Miesiąc: maj 2012 (Page 1 of 2)

if i can make it here, i can make it anywhere 10 maja 2012

Na wstepie musze zaznaczyc: nie czytalem tego co napisalem, wiec sorki za bledy i glupoty. Po drugie – zdjecia przebralem tylko raz. Nie mam czasu. Moze pozniej to wszystko poprawie.

Zaczynamy:

Ponoc tak mowia. Jesli uda ci sie w tym miescie, powiedzie ci sie wszedzie. Cos w tym jest. Nic dziwnego, ze mowia na to miasto przez duze M.

No niemozliwe sa te autobusy. Dzis czytam na portalu NJ Transit, ze sa jakies kilkudziesieciominutowe opznienia w zwiazku z remontami tunelu i dworca. Pomyslalem sobie, ze pojade wobec tego 175 na Harlem. George Washington Bridge Bus Terminal co prawda 130 kilka ulic wyzej ale co tam. Metro ekspresowe i bede szybciej. Czekam, stoje i … przyjechalo 164, ktore mialo byc albo ciut pozniej, albo duzo, duzo wczesniej. Jade na PABT. Zobaczymy.

Wczoraj sie ogolilem, ale zostawilem sobie blond rudego i rzadkiego wasa. Wygladam jak klasyczny redneck.

Wczoraj uslyszalem Gotye po raz pierwszy. Ale z mojej mp3, wiec sie nie liczy. Dziwie sie, ze tego nie graja czesto. Rekordy bije ta piesn. Numer 1 w kraju, na liscie dance, klubowej i alternatywnej (po raz 10 zreszta, bijac dziewieciotygodniowy rekord The Goo Goo Dolls chyba).

Za to “tonight, we are young, so let’s set the world on fire” lecie non stop.

Ogniu krocz ze mna? Motyw ognia w modzie. “I’ll set fire to the rain” spiewala nie tak dawno Adele, a teraz ci chca zjarac swiat. Kazik, za Tomem Waitsem, tez spiewal “hej ptaszku, mam wiadomosc zla. Twoj dom sie pali, a dzieci same sa“. Czyli “hey, little bird, fly away home. Your house is on fire and children all alone“.

A propos Adele. Mowia, ze od 63 tygodni, czyli od debiutu, jej 21 nie opuscil top10 najlepiej sprzedajacych sie plyt w USA. I teraz, w zwiazku z niedzielnym dniem matki, oraz faktem braku spektakularnych nowosci, moze po raz 24 byc na szczycie zestawienia najlepiej sprzedajacych sie plyt. Zuszka! Brawo!

Czemu trzesie, jak zaczynam pisac, a przestaje, gdy odkladam dlugopis?

Wyszedlem z dworca, pstryknalem fotke PABT (to najbrzydsze zdjecie to Port Authority Bus Terminal) i zjadlem sniadanie w Subway‘u. Pan zapytal skad ja – polski? Bo zobaczyl na karcie nazwe banku, wydawce karty kredytowej.

Bez ceregieli wbilem sie na 5 aleje i ide w dol zolnierskim krokiem, do Washington Square Park. Teraz przycupnalem sobie w parku przy Flatiron Building.

Park Waszyngtona fajny. Duzo pasywnych ludzi, ale tez i sporo przechodzacych turystow. Wyjatkowo malo dziwadel dzis. Lece pod dom Przyjaciol.

Tak! Washingotn Park, to to miejsce, w ktorym graja w szachy i … jaraja trawe. Uwielbiam Greenwich Village. Niech mi zaden Rumun nie mowi, ze to jakies pedalskie miejsce jest. Urokliwe i z klimatem jak dla mnie. Znalazelm sklepik z muzyka i costam kupilem.

Aha, wyzej, na 5 alei uslyszalem po raz pierwszy oficjalnie Gotye w USA. Juz chyba nie glosuje na to w Trojce.

Teraz przysiadlem na chwile w Father Demo Sq i patrze na mapie gdzie mieszkali Przyjaciele. Jakis starszy pan obok mnie myje zeby.

Zrobilem kilka dziwnych zdjec z nienacka ludziom na ulicy, ale temu panu jakos sie nie odwaze. Dzieli nas pol metra.

Alez tlum sie zlecial na Bedford i Grove Street zobaczyc dom Przyjaciol! Kolejka do robienia zdjec. Miejsce bardzo zaciszne, kolorowe, klimatyczne. Waziutkie chodniki wysadzone drzewami. Pieknie.

Ide w kierunku mostu. Wlasnie uslyszalem Michaela Jacksona! Taki pan lekko po czterdziestce szedl, i nie patrzyl przed siebie, i szturchnal mnie w aparat. Rownoczesnie powiedzilismy “i’m sorry“. pan dodatkowo polozyl dlon na sercu, ale palce mial rozcapierzone (?), czyli nie mowil prawdy. Ale za to jaki glos!? Jak u chlopca! Pozniej Michael Jackson zwrocil sie do policjanta – Spring Street? Pan oficer pokazal w kierunku poludniowym. Michaelowy glos jak nic.

W USA wszystko jest albo na wschod i zachod albo polnoc i poludnie. Latwo i wygodnie. A nie tak jak w Polsce – pojdzie pan prosto, pozniej w lewo i w drzewo.

Maly odpoczynek przy 26 Federal Plaza. Vis-a-vis miesci sie Arome Cafe. Mam lekkie deja vu. Dwa i pol roku temu tez siedzialem tu, popijajac niedobra kawe, i jedzac cup cake‘a, i piszac blog. Nic dwa razy sie nie zdarza. Tym razem nie zaszedlem tam, tylko siedze i po prostu pisze blog.

