Tag: covid

twindemia

Świat nie przestaje mnie zadziwiać.

Ostatnio tak sobie gaworzyłem z kimś, że cisza w sprawie pandemii w mediach. A dwa lata temu i w ubiegłym roku zamknięci byliśmy i bombardowani zatrważającą liczbą nowych przypadków. Strach blady!

Ale po dwóch latach to już nudno było mówić o zarazie. Na nikim liczby już nie robiły wrażenia. Maski tylko uwierały, a nie chroniły. Poza tym ludzie się zaszczepili i … nastała wojna. Kolejny gorący temat.

Ale ile można pisać i o czym przez te 8 miesięcy? Wiadomo – Putin chuj. Tak nawet stoi na pewnym stoisku w Food Town’ie w Fabryce Norblina.

Przypadki covidowe już nie robią wrażenia i już nie są nawet tak chętnie publikowane. Każdy kto ostatnio to przechodził mówił, że testy robili w domu, więc lekarz już nie wysyłał na dodatkowe sprawdzanie i oficjalnie przypadkiem już te osoby nie były.

I dziś tak ścichapęk słyszę w radio jednym uchem, że na Ukrainie mnożą się przypadki grypy i covidu. Twondemia nadciąga. Spodobał mi się wyraz i rozśmieszył zarazem. Czego to media nie wymyślą. Teraz będziemy słuchać w radio o równoczesnych atakach grypy i covid. Niemcy i my ponoć najbardziej zagrożeni.

A tak sobie zerknę na wczorajsze dane corony. U nas 171 nowych przypadków, a u zachodnich sąsiadów … 115 535! O-o!

Ciekawe co się u nas zadzieje? Zamkną nas? Maski nam założą? Ciekawe.

Ale ta twindemia brzmi ciekawe. Nada poobserwować w tym temacie narrację naszych rządzących. Znowu na nas blady strach padnie?

kwarantanna

hejka kochani. Od niedzieli jestem na kwartannie. To znaczy byłem … chyba.

Absurdy polskiego systemu.

W sobotę odwiedziłem nikogo, na siłowni też nie byłem. Po północy wracałem od nikogo i w niedzielę obudziłem się z gorączką oraz ściskiem w gardle. Szybko skonsultowałem się ze znachorem z luxmed. Pan dochtór zapytał, czy mogę zdjęcie gardzieli zrobić. Chwileczkę – rzekłem i poszedłem do łazienki. W jednym telefonie zapaliłem latarkę i zaświeciłem w jamę ustną, a drugim próbowałem zrobić fotkę. Nie dało się za bardzo, bo albo świecę, albo robię fotkę. Zdjęcie z flashem też nie wychodziło. Wysłałem to co miałem. Pan doktór powiedział, że nic nie widzi. To nie mogę – odpowiedziałem. Medyk zaaplikował medykamenty i już.

W związku z tym, że w czwartek lecę do Wiednia i nie chciałem narażać tych osób, których nie widziałem w sobotę (przymrużenie oczka), to postanowiłem zapisać się na test covidowy.

Zadzwoniłem do koleżanki z Poznania, co ją niby stary zaraził w środę, bo on grał w tenis z kolegą, który okazał się być pozytywny. Trafiło nią. Powiedziała, że w środę czuła się jak po pierwszej dawce szczepionki – bardzo chorobliwie. Postanowiła pójść na test. Także wiedziała co i jak postępować.

Wszedłem na zaufany profil i klikam. Ok, dostałem SMS z potwierdzeniem terminu i miejsca. Następny dzień o 8:10 ale na … Pradze-Północ. O Marysiu! O tej porze, to makabra przez całe miasto jechać. No ewentualnie do metra, do drugiego metra i z Wileniaka nóżkami. Klikam w odmowę i wybór innego terminu. Kuj-pom, małopolska – taki miałem wybór. No kurczaczki! Nie wierzę, że w całej Warszawie jest tylko jedno miejsce i jeden termin! – pomyślałem. No może nie do końca tak pomyślałem, bo parę kurew poleciało w zdaniu. To znaczy kurczaczków i jeżów. Cofam się i wybieram pierwotną opcję. Bolt na szczęście w 20 kilka minut za 30 złociszy dowiózł. Komunikacja miejska odpadła, gdyż bardzo nie czułem się na siłach tak podróżować.

 

W niedzielę wieczorem zadzwonił automat z Sanepidu.

