Tag: wakacje (Page 1 of 2)

ostatni dzień sierpnia

od kilku lat o tej porze słucham sobie tego barda warszawskiego.

Kolejne lato mija. Za 4 miesiące będzie … szykowanie się na bal. Eh, czas gna.

I co sobie mam powiedzieć?Jest 93 rok

W ’93, w sierpniu, zdałem na prawo jazdy. Za drugim razem, ale kto by to pamiętał. Teraz, po 32 latach mogę powiedzieć tak – pół Polski, pół Europy, pół Stanów przejechane. Ciekawe co by teraz powiedział mój instruktor? Ciekawe czy on jeszcze żyje. Duży fiat, pomarszczony stary dziad wiecznie z papierosem pomiędzy żółtymi palcami. I ten, przepalony, chrapliwy głos. Tylko raz mnie pochwalił, że dobrze sobie radzę. Ale wtedy to pijany był. Czuć było.

Faktycznie Fugessi byli 3 lata później. Wakacje 1996 rok w Holandii, zarobkowe wakacje. 25 guldenów zarobiłem. Hehehehehe dobry czas to był. Coffee shopy odwiedzane. I właśnie wtedy album The Score był lansowany na świecie. Nawet myślałem, czy nie kupić by tego albumu. Ale nie kupiłem. Oooo, a może teraz na streamingu posłuchać? Ok, słucham.

Rok mija szybko. Strasznie szybko. W marcu odwiedziłem Sztokholm, żeby zobaczyć zmartwychwstały zespół Kent. Podobało mi się w stolicy Szwecji. Zimno było, ale słonecznie. Czapka z pomponem była grana oraz okular p-słońce. A propos czapki, Monia się odezwała w tygodniu tym mijającym. Czapkie mnie na drutach dzierga. Powiedziałem, że koniecznie z pomponem musi być! Kiedyś mnie mrozy zaskoczyły w USA. Silne mrozy. Ula mnie wtedy poratowała czapką z pomponem i spodobała mi się. Także dziergaj Monia, dziergaj. Gwiazdka za niecałe 4 miesiące. Eh, czas gna.

A propos Stanów, to ciągnie mnie. Już nawet jestem po słowie z szanowną przyjaciółką mom. Przygarnie na tydzień. Wiza ważna do 2027, paszport do 2033. Można się przelecieć do Miasta.

Tym razem tylko na tydzień, bo w robocie nastąpiły zmiany. Urlopy 4 i 6-tygodniowe to przeszłość. Nie da się. Trzeba roboty i zespołu doglądać. W marcu mnie wzięli i awansowali. Za marne grosze, ale tytuł jest przed nazwiskiem.

Ale nie ma co marudzić, urlop dwutygodniowy też jest fajny. W lipcu 3500 km przejechane. Spełniłem swoje marzenie i odwiedziłem Chorwację. Powiem tak – drogo! Ale ciekawie. Rogoznica koło Splitu bardzo fajna. Novigrad na północy już mniej, ale nudy nie było. Za to Zagrzeb był rozczarowaniem. Ale byłem, znam się, orientuję, mogę się wypowiedzieć, c’nie?

W drodze do Chorwacji, dokładnie na granicy ze Słowenią (akurat był korek na bramce, więc odkręciłem okno, żeby poczuć zapach Świata i posmażyć się w upale) mój samochód wyświetlił mi komunikat „Wysoka temp. skrzyni biegów. Zatrzymaj się bezp.”. No akurat nie było gdzie. Swąd zacząłem czuć. I w takiej sytuacji człowiek zaczyna myśleć – CO RATOWAĆ z auta? W znaczeniu, co załapać przy okazji uciekania z auta w razie pożaru maszyny. Stwierdziłem, że NIC, ale, bo zawsze jest jakieś „ale”, gdyby był ułamek sekundy, to bym złapał pierwszą lepszą torbę z bagażnika. Ajuści nie chciałem ryzykować realnego zaistnienia takiego dylematu, więc włączyłem klimę i po chwili zjechałem na siku, dolanie płynu do spryskiwaczy i ogólnie, przerwę.

Chorwacja ogólnie na plus. Mili ludzie, jedzienie OK. język taki, jakby ktoś pomieszał polski z rosyjskim i zabrał samogłoski. Ale dogadalim się.

Włochy jednak podobają mi się bardziej, więc jeśli będę miał wybór: droga Chorwacja czy słoneczna Italia, to zawsze padnie na Włochy. Odwiedziliśmy Triest i Jesolo (50 minut od Wenecji). Było słońce i pogoda. Piaszczyste plaże i ciepłe morze. Dużym plusem było to, że hotele miały własne leżaki z parasolem, więc nie trzeba było walczyć o miejsce. Każdy miał swój numerek. Fajnie!

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Lubljanę i Bratysławę. Jak już mknęliśmy przez Słowenię, to postanowiłem zahaczyć o stolicę. I to był strzał w 10. Serdecznie polecam każdemu. Mile spędzony czas.

Z kolei do Bratysławy od dawna chciałem pojechać. Wszyscy mówili, że to takie fajne miasto na weekend. Po pół godzinie miałem ochotę wracać do Polski.

Dziś mijają 3 lata jak zaczęto projekt „Tramwaj do Wilanowa”. Miało trwać to wszystko półtora roku. Pan od Państwa z Europy na K. twierdził, że będzie trwało 2 razy dłużej. No nie wiem, czy można przyznać mu rację. Bo niby tramwaje puścili z miesiąc temu (wcześniej jeździł do Wilanowa, teraz już też na Stegny), to droga nadal jakaś niedorobiona. Ogólnie mam wrażenie, że Rafałek Czaskoski wziął się za robotę po przegranych wyborach. Miasto rozkopane, jutro szkoła rusza, więc będziemy mieli Armagedon. A ja kolejne 5 lat bez prezydenta będę…

albania, po prostu albania

jestem taka gapa. Do gruzji się od lat wybieram i jakaś sójka jestem. Nie byłem. A wszyscy mówili kilka ładnych wiosen temu, że to jest ten czas. Później może być za późno. Także do albanii czmychnąłem w miarę szybko. Po dwóch latach brzdąkania o niej. W październiku nabyłem bilety, chyba w dobrej cenie (nie pamiętam już). Najpierw myślałem tak „oh, ta albania, to dopiero za pół roku”. Później było „eh ta albania, to za dwa miesiące”. A teraz? „Oj, ta albania! Jeszcze tylko kilka dni i powrót”. A się nie chce.

Wylot mieliśmy z Malmo. Bo taniej i wygodniej. Na lotnisku pasażerowie wyglądali jak z … Albanii. I tu muszę przeprosić, że uprzedzony byłem do nacji. Spodziewałem się, że jakieś dziady będą. Na lotnisku wrażenie było całkiem nie zmienione. Nie, nie chcę nikogo obrażać. Lubię takie kraje. Cięgnie mnie doń. Nie wiem, czy to coś na zasadzie syndromu sztokholmskiego, czy po prostu czuję się zjednoczony z krajami postkomunistycznymi, będącymi pod reżimem.

Wizzair oczywiście nas nie zawiódł i lot nam opóźnił. Na szczęście tylko o 40 minut. Ale i tak to było nam nie na rękę, bo wylądowaliśmy po 1 w nocy.