Most juz tuz tuz, czyli most almost.

Brooklynski Most od strony Manhattanu w restauracji. Widoki slabe i na dodatek zaczal padac deszcz. Brooklyn Bridge Park jakis inny, odmieniony, ozywiony. Kiedys to bylo kawalek trawy i lawki. A teraz sciezki, zadbana zielen, laweczki. Fajnie. Szkoda tylko, ze nad glowa z tylu huk z Mostu Manhattanskiego ogromny.

Ide za drugi most. Slonce wyszlo!

Swiat piekniejszy jest niz brooklynski most

Kwestia gustu.

Zjadlem przepysznego brooklynskiego loda waniliowego i opalam sie w parku, ktory widac w pierwszej scenie ostatniego filmu Romana PolanskiegoRzez. W koncu otworzyli ten park, bo ile razy tu zachodzilem, to zawsze bylo cos.

Jakis hiszpanski wazon zerka na moje zapiski z telefonem wyciagnietym w moja strone. Pewnie skanuje i tlumaczy w google translatorze.

Musze przerwac przepisywanie, bo wrocil pan i jedziemy do lesbijskiej restauracji. Lebanonskiej? Libijskiej?

Krotko na temat parku po stronie Brooklynskiej – pieknie! Poza tym Manhattan robi wrazenie i za dnia, i za nocy.

Widze, ze maja water taxi. Chcialem sie skusic ale statek odplynal gdzies w kierunku Staten Island albo Ellis Island. A mnie trzeba na Manhattan.

Polozylem sie na trawie, wyjalem mp3 i patrze na wyspe. Czego by tu posluchac? R.E.M. “Leaving New York? Nie! Zbyt dolujace. Tom Waits? Wybierzmy losowo. Everyday i’m shuffling.

John Mayer “Belief”!!! Spooky. On mi sie zawsze kojarzyl z Miastem! Albo ta piosenka albo “Waiting on a World to Change” ma video z NYC!

We’re never gonna win the world

We’re never gonna stop the war

We’re never gonna beat this

If belief is what we’re fighting for

Pozniej bylo:

+ Brodka – nie polubisz mnie, mej koszuli pstrosci. Zblizysz sie o krok, porachuje kosci

+ Will Young “Come on”

+ o prosze jest! Adele “Someone Like You”. A tak za mna chodzi caly wyjazd “Rolling in the Deep

+ Waglewski, Malenczuk, Fisz, Emade – Wszyscy artysci to wojownicy

+ Mark Lanegan “St Elegy Blues” – ale juz wyszukany specjalnie

+ Tom Waits – tez wyszukany

Znowu taxi wodne plynie. Jednak na Staten Island ludzi wiezie. Nie po drodze mi. Mark Lanegan brzmi na Brooklynie tak samo oblednie jak pod rzeka Hudson. Patrze sobie w niebo i nie widze, zeby lecial samolot. Za to helikopter za helikopterem. Zakaz latanie samolotow nad Manhattanem po 9/11.

A nie! Water taxi skrecila jednak i plynie na Ellis Island. Jakos nie mam zyczenia statuy od dolu ogladac. Mam kupe zdjec z promu Staten Island Ferry.

Tom Waits ma dzis swieto. Zaspiewal mi dwa razy – “Jockey full of Burboun” oraz “Bad As Me“. Zachmurzylo sie. A myslalem, ze tylko Marillion ma taki negatywny wplyw na aure.

Przez most wracalem juz predko. Nie wiem co jest ale zawsze mam z tego miejsca kilkaset zdjec. Tym razem w drodze powrotnej juz nie pstrykam.

Udeptanym dzis jak nigdy. Juz 15 km na liczniku, a ja chce jeszcze. To teraz Wall Street i Battery Park.

W drodze powrotnej rozgryzlem water taxi. Przeplywa tylko atrakcyjnie obok statuy. Sa cztery trasy na Manhattan – do Battery Park wlasnie, na 34 ulice od strony Hudson river, co mi kompletnie nie po drodze, oraz 2 na East River. Niestety najblizsza taksowka jechala na 34 ulice, a do Battery Park bedzie dopiero za godzine.

Przed wejsciem na most, w drodze powrotnej kupilem sobie jeszcze solonego precla (nie bylo innego) oraz wode Poland Spring. Otrzepalem cala sol, bo nie dalo sie tego jesc. I ot, caly moj lunch. Kompletnie nie chce mi sie tu jesc. Ale w koncu wypadaloby. Nawet chocby pieprzonego solonego precla.

Jakims polskim lalkom zrobilem foty. W parku z kolei ja poprosilem jakiegos, jak sie pozniej okazalo, Brazylijczyka o zdjecie. Wzdluz nabrzeza sa lawki. Minalem kilku blogujacych, bo tez cos w zeszytach zapisywali.

Zejscie z mostu na Manhattan przypomnialo mi ostatni raz jak tu zszedlem. Wrzesien 2009.

In New York. Conrete jungle where dreams are made of

Czyli dyzurne samochody przejezdzajace co chwile i grajace najglosniej jak sie da te piesn. Jak sie pozniej okazalo piosenka roku wg mnie. Jaj Zet i Ala Keys.

No fumar dentro del parque

Damn!

Oblecialem Wall Street i wrocilem pod ex-dwie wieze. Faktycznie dobrze Pani mowila. Wzbite sa jakies nowe budynki. Ale one sa jakby ciut obok. Aha, to chyba na razie tylko jeden budynek jest. Mozna na necie sledzic postepy.

