bodajże prawie dwa lata temu, bo 2 lub 3 stycznia 2021 mieliśmy dyskusję, ciekawą dyskusję na temat permanentnej inwigilacji internetowej.
Oczywiście standardem jest wyświetlanie reklam kilka chwil po tym, jak my czegoś szukamy do kupienia w necie. Pamiętam propozycje pralek … kilka dni po tym jak zakupiłem jedną.
Ale tamtym razem poszło o nasłuch telefonowy. Że niby rozmawiasz sobie prywatnie w gronie (telefony w kieszeni albo na stole) i nagle za chwilę na internetach pojawia się niby od niechcenia reklama TEJ rzeczy, o której rozmawialiśmy.
Zrobiliśmy wtedy eksperyment. Celowo zaczęliśmy rozmawiać o piwie. Że lubimy piwo. Że nie ma nic lepszego niż zimny napój z pianką. Że Heineken, to jest coś co lubimy (nieprawda!). I tak dalej. I nic!
I tu nasuwają się dwa wnioski:
– albo wybraliśmy zły produkt, bo alkoholu się nie reklamuje. W sumie mogli bezalkoholowy produkt nam zaoferować
– albo iPhone broni się skutecznie przez takim nasłuchem. Wszyscy, jak jeden mąż mieliśmy telefony z nadgryzionym jabłkiem
Kilka razy robiłem ten eksperyment i nic!
Na niedawno zakończonych Świętach pewien pan i moja siostra …
Piszę „pewien pan”, bo jak napiszę kto to był, to od razu szwagier mnie wydzwoni i znowu zażąda tantiem i będzie się pytał, czy mam jego zgodę na cytowanie.
No więc wspomniane wcześniej osoby przytoczyły przykłady tego, jak reklama w internecie pojawiła się za chwilę po tym, jak sobie dyskutowali o tym. Siostra z koleżanką o portmonetce dywagowała i … PACH … wyskoczyła reklama portfela. Akurat takiego samego, jaki siostra aktualnie posiada!
Jeśli chodzi o mnie, to ja zauważam inne prawidłowości związane z moją aktywnością w sieci. Medyczne akurat. Sprawdzałem jaki jest limit cholesterolu i co to znaczy i … PACH … na drugi dzień artykulik na onet o tym, jak uważać, co jeść, żeby nie mieć problemu z zatykaniem się żył.
Ostatnio też miałem podwyższony kwas moczowy (już jest w porządku, proszę się nie martwić) i … PACH … na onet pokazuje się artykuł o krwi.
Muszę odstawić onet.
Wczoraj pisałem o … Kanale LaManche (przymrużenie oczka) i dziś na onet pokazuje mi się …
Obsmarowałem mój telefon ostatnio i dziś kara nastąpiła. Mój iPhone się zemścił. W Terorze! Zabrakło interentu. Nie chciał się łączyć i pomagać nawigować. Może się zagrzał? Bo nawet muzyki nie chciał grać. A internet nigdy nie był potrzebny do umilania mi czasu.
Sprawdzam sobie teraz moje konto w Plusie i widzę, że jeszcze 1,47GB w roamingu mam. Może bierze dane jak z Afryki? Bo w sumie blisko?
O ile wcześniej narzekałem na Las Palmas i bałem się mówić mojej wycieczce, że jestem tu po raz trzeci – pierwszy, ostatni i po raz ostatni, to dziś stwierdzam, że jest bajkowo. Dzisiejszy dzień najbardziej bajkowy. Nie dlatego, że dziś kończę … 29 lat … znowu. Ale dlatego, że byłem w niebie i to kilka razy.
Już wcześniej zachwycony byłem wycieczką na południe wyspy. Ale myślałem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. No właśnie, wiosna. W Polsce chyba nadal zima. Nie chce się wracać.
Początkowo mieliśmy wziąć na cały tydzień auto. Wykalkulowaliśmy, że z paliwem, parkingiem i najmem wyjdzie nam 300 euro. Jak się podzieli na głowy, to nie tak dużo. Tylko chętnych do prowadzenia maszyną nie było. Co prawda w Hiszpanii tolerancja wynosi aż 0,5 promila, ale nadal nikt się nie kwapił. Także było taxi z lotniska, autobus na południe.
Wczoraj taka szybka burza mózgów i przy pomocy map gugla szybko ustaliliśmy trasę. Auto pan nam wynajął za 46 euro z groszem. Za paliwo wyszło bez mała 19 eurasków.
Właśnie! Wczoraj na kolacji zaglądnąłem do mojego kantorku, żeby kupić hajsy, co by za kolację zapłacić. Oj, oj, motyla noga. Kurs, że kacze pióro!
Traskę taką ustaliliśmy.
I cóż mogę powiedzieć? Bajkowe widoki. Miasteczka przecudne – Agaete, Teror, Tejeda. Taka właśnie Hiszpania, jaką miałem w wyobraźni.
Drogi kręte. Auto pali jak smok. Po 100 km zatankowaliśmy 15 litrów i w sumie 165 km zrobiliśmy, czyli jakieś 9 pali. A to KIA Rio, czy coś takiego. Biały.
Kręte drogi na myśl przywiodły mi stare, dobre czasy. Wrzesień 2009 roku, kiedy to z Ulą zwiedzaliśmy Californię – San Francisco i Yosemite oraz luty 2010, kiedy to z Państwem z Europy na K. przemierzaliśmy … Californię, ale okolice Indian Wells. Kręto, strasznie, pysznie. Przygoda. I teraz też.
Jestem zauroczony wyspą.
Zastanawiam się, kto w ogóle mieszka w tych miejscowościach. Zajechaliśmy do Ageate dosyć wcześnie, więc tylko kilku lokalsów było i piło kawę. Ale w innych miejscowościach? Takie maluteńkie, że nawet psów nie ma, żeby mogły wiadomo czym szczekać.
