Tag: Santorini

od kamieni obolałe stopy mam

Karimata! Czyli „dzień dobry” po grecku (heheheszek taki). Ale w związku z tym, że jest późno, to powinienem zawołać „kalispera” (καλησπέρα).

Cykad na Cykladach nie widziałem. Co do owadów, to tylko muchy były. I to w cale nie w dużych ilościach. Dziś mi sąsiad powiedział, że dachy na niebiesko malują właśnie po to, żeby pozbyć się owadów. No coś w tej teorii może być.

Wróciwszy. Odprawy na lotniskach trwały krótko. Ze 30 minut w Warszawie i tyleż samo na Santorini.

Czwarta fala szaleje ponoć w Grecji. Mykonos od wczoraj z godziną policyjną. Zero zabaw, muzyki i takich tam. Na szczęście szczęśliwie wróciłem. Bez żadnych, mam nadzieję, fal.

W sobotę odwiedziliśmy Czerwoną Plażę. Nazwa wiadomo skąd się wzięła. Wysiedliśmy w Akrotiri. Skończyła się droga, skończyła się mapa. Przed nami tylko Morze … Kreteńskie? Egejskie? Egejska to jest ulica niedaleko mnie na Stegnach.

Do Firy poszedłem nogami (ok. 2,5 km), a reszta autobusem. Ładna ścieżka prowadzi do miasta.

 

Zajechaliśmy do Akrotiri i lekka konsternacja. Patrzymy dookoła i ni chu chu nie widać plaży. Po lewej jakoś ludzie wciśnięci na kamieniach. No słabo – pomyślałem sobie. Ale nie poddawałem się. Zauważyłem, że ludzie idą gęsiego na zachód. To ja za nimi. Za jedną górą, za tym samym morzem ujrzałem czerwone skały. Szybko wskoczyłem na sam koniec plaży i wlazłem do wody. Nie. No nie! Nie da się pływać. Nie da się wejść za bardzo do wody – stwierdziłem w załamaniu. Ale postanowiłem chociaż wejść po kolana i usiąść na kamieniu i pomyśleć co dalej z tym dniem. Auć, auć i auć. Oj cężko się idzie po kamieniach w wodzie. Plaża na szczęście ma takie małe kamyki, więc aż tak źle nie idzie iść. Ale od kamieni stopy mam obolałe. Masaż taki. Czyli zdrowo.

Jako że reszta wycieczki się nie za bardzo ogarnęła i została przy przystanku autobusowym, to postanowiłem wracać. Przed wejściem na górę zauważyłem ni to mini-zatokę, ni to plażkę.

Pisałem już, że pływak ze mnie żaden, że dawno tego nie robiłem, że plaża to raczej nie ja. Ale:

ja to nawet lubię skoczyć nad morze, jezioro
ale tylko sobie patrzę, unikam kontaktu z wodą
to dlatego że jest ciemna, nie dojrzysz gdzie jest dno
a tam żyją takie, owakie i mogą znienacka dotknąć

Szybkim, zgrabnym ruchem rzuciłem ręcznik na ziemię, oznaczyłem swój teren, tłoczno nie było, i wskoczyłem do wody. Kilka kroków po kamyczkach i później już piasek. I jakieś takie, owakie mnie dotykały. Ale jakoś przeżyłem. Ech! Morza szum. Te fale. Szybko wyskoczyłem z wody i zatelefonowałem do towarzystwa, żeby natychmiast tu przyszło. I się popluskaliśmy razem. W drodze powrotnej zasiedliśmy na lunch. Było tak gorąco, że wszedłem po raz pierwszy w życiu topless do lokalu gastro. Co prawda był to ogródek tawerny, ale zawsze to restauracja. Skarciłem się nawet sam za takie faux pas, ale było tak gorąco, że dyndało mi to. Konwersując z ludźmi otrzymałem sprzężenie zwrotne – don’t make a village. No to zarzuciłem koszulkę jednak.