Ostatnia fajka i w metro, i w autobus, i do domu.

Do widzenia Miastu!

dzien zwyciestwa, maj zielony 9 maja 2012

To wczoraj to na prawde bylo 175. Dzis przyszedlem o 10:26 na postoj. Przepuscilem 175, ktore bylo o 10:30. O 11:03 dalem za wygrana i wrocilem do domu. Cos jest nie halo z tym rozkladem. A sprawdzalem 5 razy.

Pogodynkowe serwisy klamia. Na szczescie dla mnie. Mialo lac caly dzien i w Fair Lawn, i w Miescie. Ale nie. Slonce sie przebija przez chmury i jest duszno. Ubralem sie za cieplo. Trudno. Dzien bez potu, dniem straconym.

Skoro jest taka pogoda, to wybieram sie za brooklynski most podziwiac panorame Manhattanu. I musze zajrzec do Washington Square Park. To nie to samo miejsce, co wspomniany wczesniej parczek-skewrek przy Father Demo Square. To na Wall Street tez zajrze. Pookupuje troche.

Mam tylko nadzieje, ze bus nadjedzie. O dziwo, autobus nadjechal punktualnie, o 11:39.

Wczoraj ogladalem moj najulubienszy serial Przyjaciele. Dzis sprawdze ten budynek na rogu Bedford i Grove Street. Oczywiscie nie jest to prawdziwa, serialowa lokalizacja domu przyjaciol. Serial nigdy nie byl krecony w Nowym Jorku. Kilka epizodow w Londynie, a reszta w studiach kalifornijskich.

Podobaja mi sie znaki drogowe i informacuyjne w New Jersey. Moje ulubione to:

Wipers on, lights on

Buckle up, hang up

Bridge freezes before road surface


Z dworca poszedlem 9 aleja, przez Hell’s Kitchen, kupic pochewke na tableta.

Sklep mial juz moje dane z adresem w Fair Lawn, ale pani upewnila sie, czy billing adres jest zgodny z shipping adres. Dziwne, przeciez kuouje na miejscu, a nie wysylam do Zielenca Jasnego. Adresy oczywiscie nie zgadzaly sie, wiec zapisalem pani na zamowieniu warszawski namiar.

W Chelsea chcialem zaczac robic zdjecia, bo zrobilo sie mniej piekielnie. Bateria padla! Wszydkie plany wziely w leb!

Skrecilem wiec na zachod i 7 aleja doszedlem do Times Square kupic troche duperel dla siostrzencow.

Jutro zatem zrobie to, co mialem zrobic dzis. Poza tym pogoda jakas taka nie godna zaufania. Jestem co prawda mokry od potu, ale co jakis czas cos pokapuje z nieba i caly Nowy Jork zadziera co chwile glowy oczekujac chyba pogodynkowej przepowiedni.

moja nowa zabawka

Dzisiaj postanowilem sprawdzic wszystkie aplikacje na moim tablecie. Najbardziej sensowna jest ta, ktora pozwala bawic sie zdjeciami. Byla jeszcze jedna, do zarzadzania finansami ale nie mam konta ani w Kanadzie, ani w USA.

Ze zdjec takie cos mi wyszlo.

nic dwa razy sie nie zdarza 8 maja 2012

Piorunie przenajswietszy, ilez mozna czekac?! Jak pisala slynna polska noblistka oraz jak spiewala Kora – nic dwa razy sie nie zdarza i nie zdarzy.

Wyszedlem z domu o 10:28, zeby zdazyc na autobus o 10:39 do Miasta. Przystanek 250 metrow od domu.

W polowie Kramer Pl zobaczylem jak beztrosko jakis autobus pomyka sobie Saddle River Road. Grrr! A moze to 175? – chwycilem sie tej mysli, jak brzytwy tonacy. 30 sekund zabraklo, a zdazylbym! Postalem jak glupi nadaremno 10 minut i wrocilem do domu. Kolejny autobus o 11:39.

Tym razem wyszedlem wczesniej. Stoje, czekam, gwizdze, spiewam i nic. O 11:48 zirytowalem sie i juz myslalem o powrocie do domu. Ale nie! Jest! Przyjechal. W autobusie tylko 4 osoby, wiec WTF?! Najwazniejsze, ze wsiadlem i jade. Usmiechamy sie.

Rano wyszedlem na rekonesans w celu sprawdzenia pogody. Wialo dosyc powaznie. Zawahalem sie nawet czy jechac na Miasto. Wahania koniec byl szybki. Jade! Co bede caly dzien siedzial w domu? Alternatywnie moglem uzyc auta i pojezdzic po sklepach. Ale nie chcialem.

Dziwnie, przez ta wilgotnosc, wlosy mi schna. Jakies kolduny mi sie robia. Szkoda, ze w Polsce moje wlosy po wyschnieciu wygladaja jak … no nienajlepiej – stwierdze grzecznie i lagodnie.

Dzis w planach:

+ B+H Photo – 9 aleja – okladka na tableta

+ Famous Footwear – miedzy 8 a 9 aleja na wysokosci Madison Sq Garden i Empire State Building – buty pracowe kupic

+ China Town – zobaczyc czy sprzedaja jeszcze te czapki, ktora kupilem 5 lat temu.

Poza tym wiecej nic. Pojde tam gdzie nogi poniosa. Moze jakas pizza w Little Italy, bo to po sasiedzku z chinskim dystryktem? A moze wroce na gore, do Hell’s Kitchen na Clinton Burger w moim ulubionym Rouge Irish Pub’ie? A moze przedrepcze przez zbudowany w 1875 roku Brooklyn Bridge i siade w parku jakims po drugiej stronie East River? Nie, chyba nie. Pogoda slaba na widoki – Sza-Bu-Po.