Ale pięknie. W zachwycie jestem i chyba nie po raz trzeci tu byłem. Wiem na pewno, że Las Palmas sobie będę już darował. Choć wczoraj wylądowaliśmy w oceanarium. Wydawało mi się, że raz dwa przeszliśmy obiekt, a tu się okazało, że z 90 minut się bawiliśmy. Fajne te zbiorniki wodne. Zastanawiają mnie połączenia rekinów z takimi małymi, tłustymi, smacznymi rybkami. Nie gryzą się. Ula i ja twierdzimy, że to dlatego, że karmią dobrze, to nie muszą atakować. Z innych stworków miłych dla oka, to piranie czerwonobrzuszne wyglądały interesująco.
Północna trasa dziś okazała się udana. Zdjęcia chyba wrzucę ot tak, bez ładu i składu, bo za raz na kolację lecimy celebrować 7 marca. I żeby nie było, trenowałem dziś troszkę!
I co za historia!
Wybraliśmy się na kolację z okazji 7 marca. Wysłałem iMasaż do pani prof. ze Szczecina. Na zdjęciu byłem ja i kaktus, bo jej stary jest kaktusiarz. I co się okazuje! Ta mi odsyła zdjęcie z … kaktusem. A później z mapką, gdzie jest! Daliśmy plamę życia. Ona w Maspalomes, a ja w Las Palmas. Ona dziś w Las Pal Palmas, a ja dziś na wycieczce. Oj szkoda.Będziemy mieli co wnukom opowiadać …
przepraszać z wyspą. Las Palmas to nie moja bajka, nie zamierzam raczej tu wracać. Ale!
Dziś pojechaliśmy na południe wyspy i … jak ręką odjął! Słońce, żar lekki, ale zauważalny. Wakacje, przygoda.
Autobus jedzie w miarę szybko. Coś koło godziny, z czego ponad 15 minut to kręcenie się po Las Palmas. Siedzenia w pierwszym rzędzie nie polecam, bo panowie jeżdżą dosyć brawurowo jak na mój gust.
Wysiedliśmy w San Agustin, bo znajomi znajomych mieszkają.
Kolega kolegi od wczoraj albo dwóch dni jest na emeryturze (choć lat jeszcze nie ma) i zamierza spędzić ją pomieszkując to tu, to w Szwecji. Eh, czy ja takiej emerytury dożyję? Fajny taki mały apartamencik. Niewielka łazienka i kuchenka. Salon nawet spory i sypialnia. Do tego balkon/taras. I widok obłędny – niebo, ocean. Mieszkanie na ostatnim … piętrze, więc nikt im niczego z góry nie będzie rzucał. Przyszliśmy z pełnymi rękami – cava, wino lokalne i truskawki. Pocziloutowaliśmy się na balkonie/tarasie, pogwarzylim nie mało i ruszyliśmy nogami do Playa Del Ingles. Spacer fajny, wzdłuż oceanu.
Zjedliśmy pyszny lunch (ja krewetki i rybka) i pochlapaliśmy się w wodzie.
To znaczy ja się pomoczyłem, bo chętnych więcej nie było. Woda pioruńsko zimna. A jak wiadomo – zimna woda = małe cojones. I faktycznie, zgodnie z przestrogami, fale były dosyć mocne. Ledwo ustawałem prosto, kiedy jakiś bałwan atakował mnie. głowy nie zamoczyłem. Oj nie.
Po wyjściu z wodu, dla szybszego osuszenia, pomachałem sobie rączkami i powyginałem śmiało ciało. I znowu mi jakaś Macarena wyszła. Eh.
Po pluskaniu się weszliśmy na pustynię. Wydmy faktycznie robiły wrażenie. Wiadomix Sahara niedaleko. Spore pagórki, wydawało się, że nie do przebycia i ciągnące się są w nieskończoność.
Zostawiłem na plaży odcisk i ruszyliśmy do domu. Hm, teraz tak patrzę, że strasznie dużo selfie albo zdjęć sobie kazałem zrobić. Hm. Dziwne.
Las Plamas faktycznie ma jakiś mikroklimat. Wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów na południe i od razu słońce się robi. Jak wracaliśmy, to jak ręką odjął, ze słonecznej aury zrobiło się szaro, buro.
Ciekawy bar znaleźliśmy po drodze do hotelu. Volga się nazywa. Karta drinków długa, ale prosta. Jedna połowa, to drinki na ginach, a druga na rumach. Połasiłem się na marokański gin z tonicem. Fajny! Ale oprócz napitków uwagę przykuły ściany, a dokładnie portrety nań. Zwierzęca familia.
Aha. Wydaje mi się, że jestem w jakimś twilight zone. Tylko w naszym pokoju hotelowym, i to nie zawsze, telefon pokazuje mi odpowiednią strefę czasową. W innych częściach przybytku widzę czas madrycki (czyli godzinę do przodu). Dziś się zerwaliśmy na śniadanie. Pogoniłem towarzystwo, kiedy na zegarku w telefonie zobaczyłem 8:50. W windzie okazało się, że restauracja jeszcze nieczynna, bo od 8 zaczynają.
Nie wiem, coś mi ten iPhone się psuje. Chyba czas na niego nadszedł. A szkoda, taki ładny, amerykański. Sylwester 2017 pamiętam jak dziś. Zakupy w Garden State Plaza. Eh, czas leci. Za każdym razem wzbraniałem się przed zakupem nowego modelu, ale zawsze niefortunne wydarzenia powodowały spustoszenie mojego portfela. Miałem iPhone 6S. Dmuchałem, chuchałem na niego i co? Kraksa rowerowa. Mam X i co? Kilka upadków spowodowało, że coś szwankuje. Widzę to teraz bardzo dobrze. Bateria w 2 godziny drastycznie pada. W czwartek wróciliśmy do hotelu z 9% baterii. Po 3 minutach ładowania zobaczyłem 39%. I tak jest już cały czas. Bateria traci moc, ale bardzo szybko ją odzyskuje, jak podłączę do źródła. No nic, trzeba będzie się rozejrzeć za nowym. Eh, wydatki i wydatki.
Moi drodzy, zerknąłem dziś na moje konto i pomyślałem, że europejskich „dzjenieg” nakupię. Mój bank, i pewnie inne w Polsce też, wprowadziły super pomysł, że do jednej karty debetowej można podpiąć kilkanaście kont walutowych.