Na szczęście nasz przemiły hotel, za 20 euro, podstawił na kierowcę, który się spóźnił. Ale tylko o 3 minuty. Jadąc do hotelu (ok. 20 minut) popatrzyłem przez okno limuzyny. Hm, kraj różnic i kontrastów. Logo wielkich, zagranicznych korporacji bije po oczach. Te świetne budynki przeplatane były starymi ruderami albo dziwnymi, architektonicznymi dziwolągami. Wtedy to się mogłoby nazywać modern art., ale w czasach komunizmu oczywiście nie nazywało się tak. Sztuka użytkowa pewnie to była.

Zaciągnąłem języka przed wylotem. Akurat koleżanka była. Ale 6 lat temu. To wiadomo, że po tej zarazie to wieczność. Inny świat, inna cywilizacja.

I takie mam wrażenia:

– po angielsku ciężko się dogadać, ale HALO, to nie koniec świata. Dajemy radę. Nie ma problemu. Używamy międzynarodowego języka pięniądza

– zielono

– pieszy niby ma pierwszeństwo, ale … hahahahahaha … jasne

– kontrast/różnorodność

– współczuję rowerzystom. Masakra się chodzi po chodniku. A tu jeszcze dwa kółka cię mijają. Gorzej niż na Manhattanie

– jarają wszędzie. Niestety najbardziej czuć to w knajpach na zewnątrz (w środku nie można palić)

– nie jest tak tanio, jakby mogło się wydawać. Za melona w sklepie zapłaciłem 24 złocisze!!!

– miasto jest bardzo dobrze rozwinięte, jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne. Ławki z usb i darmowym wi-fi. Fajne światła dla pieszych. Ludzie dobrze ubrani. Widać wysoki poziom rozwoju i świadmości.

Hotel mamy z serii B&B. Skromnie, ale czysto i bardzo miła obsługa. Dziewczynka nam doradza we wszystkim. Na ścianie informacyjnej była lista z „6 hot spots”. Do tego dołożyliśmy 15 miejsc, które należy zobaczyć. I ruszyliśmy w miasto.

Polecam Tiranę. Z całego serca. Taka Rumunia, Włochy, Te Aviv. Czasem i Ukraina. Fajna mikstura. Język też osobliwy.

Nastawiałem się również na jedzenie.

Pierwszego dnia, tak ścichapęk wylądowaliśmy w Greek Street Food. Po wejściu do środka od razu pomyślałem, że to taki standard złotych łuków (dla nie kumatych Złote Łuki = Mak). Ale ok, jak się już weszło, to trzeba coś przetrącić. I ku naszemu zaskoczeniu pita z kalmarami i sałatka z awokado okazała się strzałem w 10! Mega smaczne i świeże.

lunch Greek street food

lunch Greek street food

Kolację mieliśmy w bizantyjskich ruinach. No może przesadzam, ale kiedyś tam stał jakiś pałac. Mury tylko się ostały. W środku knajpa na knajpie. Menu dosyć proste, bo wybierasz tylko mięso i kucharz zajmuje się resztą. Można wybrać wieprzowinę, wołowinę, jagnięcinę, kozinę. Przystawki lokalne dostają wszyscy takie samo. Danie główne jest serwowane na dwie osoby. Wzięliśmy wołowe. Dobrze doprawione, chrupiące.

beef me ceren

beef me ceren

Dziś był dzień owoców morza.

Wstawka: Nie muszę chyba przypominać, że ja od czasów spotkania Stefana na Santorini trzymam się jego zasady – zawsze bierz oktopusa!

Lunch w modnej i bardzo ekskluzywnej drzewiej dzielnicy Blloku. Kelner bardzo mało przyjazny. Dziwną minę zrobił, jak zapytaliśmy się czy czynne. Chyba nie było, ale po zrobieniu szybkiego focha oznajmił, że czynne. Ale jedzenie było ok.

Na kolację zaszliśmy do Varkat 400 metrów od hotelu. Dzielnia mało przyjemna, choć według wszelkich opinii bezpieczna.

I się okazało, że sam szef nas ugościł. Piękną angielszczyzną opowiedział nam całą kartę, także wiedzieliśmy co zamówić. Nie wiem, jak się to stało, ale 9 dań nam wyszło. Za 260 złociszy. Przy okazji dostaliśmy lekcję historii o Tiranie i Albanii. Był kiedyś taki dowcip:

– ile pan ma lat? – pyta się rekruter

– 20 – odpowiada kandydat

– i pisze pan, że ma 25 lat doświadczenia?

– tak, nadgodziny brałem

I tu też było coś w ten deseń. Szef kuchni i współwłaściciel ma 28 lat i knajpę prowadzi od 13. Najpierw był to rodzinny biznes, a teraz w kilka osób to prowadzi. Nadal słychać entuzjazm w głosie i przede wszystkim wciąż ma zapał do tej pracy. Oczywiście chłopak samouk. Dodatkowo doradził i odradził na kilka rzeczy. Chciałem jechać do Berat, miasta 1001 okien. Enea Kapaj wzdrygnął się na samą myśl i zaproponował nam zupełnie inny kierunek. Musimy przemyśleć za i przeciw. Oczywiście można się wszędzie autobusem dostać. Kraj jest mały. Ale na myślę o wynajmie auta. Ale w Albanii jest zero tolerancji. 0,01 promila można mieć, czyli trzeba być trzeźwym. Pomyślimy.

Jak na razie jestem zachwycony Tiraną. Świetne miejsce. Serdecznie polecam.

I chyba po raz pierwszy mam uczulenie. Nie wiem tylko na co. Mam wrażenie kataru. Smarkam i ciągam nosem. Do tego oczy by chętnie chciałyby być zamknięte.

 

internety wszystkich krajów łączcie się

Obsmarowałem mój telefon ostatnio i dziś kara nastąpiła. Mój iPhone się zemścił. W Terorze! Zabrakło interentu. Nie chciał się łączyć i pomagać nawigować. Może się zagrzał? Bo nawet muzyki nie chciał grać. A internet nigdy nie był potrzebny do umilania mi czasu.

Sprawdzam sobie teraz moje konto w Plusie i widzę, że jeszcze 1,47GB w roamingu mam. Może bierze dane jak z Afryki? Bo w sumie blisko?

O ile wcześniej narzekałem na Las Palmas i bałem się mówić mojej wycieczce, że jestem tu po raz trzeci – pierwszy, ostatni i po raz ostatni, to dziś stwierdzam, że jest bajkowo. Dzisiejszy dzień najbardziej bajkowy. Nie dlatego, że dziś kończę … 29 lat … znowu. Ale dlatego, że byłem w niebie i to kilka razy.

Już wcześniej zachwycony byłem wycieczką na południe wyspy. Ale myślałem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. No właśnie, wiosna. W Polsce chyba nadal zima. Nie chce się wracać.

Początkowo mieliśmy wziąć na cały tydzień auto. Wykalkulowaliśmy, że z paliwem, parkingiem i najmem wyjdzie nam 300 euro. Jak się podzieli na głowy, to nie tak dużo. Tylko chętnych do prowadzenia maszyną nie było. Co prawda w Hiszpanii tolerancja wynosi aż 0,5 promila, ale nadal nikt się nie kwapił. Także było taxi z lotniska, autobus na południe.

Wczoraj taka szybka burza mózgów i przy pomocy map gugla szybko ustaliliśmy trasę. Auto pan nam wynajął za 46 euro z groszem. Za paliwo wyszło bez mała 19 eurasków.

Właśnie! Wczoraj na kolacji zaglądnąłem do mojego kantorku, żeby kupić hajsy, co by za kolację zapłacić. Oj, oj, motyla noga. Kurs, że kacze pióro!