Juz dwie kartki wysmarowalem? Koncze zatem bo i trzesie, i nie mam o czym pisac.

OK, pare slow o muzyce. Kompletnie nie smakuje mi tu wiekszosc amerykanskiej muzyki. Brzmi dziwnie. Pobudzam sie przy brytyjskich rytmach. Gotye tu jeszcze nie slyszalem. Za to prawie kilka razy dziennie – Fun. “Tonight We Are Young”. Pewnie sie zaraz okaze, ze z Kanady zespol jest.

Mam poza tym mnostwo polskiej muzy.

Gdyby mama miala fiuta, to by byla ojcem (???)

Slucham tej piosenki od dosyc dawna i dopiero teraz dociera do mnie co Kazik spiewa w “Plamach na Sloncu“. I Trojka to tak puszcza? Musze przysluchac sie pilniej podczas kolejnej listy przebojow. Pamietam jak w 1990 roku zbulwersowani sluchacze dzwonili do radia z pretensjami o “zielony Zoliborz, pieprzony Zoliborz” grupy T’Love.

Na koniec dodam, ze lunch dzis bedzie w Subway‘u. Zawsze to zdrowo i pewnie.

Wczoraj na jakims Late Show widzialem rozmowe z jedna splukana dziewczyna z “2 Broke Girls“. Nie pamietam czy to byl David Letterman, Conan O’Brien, Jey Leno, czy Jimmy Kimmel. Late Sholow jak psow w amerykanskiej TV.

Smieszna ta dziewczyna. Zachowanie prawie identyczne jak w serialu. Sympatyczna bardzo rozmowa i krotka zarazem. Niestety zakonczyli pierwszy sezon. Mam nadzieje, ze serial wroci w drugim.

Byla jezszcze Michelle Pfeifer reklamowac Dark Shadows. Na Miescie pelno billboardow. I jeszcze w Imaxie graja. Potrojna radosc i przyjemnosc. Puscili fragment. Ide na 100%. Aha, dzis na ulicy widzialem Johnny’ego Deppa, Koby Bryant’a i Bena Stiller’a. No podobni jak dwie krople wody!

Z kolei rano sporo sniadaniowek. Czesc z nich ma studia na parterze, wiec ludzie moga sie gapic w witryny i bedzie ich widac w TV. Kiedys tez tak sie gapilem. Na wschodnio-poludniowym rogu Central Parku jest chyba siedziba CBS. Obok jest Apple Store. Ale byly to czasy kiedy jak szalony przed 9 do Miasta jezdzilem. Mlody, to i glupi.

W Polsce oba programy sniadaniowe sa albo w studiu na wysokim pietrze (TVN) albo w jakims zabunkrowanym miejscu (TVP obie). Pewnie wola uniknac blamazu, ze nawet pies z kulawa noga nie stanie przed oknem studia. Choc pogode zapowiadaja z Marszalkowskiej i codziennie rano widze jak sie rozkladaja ze sprzetem. Prognoza pogody w polskiej TV to porazka. Wiecej lansu pogodynek i pogodynkow niz pogody. (Nazwisko dluzsze od wiadomosci – parafraza “Baby sa jakies dziwne, czy tez inne”).

A propos genderyzmu. Znajomy Panstwa mowi, ze teraz sie mowi post person, a nie postman. Bo to i kobieta moze list i paczke przyniesc. Pewnie pani inz ze Szczecina dumna teraz z tej Ameryki.

Dwa punkty z mego 3-punktowego planu niezrealizowane. W B+H Photo mieli tylko jeden rodzaj pochewki na tableta (?Pochewki? Moze lepiej powiedziec: ochronki na tableta?). Nie przypadl mi do gustu. Sklepu z butami nie znalazlem. A bylem pewien, ze na 34 ulicy miedzy 8 i 9 aleja byl. Moze David Coperfield go przeniosl?

Siedze teraz miedzy 8 a 7 aleja na 34 ulicy i dopijam kawe ze Starbucksa, o ktora musialem sie przypomniec, bo pani zapomniala najwyrazniej. Czas na chinska dzielnice.

Misunderstanding Day, czy co? powinni wolne dni za to dawac. Najpierw nieporozumienie w kawiarni, a pozniej w sklepie obuwniczym.

Pani w sklepie obuwniczym miala taki ruch, ze az sie jej buty rozeszly

Poprosilem pana o rozmiar 11,5 brazowych butow. Pan zeskanowal model, zniknal na chwile na zapleczu i wrocil z pudelkiem. Nie ten model! Poprosilem o ponowne sprawdzenie. Pan przepadl. Kupilem wiec czarne.

Sklep z butami byl budynek obok gdzie pisalem poprzednia mysl. Gapa!

Wszedzie daja dyskonty i znizki. Zapamietaj kto cie obslugiwal. Albo i nie. I tak kasjer przypomni. Wypelnij ankiete on-line i juz masz 10$ off albo jakis %. To juz chyba trzeci sklep, gdzie mi to proponuja. Oczywiscie sieciowki maja jeszcze karty lojalnosciowe – kolejny bonus. Ciekawe kiedy w Polsce to zaimplementuja.

Ludzie na ulicy ubieraja sie roznie. Najwazniejsze, zeby wygladac dobrze. Jednoczesnie nie przeszkadza im czapka baseball’owa do garnituru, czy tez koszula, czy t’shirt w spodniach. O za krotkich spodniach do marynarek nie wspomne i o mankietach w spodniach tez nie.