Jeśli nazywasz się (tu moje imię i nazwisko) wciśnij 1

Jeśli nie jesteś tą osobą, wciśnij 2

Jeśli chcesz jeszcze raz odsłuchać wiadomość wciśnij 3

Wciskam 1

Nie wybrano żadnej opcji

Wciskam 3

Jeśli nazywasz się (tu moje imię i nazwisko) wciśnij 1

Jeśli nie jesteś tą osobą, wciśnij 2

Jeśli chcesz jeszcze raz odsłuchać wiadomość wciśnij 3

1

Nie wybrano żadnej opcji

1

Nie wybrano żadnej opcji

A srał na was pies. Rozłączam się.

 

Koleżanka wspomniana powiedziała, że kazano jej ściągną apkę Kwarantanna domowa i udostępnić … galerię zdjęć. Powiedziała, że w życiu, gdyż ma tam propagandę na obecną władzę. Nieudostępnienie galerii = nieuruchomienie apki = nie dobrze.

Ok, rozumiem, że miałbym za pośrednictwem takiej apki wrzucać Państwu Polskiemu zdjęć udawadniających, że o tej porze jestem w domu i się kwarantannuję, ale udostępnianie galerii?! W życiu. To jest gwałt na mojej prywatności!

Koleżanka dostała wynik na drugi dzień. Był negatywny, więc postanowiła nie zaprzątać sobie głowy tematem kwarantanny.

 

Inna koleżanka powiedziała, że jak Sanepid nie kontaktuje się ze mną, to ja mam obowiązek sam się na kwarantannę zapisać. Poczytałem sobie mądrości na stronie „gov” i zauroczyło mnie zdanie. Coś w stylu – możesz pobrać obowiązkową aplikację Kwarantanna Domowa. Hm, skupiłem się na słowie „możesz”, a nie „obowiązkowa”. Mogę, ale nie muszę. To nie muszę. Taka logika w chorobie.

W poniedziałek znowu zadzwonił automat z Sanepidu. Tym razem po wybraniu 1 usłyszałem, że jestem na kwarantannie i mam pobrać aplikację. Hm, po chwili przyszedł SMS.

Czytam również jak przygotować się do badania. Na dwie godziny przed mam:

– nie palić

– nie rzuć gumy

– nie myć zębów

– nie jeść

– nie pić

– nie płukać gardła

 

Wstałem o 6, wypiłem szklankę wody i zacząłem zbierać się na wymazik. O 8.10 pani wsadziła mi patyczek w jedną dziurkę nosa mówiąc, że będzie bardzo nieprzyjemne uczucie. Po czym wsadziła ten sam patyczek w drugą dziurkę mego nosa. Po zabiegu powiedziałem do niej śmiejąc się i mówią odkrywczo – faktycznie nieprzyjemne uczucie!

Pani dała karteczkę z informacją jak i skąd pobrać wyniki, które będą dostępne od 24 do 72 godzin. Szybko przeliczyłem, że 72 godziny miną o 8.10 w czwartek. Samolot mam po 10, to zdążę do Wiednia polecieć, jeśli wynik będzie negatywny.

Po wyjściu zastanowiło mnie po co te wytyczne przed badaniem, skoro z nosa jest pobierany materiał?

Zadzwoniłem do koleżanki z Poznania i mówię, jak mi poszło. Załamałem się, jak mi powiedziała, że czas leci od momentu trafienia próbki do laboratorium. U niej to było przed 18.00. O kurczaczki! Przecie w najgorszym scenariuszu nie będę mógł wyjść z domu na samolot, bo będę cały czas na kwarantannie. Już myślałem naskrobać mail do Austrian Airlines, żeby się na piątek przepisać. Ale postanowiłem zrobić to dopiero w środę. Koleżanka dostała swój wynik po ponad 23 godzinach od trafienia próbki do laboratorium. No to czekam.

Przed 20.00 wszedłem ot tak na stronę i zobaczyłem, że są wyniki!

Nie wykryto RNA wirusa SARS-CoV-2 (wynik ujemny)

Vienna’s calling! Lecę!

Szybkie info do kilku osób, których w sobotę nie widziałem (przymrużenie oczka), żem zdrowy jest i już walizkę zacząłem odkurzać i przewodniki po Wiedniu przeglądać. W Australii (przymrużenie oczka) byłem tylko raz. Na nartach. Kupiliśmy skipass na lodowiec na 3 dni, a pojeździliśmy … jeden. Drugiego dnia wiało bardziej niż w Kieleckiem, a trzeciego nawaliło śniegu i zamknęli drogi. Cóż na bakuganach też się fajnie zjeżdża.