Traskę taką ustaliliśmy.

mapa gran canaria

I cóż mogę powiedzieć? Bajkowe widoki. Miasteczka przecudne – Agaete, Teror, Tejeda. Taka właśnie Hiszpania, jaką miałem w wyobraźni.

Drogi kręte. Auto pali jak smok. Po 100 km zatankowaliśmy 15 litrów i w sumie 165 km zrobiliśmy, czyli jakieś 9 pali. A to KIA Rio, czy coś takiego. Biały.

Kręte drogi na myśl przywiodły mi stare, dobre czasy. Wrzesień 2009 roku, kiedy to z Ulą zwiedzaliśmy Californię – San Francisco i Yosemite oraz luty 2010, kiedy to z Państwem z Europy na K. przemierzaliśmy … Californię, ale okolice Indian Wells. Kręto, strasznie, pysznie. Przygoda. I teraz też.

Jestem zauroczony wyspą.

Zastanawiam się, kto w ogóle mieszka w tych miejscowościach. Zajechaliśmy do Ageate dosyć wcześnie, więc tylko kilku lokalsów było i piło kawę. Ale w innych miejscowościach? Takie maluteńkie, że nawet psów nie ma, żeby mogły wiadomo czym szczekać.

Ale pięknie. W zachwycie jestem i chyba nie po raz trzeci tu byłem. Wiem na pewno, że Las Palmas sobie będę już darował. Choć wczoraj wylądowaliśmy w oceanarium. Wydawało mi się, że raz dwa przeszliśmy obiekt, a tu się okazało, że z 90 minut się bawiliśmy. Fajne te zbiorniki wodne. Zastanawiają mnie połączenia rekinów z takimi małymi, tłustymi, smacznymi rybkami. Nie gryzą się. Ula i ja twierdzimy, że to dlatego, że karmią dobrze, to nie muszą atakować. Z innych stworków miłych dla oka, to piranie czerwonobrzuszne wyglądały interesująco.

Północna trasa dziś okazała się udana. Zdjęcia chyba wrzucę ot tak, bez ładu i składu, bo za raz na kolację lecimy celebrować 7 marca. I żeby nie było, trenowałem dziś troszkę!

I co za historia!

Wybraliśmy się na kolację z okazji 7 marca. Wysłałem iMasaż do pani prof. ze Szczecina. Na zdjęciu byłem ja i kaktus, bo jej stary jest kaktusiarz. I co się okazuje! Ta mi odsyła zdjęcie z … kaktusem. A później z mapką, gdzie jest! Daliśmy plamę życia. Ona w Maspalomes, a ja w Las Palmas. Ona dziś w Las Pal Palmas, a ja dziś na wycieczce. Oj szkoda.Będziemy mieli co wnukom opowiadać …

chyba się zacznę …

przepraszać z wyspą. Las Palmas to nie moja bajka, nie zamierzam raczej tu wracać. Ale!

Dziś pojechaliśmy na południe wyspy i … jak ręką odjął! Słońce, żar lekki, ale zauważalny. Wakacje, przygoda.

Autobus jedzie w miarę szybko. Coś koło godziny, z czego ponad 15 minut to kręcenie się po Las Palmas. Siedzenia w pierwszym rzędzie nie polecam, bo panowie jeżdżą dosyć brawurowo jak na mój gust.

Wysiedliśmy w San Agustin, bo znajomi znajomych mieszkają.

Kolega kolegi od wczoraj albo dwóch dni jest na emeryturze (choć lat jeszcze nie ma) i zamierza spędzić ją pomieszkując to tu, to w Szwecji. Eh, czy ja takiej emerytury dożyję? Fajny taki mały apartamencik. Niewielka łazienka i kuchenka. Salon nawet spory i sypialnia. Do tego balkon/taras. I widok obłędny – niebo, ocean. Mieszkanie na ostatnim … piętrze, więc nikt im niczego z góry nie będzie rzucał. Przyszliśmy z pełnymi rękami – cava, wino lokalne i truskawki. Pocziloutowaliśmy się na balkonie/tarasie, pogwarzylim nie mało i ruszyliśmy nogami do Playa Del Ingles. Spacer fajny, wzdłuż oceanu.

Zjedliśmy pyszny lunch (ja krewetki i rybka) i pochlapaliśmy się w wodzie.

To znaczy ja się pomoczyłem, bo chętnych więcej nie było. Woda pioruńsko zimna. A jak wiadomo – zimna woda = małe cojones. I faktycznie, zgodnie z przestrogami, fale były dosyć mocne. Ledwo ustawałem prosto, kiedy jakiś bałwan atakował mnie. głowy nie zamoczyłem. Oj nie.

Po wyjściu z wodu, dla szybszego osuszenia, pomachałem sobie rączkami i powyginałem śmiało ciało. I znowu mi jakaś Macarena wyszła. Eh.

 

Po pluskaniu się weszliśmy na pustynię. Wydmy faktycznie robiły wrażenie. Wiadomix Sahara niedaleko. Spore pagórki, wydawało się, że nie do przebycia i ciągnące się są w nieskończoność.

Zostawiłem na plaży odcisk i ruszyliśmy do domu. Hm, teraz tak patrzę, że strasznie dużo selfie albo zdjęć sobie kazałem zrobić. Hm. Dziwne.

Las Plamas faktycznie ma jakiś mikroklimat. Wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów na południe i od razu słońce się robi. Jak wracaliśmy, to jak ręką odjął, ze słonecznej aury zrobiło się szaro, buro.

Ciekawy bar znaleźliśmy po drodze do hotelu. Volga się nazywa. Karta drinków długa, ale prosta. Jedna połowa, to drinki na ginach, a druga na rumach. Połasiłem się na marokański gin z tonicem. Fajny! Ale oprócz napitków uwagę przykuły ściany, a dokładnie portrety nań. Zwierzęca familia.

 

Aha. Wydaje mi się, że jestem w jakimś twilight zone. Tylko w naszym pokoju hotelowym, i to nie zawsze, telefon pokazuje mi odpowiednią strefę czasową. W innych częściach przybytku widzę czas madrycki (czyli godzinę do przodu). Dziś się zerwaliśmy na śniadanie. Pogoniłem towarzystwo, kiedy na zegarku w telefonie zobaczyłem 8:50. W windzie okazało się, że restauracja jeszcze nieczynna, bo od 8 zaczynają.

Nie wiem, coś mi ten iPhone się psuje. Chyba czas na niego nadszedł. A szkoda, taki ładny, amerykański. Sylwester 2017 pamiętam jak dziś. Zakupy w Garden State Plaza. Eh, czas leci. Za każdym razem wzbraniałem się przed zakupem nowego modelu, ale zawsze niefortunne wydarzenia powodowały spustoszenie mojego portfela. Miałem iPhone 6S. Dmuchałem, chuchałem na niego i co? Kraksa rowerowa. Mam X i co? Kilka upadków spowodowało, że coś szwankuje. Widzę to teraz bardzo dobrze. Bateria w 2 godziny drastycznie pada. W czwartek wróciliśmy do hotelu z 9% baterii. Po 3 minutach ładowania zobaczyłem 39%. I tak jest już cały czas. Bateria traci moc, ale bardzo szybko ją odzyskuje, jak podłączę do źródła.  No nic, trzeba będzie się rozejrzeć za nowym. Eh, wydatki i wydatki.

 

wycieczka robi się naprawdę …

droga.

Moi drodzy, zerknąłem dziś na moje konto i pomyślałem, że europejskich „dzjenieg” nakupię. Mój bank, i pewnie inne w Polsce też, wprowadziły super pomysł, że do jednej karty debetowej można podpiąć kilkanaście kont walutowych.