Odesski, czy tez Odeszczanki by tego nie zrozumialy. Nie pisalem wczesniej, ze w Odessie mlodziez zna najnowsze trendy, nie tylko w modzie? O pol kroku sa przed Polska.

Jako, ze kupilem buty, musze przepakowac plecak. Moze sie jakos wszystko zmiesci. O, znowu Madison Sq Park, ale tym razem od strony polnocnej. Geeez, po co ja tyle gratow nabralem?

– aprat niemaly

– mp3 z wielkimi sluchawkami

– koszula

– kurtka p-deszcz

– picie

– okulary w pudelku

– ksiazka

– sudoku

Aparat nie wszedl. Czas najwyzszy zaczac pstrykac.

Ulazilem sie jak nigdy. Z tego wyjazdu zapamietam uchodzenie sie. Nogi bola.

Do China Town doszedlem przez Union Square, Noho i Soho. Union Sq jakis slumsowy sie zrobil. I do tego zadnych targow owocow i warzyw. Ale i tak miejsce fajne. Obok skwerku slon na trabie stanal. Nie powiem co na zdjeciu znacza te cyfry. Kiedys zaplacilem jakiemus biednemu afryko-amerykanowi jeden banknot, to mi opowiedzial co to jest. Mam nadziej, ze to byl 1$.

Chinska dzielnice oblecialem w te i nazad. Nie znalazlem fajnych czapek. Ale za to zjadlem lunch w wietnamskiej restauracji.

4 spring rolls’y mialy rozmiar maminych golabkow! 2 byly z krewetkami z gestym sosem z orzechami, a 2 z takim jakims niezidentyfikowanym nadzieniem. Sos juz byl normalny, taki jak chlopaki na Brackiej podaja. Zjadlem 2 i 3/4 sajgonek. Bun cha podana odwrotnie niz zawsze. Pozycja 48 na menu. Mala miseczka z zupa i dodatkowo wielka micha makaronu, nemow, boczku i odrobiny zieleniny. Boczek byl monstrualny. Musialem go pokroic nozem. Nemy smakowaly ciastem smazonym w glebokim oleju. Calosc miala intensywny smak pachnotki i … swiezego ogorka. No coz, podroze ksztalca. Poznalem nowojorska kuchnie wietnamska. Ciekawe przezycie ale wole bun cha z Brackiej 18.

Pan dzis na kolacje przywiozl chinszczyzne. Wczoraj Japonia, dzis Chiny i Wietnam. Na jutro zakomunikowal, ze mnie zabiera do wietnamskiej restauracji w Ridgewood kolo nas. Poznam nowodzerzejski smak Sajgonu.

Do PABT dojechalem metrem linia A z Canal St Station. Na dworcu ludzi prze-masa. Ledwo wsiadlem do autobusu, upuszczajac po kolei: rozklad jazdy, mp3 i telefon. Wgramolilem sie i nawet bylo jeszcze gdzie usiasc. 3 rzad, czyli widze gdzie jestem. Jakis starszy wazon obok czyta gazete. Chyba tez nie rozumie z tego co pisze, bo sie za wazona nie obrazil. Ja sam moge ledwo siebie rozczytac.

Ciekawe czy wsiadlem w odpowiedni autobus? Mam nadzieje, ze z bramki 53 nic innego oprocz 164 nie jezdzi. Zonk?

10 km, o kaloriach nie wspomne.

a po srodku tego Miasta jest taki wielki park 7 maja 2012

Dzis wycieczka bedzie krotka, wiec dam odpoczac memu krokomierzowi. 18 blokow od PABT, to zadna odleglosc. Dokladnie 1 mila w linii prostej. Do parku szedlem sobie 8 aleja zagladajac czasem do “duperella” store’ow. Nic ciekawego. Puzzle z widokiem Miasta za 34$ plus podatek. Ciut duzo. Moze zapalniczke kupie obklejona panorama Wielkiego Jablka.

W miedzyczasie kupilem sobie lunch w The Food Emporium – ohydna wode oraz ciut lepsza salatke z grilowanym kurczakiem. Nie zalowali ani kurczaka, ani salaty. Zielone jest zdrowe. Musze tylko uwazac, zeby nastepnym razem sprawdzic, czy na butelkach z woda jest napis “zero calories”. Bron boze kupic znowu. Eko jedzenie bardzo niesmaczne.

Do Central Parku wszedlem od strony Columbus Circle (Broadway i 59 st). Siadlem sobie na kamieniu na trawniku i zjadlem lunch. Znowu cos mi sie wylalo, bo serwetki byly mokre. Na szczescie nie upapralem sie tym razem.

W parku zycie plynie leniwie. Bryczki jezdza, joggersi biegaja, dzieci bawia sie na placach zabaw, a dorosli leza na trawniku to tu, to tam.

Ide popatrzec jak niektorzy graja w baseball.

Cos chlodno sie zrobilo. Zakladam koszule.

W koncu jakas lawka. Strasznie duzo calujacych sie w tym parku. Chyba wiosna przyszla. Na jednej skalce jakas panna mnie poprosila o zrobienie zdjecia. Poprosilem o rewanz. Podejrzewam ja, ze z UK byla, bo na koniec rzucila “cheers”. Brytyjczycy ciagle uzywaja tego slowa – cheers this, cheers that (czyli: cheers to, cheers tamto).