Jedzenie jakieś takie wzięliśmy proste. Ja fish and chips, a reszta? Już nawet nie zapamiętałem. Nawet wszystkiego chyba nie obfotografowałem. Obsługa wyglądała tak, jakby za karę pracowali.

Autobus przyjechany punktualnie o 13.20 odprowadziliśmy wzrokiem. Zabrakło nam 2 minut. Następny był za 58. No to się umościłem w leżaku z grecką kawą i zacząłem konwersować z sąsiadem obok – John z Bostonu ze stanu Masauciechs.

O 14.20 poszliśmy wyglądać autobusu. Przyjechał o kwadrans spóźniony. Kierowca niefortunnie otworzył drzwi i zdążyło wsiąść 5 osób. Bileter krzyknął do kolegi, żeby zamknął drzwi środkowe i powiedział do nas – nie ma miejsc – po czym wskoczył do środka i odjechał.

Okazało się, że przy plaży jest też przystanek. Nie trzeba było wracać do punktu przyjazdu. Także autobus tam się zapakował i do nas podjechał pełen. Nie wiem w sumie po co zajeżdżał do nas. Wróciłem do Johna i wypiliśmy piwo. Nawet się sympatycznie pogadało. O Kamali i Bidenie też kilka słów padło. Czyli polityka jest dobrym tematem.

O 15.20 podjechał autobus – i hope not to see you soon – powiedziałem żartobliwie do pana z Ameryki i poszedłem pełen beznadziei, że wsiądziemy. John dał nam telefon do taxi, także gdyby nie zabrał nas ten o 15.20, to byśmy dzwonili po taxi. Ale zabrał nas.

W Fiera zrobiliśmy zakupy i już taksówką wróciliśmy do Imerovigli (czyli naszej miejscówki).

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu. Coś się dymiło. Ponoć piasek znad Sahary przywędrował.

Ostatni zachód słońca podziwialiśmy z balkonu. Sąsiady z dołu też. Szykowali się do Anogi, ponoć najlepszej knajpy w okolicy. Nam też udało się zrobić rezerwację, ale dopiero na 22.00. Oktopusy poszły na 20.30. A skąd taka nazwa na sąsiadów? No Stefan na każdym kroku, jak mówił o knajpach, to mówił, że oni tylko oktopusy zamawiają. Anogi (jap. ta sprawiedliwość – tak dziś mówi google translator. Wczoraj ponoć pokazywał „to wszystko”) faktycznie popularne. Ludzie stojący i siedzący na zewnątrz, czekający na szczęście, że ktoś może wyjdzie wcześniej, albo ktoś nie przyjdzie.

 

 

 

Muszelki na parze były dla mnie ciut za kwaśne. Oktopus faktycznie smaczny. Chyba najlepszy jaki kiedykolwiek jadłem w knajpie. Na główne wzięliśmy golonkę. Bo obok taka mała, drobna chinka czikulinka się z nią mordowała i pachniało. W ogóle co chwilę kelnerzy golonki roznosili. Stefan akurat nas mijał, zapytał, czy oktopusa wzięliśmy i polecił jagnięcinę. Faktycznie obok kolanka wieprzowego, często z kuchni wychodziło coś przykryte liściem bananowca. Czyli jak się domyśliliśmy – owa jagnięcina. Golonka była pyszna, ale ziemniaki pieczone skąpane były chyba musztardą. Kwaśną musztardą. Nie dało się jeść. Obsługa w lokalu bardzo sympatyczna i miła. I liczna. Co chwilę podchodził do nas kto inny. Czułem się jak we włoskiej, rodzinnej knajpce.

Na koniec wyjazdu podziwiłem poświatę księżyca na morzu.

Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho

Dobrze mi, ach, jak dobrze mi

jestem pewien, że krawat po francusku jest rodzaju żeńskiego

Przebiłem dziś sąsiada Stefana i się wykąpałem w basenie o 7.40. Rześko!

Jechałem dziś do ruin, do starożytnej Firy (Ancient Thera).