Będąc w Danii na lunchu, prędziutko otworzyłem rachunek i zaopatrzyłem się w tyle duńskich pieniędzy, ile rachunek w knajpie mówił, że mam mieć. Korony duńskie? Chyba tak.
Kurs w kantorze internetowym jest atrakcyjny, więc w sekundę nabywam walutę i płacę kartą. I karta już sama wie, czy ma się pozbyć złociszy, czy innej waluty. Nie było nigdy z tym problemu. Do dzisiaj. Pan w sklepiku zapytał mnie, czy ma mnie skasować w euro, czy w złotówkach, bo na wyświetlaczu terminala pojawiło się takie pytanie. Zbaraniałem. Już pomyślałem, że może nie zauważyłem i kartą kredytową zapłaciłem. Apple pay ma domyślnie tę kartę ustawioną. Ale nie, zapłaciłem debetową. Dziwne. Pierwszy raz mnie o to zapytało.
Także wygoda jest. Szybko się nabywa waluty i się płaci.
Ale dziś, mina mi zrzedła. Jak mi się w kantorze wyświetlił kurs euro. Auć.
Dziś dzień był leniwy. Tak, Las Palmas nie urzeka. Miasto bez wyrazu, ale ogólnie wycieczka jest sympatyczna. Hiszpanie w sektorze usług bardzo sympatyczni. Zastanawiałem się nawet, kogo bardziej lubię – Włochów czy Hiszpanów. Zawsze mi się wydawało, że tych pierwszych. Ale teraz już wiem, że raczej Italiańców.
Przepraszam, ale to co chodzi po ulicy, to jakiś dramat. Barany, które nie patrzą kogo mają na swojej drodze. A dziś hitem była senorita, która wlazła mi do przymierzalni, bo akurat odsłoniłem kotarę, żeby przejrzeć się w lustrze. Praktycznie stałem w wejściu mojej kabiny. Pani, jak gdyby nigdy nic, z telefonem przy uchu wbiła do przymierzalni i się przyczaiła w kącie. Mówię jej, że „halo”, że „zajęte”, ale pani jakaś zaaferowana rozmową i chyba niekumająca w języku lengłidż. Ale w końcu zrozumiała i wyszła. No osobliwa sytuacja.
Dziś się przeprosiłem ze sklepem Primark. W 2005 roku, odwiedzając Londyn po raz pierwszy, moi znajomi mnie tam zaprowadzili. Dzielnica Killburn. Wchodzę i widzę, jak hindusi przekopują sterty ubrań. Kurz się tylko unosił nad nimi. Jakby w grze lemingi ktoś im włączył opcję „przekopywać się”. Rok później, na flagowej ulicy stolicy Anglii, zwanej w oryginale Oxford street, otworzyli duży, ładny sklep. Kilkupiętrowy.
Wszyscy moi polscy znajomi w Londynu zachwalali to miejsce. To się skusiłem i zrobiłem tam zakupy 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Tak fatalnej jakości ubrań nie widziałem w życiu.
Ostatnio w barze lokalnym na granicy Stegien i Sadyby przekomarzaliśmy się z sąsiadką Anią i barmanką Werką. No i koleżanka zza lady wspomniała o tym, że oddała się szaleństwu zakupów w Primark. W Warszawie otworzyli niedawno i zrobili z tego straszne halo. Sąsiadka przyznaje, że nie wie co to za sklep. Ja ją szybko uświadamiam, że „to taki śmietnik z tanimi ubraniami”. Werka spiorunowała mnie szybko i odpaliła, że mogę nazywać to śmietnikiem, ale dla niej to jest fajny sklep z ciekawymi ciuszkami.
Dziś wbiliśmy do Primarku w Las Palmas. Torbę naładowałem pełną, zachwycając się, że ojej jakie to fajne i to też. Z przymierzalni wyszedłem z pustymi rękami. Powiedziałem do dziewczyny, że „nada”wręczając jej ciuszki. Wszystko było niby ok, ale nie były to ubrania dla mnie. Kupiłem 5-pak skarpet na siłkę za 2,5 euro i portki za 6 (też na siłkę). Ale muszę przyznać, że to już nie śmietnik i wygląda całkiem-całkiem. Tylko z rozmiarówką mają problem. Mają XS, M i później już 3XL. Ciężko upolować coś w rozmiarze L lub XL. Jak będę szukał dresów na długie, jesienne wieczory, to wbijam tam. Ale teraz lato idzie.
Rano, odbyłem swój rytuał – śniadanie, siłka, basen i sauna. Do basenu ktoś sardynkę wrzucił. Tłustą sardynkę. Odbyłem też pierwszą lekcję jogi. Podwodnej jogi.
Dziś poszliśmy do parku Catalina. Fajne miejsce. Takie spokojne. Sporo knajpek, starsi panowie grający chyba w domino. W kiosku kupiłem kartki dla … ale o tym ciii. Z Wawy wyślę do … ciiii.
Siedliśmy w jednym lokalu i się … obżarliśmy. Z tapasów wzięliśmy: ziemniaczki z sosem, smażony ser, chorizo i papryczki padron. Ta ostatnia przystaweczka, mimo wątpliwości wycieczkowiczów, okazała się według mnie najlepsza. Te kryształki soli świetnie pasowały. Mniam. Ale oczywiście do tego wzięliśmy jeszcze dania.
Po raz pierwszy w życiu wziąłem paellę. Z owocami morza. Nie, po raz trzeci. Pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Nie moje danie. Mieli w karcie jeszcze fiduea, czyli paella z makaronem, zamiast ryżu. No to może następnym razem.
Wracaliśmy do hotelu wzdłuż oceanu i zatańczyłem sobie z panią makarenę.
W mieście podoba mi się sztuka uliczna. Czasem można trafić na ciekawy mural.
Jutro ruszamy w głąb wyspy. We will go down south!
W opcji była te wycieczka trimaranem ekspresowym na Teneryfę. Ale 93 funty? No way Jose! (czytaj: noł łej Hoze).
Marysiu przenajświętsza, dzień jeszcze młody, a ja mam prze-kroczone 24 000 kroków. Zadepczę się na tej wycieczce.