Będąc w Danii na lunchu, prędziutko otworzyłem rachunek i zaopatrzyłem się w tyle duńskich pieniędzy, ile rachunek w knajpie mówił, że mam mieć. Korony duńskie? Chyba tak.

Kurs w kantorze internetowym jest atrakcyjny, więc w sekundę nabywam walutę i płacę kartą. I karta już sama wie, czy ma się pozbyć złociszy, czy innej waluty. Nie było nigdy z tym problemu. Do dzisiaj. Pan w sklepiku zapytał mnie, czy ma mnie skasować w euro, czy w złotówkach, bo na wyświetlaczu terminala pojawiło się takie pytanie. Zbaraniałem. Już pomyślałem, że może nie zauważyłem i kartą kredytową zapłaciłem. Apple pay ma domyślnie tę kartę ustawioną. Ale nie, zapłaciłem debetową. Dziwne. Pierwszy raz mnie o to zapytało.

Także wygoda jest. Szybko się nabywa waluty i się płaci.

Ale dziś, mina mi zrzedła. Jak mi się w kantorze wyświetlił kurs euro. Auć.

Dziś dzień był leniwy. Tak, Las Palmas nie urzeka. Miasto bez wyrazu, ale ogólnie wycieczka jest sympatyczna. Hiszpanie w sektorze usług bardzo sympatyczni. Zastanawiałem się nawet, kogo bardziej lubię – Włochów czy Hiszpanów. Zawsze mi się wydawało, że tych pierwszych. Ale teraz już wiem, że raczej Italiańców.

Przepraszam, ale to co chodzi po ulicy, to jakiś dramat. Barany, które nie patrzą kogo mają na swojej drodze. A dziś hitem była senorita, która wlazła mi do przymierzalni, bo akurat odsłoniłem kotarę, żeby przejrzeć się w lustrze. Praktycznie stałem w wejściu mojej kabiny. Pani, jak gdyby nigdy nic, z telefonem przy uchu wbiła do przymierzalni i się przyczaiła w kącie. Mówię jej, że „halo”, że „zajęte”, ale pani jakaś zaaferowana rozmową i chyba niekumająca w języku lengłidż. Ale w końcu zrozumiała i wyszła. No osobliwa sytuacja.

Dziś się przeprosiłem ze sklepem Primark. W 2005 roku, odwiedzając Londyn po raz pierwszy, moi znajomi mnie tam zaprowadzili. Dzielnica Killburn. Wchodzę i widzę, jak hindusi przekopują sterty ubrań. Kurz się tylko unosił nad nimi. Jakby w grze lemingi ktoś im włączył opcję „przekopywać się”. Rok później, na flagowej ulicy stolicy Anglii, zwanej w oryginale Oxford street, otworzyli duży, ładny sklep. Kilkupiętrowy.

Wszyscy moi polscy znajomi w Londynu zachwalali to miejsce. To się skusiłem i zrobiłem tam zakupy 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Tak fatalnej jakości ubrań nie widziałem w życiu.

Ostatnio w barze lokalnym na granicy Stegien i Sadyby przekomarzaliśmy się z sąsiadką Anią i barmanką Werką. No i koleżanka zza lady wspomniała o tym, że oddała się szaleństwu zakupów w Primark. W Warszawie otworzyli niedawno i zrobili z tego straszne halo. Sąsiadka przyznaje, że nie wie co to za sklep. Ja ją szybko uświadamiam, że „to taki śmietnik z tanimi ubraniami”. Werka spiorunowała mnie szybko i odpaliła, że mogę nazywać to śmietnikiem, ale dla niej to jest fajny sklep z ciekawymi ciuszkami.

Dziś wbiliśmy do Primarku w Las Palmas. Torbę naładowałem pełną, zachwycając się, że ojej jakie to fajne i to też. Z przymierzalni wyszedłem z pustymi rękami. Powiedziałem do dziewczyny, że „nada”wręczając jej ciuszki. Wszystko było niby ok, ale nie były to ubrania dla mnie. Kupiłem 5-pak skarpet na siłkę za 2,5 euro i portki za 6 (też na siłkę). Ale muszę przyznać, że to już nie śmietnik i wygląda całkiem-całkiem. Tylko z rozmiarówką mają problem. Mają XS, M i później już 3XL. Ciężko upolować coś w rozmiarze L lub XL. Jak będę szukał dresów na długie, jesienne wieczory, to wbijam tam. Ale teraz lato idzie.

Rano, odbyłem swój rytuał – śniadanie, siłka, basen i sauna. Do basenu ktoś sardynkę wrzucił. Tłustą sardynkę. Odbyłem też pierwszą lekcję jogi. Podwodnej jogi.

Dziś poszliśmy do parku Catalina. Fajne miejsce. Takie spokojne. Sporo knajpek, starsi panowie grający chyba w domino. W kiosku kupiłem kartki dla … ale o tym ciii. Z Wawy wyślę do … ciiii.

Siedliśmy w jednym lokalu i się … obżarliśmy. Z tapasów wzięliśmy: ziemniaczki z sosem, smażony ser, chorizo i papryczki padron. Ta ostatnia przystaweczka, mimo wątpliwości wycieczkowiczów, okazała się według mnie najlepsza. Te kryształki soli świetnie pasowały. Mniam. Ale oczywiście do tego wzięliśmy jeszcze dania.

Po raz pierwszy w życiu wziąłem paellę. Z owocami morza. Nie, po raz trzeci. Pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Nie moje danie. Mieli w karcie jeszcze fiduea, czyli paella z makaronem, zamiast ryżu. No to może następnym razem.

Wracaliśmy do hotelu wzdłuż oceanu i zatańczyłem sobie z panią makarenę.

 

W mieście podoba mi się sztuka uliczna. Czasem można trafić na ciekawy mural.

Jutro ruszamy w głąb wyspy. We will go down south!

W opcji była te wycieczka trimaranem ekspresowym na Teneryfę. Ale 93 funty? No way Jose! (czytaj: noł łej Hoze).

 

 

pająki boją się różowego

Marysiu przenajświętsza, dzień jeszcze młody, a ja mam prze-kroczone 24 000 kroków. Zadepczę się na tej wycieczce.

Dziś przechadzałem się po mieście i zobaczyłem różowy budynek. Od razu na myśl przyszedł mi bon mot z mojego, i pani prof. ze Szczecina, najbardziej ulubionego serialu 07 zgłoś się. Porucznik Borewicz z porucznikiem Zubkiem przez U zwykłe odwiedzili panią Hoffman przez dwa F.

To jest kolor ochronny. Pająki bardzo nie lubią koloru różowego. Boją się go – tak na temat różowego wypowiedziała się pani z kamienicy, w której doszło do śmierci pewnej pani.

Ten budynek w mniejszym polu na żywo wyglądał bardziej różowo.

Z samego rana zeszliśmy na śniadanie i przepadłem. Churros było. Na szczęście nie takie grube i słodkie, jakie sprzedawali w metrze nowojorskim i w meksykańskiej knajpie w Wilanowie. Cieniunie i w smaku wyczuwalnej delikatnie słodyczy.

Mogłem pozwolić sobie na obżarstwo, gdyż na siłownię się wybierałem.

Oj! Dziś środa popielcowa. Ufff, na lunch mięsa nie było jednak.

Jako jedyny popływałem w basenie. Wszyscy się na mnie z politowaniem patrzyli, aż nabrałem podejrzeń. Nie wiem o co chodziło. Może o to, że dla nich jest za zimno na basen? Nie wiem.