I po drodze mijałem knajpę La Cravate. I przypomniało mi to lektorat z francuskiego. Cholera pamiętam kilka rzeczy z tych zajęć.

Po 1, primo, lektorka oświadczyła, że Arek-Zegarek świetnie zna język. Kolega biedny się zająknął i wyszedł mu czas przeszły, którego nie poznaliśmy jeszcze. Że li albo żee li – czyli czytam albo czytałem. Prawda, że zająknięcie może zmienić czas!?

Po 2, primo, Je me suis cassé ma jambe, czyli złamałem sobie nogę. To zdanie z użyciem czasu przeszłego pamiętam do dziś!

Po 3, primo, krawat jest rodzaju żeńskiego. No kurczaczki wbiłem to do łba! Bo tak mi się nie spodobało, czemu męska rzecz jest damska?

Starożytna część Firy jest … kompletną ruiną. Żar się dziś lał z nieba. Jak zawiało, to wszyscy odetchnęli z ulgą. I każdy, jak kania dżdżu, szukał cienia. Ja też. Lało się z pingwinka, oj lało.

Poznałem dwie pary z Niderlandów, nie mylić z Neverland. To pierwsze to do niedawna Holland się nazywało, ale się obruszyli, że do Poland podobne, a to drugie to ranczo tego ponoć pedofila, Króla Popu. Ale z Holendrami się pośmialiśmy i wyszło, że … Niemry kontra Reszta Świata, to … jakaś masakra już jest. Pierdyliard do zera.

Oh! Z góry Black Beach/Czarna Plaża wygląda jak wielki asfaltowy parking, c’nie?

Dzień był taki rozlazły. Ja ruszyłem zwiedzać, a inni nerdzili w hotelu. Ale udało mi się niektórych wyrwać do knajpy. I było jak zwykle pysznie. Wziąłem doradę, bo piątek. Pan zaoferował, że mi ją rozbierze. Zadziwił mnie. Powiedziałem mu, że nie trzeba, sam to zrobię. No to on się zdziwił.

Na kolację zjadłem jagnięcinę, bo zapomniałem wcześniej, że piątek. Oj pyszka! Chyba u Wielkiego Pe zrobimy na jesień Moją Wielką Grecką Ucztę. No mięsko przepyszne! Ładnie podane. Aż kazałem kelneru powiedzieć, żeby przekazał szefowi, że wow! A do tej jagnięciny to my … czegoż to my nie braliśmy. Piwo Metos, wino różowe, uzo! Oj. Zaszumiało lekko w głowie.

Wielki Pe ostrz noże. Mee i Bee będą biedne.

Ja nie chcę wracać! Ja chcę wygrać w euro jack pota i palić pota i zwiedzać świat!

Przecie te widoki z rana i wieczorem się nie mogą znudzić! Jest bosko! Choć pan kierowca dziś mówił, że od połowy listopada do końca lutego, to Kamari wygląda jak po inwazji zombie. Że fale zalewają miasto, psy biegają po ulicach. Hm, no cóż, to zostanę jeszcze chwilkę.

A kolejne wakacje to już w Polsce. Zaczekam, aż szanowna małżonka z córką nawiedzą Wielkiego Pe i wtedy doń wpadnę. Jakiś jazzowy festiwal ponoć gdzieś tam grają i niby mamy jechać. Wielki Pe mówi, że jakieś mecyje z tą szanowną małżonką. Ale to ponoć pół krwi Holenderka. No nie znam się. Dziś spotkałem ze dwie Dutch von De Klutch i były fajne.

Chyba zacznę się uczyć niderlandzkiego. Będzie hujowo, to znaczy dobrze.

ik wens je een goede nacht

A z ciekawostek powiem, że przez dwa i pół roku lektoratu francuskiego, ani razu pani magister nie zapisała na tablicy wyrazu „dzisiaj”. Też jakieś to ponoć hujowe słowo, aujourd’hui (czytamy ponoć ażurdłi). Co za (c)hujowe języki! Pardon my french.

no może na studiach robiłem to ostatni raz?