Dziś przechadzałem się po mieście i zobaczyłem różowy budynek. Od razu na myśl przyszedł mi bon mot z mojego, i pani prof. ze Szczecina, najbardziej ulubionego serialu 07 zgłoś się. Porucznik Borewicz z porucznikiem Zubkiem przez U zwykłe odwiedzili panią Hoffman przez dwa F.
To jest kolor ochronny. Pająki bardzo nie lubią koloru różowego. Boją się go – tak na temat różowego wypowiedziała się pani z kamienicy, w której doszło do śmierci pewnej pani.
Ten budynek w mniejszym polu na żywo wyglądał bardziej różowo.
Z samego rana zeszliśmy na śniadanie i przepadłem. Churros było. Na szczęście nie takie grube i słodkie, jakie sprzedawali w metrze nowojorskim i w meksykańskiej knajpie w Wilanowie. Cieniunie i w smaku wyczuwalnej delikatnie słodyczy.
Mogłem pozwolić sobie na obżarstwo, gdyż na siłownię się wybierałem.
Oj! Dziś środa popielcowa. Ufff, na lunch mięsa nie było jednak.
Jako jedyny popływałem w basenie. Wszyscy się na mnie z politowaniem patrzyli, aż nabrałem podejrzeń. Nie wiem o co chodziło. Może o to, że dla nich jest za zimno na basen? Nie wiem.
Na godzinę 11.00 zarezerwowałem saunę, więc ranek spędziłem relaksacyjnie.
Do starego miasta szliśmy długo, gdyż nasz nawigator szedł na czuja. Mam wrażenie, że kręciliśmy się po wyspie. Ładne widoki z góry.
Ale w końcu doszliśmy. Z przerwą na lunch.
Dosyć często mijaliśmy sieć sklepów Dino z takim rozkosznym dinozaurkiem w logo. Zawsze jak jadę do Wielkiego Pe, to za mniej więcej na godzinę przed Kwakowem zaczynają się pojawiać sklepy Dino. Polubiłem je od razu. Także jak teraz widzę ten wyraz, to serce się raduje, wchdzoę do sklepu i patrzę co mają. Oczywiście te polskie Dino to inna bajka, inne logo. Ot po prostu zbieżność nazw.
Tu mają i super i hiper dino.
Siedliśmy w jakiejś knajpce przy dość sporej drodze. W nazwie mieli „tapas”, więc siedliśmy.
W Hiszpanach podoba mi się to, że mają w dupie, że oni nie mówią po angielsku, a turyści nie rozumieją po hiszpańsku. Radź sobie sam. Co prawda, są bardzo mili i starają się być pomocni, ale nie. Mówienie powoli po hiszpańsku nie powoduje, że człowiek rozumie co doń się mówi. Także wycieczka edukacyjna. Na szczęście jest internet i google. Przetłumaczy i doprowadzi gdzie trzeba.
Z w menu znalazłem, i od razu zaklepałem, ośmiornicę, bo nadal wyznaję zasadę Stefana z Grecji – bierz zawsze oktopusa. Zdecydowałem się na porcję mniejszą. Do tego dorzuciliśmy sałatkę, mniejszą porcję anchovies smażonych (tak jak nasze stynki) oraz mniejszą krokietów. Win mieli sporo, więc na jakieś dwa białe daliśmy się namówić. Hm, obsługa leniwa, przystawki przyszły na końcu, jak już wszystko zjedliśmy. Ale! O Marysiu przenajświętsza, Bóg mi w dzieciach wynagrodzi, że te małe porcje wziąłem. Pan przynosił co chwilę korytka jedzenia. Byłem pewny, że nie zrozumiał nas i dał nam full porcje, ale jak zobaczyliśmy rachunek, to okazało się, że nie. To jak wyglądają te dania w powiększonym rozmiarze!?
Po obfitym posiłku i spacerze zaszliśmy na kawę i coś słodkiego. Na koniec musiałem zejść do toalety, bom sobie łapki ubrudził i się lepiły od tych słodkości.
Myję ręce i kątem oka widzę, że ktoś się na mnie gapi!!! Jakiś młody koleś z kimś. Serce mi wyskoczyło! Zestrachałem się, aż drgnąłem dziwnie. Patrzę jeszcze, a tam …
Poczułem się jak w 5 sezonie American Horror Story!
Las Palmas mnie na razie nie porywa. Ta stara część ładna, ale to tylko tyle.
Miasto spore, ruchliwe, architektonicznie mało atrakcyjne (oprócz starej dzielnicy). Ale fajna zieleń. Nadal nie mogę się przyzwyczaić, że palmy rosną ot tak, wzdłuż dróg, tak jak u nas topole, akacje, lipy i inne takie. No i drzewka pomarańczowe powodują banana na buzi.
Kulinarnie też jakoś nieporywająco. Mam wrażenie, że za dużo smażenia w tej kuchni. Oktopus co prawda zgrillowany, ale reszta jedzenia w głębokim tłuszczu lub panierce. Muszę przetestować jeszcze ryby.
Ale wyjazd ogólnie na plus, bo z dala od tej … wojny i zimnego klimatu.
Spaliłem sobie pysia. Ale tak delikatnie. Nosek czerwony.
Miałem ciasto puszyste, mokre, jogurtowe z borówką zrobić. Tak mnie z rana naszło. Ale zadzwoniłem do Słodkokwaśnej i powiedział mi, że borówki to najlepiej na surowo jeść. Ma rację. Znalazłem nawet sprytną recepturę. Tylko zabrakło w niej … borówek. Ale pomyślałem sobie, że co ja zrobię z resztą mleka, jak tylko 1/6 szklanki muszę użyć? I cukru w domu też nie mam. Same wydatki. Także za radą kolegi kupie sobie owoc i na surowo zjem.
Ostatnio targają mną dziwne sny. Oczywiście pamiętam niewiele, bom starym już jest i pamięć nie ta.