Na szczęście szybką inną górkę nieopodal odkryliśmy i już jak ludzie pozjeżdżaliśmy na deskach. Także to będzie mój drugi raz w Austrii. Stolica tym razem. Sznycla już mamy zarezerwowanego, bo ktoś nam doradził zrobić rezerwację w restauracjach na weekendowe dni.

Wracając do tematu pobrania obowiązkowo aplikacji Kwarantanna Domowa, to pan od Państwa z Europy na K. mi uświadomił pewną rzecz. Jak ja mam na swój telefon pobrać cokolwiek? Przecie ja wciąż używam …

I tej wersji się trzymam. Ten z jabłkiem pożyczyłem dużo wcześniej od sąsiada, żeby zrobić zdjęcie mojej Nokii (przymróżenie oczka). Dziś już mu mogę oddać, bo przecie negatywny jestem. Także policja niech mnie odwiedza. Wczoraj, wracając z testu zajrzałem do pani Agi z warzywniaka. Za włoszczyzną poszedłem. Wiadomo, na chorobę najlepszy rosół. Wracam z siatką do domu, a tu przede mną Strażnik Miejski! O kurczaczki! Już mnie namierzyli – myślę sobie. Postanowiłem założyć kaptur, szybko pana prześcignąć i wbiec do mieszkania. Jakby dzwonił domofonem, to bym odebrał. Ale pan już przy domofonie stał. Ogólnie z kwarantanny jest się zwolnionym, jak się na test jedzie. Ale ta siatka!? Por mi wystawał. Pomyślałem, że powiem mu, że wracając z testu, sąsiadka mi na ogrodzenie, pod moim blokiem, zawiesiła siatkę. Ale patrzę na domofon, a tam … nie mój numer. Ufff.

Szczęśliwy z wyniku zasnęło mi się szybko. Ale jakieś durne sny miałem.

Najpierw byłem sam w Azji. I próbowałem przejść przez ulicę. Jezdnia była szeroka na ze 100 metrów! Po drugiej stronie reklam i neonów od groma. Nie widziałem jakie jest światło. Uderzyło mnie to, że ulica była pusta! Żadnych aut. A przecie wszyscy co byli na przykład w Wietnamie mówili, że przejść przez ulicę ciężko. Stoję jak głupi i czekam. Raptem widzę, że jakieś turystki postanowiły przejść przez jezdnię. To ja za nimi. I coś mi się ciężko szło. Postanowiłem zdjąć buty i iść boso. Ale to jakoś niebezpiecznie i niehigienicznie. Postanowiłem znaleźć sklep z klapkami! Ale zaczęło padać i wsiadłem do autobusu. Obok mnie siedziała rozwalona na siedzeniu mulatka, a jakiś czarnoskóry młodzieniec lubieżnie na nią zerkał.

Później byłem nie wiadomo gdzie. Ni to motel amerykański, ni to polski akademik. Byłem u kumpla na nie wiadomo czym. Ni to impreza, ni to oglądanie meczu. Co chwilę wychodziłem na fajkę! Kupiłem sobie paczkę i postanowiłem całą ją spalić, żeby na drugi dzień nie kusiło. Przecie ja nie palę już prawie 5 lat. Jarałem jeden za drugim. Zdziwiłem się nawet, że nadal umiem palić to świństwo. I podczas jednego takiego wyjścia okazało się, że gdzieś mnie poniosło i nie umiałem wrócić do mieszkania kumpla. Spotkałem za to sąsiadkę Anię i sąsiada Marka. Kolega powiedział, że idzie do domu, bo żona czeka, a koleżanka – że za chwilę wróci. Ok – powiedziałem i poszedłem z powrotem do kumpla. No i nie mogłem trafić. Ten niby hotel zamienił się na akademik. Zaglądałem do kilku pokoi, które wydawały mi się, że to tu. Ale w prawie wszystkich było ciemno i ludzie już spali. W jednej komnacie świeciło się światło i był jakiś człowiek. Wyszedł do mnie na korytarz i powiedział, że … Legia gra.

Chwilę pokonwersowałem i stwierdziłem, że jestem na piętrze. A przecież kolega mieszkał na parterze. Zszedłem na dół i … obudziłem się.

Co za dziwne sny!

Aha, postanowiłem wziąć przykład koleżanki z Poznania i olać Kwarantannę.