Bo wydawało mi się, że już nie umiem, nie potrafię.

Dziś miałem miły dzień. Tak miły, że mógłbym tu zostać dłużej.

Rano obudził mnie sąsiad z dołu. Pluskał się w basenie. Pomyślałem sobie na sam przód – chyba klepki panu się przestawiły, żeby przed 8 rano się pławić w basenie.

Ale po chwili podrapałem się po głowie, przymrużyłem lewe oko i skonstatowałem – czy ja wiem Maciek? To nie taki głupi pomysł.

Woda super miła i przyjemna. Lepsza niż o 18.00. Heh!

Aaaa, okazało się, że sąsiada mama jest/była z tej samej wsi, co … moja mama! Co za zbieg okoliczności?! Złotoria rules!

Miałem dziś miły dzień. Spotkałem miłych ludzi z UK i USA. Także Niemcy kontra Reszta Świata 0-3.

Z Brytolami schodziłem po krętych schodach do Starego Portu. Osiołkami schody obstawione. Donkey ride! Donkey ride! No może jedna osoba się skusiła.

Co do osiołka i wyrazu ezel (osioł po niderlandzku), to znam ten obcy wyraz z serialu Friends. Był taki odcinek, w którym główny bohater chciał podnająć mieszkanie od pani Holenderki i się uczył słówek. A w ich kawiarni ulubionej kelner Gunther chyba był o korzeniach holenderskich i wypalił do głównego bohatera „ezel”. Ten przewertował rozmówki i się zbulwersował. Także zapamiętałem ten wyraz.

Wielki Pe jest translatorem niderlandzkim. Kiedyś mu wypaliłem „ezel” i on zrobił taaaaaakie oczy, że warto było ten wyraz jednak zapamiętać. Kolega był przekonany, że ja znam ten język. No mina jego bezcenna. Tyle o ośle.

Fajni młodzi ludzie z UK. Się pośmialiśmy, pogadaliśmy. Okazało się, że z południa Wyspy są. A jak powiedziałem im, że na południu to ja byłem tylko w Bournemouth, to koleś mi koleżankę podsuną, bo ona stamtąd. To sobie powspominałem z nią wyjazd z 2006 roku.

Wycieczka miała być prosta – wulkaniczna wyspa i hot spring czyli gorące źródełko.

W porcie spotkałem 2 Nju Jorki i 1 Bostona. Się towarzystwo rozgadało.

Byłem przekonany, że wulkaniczna wyspa to jakaś atrakcja będzie, bo szumnie zapowiadali oglądanie krateru. Hm, no cóż, nie. Ale taki spacer pod górkę nawet miły. Zagadałem parę, bo pani się ledwo wlokła, a pan w klapkach szedł. I się okazało, że państwo z Arizony. Bardzo miłe Państwo. Także definitywnie Niemcy kontra Reszta Świata 0-3. Zdziwiłem się jakim cudem oni się w Europie znaleźli. Okazało się, że kilka krajów się otworzyło dla Ameryki. To czemu cholera ja nie mogę pojechać do moich Ul?

Ojej! Na łódce pogadałem jeszcze z Ukraińcami. Myślałem, że Ruskie, ale jak zagadałem po ichniemu, to poinformowali mnie, że z Charkowa. A oni znowu z tym „pan”. I weź im wytłumacz, że ja nie „pan”. Ja „ty” jestem. Także Germania vs Reszta Świata 0-4!