Ale jeden zapamiętałem. Gotowałem ze Słodkokwaśną zupę. A ingrediencji w garze bez liku. Jakiś tłusty boczuś na mię zerkał. Mówię do kolegi, żeby chrzanu dodał, a ten odsuwa mięsko i pokazuje mi taką niemałą kupkę startego korzenia. Czyli pewnie jakiś żur pichciliśmy. Bon jour!
Co do wypieków, to wzięło mnie mimo tego, że
Once on the lips, forever on the hips
Czyli, że w dupę pójdzie. Stała się rzecz niesłychana! W końcu dotarła do mnie karta multisportu i mogę iść na siłownię! Się umówiłem z sąsiadem, że będziemy uczęszczać. Nieopodal mamy siłkę. No i, dodatkowo, jak szczęście dopisze i uda nam się rezerwację na kometkę zrobić, to zniżka też i tam będzie. Same plusy z posiadania tegoż plastiku!
Także ciasto mogłem w sumie zjeść, bo i tak na siłce je spalę. We wtorek nastąpi powrót do tego miejsca. Po 11 latach przerwy.
Wina, wina dajcie, bo na trzeźwo się nie da w tym kraju żyć. O reasumpcji nie będę pisał, bo mnie krew zalewa i strach ogarnia. Mafia PiS rządzi i zrobić z nami może wszystko. „Pan prezes prosi o ponowne głosowanie” – tak powiedział jakiś pan do pani marszałek. Mikrofonów nie wyłączyli. Z tego co mówił prof. Zych w Radio 357, to reasumpcję przeprowadza się wtedy, kiedy zaraz po głosowaniu poseł oświadcza, że się pomylił, a nie po półgodzinnej pogawędce w komnacie. Pan prezes prosi … Zaczynam się bać mego kraju.
Słyszałem, że na Węgrzech jest gorzej. Gazety opozycyjne drukują na Słowacji, bo u siebie to mieliby problemy (nie tylko finansowe). Media są odkupione i w całości w rękach Orbana. Jedynie Axel Springer funkcjonuje. Ale ten szmatławiec nie bawi się w politykę, więc nie jest szkodliwy. Polska drugimi Węgrami? Wałęsa kiedyś chciał nad Wisłą budować drugą Japonię. Hm, no cóż, nie wyszło. Węgry bliżej. Takie dwa bratanki jesteśmy – do kieliszka i do szklanki.
Najgorsze jest to, że nas palcami wytykają za granicą. 5 gwiazdek, 3 gwiazdki zdecydowanie!
Wina dajcie!
Odbyłem podróż po kilku winnicach w Polsce i jestem … zachwycony, zaskoczony, ujęty. Się biznes rozwija i toczy. Na sam przód zajechaliśmy do Wojtka i Joanny i ich Winnicy Milanowskiej. Oj, bardzo ładny teren. Zadbany i z różnymi atrakcjami (hamak, sauna, basen, ognisko). Wojtek (bo Joanny nie było) się nami zajął, pokazał winnicę, winiarnię i zaczął częstować. Powiedział, że po jego winach nie ma kaca. Prawdo to. Potwierdzam. Kupiłem u niego ze 4 butelki. Śniadanie nam dał i pojechaliśmy dalej.
Malina ma taki domek na wzgórzu z przepięknym widokiem. Czułem się jak w Toskanii. Oprócz kilku krzaków winogron ma krzaki owocowe, warzywne ogródki i sad. Domek jej mnie urzekł. Na jednej ścianie ma dziurę jak po pocisku armatnim. I na to zainstalowana od zewnątrz szyba. Fajny efekt.
Wojtek i Malina okazali się być przesympatycznymi ludźmi. Wieczór upłynął na opowieściach, śmiechach, konsumowaniu wyjątkowych win i dań. Szkoda, że wszystko dobre się kiedyś kończy.
Winnica Płochockich to już nie przelewki. Robi ogromne wrażenie. Ponoć z 6 hektarów. Największa winnica, to Winnica Turnau Solaris koło Szczecina. Ze 33 ha!
Basia Płochocka nas oprowadziła. Niekończące się rzędy krzewów. I jako nieliczni mieli krzaki nasadzone tarasowo. Degustował głównie Wielki Pe, bom prowadził. Dali nam nawet spróbować wina robionego metoda gruzińską, czyli w takim wielkim dzbanku ze spiczastym dnem. Wino wychodzi czerwone, ale o kolorze pomarańczowym. Nie mój klimat. Ale nabyłem 3 butelki – białe, różowe, czerwone. Wielki Pe mówił, że Basia i Marcin Płochoccy to już autorytety i często Basia udziela się w różnych grupach, na rożnych kursach jako ekspert. Odniosłem wrażenie, że dosyć z dystansem nas potraktowała. Ale może to mylne odczucie, bo w sumie Wielki Pe z branży jest, to nie trzeba wykładać jak chłop krowie na miedzy.
Winnica Nobilis jakoś najmniej mnie urzekła. Pani matka obrywała liście, także jej syn nas oprowadzał i degustację przeprowadził. Pani właścicielka nawet sympatyczna, bo kilka zdań z nią zamieniliśmy. Pani jest uczona i wykłada w Lublinie i dlatego może odniosłem wrażenie, że bardzo chemicznie do swojej uprawy podchodzi. Chemicznie i analitycznie.
Widziałem więc 4 winnice i każda była inna. Podobało mi się. Ale do piątego miejsca już nie chciałem jechać. Głód wziął górę.
Wina dajcie!
W konsekwencji zwiedzania winnic wylądowałem w Sandomierzu
i Zamościu.
Ciekawe miasta. Urokliwe. Och! I przez Szczebrzeszyn przejeżdżaliśmy! Mam fotki z dwoma chrząszczami, które wyglądają jak … koniki polne. Chrząszcz nie wydaje dźwięku, więc jak ma brzmieć w trzcinie? Trzciny też w sumie nie spotkaliśmy.