Maseczki FFP2 przyjechały. Czas odebrać z paczkomatu. Austria ma takie wymogi. Zwykłe szmaciane nie są wskazane. To lecę!

od kamieni obolałe stopy mam

Karimata! Czyli „dzień dobry” po grecku (heheheszek taki). Ale w związku z tym, że jest późno, to powinienem zawołać „kalispera” (καλησπέρα).

Cykad na Cykladach nie widziałem. Co do owadów, to tylko muchy były. I to w cale nie w dużych ilościach. Dziś mi sąsiad powiedział, że dachy na niebiesko malują właśnie po to, żeby pozbyć się owadów. No coś w tej teorii może być.

Wróciwszy. Odprawy na lotniskach trwały krótko. Ze 30 minut w Warszawie i tyleż samo na Santorini.

Czwarta fala szaleje ponoć w Grecji. Mykonos od wczoraj z godziną policyjną. Zero zabaw, muzyki i takich tam. Na szczęście szczęśliwie wróciłem. Bez żadnych, mam nadzieję, fal.

W sobotę odwiedziliśmy Czerwoną Plażę. Nazwa wiadomo skąd się wzięła. Wysiedliśmy w Akrotiri. Skończyła się droga, skończyła się mapa. Przed nami tylko Morze … Kreteńskie? Egejskie? Egejska to jest ulica niedaleko mnie na Stegnach.

Do Firy poszedłem nogami (ok. 2,5 km), a reszta autobusem. Ładna ścieżka prowadzi do miasta.

 

Zajechaliśmy do Akrotiri i lekka konsternacja. Patrzymy dookoła i ni chu chu nie widać plaży. Po lewej jakoś ludzie wciśnięci na kamieniach. No słabo – pomyślałem sobie. Ale nie poddawałem się. Zauważyłem, że ludzie idą gęsiego na zachód. To ja za nimi. Za jedną górą, za tym samym morzem ujrzałem czerwone skały. Szybko wskoczyłem na sam koniec plaży i wlazłem do wody. Nie. No nie! Nie da się pływać. Nie da się wejść za bardzo do wody – stwierdziłem w załamaniu. Ale postanowiłem chociaż wejść po kolana i usiąść na kamieniu i pomyśleć co dalej z tym dniem. Auć, auć i auć. Oj cężko się idzie po kamieniach w wodzie. Plaża na szczęście ma takie małe kamyki, więc aż tak źle nie idzie iść. Ale od kamieni stopy mam obolałe. Masaż taki. Czyli zdrowo.

Jako że reszta wycieczki się nie za bardzo ogarnęła i została przy przystanku autobusowym, to postanowiłem wracać. Przed wejściem na górę zauważyłem ni to mini-zatokę, ni to plażkę.

Pisałem już, że pływak ze mnie żaden, że dawno tego nie robiłem, że plaża to raczej nie ja. Ale:

ja to nawet lubię skoczyć nad morze, jezioro
ale tylko sobie patrzę, unikam kontaktu z wodą
to dlatego że jest ciemna, nie dojrzysz gdzie jest dno
a tam żyją takie, owakie i mogą znienacka dotknąć

Szybkim, zgrabnym ruchem rzuciłem ręcznik na ziemię, oznaczyłem swój teren, tłoczno nie było, i wskoczyłem do wody. Kilka kroków po kamyczkach i później już piasek. I jakieś takie, owakie mnie dotykały. Ale jakoś przeżyłem. Ech! Morza szum. Te fale. Szybko wyskoczyłem z wody i zatelefonowałem do towarzystwa, żeby natychmiast tu przyszło. I się popluskaliśmy razem. W drodze powrotnej zasiedliśmy na lunch. Było tak gorąco, że wszedłem po raz pierwszy w życiu topless do lokalu gastro. Co prawda był to ogródek tawerny, ale zawsze to restauracja. Skarciłem się nawet sam za takie faux pas, ale było tak gorąco, że dyndało mi to. Konwersując z ludźmi otrzymałem sprzężenie zwrotne – don’t make a village. No to zarzuciłem koszulkę jednak.

Jedzenie jakieś takie wzięliśmy proste. Ja fish and chips, a reszta? Już nawet nie zapamiętałem. Nawet wszystkiego chyba nie obfotografowałem. Obsługa wyglądała tak, jakby za karę pracowali.

Autobus przyjechany punktualnie o 13.20 odprowadziliśmy wzrokiem. Zabrakło nam 2 minut. Następny był za 58. No to się umościłem w leżaku z grecką kawą i zacząłem konwersować z sąsiadem obok – John z Bostonu ze stanu Masauciechs.