Po wyspie wulkanicznej nadszedł czas na gorące źródełka. Taka brązowa woda od siarki. Zatrzymali statek i powiedzieli, że kto chce to może skakać i podpłynąć do tych źródełek. Ze 30 metrów trzeba było płynąć. Miałem gatki kąpielowe, ale nie spodziewałem się, że to trzeba będzie wpław tam dotrzeć. Troszkę spanikowałem. Jako jedyny zszedłem po schodkach, reszta skakała z burty. Pan zaoferował mi … foam finger. Tak przynajmniej mi kolejna Amerykanka to określiła, kiedy zapytałem jej jak to się nazywa. But it’s not the offical name – ostrzegła. W każdym razie to była taka piankowa pałka. Nie wziąłem, bo się zawziąłem. Kilkanaście osób używało tego jednak. Pan w biurze sprzedającym bilety powiedział, że jak jest ta brązowa część, to już płytko i można iść. A my prawie przy tej strefie zatrzymaliśmy się. No to machnę raz rączką i nóżką i będę. I się cholera okazało, że nie! Na brąz wpłynąłem i nic nie czułem pod nogami. Poczułem jedyni panikę. Później się jednak przespacerowałem po kamienistym dnie. Auć! Wystraszyłem się jednak, że nie wrócę na łódkę! Przecie ja na studiach ostatni raz to robiłem! W Czarnej Białostockiej. Z Ulo, Monio i Gutkiem się wybraliśmy na pływanie. A pamiętam lata 80. kiedy rodzice nas na basen na Włókniarz ganiali. I zgrzyt był, bo to była niedziela i Robin Hood leciał! Trzeba było pod koniec odcinka lecieć na basen.

Także pływak ze mnie żaden, ale jak się dziś okazało, coś tam umiem.

Ale ta atrakcja z gorącymi źródełkami naprawdę pyszna! Ludzie się smarowali tym czymś z dna. Ja też się skusiłem, ale jakoś dziwnie to wyglądało i pachniało. Miałem też wrażenie, że ktoś kupę zrobił, bo błoto chyba nie pływa. No cóż, podróże kształcą.

Po tych żeglugach sąsiad Stefan zarekomendował, że idziemy na oktopus. No mnie dwa razy nie trzeba powtarzać. Było pysznie. Bo oprócz dania głównego zamówiliśmy sporo dodatków. Kolega nawet szklankę potłukł z wrażenia. Niestety moją szklankę. No cóż, zdarza się.

Gremialnie stwierdziliśmy, że nie wracamy tymi schodami, choć dziecko sąsiadów chciało na osiołku. Ale przetłumaczyliśmy, że szkoda zwierzątka.

Alternatywą był wyciąg gondolowy. Szast-prast i byliśmy na górze.

Jako jedyny postanowiłem wrócić do hotelu nogami. Reszta stwierdziła, że zmęczenie bierze górę i idą na PKS. Mnie zajęło 22 minuty. Im … 90. Jak wróciłem, to od razu zrzuciłem szaty i wskoczyłem do naszego basenu. I jak ta foka tam się pluskałem.

Na pierwszy rzut oka, nie widać cię foka – tak śpiewała chyba kiedyś Lukstorpeda.

Kurczaczki, bosko tu jest.

 

 

 

a nie zgadzam się …

 

A nie zgadzam się … z Lulumpusiem, który na moje stwierdzenie, że Grecy są mili odparł coś w stylu – bo ty jesteś turystą. Oni chcą twoich pieniędzy.

Nie, nie zgadzam się. Do końca się nie zgadzam. Podróżowałem to tu, to tam i jakoś mogę porównać miłość lokalsów do turystów. Grecy są naprawdę mili. Oczywiście są wyjątki, takie jak kierowcy autobusów lokalnych (i też nie wszyscy), ale gros ludzi jest przesympatycznych, życzliwych i miłych.

Z dołu nasi sąsiedzi Polacy okazali się być z … Białegostoku. Integracja nastała. Stefan mnie melonem poczęstował, a później dali nam spory kawałek pizzy. Czyli Polak za granicą umi się zachować.

Niemry już nie umijo. Obtańcowałem jakieś dwie germańskie lale w autobusie. Wsiedliśmy do PKS-u do Oia z miejscowości Thera (czyta się Fira). No i lalki zaczęły się rechotać. Z byle czego. Śmiechu kupa i komentarze. Po mojej uwadze jedna z turystek odrzekła – dziękuję, że zwróciłeś mi uwagę. Nie wiedziałam jak się zachowywać w autobusie. Oczywiście wszystko było podlane ironią. Zignorowałem idiotki, choć miałem szczerą ochotę powiedzieć im mach die Klappe zu. Na szczęście do końca podróży było już cicho.