Na godzinę 11.00 zarezerwowałem saunę, więc ranek spędziłem relaksacyjnie.

Do starego miasta szliśmy długo, gdyż nasz nawigator szedł na czuja. Mam wrażenie, że kręciliśmy się po wyspie. Ładne widoki z góry.

Ale w końcu doszliśmy. Z przerwą na lunch.

Dosyć często mijaliśmy sieć sklepów Dino z takim rozkosznym dinozaurkiem w logo. Zawsze jak jadę do Wielkiego Pe, to za mniej więcej na godzinę przed Kwakowem zaczynają się pojawiać sklepy Dino. Polubiłem je od razu. Także jak teraz widzę ten wyraz, to serce się raduje, wchdzoę do sklepu i patrzę co mają. Oczywiście te polskie Dino to inna bajka, inne logo. Ot po prostu zbieżność nazw.

Tu mają i super i hiper dino.

Siedliśmy w jakiejś knajpce przy dość sporej drodze. W nazwie mieli „tapas”, więc siedliśmy.

W Hiszpanach podoba mi się to, że mają w dupie, że oni nie mówią po angielsku, a turyści nie rozumieją po hiszpańsku. Radź sobie sam. Co prawda, są bardzo mili i starają się być pomocni, ale nie. Mówienie powoli po hiszpańsku nie powoduje, że człowiek rozumie co doń się mówi. Także wycieczka edukacyjna. Na szczęście jest internet i google. Przetłumaczy i doprowadzi gdzie trzeba.

Z w menu znalazłem, i od razu zaklepałem, ośmiornicę, bo nadal wyznaję zasadę Stefana z Grecji – bierz zawsze oktopusa. Zdecydowałem się na porcję mniejszą. Do tego dorzuciliśmy sałatkę, mniejszą porcję anchovies smażonych (tak jak nasze stynki) oraz mniejszą krokietów. Win mieli sporo, więc na jakieś dwa białe daliśmy się namówić. Hm, obsługa leniwa, przystawki przyszły na końcu, jak już wszystko zjedliśmy. Ale! O Marysiu przenajświętsza, Bóg mi w dzieciach wynagrodzi, że te małe porcje wziąłem. Pan przynosił co chwilę korytka jedzenia. Byłem pewny, że nie zrozumiał nas i dał nam full porcje, ale jak zobaczyliśmy rachunek, to okazało się, że nie. To jak wyglądają te dania w powiększonym rozmiarze!?

Po obfitym posiłku i spacerze zaszliśmy na kawę i coś słodkiego. Na koniec musiałem zejść do toalety, bom sobie łapki ubrudził i się lepiły od tych słodkości.

Myję ręce i kątem oka widzę, że ktoś się na mnie gapi!!! Jakiś młody koleś z kimś. Serce mi wyskoczyło! Zestrachałem się, aż drgnąłem dziwnie. Patrzę jeszcze, a tam …

 

Poczułem się jak w 5 sezonie American Horror Story!

Las Palmas mnie na razie nie porywa. Ta stara część ładna, ale to tylko tyle.

Miasto spore, ruchliwe, architektonicznie mało atrakcyjne (oprócz starej dzielnicy). Ale fajna zieleń. Nadal nie mogę się przyzwyczaić, że palmy rosną ot tak, wzdłuż dróg, tak jak u nas topole, akacje, lipy i inne takie. No i drzewka pomarańczowe powodują banana na buzi.

Kulinarnie też jakoś nieporywająco. Mam wrażenie, że za dużo smażenia w tej kuchni. Oktopus co prawda zgrillowany, ale reszta jedzenia w głębokim tłuszczu lub panierce. Muszę przetestować jeszcze ryby.

Ale wyjazd ogólnie na plus, bo z dala od tej … wojny i zimnego klimatu.

Spaliłem sobie pysia. Ale tak delikatnie. Nosek czerwony.

sunclass

dawno, dawno temu dałem się zaprosić na wycieczkę do miejsca, o którym nie myślałem, do którego nie miałem ochoty i potrzeby jechać. Choć bardzo mnie do Hiszpanii ciągnęło, to jednak do TEGO miejsca mnie jakoś odpychało. Może dlatego, że Pamiętniki z Wakacji były kręcone z TEGO miejsca. Mięsny jeż, mięsny jeż, ty go zjesz.

Wzbraniałem się przed namowami. Ale nie chciałem wyjść na Polaka, który mówi „nie, bo nie”, czyli „nie i chuj”, więc postanowiłem dać się namawiać. Namawianiom nie było końca. Toteż dałem szansę i obiecałem, że solennie wysłucham i obejrzę te zachęty. No i na youtube były filmiki z serii „10 atrakcyjnych miejsc …” na Fuertaventurze, Teneryfie, Gran Canarii. W przypadku Lanzaroty wyliczono tylko … 9 miejsc.

Do gustu jako tako przypadła mi Gran Canaria, o czym szczerze poinformowałem.

No i dziś jest ten dzień.

Trochę niefortunny czas, bo Putler nie skonsultował ze mną swoich planów. W robocie gorąco, pomagamy. Prywatnie też pomagamy. Ale ja jakoś zdalnie. Powiedziałem, że oddam ręczniki, koc i pościel. Jeśli trzeba będzie, to Państwo z Europy na K. ma klucze i może wejść i zabrać wszystko z mojego mieszkania. Dobrze by było wiedzieć, czy pomoc doszła do skutku, żebym na allegro zdążył nowe ręczniki zakupić przed powrotem na Sadybę.

Zobaczę jak wrócę. Jeśli jeszcze Putler nie odpuści, to jadę na granicę pomagać. Albo gdzie tam trzeba. Pracodawca mój nawet 4 dni wolne ofiarował na pomoc.

Ale na razie resetujemy się. Słońce, zen, spokój.

Lecimy ze Szwecji. Linie lotniczne Sunclass. Jak to mówią Szwedzi o stewardessach z tej firmy – stare cioty z SAS. Skarciłem od razu i wyjaśniłem, co znaczy „ciota” po polsku. Ale przecież mówi się ciocia, ciotka? – usłyszałem w tłumaczeniu. Właśnie, po rosyjsku Kasia też często mówiła o jakiejś obcej pani “ciotka”.

Stewardessy faktycznie były jakieś … przechodzone. Wszystko w tempie ślimaczo-żółwim. Ale na plus daje im sposób, w jaki serwują posiłki. Takie fajne plastikowe tacki mają. Jedzenie też było wcale nie takie ostatnie. W gazetce zobaczyliśmy jakieś zestawy do picia i się od razu zaopatrzyliśmy w wodę i inne takie. Aha, gdyby ktoś pytał, wino słabiutkie. i to bardzo! Ale lepsze od produktów z winnicy Połczyn-Zdrój, to znaczy Popłuczyn-Zdrój.

Wyspa mnie na razie nie urzeka. Fakt, Las Palmas to największe miasto Wysp Kanaryjskich. Tak ze 100 000 więcej niż w Białymstoku. I tę wielkomiejskość widać – centra handlowe, ruch na ulicy, miłośnicy siłowni. Wyspa sama w sobie jakaś taka pustynna. Ale dajemy szansę. Południe wyspy ponoć fajniejsze i cieplejsze.

Zawsze mnie zastanawiało, kto w takich miastach korzysta z fitness klubów. Przecie cały rok można się plażować, ruszać na świeżym powietrzu, c’nie? Ale nie, ludzi na siłce pod wieczór było troszkę. W naszym hotelu też jest sala do ćwiczeń. A jak rozglądamy się za noclegiem na południu wyspy, to też można się poruszać troszkę. Strój mam jakby co. Jutro zapisałem się na saunę po siłce.