Tydzien temu na Times Square jakis azjata mlody poprosil, zebym zdjecie mu zrobil. 5 razy probowalem, bo mu sie nie podobaly. W koncu machnal reka i bylo po sesji. Angielski jego nieporadny, bo probowal powiedziec jaki chce kadr ale urywal wypowiedz po 3 slowach. Ja nie dociekalem.

Deszcz! Spadam z parku.

Na szczescie z duzej chmury maly deszcz. Pokropilo i przestalo. Wracam sobie 6 aleja. Mniej ludzi i da sie normalnie isc.

Jakby ktos mnie szukal to siedze na rogu 6 Ave i 51 st. Dokladnie 1285 6Ave. Za plecami mam Radio City Hall.

OK, ostatnia przerwa na wpis i czas wbijac sie na wyzsze aleje. Przedzierac sie bede przez dzungle, czyli Times Square. Kolorowa ta 6 aleja, zwana rowniez Ave of the Americas. Duzo biur, bo co chwile mijam jakis pracowo ubranych ludzi albo ludzie stoja pod budynkami i pala.

Wracalem 164. Ale to byl kurs przez Broadway w Fair Lawn. Lekko spanikowalem, jak po miescie cos za dlugo krazyl i nie mogl trafic do nas. Juz bylem bliski opuszczenia autobusu i odpalenia maps google na smartfonie. Postanowilem tak zrobic, jak tylko za oknami bedzie cos, czego nie znam lub nie kojarze. Na szczescie podjechal pod dom.

Niedzwiedzia gora 6 maja 2012

Mielismy jechac nad ocean. Pan zaproponowal Atlantic City ale stwierdzilem, ze to za daleko (3 godziny w jedna strone). Poza tym bylem juz tam. Ocean moge zwiedzic w kazdej chwili jadac na Brighton Beach na Brooklynie.

Padlo na 7 Lakes. To takie miejsce z jeziorami i gorami. Wybralismy Bear Mountain. Trasa miala byc krotka, mila i z licznymi kopalniami zrobionymi przez Holendrow w latach 50-tych XVIII wieku. Od razu jak weszlismy w las mielismy dosyc ostra trase. Pomyslalem sobie, ze jak tak ma byc caly czas, to ja dziekuje. Ale na szczescie po kilku minutach wyplaszczylo sie. Po chwili napotkalismy japonska grupke. Pan na przedzie zapytal nas: Have you seen the snake? Tylko tego mi brakowalo. Wdepnac na jakas zmije. Ponoc ktos przed chwila spotkal grzechotnika. Pod nogi lepiej patrzec. A weze wzbudzaja u mnie wstret, jak nic innego.

Bardzo zielono, jasno i plasko, takze spacerowalo sie przyjemnie. W pewnym momencie Pan zaproponowal zejscie z trasy i zwiedzenie kopalni. Miejsce byl tuz zaraz. Bardzo duza kopalnia. A wlasciwie to taka ni jaskinia, ni dol. Nad nami zaczal krazyc czarny, gigantyczny kruk, kraczac bardzo glosno. Kiedy weszlismy do kopalni, zobaczylismy gniazdo. Ptaszysko zblizalo sie do nas, podlatujac na coraz blizsze galezie. Krakanie rowniez sie wzmagalo. Powiedzialem panu, ze ja nie ryzykuje. Jeszcze rozdziobia mnie jakies kruki, czy wrony.

Wrocilismy na trase i dokonczylismy spacer. W sumie wyszlo 5 km, 6 600 krokow, 68 minut iscia, 380 kcal.

Wieczorem poszlismy do znajomych i pogralismy w bilard.

Dzis chyba zaproponuje sobie Central Park. Slonca nie widac ale jest cieplo. Czyli da sie po-chilloutowac. Poza tym, to tylko 17 blokow od PABT.

mini laska 05 maja 2012

W piatek jednak nie bylo burz, a wlasciwie pogoda byla piekna. Goraco i slonce. Plus oczywiscie nieznosna wilgotnosc. Siedzialem w sumie caly dzien na miejscu, uzywajac drugiego auta Panstwa.

W piatek wieczorem Panstwo sprawilo mi niespodzianke i podarowalo tableta. Nie tabletke, ale tableta.

Pani tegoz samego dnia wyleciala z “malyszem” do Polski i zostalismy z Panem sami na wlosciach.

Obejrzelismy m.in. Wild China, ktory polecam dla chocby samych widokow.

W sobote pozbieralismy sie jakos leniwie i w sumie o 14 wyruszylismy do parku Minnewaska w stanie Nowy Jork. 63 mile od nas – 1,5 godziny jazdy.

Miejsce urokliwe – jezioro i wysokie gory dookola. Pan nie bylby soba, gdyby nie wybral jakiejs wymagajacej trasy. Slisko, mokro pod nogami, koszulka cala mokra, tylko do wyzymaczki, ale buzia sie usmiechala ze zmeczenia, jak juz na gore doszlismy.

Zejscie juz bylo dla ludzi – szeroka alejka wysypana jakims czarnym zwirem. Gapowatosc moja siegnela zenitu, bo dopiero na 2 km przed koncem przypomnialem sobie, ze mam pedometr w plecaku. 2 km, 201 kcal, 34 min samego iscia. Mysle, ze cala trasa to bylo gdzies z 6-7 km. Kalorie oczywiscie uzupelnilem wieczorem.

W pewnym momencie zeszlismy z trasy, zeby przycupnac przy brzegu jeziora. Po przeciwnej stronie, na polkach skalnych dwoch mezczyzn szykowalo sie do skoku do wody. Skoczyli. Ktos krzyknal – Do it again, a inni jeszcze poklaskali. Panowie weszli na gore i niestety napotkali pana rangera. Dyskusja trwala dobre kilkadziesiat minut. Nie wiem na czym sie skonczylo. Ranger mowil cos o odpowiedzialnosci i wypadkach itd. Ciekawe czy dal im mandat.