W Thera na sam koniec podróży PKS-em miałem przesympatyczną rozmowę z dwiema dziołchami z Miami. Są już tu 6 dni i wszystko wiedzą i się bardzo chętnie podzieliły wiedzą. Czyli jednak Niemcy vs USA 0-1. Do przerwy zero jeden.

Pojechać dziś chcieliśmy do starożytnej Thery. Wywiedziałem się wszystkiego i już pędziliśmy do Kamari (południowy wschód wyspy). Hm, autobusy jeżdżą do starej części wyspy codziennie, oprócz … śród.

Heh. Przeszliśmy się po czarnej, kamienistej plaży i wsiedliśmy w autobus. Tu wszystko się zjeżdża i rozjeżdża do Thery. Taka funkcja jak Dworzec Centralny w komunikacji nocnej Warszawy. Postanowiliśmy pojechać na sam koniec północnej części wyspy, do Oia.

I powiem tak, o ile wczoraj pisałem, że Mykonos górą, to dziś cofam. Jednak Santorini.

A Oia jest bajkowa, malownicza, przecudna.

Chciałem dziś zamówić musakę, ale akurat wyszła, więc wziąłem jakiegoś prosiaka z kociołka. Była też carbonara i sałatka santoryńska. Mniaaaaaam.

Jutro czas na wyspę wulkaniczną i ciepłe źródła.

Co do słoneczka, co rozchmurzyło buzię, to powiem, że wszystko co mówili znajomi się sprawdza.

Nasmarowałem pysia, założyłem okular i kapelutek, a i tak mordka czerwona. Dodatkowo klata czerwona, a t-shirt nie był zdejmowany.

Teraz siedzę sobie nad basenem, podziwiam Oię z daleka oraz zatokę. Bryza mnie po buzi smyra i czuję, jak mnie lekko pali.

Słyszałem, że w Polsce żar się leje. Jak to dobrze, że mię tam nie ma.

moje wielkie greckie wakacje

No wieje! I rozwiewa mnie.

 

Zamierzam obejrzeć wszystkie filmy o Grecji. Grek Zorba. Moje Wielkie Greckie Wesele. Gladiator. Spartakus. Kleopatra. I takie tam.

Wszyscy mówili, że będzie piekło. No i mieli rację. Ale! Ale ja prędko nauczyłem się, że trzeba trzymać się nabrzeża, bo wieje. Bosko wieje. I rozwiewa mnie. Nawet można powiedzieć, że jest chłodno. Czmychając w głąb wyspy znowu czuje się żar i spiekotę. Można spłonąć. I faktycznie, nie czuć tego słońca. A jest i grzeje. Rozchmurzoną ma buzię nasze słoneczko.

 

Mykonos.

Przylecieliśmy z małą przygodą. Nie mogliśmy się oderwać … od rękawa. Zapewniali, że to wina nie samolotu. Dolecieliśmy szczęśliwie. Z lotniska do hotelu było za 15 euro. Odległość z 2 kilometry. Kolejne 600 metrów musieliśmy iść, bo w te wąskie uliczki nic już nie wjedzie. A przynajmniej taxi.

Miasteczko Mykonos mnie oczarowało. Te białe domki, ta niebieskość, te wyślizgane chodniki/uliczki. No uroczo.

Się zgapiliśmy wieczorem. Bo sobie sjestowaliśmy w pokoju. Patrzymy co chwila przez okno, że jeszcze widno jest. No to siedzimy dalej. W pewnym momencie mówię, że jest po 21. Postanowiłem wyjrzeć przez okno i zadrzeć łeb. Ciemne niebo. A na ulicy widno. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że naprzeciw jest sklep z duperelą, który ma mocne światło na ulicę. Sklepy mają czynne chyba do północy, bo tak w jednym powiedziała nam pani. Szarpnąłem się nawet na oryginalną grecką wełnę.