Pod Szczebrzeszynem usiedliśmy w lokalu zarekomendowanym przez Słodkokwaśną. Pyszka jedzenie. Obok knajpy było Muzeum Skarbów Ziemi i Morza. Nie zdążyliśmy odwiedzić, bo do 16.00 było otwarte. Ale co mnie urzekło, to częste “meee” dochodzące z nieopodal! Podszedłem, a i owszem. Ojej! Jakie słodkie Mee i Bee i Maleństwo. Takie umaszczone na modłę sarenki. Brązowe i gładkie. Mamusia meczała, a tatuś leżał z dzieciątkiem. Słodki widok. Mówiłem nawet Wielkiemu Pe, żebyśmy buchnęli te zwierzątka i powiększyli jego trzódkę. Ale nie chciał.
W Zamościu widziałem słynny punkt szczepień, który dzień, czy dwa przed naszym przyjazdem podpalił idiota, antyszczepionkowiec. Ludzie! Żyjcie i dajcie żyć. Nie szczepisz się? Twoja wola. Ale po kiego czorta niszczyć punkty szczepień.
Coraz częściej myślę o tym, żeby wyjechać z tego kraju. Tylko dokąd?
Bo wydawało mi się, że już nie umiem, nie potrafię.
Dziś miałem miły dzień. Tak miły, że mógłbym tu zostać dłużej.
Rano obudził mnie sąsiad z dołu. Pluskał się w basenie. Pomyślałem sobie na sam przód – chyba klepki panu się przestawiły, żeby przed 8 rano się pławić w basenie.
Ale po chwili podrapałem się po głowie, przymrużyłem lewe oko i skonstatowałem – czy ja wiem Maciek? To nie taki głupi pomysł.
Woda super miła i przyjemna. Lepsza niż o 18.00. Heh!
Aaaa, okazało się, że sąsiada mama jest/była z tej samej wsi, co … moja mama! Co za zbieg okoliczności?! Złotoria rules!
Miałem dziś miły dzień. Spotkałem miłych ludzi z UK i USA. Także Niemcy kontra Reszta Świata 0-3.
Z Brytolami schodziłem po krętych schodach do Starego Portu. Osiołkami schody obstawione. Donkey ride! Donkey ride! No może jedna osoba się skusiła.
Co do osiołka i wyrazu ezel (osioł po niderlandzku), to znam ten obcy wyraz z serialu Friends. Był taki odcinek, w którym główny bohater chciał podnająć mieszkanie od pani Holenderki i się uczył słówek. A w ich kawiarni ulubionej kelner Gunther chyba był o korzeniach holenderskich i wypalił do głównego bohatera „ezel”. Ten przewertował rozmówki i się zbulwersował. Także zapamiętałem ten wyraz.
Wielki Pe jest translatorem niderlandzkim. Kiedyś mu wypaliłem „ezel” i on zrobił taaaaaakie oczy, że warto było ten wyraz jednak zapamiętać. Kolega był przekonany, że ja znam ten język. No mina jego bezcenna. Tyle o ośle.
Fajni młodzi ludzie z UK. Się pośmialiśmy, pogadaliśmy. Okazało się, że z południa Wyspy są. A jak powiedziałem im, że na południu to ja byłem tylko w Bournemouth, to koleś mi koleżankę podsuną, bo ona stamtąd. To sobie powspominałem z nią wyjazd z 2006 roku.
Wycieczka miała być prosta – wulkaniczna wyspa i hot spring czyli gorące źródełko.
W porcie spotkałem 2 Nju Jorki i 1 Bostona. Się towarzystwo rozgadało.
Byłem przekonany, że wulkaniczna wyspa to jakaś atrakcja będzie, bo szumnie zapowiadali oglądanie krateru. Hm, no cóż, nie. Ale taki spacer pod górkę nawet miły. Zagadałem parę, bo pani się ledwo wlokła, a pan w klapkach szedł. I się okazało, że państwo z Arizony. Bardzo miłe Państwo. Także definitywnie Niemcy kontra Reszta Świata 0-3. Zdziwiłem się jakim cudem oni się w Europie znaleźli. Okazało się, że kilka krajów się otworzyło dla Ameryki. To czemu cholera ja nie mogę pojechać do moich Ul?
Ojej! Na łódce pogadałem jeszcze z Ukraińcami. Myślałem, że Ruskie, ale jak zagadałem po ichniemu, to poinformowali mnie, że z Charkowa. A oni znowu z tym „pan”. I weź im wytłumacz, że ja nie „pan”. Ja „ty” jestem. Także Germania vs Reszta Świata 0-4!
Po wyspie wulkanicznej nadszedł czas na gorące źródełka. Taka brązowa woda od siarki. Zatrzymali statek i powiedzieli, że kto chce to może skakać i podpłynąć do tych źródełek. Ze 30 metrów trzeba było płynąć. Miałem gatki kąpielowe, ale nie spodziewałem się, że to trzeba będzie wpław tam dotrzeć. Troszkę spanikowałem. Jako jedyny zszedłem po schodkach, reszta skakała z burty. Pan zaoferował mi … foam finger. Tak przynajmniej mi kolejna Amerykanka to określiła, kiedy zapytałem jej jak to się nazywa. But it’s not the offical name – ostrzegła. W każdym razie to była taka piankowa pałka. Nie wziąłem, bo się zawziąłem. Kilkanaście osób używało tego jednak. Pan w biurze sprzedającym bilety powiedział, że jak jest ta brązowa część, to już płytko i można iść. A my prawie przy tej strefie zatrzymaliśmy się. No to machnę raz rączką i nóżką i będę. I się cholera okazało, że nie! Na brąz wpłynąłem i nic nie czułem pod nogami. Poczułem jedyni panikę. Później się jednak przespacerowałem po kamienistym dnie. Auć! Wystraszyłem się jednak, że nie wrócę na łódkę! Przecie ja na studiach ostatni raz to robiłem! W Czarnej Białostockiej. Z Ulo, Monio i Gutkiem się wybraliśmy na pływanie. A pamiętam lata 80. kiedy rodzice nas na basen na Włókniarz ganiali. I zgrzyt był, bo to była niedziela i Robin Hood leciał! Trzeba było pod koniec odcinka lecieć na basen.
Także pływak ze mnie żaden, ale jak się dziś okazało, coś tam umiem.