O 14.20 poszliśmy wyglądać autobusu. Przyjechał o kwadrans spóźniony. Kierowca niefortunnie otworzył drzwi i zdążyło wsiąść 5 osób. Bileter krzyknął do kolegi, żeby zamknął drzwi środkowe i powiedział do nas – nie ma miejsc – po czym wskoczył do środka i odjechał.

Okazało się, że przy plaży jest też przystanek. Nie trzeba było wracać do punktu przyjazdu. Także autobus tam się zapakował i do nas podjechał pełen. Nie wiem w sumie po co zajeżdżał do nas. Wróciłem do Johna i wypiliśmy piwo. Nawet się sympatycznie pogadało. O Kamali i Bidenie też kilka słów padło. Czyli polityka jest dobrym tematem.

O 15.20 podjechał autobus – i hope not to see you soon – powiedziałem żartobliwie do pana z Ameryki i poszedłem pełen beznadziei, że wsiądziemy. John dał nam telefon do taxi, także gdyby nie zabrał nas ten o 15.20, to byśmy dzwonili po taxi. Ale zabrał nas.

W Fiera zrobiliśmy zakupy i już taksówką wróciliśmy do Imerovigli (czyli naszej miejscówki).

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu. Coś się dymiło. Ponoć piasek znad Sahary przywędrował.

Ostatni zachód słońca podziwialiśmy z balkonu. Sąsiady z dołu też. Szykowali się do Anogi, ponoć najlepszej knajpy w okolicy. Nam też udało się zrobić rezerwację, ale dopiero na 22.00. Oktopusy poszły na 20.30. A skąd taka nazwa na sąsiadów? No Stefan na każdym kroku, jak mówił o knajpach, to mówił, że oni tylko oktopusy zamawiają. Anogi (jap. ta sprawiedliwość – tak dziś mówi google translator. Wczoraj ponoć pokazywał „to wszystko”) faktycznie popularne. Ludzie stojący i siedzący na zewnątrz, czekający na szczęście, że ktoś może wyjdzie wcześniej, albo ktoś nie przyjdzie.

 

 

 

Muszelki na parze były dla mnie ciut za kwaśne. Oktopus faktycznie smaczny. Chyba najlepszy jaki kiedykolwiek jadłem w knajpie. Na główne wzięliśmy golonkę. Bo obok taka mała, drobna chinka czikulinka się z nią mordowała i pachniało. W ogóle co chwilę kelnerzy golonki roznosili. Stefan akurat nas mijał, zapytał, czy oktopusa wzięliśmy i polecił jagnięcinę. Faktycznie obok kolanka wieprzowego, często z kuchni wychodziło coś przykryte liściem bananowca. Czyli jak się domyśliliśmy – owa jagnięcina. Golonka była pyszna, ale ziemniaki pieczone skąpane były chyba musztardą. Kwaśną musztardą. Nie dało się jeść. Obsługa w lokalu bardzo sympatyczna i miła. I liczna. Co chwilę podchodził do nas kto inny. Czułem się jak we włoskiej, rodzinnej knajpce.

Na koniec wyjazdu podziwiłem poświatę księżyca na morzu.

Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho

Dobrze mi, ach, jak dobrze mi

jestem mentalny

czyli sajko (ang: psycho)

Już nie zmienię teraz nic. Nie przewidział tego nikt – sparafrazowałem sobie tekst hitu sprzed lat.

 

Pisałem, donosiłem, żem na Wschód Wolski nadjechał. Do Mamy, do Papy, do Rodziny. Święta nadeszły. Zawiadamiałem na blogu gdziem był, com robił. Ale nie anonsowałem ze szczegółami jak minął dzień.

Jak minął dzień, jak minął dzień dzisiejszy. Jak minął dzień, czy warto się obejrzeć, czy z dala mu zawołać: żegnaj dniu!

No bo o czym tu było deliberować. Nic nadzwyczajnego. Aliści wydarzenia ostatnich godzin spowodowały, że muszę donieść, podzielić się tym paranormalnym zdarzeniem.