Santorini

Na kolejną wyspę przypłynęliśmy sporym statkiem. Ponad 2 godziny drogi. Na miejscu podbija do nas pan z pytaniem „taxi?”.

– ile? – się pytam

Pan nas prowadzi pod budkę z napisem „shuttle bus” i mówi:

– 100 euro ale zabierze nas do hotelu. 180 euro to ekskluzywnie zabierze nas do hotelu

– za drogo! – mówię mu

– 80 euro – pan schodzi z ceny

– zwariowałeś? – pytam się

– 60 euro – schodzi pan jeszcze bardziej

Odchodzimy od człowieka i szukamy normalnej taxi.

Podchodzi pan inny i się go pytam, czy są tu normalne taxi. Pan mówi „sure” i pokazuje nam … shuttle busy.

– 100 euro – mówi pan – skąd jesteście?

– z daleka – mówię już mocno podirytowany

Ogólnie miał nas zabrać transport z hotelu w ramach ceny za hotel, ale nasz statek miał w sumie opóźnienie 90 minutowe. Pan kierowca dzwonił do nas, ale w ogóle go nie mogłem usłyszeć. Pytam się kolegi, który organizował hotel i kierowcę, czy informował ich o opóźnieniu. Okazało się, że nie, no bo przecież hotel mógł sprawdzić, że nasz prom się spóźnia.

Wkurw mi urósł.

Oddzwaniam do kierowcy hotelowego i ledwo co udaje mi się usłyszeć, że nie czeka na nas już. Mamy wziąć taxi i nam zwrócą.

– skąd? Amerika? – pyta się pan w porcie

– nie. Przepraszam, ale mamy 90 minut opóźnienia. Nie mam czasu na rozmowy. Ile za taxi?

– 100 euro

– nie ma mowy

– a ile dacie? – dopytuje się

– 30 za wszystkich

– ok

Oj dobrze, że to auto z wypożyczalni zwróciliśmy. Oj dobrze. Dróżki wąskie, kręte, jak tu jechać? A nasz hotel dodatkowo w takim miejscu, że już się nie da podjechać. Ponoć nasze miejsce ma 11 kondygnacji. Jak wchodziliśmy od góry, to wydawało się, że to tylko kilka pokoi. Ale cóż, na zboczu stoi, więc pewnie z drugiej strony ma te 11 pięter. Mnie w sumie interesuje basen.

Jak na razie Mykonos mi się podoba bardziej. Ale zobaczymy później.

Grecy przemili. Jedzenie obłędne.

Sałatka grecka nabiera zupełnie innego wymiaru. Owoce morza też. W końcu feta zaczyna mi smakować. Pierwszy raz zjadłem fish egg salad, czyli taramasałatę. Mniam i mlask! Aha, miecznika już nigdy nie kupię w Carrefourze. Tu, to sama rybka rozpływa się w buzi.

W knajpach zaciągają plastikowe, transparentne ścianki, żeby nie wywiało gości i jedzenia za stolików. Tak wieje. Nam pan przyniósł rachunek zgnieciony i wciśnięty w kieliszek, który postawił dnem do góry. Trzeba sobie jakoś radzić.

A że słonko żarzy, to co ja na to poradzę. Muszę trzymać się morza. No wieje! I rozwiewa mnie.

Co do cen, to hmmm – kochane pieniążki przyślijcie rodzice.

Z ostatniej chwili. O 22.10 wrócili sąsiedzi z dołu. Tatuś włączył jakąś pod nózię muzę. Mamusia się wygina w krótkim tańcu, a córka w basenie się pluska z włączonym komunikatorem. Relacjonuje koleżankom, co robi w wodzie. Widać, że tak jak i my są w niebie. Państwo się odzywa, komunikuje ze sobą … po polsku … A to ci niespodzianka.

 

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