Hotel trafiliśmy dobry. Na sam przód po zameldowaniu zrzuciłem buty i z bronksem na leżak poszedłem. Słońce troszkę po pysiu posmyrało. Niby 20 stopni, ale jak słoneczko rozchmurzy buzię, to naprawdę cieplutko, a w mojej skali to i gorąco.

 

Po chillax’ie nadszedł czas na rekonesans. Promenada wzdłuż oceanu przyjemna, tak jak widok na wodę. Boczne uliczki takie sobie.

 

Postanowiliśmy zrobić kilka kroków, przetrącić jakiś tapasik, pójść na shopping i po odświeżeniu się w hotelu, pójść na ucztę. Ale nie wyszło. Plany wzięły w łeb. Zmęczenie wzięło górę.

Jedzeniowo to na razie szału nie ma, ale trzeba się bardziej rozejrzeć. Lokalsi są mili, ale kompletnie mają w nosie, że ty nie kumasz po hiszpańsku. Dwa razy nas odesłali do QR kodu, żebyśmy sobie menu zobaczyli po angielsku. Ale jakoś nie wyszło. Hiszpański nie chciał się cudownie zamienić w angielski. W meksykańskim przybytku pani była nawet miła i wyjaśniła, gdzie szukać przystawek, dań głównych, deserów i tak dalej. Ale żeby wyjaśnić co to za dań? No senor! Radź sobie sam. Trochę męczące było kopiowanie do translatora.

W końcu siedliśmy gdzieś przy nabrzeżu i dostaliśmy dobre rzeczy. Jak to mówił mój sąsiad z wycieczki do Grecji, Stefan – zawsze oktopusa bierz. To wziąłem. W towarzystwie krewetek. Pochwaliłem nawet dań u chłopca za ladą. Okazało się, że to wymysł tego przybytku, w którym siedliśmy, a nie jakiś lokalny przysmak. Octopus-King Prawn cośtam – tak się nazywał. Brioszka z fish and chips też była spoczko, ale gabarytowo mogłaby być większa.

Później nastąpiło szaleństwo zakupów. Primark, Carrefour i takie tam. Pandemia w Hiszpanii jeszcze jest i podchodzą do tego sumiennie. Obostrzenia takie jak u nas – maseczka w miejscach zamkniętych i tłumnych na zewnątrz. Zwracają uwagę, nie tak jak u nas. Mnie najbardziej spodobał się jeden regał w Carrefourze.

Niestety nie mamy lodówki w pokoju, więc taki udziec zmarnowałby się szybko (smutna mina).

I tak na koniec dnia sobie siedzę na 5 piętrze i piszę, i popijam, i patrzę, i gadam z ludzikami. Fajny hotel. Na naszym poziomie jest: sala TV, bar z takim lounge’m, patio, siłka, sauna, sala z grami stołowymi. A po schodkach parę kroków jak zrobimy, to i się popluskać można. Basen wąski ale rączkami parę razy trzeba pomachać, żeby dotrzeć do drugiego brzegu.

wina, wina dajcie

Miałem ciasto puszyste, mokre, jogurtowe z borówką zrobić. Tak mnie z rana naszło. Ale zadzwoniłem do Słodkokwaśnej i powiedział mi, że borówki to najlepiej na surowo jeść. Ma rację. Znalazłem nawet sprytną recepturę. Tylko zabrakło w niej … borówek. Ale pomyślałem sobie, że co ja zrobię z resztą mleka, jak tylko 1/6 szklanki muszę użyć? I cukru w domu też nie mam. Same wydatki. Także za radą kolegi kupie sobie owoc i na surowo zjem.

Ostatnio targają mną dziwne sny. Oczywiście pamiętam niewiele, bom starym już jest i pamięć nie ta.

Ale jeden zapamiętałem. Gotowałem ze Słodkokwaśną zupę. A ingrediencji w garze bez liku. Jakiś tłusty boczuś na mię zerkał. Mówię do kolegi, żeby chrzanu dodał, a ten odsuwa mięsko i pokazuje mi taką niemałą kupkę startego korzenia. Czyli pewnie jakiś żur pichciliśmy. Bon jour!

Co do wypieków, to wzięło mnie mimo tego, że

Once on the lips, forever on the hips

Czyli, że w dupę pójdzie. Stała się rzecz niesłychana! W końcu dotarła do mnie karta multisportu i mogę iść na siłownię! Się umówiłem z sąsiadem, że będziemy uczęszczać. Nieopodal mamy siłkę. No i, dodatkowo, jak szczęście dopisze i uda nam się rezerwację na kometkę zrobić, to zniżka też i tam będzie. Same plusy z posiadania tegoż plastiku!

Także ciasto mogłem w sumie zjeść, bo i tak na siłce je spalę. We wtorek nastąpi powrót do tego miejsca. Po 11 latach przerwy.

 

Wina, wina dajcie, bo na trzeźwo się nie da w tym kraju żyć. O reasumpcji nie będę pisał, bo mnie krew zalewa i strach ogarnia. Mafia PiS rządzi i zrobić z nami może wszystko. „Pan prezes prosi o ponowne głosowanie” – tak powiedział jakiś pan do pani marszałek. Mikrofonów nie wyłączyli. Z tego co mówił prof. Zych w Radio 357, to reasumpcję przeprowadza się wtedy, kiedy zaraz po głosowaniu poseł oświadcza, że się pomylił, a nie po półgodzinnej pogawędce w komnacie. Pan prezes prosi … Zaczynam się bać mego kraju.

Słyszałem, że na Węgrzech jest gorzej. Gazety opozycyjne drukują na Słowacji, bo u siebie to mieliby problemy (nie tylko finansowe). Media są odkupione i w całości w rękach Orbana. Jedynie Axel Springer funkcjonuje. Ale ten szmatławiec nie bawi się w politykę, więc nie jest szkodliwy. Polska drugimi Węgrami? Wałęsa kiedyś chciał nad Wisłą budować drugą Japonię. Hm, no cóż, nie wyszło. Węgry bliżej. Takie dwa bratanki jesteśmy – do kieliszka i do szklanki.

Najgorsze jest to, że nas palcami wytykają za granicą. 5 gwiazdek, 3 gwiazdki zdecydowanie!

Wina dajcie!

Odbyłem podróż po kilku winnicach w Polsce i jestem … zachwycony, zaskoczony, ujęty. Się biznes rozwija i toczy. Na sam przód zajechaliśmy do Wojtka i Joanny i ich Winnicy Milanowskiej. Oj, bardzo ładny teren. Zadbany i z różnymi atrakcjami (hamak, sauna, basen, ognisko). Wojtek (bo Joanny nie było) się nami zajął, pokazał winnicę, winiarnię i zaczął częstować. Powiedział, że po jego winach nie ma kaca. Prawdo to. Potwierdzam. Kupiłem u niego ze 4 butelki. Śniadanie nam dał i pojechaliśmy dalej.

Malina ma taki domek na wzgórzu z przepięknym widokiem. Czułem się jak w Toskanii. Oprócz kilku krzaków winogron ma krzaki owocowe, warzywne ogródki i sad. Domek jej mnie urzekł. Na jednej ścianie ma dziurę jak po pocisku armatnim. I na to zainstalowana od zewnątrz szyba. Fajny efekt.

Wojtek i Malina okazali się być przesympatycznymi ludźmi. Wieczór upłynął na opowieściach, śmiechach, konsumowaniu wyjątkowych win i dań. Szkoda, że wszystko dobre się kiedyś kończy.