Ale ta atrakcja z gorącymi źródełkami naprawdę pyszna! Ludzie się smarowali tym czymś z dna. Ja też się skusiłem, ale jakoś dziwnie to wyglądało i pachniało. Miałem też wrażenie, że ktoś kupę zrobił, bo błoto chyba nie pływa. No cóż, podróże kształcą.
Po tych żeglugach sąsiad Stefan zarekomendował, że idziemy na oktopus. No mnie dwa razy nie trzeba powtarzać. Było pysznie. Bo oprócz dania głównego zamówiliśmy sporo dodatków. Kolega nawet szklankę potłukł z wrażenia. Niestety moją szklankę. No cóż, zdarza się.
Gremialnie stwierdziliśmy, że nie wracamy tymi schodami, choć dziecko sąsiadów chciało na osiołku. Ale przetłumaczyliśmy, że szkoda zwierzątka.
Alternatywą był wyciąg gondolowy. Szast-prast i byliśmy na górze.
Jako jedyny postanowiłem wrócić do hotelu nogami. Reszta stwierdziła, że zmęczenie bierze górę i idą na PKS. Mnie zajęło 22 minuty. Im … 90. Jak wróciłem, to od razu zrzuciłem szaty i wskoczyłem do naszego basenu. I jak ta foka tam się pluskałem.
Na pierwszy rzut oka, nie widać cię foka – tak śpiewała chyba kiedyś Lukstorpeda.
Po ponad 4 godzinach bulgotania słońce zajrzało przez okno. Szybko pogasiłem palniki, zasłoniłem rolety i włączyłem wiatrak.
Nalałem sobie talerz zupy i siadłem do stołu. Uf, jak gorąco. Pot mnie zlał. Takżem rozebrał się do rosołu. Ale bez sensacji proszę mi tu. Żadnych bezeceństw. Przyzwoity byłem. Nie do takiego rosołu.
Rosół na kaczce okazał się pyszny. Aż sam się dziwię, bom zawsze sceptyczny jest wobec swoich dań. Pozwoliłem sobie na dwa talerze.
Ryba w sosie też niczego sobie. Ale czuję, że to chyba koniec pichcenia w tym tygodniu. Za gorąco będzie.
talerz pierwszy
talerz drugi
Włączam internety i widzę, że ktoś śmiał zażartować sobie z naszego Sebastiana, prezydenta Wolski. Po angielsku ponoć rozmawiali. No wyuczony ten pan. Brawo Sebastian.
Oczywiście oprócz znajomości języka obcego, nie mój prezydent posiada również bystrość, inteligencję i poczucie humoru. Zorientował się, że to prank. No co za wspaniały i błyskotliwy prezydent. Dobrze chyba jednak wybrali Wolacy. Będzie chyba kupa śmiechu przez kolejnych 5 lat. Ciekawe czy nasz kraj przetrwa, czy do cna go roz…..
Cholery można dostać. Ręka do góry, kto ma tak samo?! A może to Noc Kupały, Sobótka, Pierwszy Dzień Lata? Lata mi to. Fakt jest faktem, że raz na jakiś czas jakaś melodia, jakiś utwór zakrada mi się do głowy i tam zostaje! Najgorsze, że to są najgorsze piosenki.
Od samiuśkiego rana nucę „nadciąga noc komety” i nie może mi to się wybić z głowy. Czy wszystko ze mną dobrze, panie doktorze?
Na szczęście ten przebój nie jest taki ostatni. Lubiłem głos Felicjana Andrzejczaka. I ta Urszula wewtle niczego sobie. Lubię jak Ule śpiewają.
Jakoś gorąco się zrobiło. Tak niepostrzeżenie lato nadchodzi. Wczoraj u Słodkokwaśnej nam się rzutnik zagrzał. Musieliśmy dokończyć Ozark na lapsie. Jak dawniej. My przy stole, a komputer na blacie kuchennym, metr od nas. Jezioro fajne. Polecam serial. Nikt się na końcu nie spodziewał, że mordercą jest …
A mnie się dziś coś mój laps nagrzał, bo musiałem go z ud zabrać na stół. Lato idzie jak nic.
Popatrzyłem ja ci dziś na moją wieżę i nie wierzę, ile nań i weń kurzu. Czas chyba odkurzyć. Jak to śpiewał kiedyś germański duet Modern Talking Yamaha, Ja ma sołl. Fajna na moja wieżyczka. Dzięki panie z Europy na K. za pomysł kilka ładnych lat temu. Pianocraft mi się bardzo podoba i służy. Dziś jest Record Store Day w Polsce, czyli #winylowasobota. Nie mam gramofonu, ale myślałem kiedyś o nim. Wybiłem to sobie z głowy jednak szybko. Przecie ja jestem już tak leniwy, że CD mi się już nawet nie chce przełączać. A co dopiero mówić o krótkich stronach płyt winylowych? Więcej chodzenia i przewracania, niż słuchania. Ale, żeby nie było, jako fan muzyki postanowiłem posłuchać dziś muzyki z mojej kolekcji płyt kompaktowych. Streaming dziś niech odpoczywa.
Miało być na wesoło, ale przeglądam ja ci mój zbiór i stwierdzam, że słucham tylko smutnej muzyki. Trafiło na Petera Gabriela i jego Us. Oj nie, sorrki, wymiękam po drugim utworze. Za smutno. Życie jest piękne, a słuchając tego ma się ochotę żyły sobie otworzyć. Może sobie Śmieci włączyć i ich debiut pt. Garbage. Tam pani śpiewa o mnie:
I’m only happy when it rains (…) I only listen to the sad, sad songs
Nie, chyba nie. Sobota jest. To może Gwałciciela sobie zaproponuję.
Wracając do natręctw. Kiedyś mi do głowy wlazło „gdzie jest słonko, kiedy śpi, czy wilk zawsze bywa zły”. I napisałem o tym do pani prof. ze Szczecina. A ta mi odpisała, żebym szedł w cholerę, bo cały dzień też to nuci. Ha! Zaraźliwe to widać jest. To ręka do góry, kto dziś ponucił to poniżej
W końcu sprawdziła się pogodynkowa przepowiednia. Żary nadeszły. I chyba na dłużej, niż, ostatnio, na jeden dzień.