Podsumowujac, Minnewaska State Park zaliczam do fajniejszych miesc we wschodniej czesci USA.

W drodze powrotnej zamowilismy z auta przepysznego Chicken Galore – Family Specials no. 1. Niestety, jedzenie nie bylo gotwe, wiec i tak musialem czekac w budce. Ale dzieki temu dowiedzialem sie, ze jest jakas walka dzis wieczorem. Nie boks ale MMA. Pan sie ucieszyl, bo lubi takie zabawy, a mnie w sumie bylo obojetne, kto tam i co tam.

Pozniej obejrzelismy “13 samuraja”. Taki japonski western o samurajach. Klasyka gatunku rzeklbym. Ale zrobiony bardzo dobrze, ladne zdjecia. No moze kilka scen dosyc brutalnych.

Na dzis poprosilem Pana, zebysmy poszli moze w jakies kregle pograc?

Pan wlasnie wrocil z kometki, totez zakanczam.

 

 

I’m not in a New York state of mind

Dawno nie slyszalem tego. A bardzo mi sie podoba:

Nie mogę dziś przyjść,  bo już mnie nie ma.

Cos mi wypadło, nie powiem „do widzenia”.

Szarży pewnego tramwaju jakoś nie odparłem.

Dziś raczej nie wpadnę, bo umarłem.
Manewry motorniczy miał nazbyt brawurowe.

Tramwaj bez  pardonu hulnął i odebrał mi głowę.

Więcej moja głowa w tramwaju nie postanie.

Komunalne linie granda. Oddać  głowę, dranie
Uuuu umarłem, uuuu umarłem.
A ostrzegli anieli Skrzydła mieli jak te messerschmitty

Niech pan uważa, bo pan umrze

I będzie pan chodził zabity.
Powiedział pisarzyna „Zycie jest jak tramwaj”

Zycie jest jak tramwaj, trzeba wiedzieć kiedy wysiąść.

Zatłukłbym kanalie, mógłbym przysiąc.               

Zapomnialem napisac wczesniej jaka to mi Pani siurpryze uczynila! Podarowala mi moje ulubione delicje – truskawki w czekoladzie! Yum, yum, yum.

dzis nic nie robie. Zapowiadaja burze od 1 p.m. w Fair Lawn i od 4 p.m. w Miescie. To po jakiego pioruna bede tam jechal?

Poza tym, o 1 p.m. zaczyna sie lista przebojow Trojki, to chetnie poslucham.

Pardon my french ale zacytuje i sparafrazuje klasyka:

Jak powstają twoje wpisy?” – gdy mnie ktoś tak spyta. Zakurwię z laczka i poprawię z kopyta.

Niech zyje maj, 3 maj

Dzis padlo na ogledziny budowy, czy tez rekonstrukcji WTC. Bede wiec chodzil 7 aleja. Atrakcji pewnie co nie miara, wiec nie ma mowy o nudach. Pogoda standard: Sza-Bu-Po. Choc po 3 p.m. ma wyjsc sonce. Skoro tak mowia, to tak bedzie. Dwa dni temu jak zrobilo sie slonecznie, to od razu wilgotnosc dala sie we znaki. Niby nie goraco ale czlowiek caly lepi sie od potu i takie dziwne jest powietrze. Czuje sie jak mucha w smole.

No dobra czas na Su-Do-Ku, bo trzesie i pisac ciezko. Wzialem tez ze soba moja mp3. Charlie Winston brzmi rewelacyjnie po latach nieslyszenia:

We all kick the bucket in the end

Zaszedlem sobie do B+H Photo Store na rekonesans. Moze tuz przed wyjazdem kupie pare rzeczy.

Z 7 alei schodzilem i wracalem. W Whole Foods (taki niby sklep ze zdrowymi rzeczami. Red Bull’a sie nie kupi tam) kupilem lunch – salatka z potworem morza oraz summer rolls. Doczlapalem sie do Madison Sq Park przy 23 ulicy i zbiegu 5 ave i Broadway. Atrakcja tego parku jest oczywiscie Flatiron Building. I tak siadlem sobie pomiedzy alejami i zabralem sie za lunch. Salatka pyszna ale upaparalem sie jak dziecko sosem teryaki co dodali do summer rollsow. Tych zawijancow nie dalo sie zjesc po ludzku. Rozpadaly sie w rekach.

Musze znalezc toalete.

Na 7 aleje juz nie wrocilem. Obok Flatiron’a znalazlem Starbucks‘a i moglem zmyc z siebie nieporeczny lunch. Zamowilem przy okazji, jak zwykle w tej kawiarni, cafe mocha i poszedlem w dol.

Teraz siedze w Father Demo Square i patrze na mapie, ze do tego WTC to jeszcze troche sie trzeba ponachodzic. Cholera, nie wzialem pedometra! Dzis pewnie dwa razy tyle, co za pierwszym razem.

Przekroczylem Bleecker St i znalazlem sie w bardzo zacisznym parczku – George Washington Square. Widze, ze jakis starszy afrykano-amerykano lamie przepis palac jakas cygaretke.

See something, say something. 911

Policyjne to miasto.