Otóż w Wielki Piątek, wyjątkowo, powtarzam, wyjątkowo, siadłem przed szklanym ekranem i skakałem po kanałach. W domu już nocna cisza. Na sam przód moim oczom ukazał się dokument, i to chyba nawet całkiem aktualny, o życiu Krzysztofa Krawczyka. Akurat dołączyłem do programu, jak artysta w latach 90-tych XX wieku już był. Czyli „kariera” w USA, przygoda z country i Elvisem, powrót do Polski, przygoda z muzyką puszczaną w Disco Relax, wielki hit z Bregovic’em i później Smolikiem. Na koniec nawet wszystkie słynne Trubadury się pojawiły. Ale co mnie uderzyło, to to, jak pan Krzysztof wyglądał w ostatnim czasie. Bardzo źle, kiepsko, jakby dni już naprawdę były policzone. Przeląkłem się jego widokiem. A lubiłem szalenie głos i piosenki (nie wszystkie) pana Krawczyka. Największą estymą darzyłem „Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz”. Na każdej zabawie w młodości musiało to być grane. I nóżką kręciłem na parkiecie.

Pamiętam rok 2008, kiedy to w pracy organizowałem piknik dla pracowników. Gwiazdą wieczoru był pan Krzysztof Krawczyk. Ile wtedy musiał mieć? 62? Czyli na chodzie, młody człowiek. Głos jak dzwon. Zabawa przednia. Po występie (dosyć statycznym w wykonaniu mistrza) podszedłem do przyczepy gwiazdy. Akurat fanka pukała do drzwi. Za autografem idola przyszła. Drzwi się uchyliły i zobaczyłem starego, schorowanego człowieka. Oj życie doświadczyło pana Krzysztofa.

Po programie zapowiedziano, że dnia następnego zostanie odtworzony recital artysty. Cóż, koncerty na żywo uwielbiam tylko te, na których jestem osobiście. Bez względu na wielkość, format gwiazdy. Także nie obejrzałem. Widziałem za to w Wielką Niedzielę fragmenty, a dokładnie rzecz ujmując, okruszki recitalu … Zenka Martyniuka. Osłupiłem się niewiarygodnie! Nie wiem jakim cudem ten pan zrobił taką karierę! Toż on śpiewać nie umie. Prowadzący (młody chłopiec) siedząc pokazywał przykuse skarpetki (albo spodnie) i w konsekwencji wąski paseczek gołej łydki. Fuj.

Wracamy sobie wczoraj do Wawy i gaworzymy ze Słodkokwaśną i jego Panią. Wspomniałem osobę pana Krzysztofa. Kolega dorzucił, że troszkę życia artysta liznął, wypił i wciągnął.

Wchodzę do domu, włączam internety i dowiaduję się, że pan Krzysztof Krawczyk już nam tu na Ziemi nie zaśpiewa. Mam nadzieję, że popłynął parostatkiem w piękny rejs.

 

 

Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz
Nim skończy się ten bal nadziei
Iskra błyśnie w nas i zgaśnie w nas
Jak niepotrzebna łza

trajektoria zdrowego rozsądku

Matołusz się wypowiedział ostatnio: My poruszamy się po tej trajektorii zdrowego rozsądku, którą podpowiadają nam najlepsi w kraju i zagranicą epidemiolodzy i wirusolodzy.

 

Jutro to dopiero będzie rekord. Dziś się rano wybrałem do sklepu i widzę wianuszek aut. Myślę sobie, że pewnie do Sadyby Best Mall’a coś rzucili. Ale patrzę dalej, że jakieś zamieszanie przy skrzyżowaniu wcześniej. Pewnie dzwon – myślę sobie. A nie. Obok mnie jest centrum badania wiruska. Drive-thru taki. Na parkingu dodatkowo postawili ambulans i ludzie bez aut czekali na wymaz. Nie było tego wcześniej.

Jutro rusza godzina dla seniorów.

Jutro ponoć Wawa w czerwonej strefie.

Panie Matołuszu niech pan nie …. o zdrowym rozsądku. Sasina proszę spacyfikować, bo się, delikatnie mówiąc, błaźni. W sobotę niefortunne, a właściwie idiotyczne, gratulacje dla Igi Świątek, a dziś coś lekarzy poddenerwował.

A propos naszej młodej Mistrzyni, to ktoś w radio zasugerował, że gdyby panienka wyszła za Piątka, to nazywałaby się Iga Świątek-Piątek. Hehehehehehe. Dobre.

 

Muzycznie coś mi drgnęło. Stevie Nicks i jej „Show them Way” opętało mnie. Nie bierzcie się za to, bo przepadniecie jak ja. Jak nie słucham piosenki, to oglądam teledysk. Cudo, ale tą panią trzeba lubić. Ja lubię i ją, i Fleetwood Mac. Teledysk wymowny. Wybory idą. Świetne nowe odcinki Saturday Night Live. Rewelacyjne otwarcie pierwszego prowadzącego nowego sezonu – Chris Rock’a.