Często wracam myślami do mojej pierwszej pracy w Auchan. Tydzień po skończeniu studiów zacząłem karierę zawodową. Jako manager działu kultura (ujmijmy to ogólnie). Francuzi nauczyli nas kultury pracy i było to szczególnie widać, jak Polak-Dyrektor ich się pozbył. Zbyt kosztowne towarzystwo. Niestety na miejsce mojego Żana-Fransua awansowali takiego ćwoka Piotrka. Koleś na swoim dziale Ogród zawsze stał jak kołek i do nikogo nie odzywał się. Miał pod sobą bodajże jednego robotnika i traktował go tak właśnie. Także czar pracy prysł.
Dyrektor-Polak też osobliwy. Nie wiem kto mu tak mózg wyprał. Auchan najwspanialsze, testuj swoich pracowników i tak dalej. Nie przepadałem za nim. On za mną chyba też nie. Pewnego razu zaszedł do mnie na dział w asyście swojego nadwornego przydupasa Darka pełniącego funkcję kontrolera kosztów. Czyli łatwo się domyślić, że drugi po Bogu. No trafili chłopaki na siebie, że lepiej nie mogli.
– Maciek, masz mapę Polski – pyta dyrektor Paweł
– mam
– wiesz, gdzie są Żory?
To akurat była kolejna inwestycja, która za chwilę miała się otworzyć.
– wiem
– to nie chciałbyś się przenieść?
Wiedziałem, że to nie żart. Jedna zła odpowiedź, złe spojrzenie i z miejsca by mnie awansował ukośnie.
To akurat moja nomenklatura – awans ukośny. To samo stanowisko, ale lokalizacja niezbyt atrakcyjna.
– nie dzięki, tu mi dobrze
Uffff. Nie było kontynuacji tematu. Na szczęście popracowałem w Auchan tylko 15 miesięcy. Z sukcesami. Na 8, a chwilę później 16 hal, mój dział bił się o czołowe miejsca w Polsce. Piaseczno było nie do przeskoczenia, ale przy ciężkiej pracy Modlińską (druga lokalizacji w Wawie) i Gdańsk można było przeskoczyć. Za naszą Wielką Piątką (Sosnowiec miał takie solidne piąte miejsce) była przepaść. Oczywiście na laurach nie mogłem siąść, bo Pan nie pozwalał wpadać w zachwyt.
– Maciek, co tak Ci słabo idzie?
– Paweł, przecie 2 lub 3 w Polsce jestem w obrotach
– no ale marża niska
No to pracuję nad marżą. Spotykam w kafeterii Pana mojego.
– no i coś Ci obroty spadły
– ale marża lepsza. Zysk dla sklepu podobny – odpowiadam z dumą, że tak wolę Pana zrealizowałem szybko
– ale obrót niższy
Na takie mądro-głupie gadki zawsze wspieram się w myślach i nie tylko (w zależności od sytuacji) złotą sentencją mojego białostockiego przyjaciela Radka:
A idź ty na chuj i nogami wymachuj
No bo co z idiotą dyskutować?
Ponoć Pawełek jakoś karmę spotkał na swojej drodze zawodowej. Muszę się Ewy podpytać jak on tam skończył.
Także żary nadeszły. Do Żor nigdy nie pojechałem.
Rower oddałem na przegląd, bo coś wczoraj zaszwankował. Tak coś trzeszczało, że aż mnie szlag trafił.
Kilkukrotnie chciałem poruszyć temat jeżdżenia na rowerze. Może nie „jeżdżenia rowerem” w ogóle, tylko raczej „niedzielni rowerzyści”. Ale nie wiedziałem, czy jest sens. Uważam, że policja powinna zrobić zmasowaną akcję wpieprzania mandatów pedałującym. Koszmar jak większość „jeździ”. Czasem wspominam na blogu historyjki. Dziś, biegnę pod blok, bo mnie Piotruś minął swoim autem z moim nowym kołem do roweru. Dobiegam do przejścia i słyszę pisk opon. Babka-kierowca na milimetry zatrzymała się przed dzieciakiem na pasach. Chyba go dotknęła, tak mi się wydawało. A dzieciak beztrosko przejeżdżał przez przejście z telefonem przy uchu. Chyba się nawet nie zorientował, że przed sekundą mógł mieć problem. Kobieta złożyła ręce jak do modlitwy i przepraszała dziecko. Ale tak jak mówię, młody nawet się nie przejął. Nie spojrzał nań.
Jak jadę czasem autem i podjeżdżam pod ścieżkę rowerową, to 100 razy spojrzę w lewo i 101 w prawo zanim ruszę.
Jeśli nie ma ścieżki rowerowej, to absolutnie należy schodzić z roweru. Nie po to, żeby uprzykrzyć nam rowerzystom życie, ale po to, żeby dać szansę kierowcy nas zobaczyć w porę.
Już nawet nie będę zaczynał, kto ma pierwszeństwo, jak się ścieżki krzyżują. Ja wyznaję zasadę prawej ręki, ale większość trzyma się opcji – jadę prosto, to nikt mnie nie zatrzyma i przed nikim nie staję. Ok. Jak widzę takiego, to pozwalam wymusić pierwszeństwo. Epitafium na moim grobie „Ale miał pierwszeństwo” jakoś mnie nie satysfakcjonuje.
Hitem też są pięknie wystrojone lalki na nieziemsko drogich, hipsterskich rowerach jadące Alejami Jerozolimskimi (wow. Wyedukowane poniekąd. Nie po chodniku, ale po ulicy. Brawo) z wielkimi, równie drogimi słuchawkami na uszach. Koszmar!
Jazda po chodniku też mnie mierzi. Ok. Zdarza mi się. Rzadko, ale się zdarza. Ale nigdy nie pędzę po chodniku mijając pieszych na milimetry. Parę razy cykliści już się zaczepili o moje łokcie.
Także jestem za tym, żeby policja albo te nieroby nazwane oficjalnie Straż Miejska zrobili porządek.
Zakańczam delektując się towarzystwem mojego włączonego wentylatora.