Jestem u zbiegu Soho, Tribeca, Greenwich Village. Lubie to miejsce. Nie wyglada juz tak wielkomiejsko, a raczej bardziej zabawowo i rozrywkowo. Zadnych wiezowcow, tylko normalna zabudowa. Fajnie, ze nazywaja ulice na czesc znanych muzykow: Prince St, W Houston St 🙂 Szybko sie uwineli z upamietnieniem Whitney Houston 🙂

Doszedlem w koncu do WTC. Pani mowila, ze juz jakies dwie wieze sie wzbijaja, dlatego tez dzis tam zaszedlem. Ale nie. To cos obok sie buduje. 11 lat budowy, a tylko cos tam ledwo znad ziemi wystaje. Juz w 2001 roku mowili, ze samo odgruzowywanie zajmie kilka lat. Przysiadlem sobie vis-a-vis ex-dwoch wiez, w takim cmentarnym parku. Tu laweczka, tam grobowiec. No dosyc osobliwie.

Ludzi w Miescie od-prze-groma. Nie dosc, ze chodniki waskie, to wszyscy chodza zdecydowanie za wolno. Meczace troche to jest, bo trzeba co chwile kogos wyprzedzic.

Slonce po 3 p.m. sie nie pokazalo ale na szczescie zimno nie jest. Jak dla mnie w sam raz.

Poddalem sie. Linia E do PABT mnie zabrala. I dzieki temu zdazylem na wczesniejszy autobus. Na szczescie duzo ludzi nie ma, wiec nwet siedze sam i zaden wazon nie zerka mi w zapiski.

St Louis Elegy” brzmi oblednie w tunelu. Mroczna melodia, gleboki glos i mroczny i gleboki tunel. Korelacja 1.0.

Ciekawe czy pani sprzatajaca zamknela dom i odlozyla klucz w ustalonym miejscu?

sometimes I feel like I live in Grand Central Station

 

Z okazji takiego malego swieta pozwalam sobie w tytule posta zacytowac pewna piosenke – Lady zGaga + Bejonse “Telephone”.

Po ponad 2 latach i prawie 3 miesiacach znowu sobie siedze w autobusie nr 164 w drodze do Miasta.

Na nowo musze sie nauczyc pisac, gdy trzesie.

Za oknem szaro, buro i ponuro (chyba ulubione powiedzenie tego wyjazdu). Ale pogodynka pokazala, ze po poludniu jakies slonce ma sie pokazac. Zobaczymy. Planu na Miasto nie mam. Moze znowu w sercu Manhattanu kupie buty?

A moze zakoncze na ten czas pisanie i popatrze przez okno co i jak na amerykanskiej ziemi?

Wytrzaslo, potrzaslo tak, ze sie zdrzemnalem w autobusie.

Z PABT* poszedlem prosto do informacji turystycznej na Times Square po troche makulatury. Wzialem mape Miasta (w sumie nie wiem czemu) oraz metra (tez nie wiem czemu). A moze kiedy na The Bronx zajrze? A moze na Staten Island? To sie mapy przydadza.

Zajrzalem do jednej Duperella Store ale nic mnie nie przekonalo. Same duperele.

Na szczescie na Times Square jest Aeropostale, wiec w koncu kupilem druga i ostatnia pare jeansow. Pytanie: Can i pay for them without taking them off nie zdziwilo sprzedawcow ale i tak skonczylo sie na tym, ze musialem zdjac, zaplacic i zalozyc spodnie z powrotem. Juz kilka razy w USA i Polsce zdarzalo mi sie, ze za cos placilem nie sciagajac z siebie.

Jak zwykle odwiedzilem moj ulubiony park i w sumie najbardziej ulubione miejsce w Miescie – Bryant Park, gdzie w koncu jest zielono i zycie tetni. Ludzie sie chillout-uja i jest milo. Obok mnie arykansko-amerykanska panna gra w pingponga ze swoim ziomem. Troche za wietrzenie jak na ten sport. Ale pani wiecej gada, niz gra. Zza drzew przebija sie wytytulowany Grand Central Station, do ktorego zmierze za chwile. 5 lat temu w tej okolicy kupilem fajne buty. Moze i teraz…

Sometimes i feel like i live in Grand Central Station

Pooblatywalem sie jak glupi dookola. Po sklepie ani widu, ani slychu. Wypstrykalem od srodka dworzec.

Pochodzilem sobie od Lexington Ave do 8 Ave w dol, az do 32 ulicy. Po dordze odwiedzilem sklepy, w ktorych cos do obucia moglo byc – JC Penny, Macy’s, Famous Footwear. Plus inne takie, co byly po drodze. Oczywiscie nasluchalem sie handba, handba, handba na przemian z armba, armba armba. Dla niewtajemniczonych powiem, ze chodzi o torebki – hand bag i arm bag.

Za najwyzszym budynkiem w Miescie – Empire State Building zakrecilem sie i wrocilem na gore do PABT.

Ponad 9 000 kokow. Nie pisalem. Moj pedometer zmartwychwstal. Mam go znowu przy pasku i licze kroki, odleglosc i kalorie. Choc z tymi kaloriami nie ma co sie podniecac – burbon jest kaloryczny, wiec what goes around, comes around.

Wlasnie czekam w autobusie, az ruszymy do domu. Jakis wazon siedzacy obok na mnie zerka. A wlasciwie to na to, co pisze. Strasznie bazgrole, to moze pomysli, ze to hebrajski. Chyba pan nie rozumie, bo nie obrazil sie za wazona. OK, jedziemy. Pierwszy odcinek podrozy to Holland Tunnel.

94:42 minut iscia

6,75 km iscia

548 kcal – iscie dokladny ten moj pedometr.

*PABT – Port Authority Bus Terminal

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