 

Prezydent Trump jest w szpitalu na covid. Moje wyrazy współczucia dla … covidu. No w Polsce by to chyba nie przeszło. A może by przeszło, bo jakaś Dupa mogłaby tego nie zrozumieć.

Maya Rudolph świetnie parodiuje sentorkę Kamalę Harris, ewentualną, nową wiceprezydentkę Joe Bidena.

 

Można chyba włączyć napisy i tłumaczenie na polski (jeśli ktoś sobie winszuje).

 

W piątek byłem na koncercie. No niestety słaby występ, bo Tomek postanowił na sentymentalną nutę grać. Towarzystwo przy stoliku już było zrobione jak przyszedłem, więc słaby klimat. Jakaś koleżanka muzyka postawiła nam na stole swój telefon i robiła streaming na żywo na Fejsie. Co chwilę dzwonił jej telefon. Wyświetlało się ICE. W przerwie mówiliśmy rudej właścicielce, że jakiś zimny drań dzwonił. Aaaa, to matka. Opiekuje się dziećmi – mówi dziewczyna. Zimna matka? – pytam, ale już mnie nie usłyszała. Kolega wtrącił, że to chyba In Case of Emergency. Ok. Ice Ice Baby.

Nadeszli koledzy, trzeźwi koledzy i postanowiłem do nich się dosiąść. Też byli wielkimi fanami koncertu, więc postanowiliśmy wejść do środka i pograć w rzutki. Wieczór się toczył. Po skończeniu wszystkich atrakcji usiedliśmy na dworze i rozmawiamy. W pewnym momencie słyszę jakieś dźwięki. Dziwię się i mówię do Pawła:

– słyszysz? Chyba jakiś dzik ryje

– aha – mówi po chwili kolega wytężając słuch.

Wstajemy, rozglądamy się. Niestety naszym oczom ukazał się przykry widok. Ruda leżała nogami na chodniku, a twarzą w trawie i ryła. To znaczy … rozmawiała z Ralfem przez wielki biały telefon (cockney, czyli londyński angielski: Talking to Ralph Thru the Big White Phone).

Zaalarmowaliśmy stolik Rudej. Szybko ją zgarnęli i posadzili na ławce. Później, niefortunnie stałem w kolejce do toalety i ona była przede mną. Weszła. Mija 5 minut więc pukam,

– zajęte – mówi laska

– ok – na szczęście wiem, że nie zasnęła

Mija kolejne kilka minut. Pukam.

– zajęte – słyszę

– wiem. To cały czas ja – odpowiadam

Zero reakcji. Po chwili znowu słyszę, że Ruda rozmawia z Ralfem. Zawiadomiłem kolegów, żeby ogarnęli koleżankę. Na szczęście właścicielka pozwoliła mi skorzystać ze służbowego wychodka. Ufff.

Przykry widok pijana kobieta. Ale laska już na dzień dobry czuła się swobodnie. To jak skończy było do przewidzenia. Dzieci u zimnej matki, chłopak z gitarą, to można pójść w tango.

Eh.

 

I na koniec wisienka.

 

Lubię tę piosenkę. A ta wersja na żywo jest cudna. Żywe instrumenty, rewelacyjna aranżacja. I dziewczynka fajnie śpiewa i ma ciekawe teksty. Ze 2 lata temu miała też interesujący debiut „New Rules”. Oj taka młoda, a tak źle trafia na chłopaków. Wtedy jakiś łobuz, teraz jakiś znowu ją zostawił.

Usłyszałem ten utwór będąc u Arka-Zegarka. Przeglądaliśmy internety. Mnie i koledze się bardzo spodobało. Żonie Urszuli nie, bo zapytała, co w tym fajnego. Spiorunowaliśmy ją wzrokiem. Jak to co? Wszystko!

 

Aha, zrobiłem przepyszny sos kurkowy. Ale dałem pół kostki masła i duży kubek śmietany, to co miało nie smakować. Wiadomo, że tłuszcz przenosi świetnie smak. A śmietana też swoje doda. Mniam!

jeszcze 12!

Zapyta Bóg w swym niebie,
Co dałem mu od siebie

 

Szok. W szokum jest. Jak ten czas … gna. 12 tygodni do końca roku. Przecie nie tak dalej jak wczoraj bawiłem u siebie gości z okazji wigilii Dnia Kobiet. A tu już 40-ty tydzień roku! 12 do końca. Czas zaplanować sylwestra. Pewnie wybiorę się na jakiś bal … maseczkowy.