Winnica Płochockich to już nie przelewki. Robi ogromne wrażenie. Ponoć z 6 hektarów. Największa winnica, to Winnica Turnau Solaris koło Szczecina. Ze 33 ha!

Basia Płochocka nas oprowadziła. Niekończące się rzędy krzewów. I jako nieliczni mieli krzaki nasadzone tarasowo. Degustował głównie Wielki Pe, bom prowadził. Dali nam nawet spróbować wina robionego metoda gruzińską, czyli w takim wielkim dzbanku ze spiczastym dnem. Wino wychodzi czerwone, ale o kolorze pomarańczowym. Nie mój klimat. Ale nabyłem 3 butelki – białe, różowe, czerwone. Wielki Pe mówił, że Basia i Marcin Płochoccy to już autorytety i często Basia udziela się w różnych grupach, na rożnych kursach jako ekspert. Odniosłem wrażenie, że dosyć z dystansem nas potraktowała. Ale może to mylne odczucie, bo w sumie Wielki Pe z branży jest, to nie trzeba wykładać jak chłop krowie na miedzy.

Winnica Nobilis jakoś najmniej mnie urzekła. Pani matka obrywała liście, także jej syn nas oprowadzał i degustację przeprowadził. Pani właścicielka nawet sympatyczna, bo kilka zdań z nią zamieniliśmy. Pani jest uczona i wykłada w Lublinie i dlatego może odniosłem wrażenie, że bardzo chemicznie do swojej uprawy podchodzi. Chemicznie i analitycznie.

Widziałem więc 4 winnice i każda była inna. Podobało mi się. Ale do piątego miejsca już nie chciałem jechać. Głód wziął górę.

Wina dajcie!

W konsekwencji zwiedzania winnic wylądowałem w Sandomierzu

i Zamościu.

Ciekawe miasta. Urokliwe. Och! I przez Szczebrzeszyn przejeżdżaliśmy! Mam fotki z dwoma chrząszczami, które wyglądają jak … koniki polne. Chrząszcz nie wydaje dźwięku, więc jak ma brzmieć w trzcinie? Trzciny też w sumie nie spotkaliśmy.

Pod Szczebrzeszynem usiedliśmy w lokalu zarekomendowanym przez Słodkokwaśną. Pyszka jedzenie. Obok knajpy było Muzeum Skarbów Ziemi i Morza. Nie zdążyliśmy odwiedzić, bo do 16.00 było otwarte. Ale co mnie urzekło, to częste “meee” dochodzące z nieopodal! Podszedłem, a i owszem. Ojej! Jakie słodkie Mee i Bee i Maleństwo. Takie umaszczone na modłę sarenki. Brązowe i gładkie. Mamusia meczała, a tatuś leżał z dzieciątkiem. Słodki widok. Mówiłem nawet Wielkiemu Pe, żebyśmy buchnęli te zwierzątka i powiększyli jego trzódkę. Ale nie chciał.

W Zamościu widziałem słynny punkt szczepień, który dzień, czy dwa przed naszym przyjazdem podpalił idiota, antyszczepionkowiec. Ludzie! Żyjcie i dajcie żyć. Nie szczepisz się? Twoja wola. Ale po kiego czorta niszczyć punkty szczepień.

Coraz częściej myślę o tym, żeby wyjechać z tego kraju. Tylko dokąd?

Wina, wina dajcie!

od kamieni obolałe stopy mam

Karimata! Czyli „dzień dobry” po grecku (heheheszek taki). Ale w związku z tym, że jest późno, to powinienem zawołać „kalispera” (καλησπέρα).

Cykad na Cykladach nie widziałem. Co do owadów, to tylko muchy były. I to w cale nie w dużych ilościach. Dziś mi sąsiad powiedział, że dachy na niebiesko malują właśnie po to, żeby pozbyć się owadów. No coś w tej teorii może być.

Wróciwszy. Odprawy na lotniskach trwały krótko. Ze 30 minut w Warszawie i tyleż samo na Santorini.

Czwarta fala szaleje ponoć w Grecji. Mykonos od wczoraj z godziną policyjną. Zero zabaw, muzyki i takich tam. Na szczęście szczęśliwie wróciłem. Bez żadnych, mam nadzieję, fal.

W sobotę odwiedziliśmy Czerwoną Plażę. Nazwa wiadomo skąd się wzięła. Wysiedliśmy w Akrotiri. Skończyła się droga, skończyła się mapa. Przed nami tylko Morze … Kreteńskie? Egejskie? Egejska to jest ulica niedaleko mnie na Stegnach.

Do Firy poszedłem nogami (ok. 2,5 km), a reszta autobusem. Ładna ścieżka prowadzi do miasta.

 

Zajechaliśmy do Akrotiri i lekka konsternacja. Patrzymy dookoła i ni chu chu nie widać plaży. Po lewej jakoś ludzie wciśnięci na kamieniach. No słabo – pomyślałem sobie. Ale nie poddawałem się. Zauważyłem, że ludzie idą gęsiego na zachód. To ja za nimi. Za jedną górą, za tym samym morzem ujrzałem czerwone skały. Szybko wskoczyłem na sam koniec plaży i wlazłem do wody. Nie. No nie! Nie da się pływać. Nie da się wejść za bardzo do wody – stwierdziłem w załamaniu. Ale postanowiłem chociaż wejść po kolana i usiąść na kamieniu i pomyśleć co dalej z tym dniem. Auć, auć i auć. Oj cężko się idzie po kamieniach w wodzie. Plaża na szczęście ma takie małe kamyki, więc aż tak źle nie idzie iść. Ale od kamieni stopy mam obolałe. Masaż taki. Czyli zdrowo.

Jako że reszta wycieczki się nie za bardzo ogarnęła i została przy przystanku autobusowym, to postanowiłem wracać. Przed wejściem na górę zauważyłem ni to mini-zatokę, ni to plażkę.

Pisałem już, że pływak ze mnie żaden, że dawno tego nie robiłem, że plaża to raczej nie ja. Ale:

ja to nawet lubię skoczyć nad morze, jezioro
ale tylko sobie patrzę, unikam kontaktu z wodą
to dlatego że jest ciemna, nie dojrzysz gdzie jest dno
a tam żyją takie, owakie i mogą znienacka dotknąć

Szybkim, zgrabnym ruchem rzuciłem ręcznik na ziemię, oznaczyłem swój teren, tłoczno nie było, i wskoczyłem do wody. Kilka kroków po kamyczkach i później już piasek. I jakieś takie, owakie mnie dotykały. Ale jakoś przeżyłem. Ech! Morza szum. Te fale. Szybko wyskoczyłem z wody i zatelefonowałem do towarzystwa, żeby natychmiast tu przyszło. I się popluskaliśmy razem. W drodze powrotnej zasiedliśmy na lunch. Było tak gorąco, że wszedłem po raz pierwszy w życiu topless do lokalu gastro. Co prawda był to ogródek tawerny, ale zawsze to restauracja. Skarciłem się nawet sam za takie faux pas, ale było tak gorąco, że dyndało mi to. Konwersując z ludźmi otrzymałem sprzężenie zwrotne – don’t make a village. No to zarzuciłem koszulkę jednak.

Jedzenie jakieś takie wzięliśmy proste. Ja fish and chips, a reszta? Już nawet nie zapamiętałem. Nawet wszystkiego chyba nie obfotografowałem. Obsługa wyglądała tak, jakby za karę pracowali.

