicznej nadszedł czas na gorące źródełka. Taka brązowa woda od siarki. Zatrzymali statek i powiedzieli, że kto chce to może skakać i podpłynąć do tych źródełek. Ze 30 metrów trzeba było płynąć. Miałem gatki kąpielowe, ale nie spodziewałem się, że to trzeba będzie wpław tam dotrzeć. Troszkę spanikowałem. Jako jedyny zszedłem po schodkach, reszta skakała z burty. Pan zaoferował mi … foam finger. Tak przynajmniej mi kolejna Amerykanka to określiła, kiedy zapytałem jej jak to się nazywa. But it’s not the offical name – ostrzegła. W każdym razie to była taka piankowa pałka. Nie wziąłem, bo się zawziąłem. Kilkanaście osób używało tego jednak. Pan w biurze sprzedającym bilety powiedział, że jak jest ta brązowa część, to już płytko i można iść. A my prawie przy tej strefie zatrzymaliśmy się. No to machnę raz rączką i nóżką i będę. I się cholera okazało, że nie! Na brąz wpłynąłem i nic nie czułem pod nogami. Poczułem jedyni panikę. Później się jednak przespacerowałem po kamienistym dnie. Auć! Wystraszyłem się jednak, że nie wrócę na łódkę! Przecie ja na studiach ostatni raz to robiłem! W Czarnej Białostockiej. Z Ulo, Monio i Gutkiem się wybraliśmy na pływanie. A pamiętam lata 80. kiedy rodzice nas na basen na Włókniarz ganiali. I zgrzyt był, bo to była niedziela i Robin Hood leciał! Trzeba było pod koniec odcinka lecieć na basen.

Także pływak ze mnie żaden, ale jak się dziś okazało, coś tam umiem.

Ale ta atrakcja z gorącymi źródełkami naprawdę pyszna! Ludzie się smarowali tym czymś z dna. Ja też się skusiłem, ale jakoś dziwnie to wyglądało i pachniało. Miałem też wrażenie, że ktoś kupę zrobił, bo błoto chyba nie pływa. No cóż, podróże kształcą.

Po tych żeglugach sąsiad Stefan zarekomendował, że idziemy na oktopus. No mnie dwa razy nie trzeba powtarzać. Było pysznie. Bo oprócz dania głównego zamówiliśmy sporo dodatków. Kolega nawet szklankę potłukł z wrażenia. Niestety moją szklankę. No cóż, zdarza się.

Gremialnie stwierdziliśmy, że nie wracamy tymi schodami, choć dziecko sąsiadów chciało na osiołku. Ale przetłumaczyliśmy, że szkoda zwierzątka.

Alternatywą był wyciąg gondolowy. Szast-prast i byliśmy na górze.

Jako jedyny postanowiłem wrócić do hotelu nogami. Reszta stwierdziła, że zmęczenie bierze górę i idą na PKS. Mnie zajęło 22 minuty. Im … 90. Jak wróciłem, to od razu zrzuciłem szaty i wskoczyłem do naszego basenu. I jak ta foka tam się pluskałem.

Na pierwszy rzut oka, nie widać cię foka – tak śpiewała chyba kiedyś Lukstorpeda.

Kurczaczki, bosko tu jest.

 

 

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.