podróże,  życie

od kamieni obolałe stopy mam

Karimata! Czyli „dzień dobry” po grecku (heheheszek taki). Ale w związku z tym, że jest późno, to powinienem zawołać „kalispera” (καλησπέρα).

Cykad na Cykladach nie widziałem. Co do owadów, to tylko muchy były. I to w cale nie w dużych ilościach. Dziś mi sąsiad powiedział, że dachy na niebiesko malują właśnie po to, żeby pozbyć się owadów. No coś w tej teorii może być.

Wróciwszy. Odprawy na lotniskach trwały krótko. Ze 30 minut w Warszawie i tyleż samo na Santorini.

Czwarta fala szaleje ponoć w Grecji. Mykonos od wczoraj z godziną policyjną. Zero zabaw, muzyki i takich tam. Na szczęście szczęśliwie wróciłem. Bez żadnych, mam nadzieję, fal.

W sobotę odwiedziliśmy Czerwoną Plażę. Nazwa wiadomo skąd się wzięła. Wysiedliśmy w Akrotiri. Skończyła się droga, skończyła się mapa. Przed nami tylko Morze … Kreteńskie? Egejskie? Egejska to jest ulica niedaleko mnie na Stegnach.

Do Firy poszedłem nogami (ok. 2,5 km), a reszta autobusem. Ładna ścieżka prowadzi do miasta.

 

Zajechaliśmy do Akrotiri i lekka konsternacja. Patrzymy dookoła i ni chu chu nie widać plaży. Po lewej jakoś ludzie wciśnięci na kamieniach. No słabo – pomyślałem sobie. Ale nie poddawałem się. Zauważyłem, że ludzie idą gęsiego na zachód. To ja za nimi. Za jedną górą, za tym samym morzem ujrzałem czerwone skały. Szybko wskoczyłem na sam koniec plaży i wlazłem do wody. Nie. No nie! Nie da się pływać. Nie da się wejść za bardzo do wody – stwierdziłem w załamaniu. Ale postanowiłem chociaż wejść po kolana i usiąść na kamieniu i pomyśleć co dalej z tym dniem. Auć, auć i auć. Oj cężko się idzie po kamieniach w wodzie. Plaża na szczęście ma takie małe kamyki, więc aż tak źle nie idzie iść. Ale od kamieni stopy mam obolałe. Masaż taki. Czyli zdrowo.

Jako że reszta wycieczki się nie za bardzo ogarnęła i została przy przystanku autobusowym, to postanowiłem wracać. Przed wejściem na górę zauważyłem ni to mini-zatokę, ni to plażkę.

Pisałem już, że pływak ze mnie żaden, że dawno tego nie robiłem, że plaża to raczej nie ja. Ale:

ja to nawet lubię skoczyć nad morze, jezioro
ale tylko sobie patrzę, unikam kontaktu z wodą
to dlatego że jest ciemna, nie dojrzysz gdzie jest dno
a tam żyją takie, owakie i mogą znienacka dotknąć

Szybkim, zgrabnym ruchem rzuciłem ręcznik na ziemię, oznaczyłem swój teren, tłoczno nie było, i wskoczyłem do wody. Kilka kroków po kamyczkach i później już piasek. I jakieś takie, owakie mnie dotykały. Ale jakoś przeżyłem. Ech! Morza szum. Te fale. Szybko wyskoczyłem z wody i zatelefonowałem do towarzystwa, żeby natychmiast tu przyszło. I się popluskaliśmy razem. W drodze powrotnej zasiedliśmy na lunch. Było tak gorąco, że wszedłem po raz pierwszy w życiu topless do lokalu gastro. Co prawda był to ogródek tawerny, ale zawsze to restauracja. Skarciłem się nawet sam za takie faux pas, ale było tak gorąco, że dyndało mi to. Konwersując z ludźmi otrzymałem sprzężenie zwrotne – don’t make a village. No to zarzuciłem koszulkę jednak.

Jedzenie jakieś takie wzięliśmy proste. Ja fish and chips, a reszta? Już nawet nie zapamiętałem. Nawet wszystkiego chyba nie obfotografowałem. Obsługa wyglądała tak, jakby za karę pracowali.

Autobus przyjechany punktualnie o 13.20 odprowadziliśmy wzrokiem. Zabrakło nam 2 minut. Następny był za 58. No to się umościłem w leżaku z grecką kawą i zacząłem konwersować z sąsiadem obok – John z Bostonu ze stanu Masauciechs.

O 14.20 poszliśmy wyglądać autobusu. Przyjechał o kwadrans spóźniony. Kierowca niefortunnie otworzył drzwi i zdążyło wsiąść 5 osób. Bileter krzyknął do kolegi, żeby zamknął drzwi środkowe i powiedział do nas – nie ma miejsc – po czym wskoczył do środka i odjechał.

Okazało się, że przy plaży jest też przystanek. Nie trzeba było wracać do punktu przyjazdu. Także autobus tam się zapakował i do nas podjechał pełen. Nie wiem w sumie po co zajeżdżał do nas. Wróciłem do Johna i wypiliśmy piwo. Nawet się sympatycznie pogadało. O Kamali i Bidenie też kilka słów padło. Czyli polityka jest dobrym tematem.

O 15.20 podjechał autobus – i hope not to see you soon – powiedziałem żartobliwie do pana z Ameryki i poszedłem pełen beznadziei, że wsiądziemy. John dał nam telefon do taxi, także gdyby nie zabrał nas ten o 15.20, to byśmy dzwonili po taxi. Ale zabrał nas.

W Fiera zrobiliśmy zakupy i już taksówką wróciliśmy do Imerovigli (czyli naszej miejscówki).

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu. Coś się dymiło. Ponoć piasek znad Sahary przywędrował.

Ostatni zachód słońca podziwialiśmy z balkonu. Sąsiady z dołu też. Szykowali się do Anogi, ponoć najlepszej knajpy w okolicy. Nam też udało się zrobić rezerwację, ale dopiero na 22.00. Oktopusy poszły na 20.30. A skąd taka nazwa na sąsiadów? No Stefan na każdym kroku, jak mówił o knajpach, to mówił, że oni tylko oktopusy zamawiają. Anogi (jap. ta sprawiedliwość – tak dziś mówi google translator. Wczoraj ponoć pokazywał „to wszystko”) faktycznie popularne. Ludzie stojący i siedzący na zewnątrz, czekający na szczęście, że ktoś może wyjdzie wcześniej, albo ktoś nie przyjdzie.

 

 

 

Muszelki na parze były dla mnie ciut za kwaśne. Oktopus faktycznie smaczny. Chyba najlepszy jaki kiedykolwiek jadłem w knajpie. Na główne wzięliśmy golonkę. Bo obok taka mała, drobna chinka czikulinka się z nią mordowała i pachniało. W ogóle co chwilę kelnerzy golonki roznosili. Stefan akurat nas mijał, zapytał, czy oktopusa wzięliśmy i polecił jagnięcinę. Faktycznie obok kolanka wieprzowego, często z kuchni wychodziło coś przykryte liściem bananowca. Czyli jak się domyśliliśmy – owa jagnięcina. Golonka była pyszna, ale ziemniaki pieczone skąpane były chyba musztardą. Kwaśną musztardą. Nie dało się jeść. Obsługa w lokalu bardzo sympatyczna i miła. I liczna. Co chwilę podchodził do nas kto inny. Czułem się jak we włoskiej, rodzinnej knajpce.

Na koniec wyjazdu podziwiłem poświatę księżyca na morzu.

Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho

Dobrze mi, ach, jak dobrze mi

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.