Oficjalnie ogłaszam, że rok 2020 jest najgorszym rokiem żywota mojego. Jezus, jak nas mały, wredny wirusek załatwił.

 

Wczoraj miałem awanturkę z gówniarą w autobusie. Ładna dziewczyna, młoda ale głupia. Skończyło się na 112. Dziewoja usiadła koło mnie bez maseczki (ramię w ramię siedzieliśmy). Poprosiłem ją uprzejmie, że albo zakrywa usta i nos, albo się przesiada. Oczywiście dziewczyna miała zaświadczenie o trudnościach w oddychaniu, co oczywiście automatycznie wywołało u mnie serdeczne współczucie. Obok starsza pani zaczęła jej wykrzykiwać (niepotrzebnie), że jest po 3 zawałach i brak maseczki jest zagrożeniem nie dla dziewczyny, ale dla innych. Gówniara zaczęła być bardzo niemiła dla seniorki. Pani też nie ma maseczki. Przyłbica nie chroni – takie argumenty lalka miała. Zapytałem się jej, czy zdaje sobie sprawę, że rozmawia ze starszą osobą i wypadałoby okazać choć minimum szacunku. No dziewoja się rozkręciła. Poprosiłem ją jeszcze, żeby nie mówiła w moim kierunku. Chyba studiuje prawo ta mała, bo zaczęła gadać jak papuga. Do mnie zaczęła się rzucać, że ja też nie mam maseczki. Hm, powiedziałem jej, że mam zasłonięte usta i nos (miałem buff). Ale ledwo nos zasłania! – wykrzyczała. Przestałem z dzieckiem dyskutować. Poinformowałem, że poproszę sanepid o rozstrzygnięcie tego sporu. Nie miała nic przeciwko. Oczywiście w sanepidzie nikt nie odbiera.

– może ja zadzwonię, bo widzę, że ma pan problemy – zaoferowała się

– nie bądź taka mądra. Poradzę sobie – rzekłem, sprawnym ruchem wybierając polskie 911.

 

Pod 112 pani wzdechnęła i powiedziała, że takie sytuacja należy zgłaszać do nich. Ale jeśli jesteśmy w jadącym autobusie, to mam podejść do kierowcy i zgłosić brak zakrywania ust i nosa. Kierowca, jeśli ma czas i możliwości, zatrzymuje pojazd i wzywa służby. Machnąłem ręką, a gówniara wysiadła na przystanku Metro Politechnika.

Szczerze się dziwię, że nie ma nigdzie patroli. Jedyny jaki widziałem, to u mnie na Sadybie … przy jeziorku Czerniakowskim. Czyli przestrzeń, dystans, a nieroby łaziły i kiwały palcem, jak kto bez maseczki był (to był początek pandemii).

 

Później, wczoraj, jakiś mądry pan (może ten nowy minister) mówił przez radio, że mamy się absolutnie zasłaniać i żadne choroby i zaświadczenia nas nie zwalniają z tego obowiązku. A jeśli ktoś ma astmę, to tym bardziej ma zakrywać otwory gębowe.

Na tę całą sytuację w autobusie machnąłbym ręką, ale gówniara sama się o to prosiła. Gdyby nie zaczęła tak się rzucać do tej starszej osoby, to bym dał spokój.

 

Od dziś największy powiat w Polsce ma status czerwonej strefy. Przecie tydzień temu odwiedzałem Mamusię i Tatusia! To ja im tę zarazę przywlokłem? Powiat białostocki to między innymi Choroszcz, Supraśl, Tykocin, Wasilków, Dobrzyniewo, Zawady. Byłem tam! To ja im taki los zgotowałem?

 

A ponoć Mokotów od dziś na żółto. Oj.

A propos podlaskiego. Wczoraj zrobiłem serniczki po raz trzeci w życiu – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Już wiem, że serniczki tylko u Mamy. Oczywiście placki są banalnie proste, ale strasznie się ciasto lepi do rąk. Więcej zostało na łapie niż na patelni. A poza tym, Mamusia robi bardziej kształtne, trójkąciki takie robi albo owale. U mnie wyszło czort wie co. Ale w smaku nawet smaczne.

A pamiętam, że kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej, to nienawidziłem tych serowych placków. Długie zęby na nie miałem. A tera? Voila! Jadłbym.

 

Trudno nie wierzyć w nic

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