Autobus przyjechany punktualnie o 13.20 odprowadziliśmy wzrokiem. Zabrakło nam 2 minut. Następny był za 58. No to się umościłem w leżaku z grecką kawą i zacząłem konwersować z sąsiadem obok – John z Bostonu ze stanu Masauciechs.

O 14.20 poszliśmy wyglądać autobusu. Przyjechał o kwadrans spóźniony. Kierowca niefortunnie otworzył drzwi i zdążyło wsiąść 5 osób. Bileter krzyknął do kolegi, żeby zamknął drzwi środkowe i powiedział do nas – nie ma miejsc – po czym wskoczył do środka i odjechał.

Okazało się, że przy plaży jest też przystanek. Nie trzeba było wracać do punktu przyjazdu. Także autobus tam się zapakował i do nas podjechał pełen. Nie wiem w sumie po co zajeżdżał do nas. Wróciłem do Johna i wypiliśmy piwo. Nawet się sympatycznie pogadało. O Kamali i Bidenie też kilka słów padło. Czyli polityka jest dobrym tematem.

O 15.20 podjechał autobus – i hope not to see you soon – powiedziałem żartobliwie do pana z Ameryki i poszedłem pełen beznadziei, że wsiądziemy. John dał nam telefon do taxi, także gdyby nie zabrał nas ten o 15.20, to byśmy dzwonili po taxi. Ale zabrał nas.

W Fiera zrobiliśmy zakupy i już taksówką wróciliśmy do Imerovigli (czyli naszej miejscówki).

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu. Coś się dymiło. Ponoć piasek znad Sahary przywędrował.

Ostatni zachód słońca podziwialiśmy z balkonu. Sąsiady z dołu też. Szykowali się do Anogi, ponoć najlepszej knajpy w okolicy. Nam też udało się zrobić rezerwację, ale dopiero na 22.00. Oktopusy poszły na 20.30. A skąd taka nazwa na sąsiadów? No Stefan na każdym kroku, jak mówił o knajpach, to mówił, że oni tylko oktopusy zamawiają. Anogi (jap. ta sprawiedliwość – tak dziś mówi google translator. Wczoraj ponoć pokazywał „to wszystko”) faktycznie popularne. Ludzie stojący i siedzący na zewnątrz, czekający na szczęście, że ktoś może wyjdzie wcześniej, albo ktoś nie przyjdzie.

 

 

 

Muszelki na parze były dla mnie ciut za kwaśne. Oktopus faktycznie smaczny. Chyba najlepszy jaki kiedykolwiek jadłem w knajpie. Na główne wzięliśmy golonkę. Bo obok taka mała, drobna chinka czikulinka się z nią mordowała i pachniało. W ogóle co chwilę kelnerzy golonki roznosili. Stefan akurat nas mijał, zapytał, czy oktopusa wzięliśmy i polecił jagnięcinę. Faktycznie obok kolanka wieprzowego, często z kuchni wychodziło coś przykryte liściem bananowca. Czyli jak się domyśliliśmy – owa jagnięcina. Golonka była pyszna, ale ziemniaki pieczone skąpane były chyba musztardą. Kwaśną musztardą. Nie dało się jeść. Obsługa w lokalu bardzo sympatyczna i miła. I liczna. Co chwilę podchodził do nas kto inny. Czułem się jak we włoskiej, rodzinnej knajpce.

Na koniec wyjazdu podziwiłem poświatę księżyca na morzu.

Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho

Dobrze mi, ach, jak dobrze mi

jestem pewien, że krawat po francusku jest rodzaju żeńskiego

Przebiłem dziś sąsiada Stefana i się wykąpałem w basenie o 7.40. Rześko!

Jechałem dziś do ruin, do starożytnej Firy (Ancient Thera).

I po drodze mijałem knajpę La Cravate. I przypomniało mi to lektorat z francuskiego. Cholera pamiętam kilka rzeczy z tych zajęć.

Po 1, primo, lektorka oświadczyła, że Arek-Zegarek świetnie zna język. Kolega biedny się zająknął i wyszedł mu czas przeszły, którego nie poznaliśmy jeszcze. Że li albo żee li – czyli czytam albo czytałem. Prawda, że zająknięcie może zmienić czas!?

Po 2, primo, Je me suis cassé ma jambe, czyli złamałem sobie nogę. To zdanie z użyciem czasu przeszłego pamiętam do dziś!

Po 3, primo, krawat jest rodzaju żeńskiego. No kurczaczki wbiłem to do łba! Bo tak mi się nie spodobało, czemu męska rzecz jest damska?

Starożytna część Firy jest … kompletną ruiną. Żar się dziś lał z nieba. Jak zawiało, to wszyscy odetchnęli z ulgą. I każdy, jak kania dżdżu, szukał cienia. Ja też. Lało się z pingwinka, oj lało.

Poznałem dwie pary z Niderlandów, nie mylić z Neverland. To pierwsze to do niedawna Holland się nazywało, ale się obruszyli, że do Poland podobne, a to drugie to ranczo tego ponoć pedofila, Króla Popu. Ale z Holendrami się pośmialiśmy i wyszło, że … Niemry kontra Reszta Świata, to … jakaś masakra już jest. Pierdyliard do zera.

Oh! Z góry Black Beach/Czarna Plaża wygląda jak wielki asfaltowy parking, c’nie?

Dzień był taki rozlazły. Ja ruszyłem zwiedzać, a inni nerdzili w hotelu. Ale udało mi się niektórych wyrwać do knajpy. I było jak zwykle pysznie. Wziąłem doradę, bo piątek. Pan zaoferował, że mi ją rozbierze. Zadziwił mnie. Powiedziałem mu, że nie trzeba, sam to zrobię. No to on się zdziwił.

Na kolację zjadłem jagnięcinę, bo zapomniałem wcześniej, że piątek. Oj pyszka! Chyba u Wielkiego Pe zrobimy na jesień Moją Wielką Grecką Ucztę. No mięsko przepyszne! Ładnie podane. Aż kazałem kelneru powiedzieć, żeby przekazał szefowi, że wow! A do tej jagnięciny to my … czegoż to my nie braliśmy. Piwo Metos, wino różowe, uzo! Oj. Zaszumiało lekko w głowie.

Wielki Pe ostrz noże. Mee i Bee będą biedne.

Ja nie chcę wracać! Ja chcę wygrać w euro jack pota i palić pota i zwiedzać świat!

Przecie te widoki z rana i wieczorem się nie mogą znudzić! Jest bosko! Choć pan kierowca dziś mówił, że od połowy listopada do końca lutego, to Kamari wygląda jak po inwazji zombie. Że fale zalewają miasto, psy biegają po ulicach. Hm, no cóż, to zostanę jeszcze chwilkę.

A kolejne wakacje to już w Polsce. Zaczekam, aż szanowna małżonka z córką nawiedzą Wielkiego Pe i wtedy doń wpadnę. Jakiś jazzowy festiwal ponoć gdzieś tam grają i niby mamy jechać. Wielki Pe mówi, że jakieś mecyje z tą szanowną małżonką. Ale to ponoć pół krwi Holenderka. No nie znam się. Dziś spotkałem ze dwie Dutch von De Klutch i były fajne.

Chyba zacznę się uczyć niderlandzkiego. Będzie hujowo, to znaczy dobrze.

ik wens je een goede nacht

A z ciekawostek powiem, że przez dwa i pół roku lektoratu francuskiego, ani razu pani magister nie zapisała na tablicy wyrazu „dzisiaj”. Też jakieś to ponoć hujowe słowo, aujourd’hui (czytamy ponoć ażurdłi). Co za (c)hujowe języki! Pardon my french.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