Miesiąc: wrzesień 2017

miałem sen

Ostatnio to same jakieś dramaty i koszmary.

Miałem dziś straszny sen.

Mieszkałem w domu moich dziadków i odwiedziło mnie cioteczne rodzeństwo. Brat jakąś pracę naukową pisał i szukał dobrego kontaktu (miał być z bolcem po lewej stronie(?)) do naładowania laptopa, a siostra siedziała obok.

Powiedziałem im, że nie mam nic w lodówce i muszę iść do sklepu. Odrzekli, że nie będą jedli.

W tym momencie wchodzi reszta rodziny – wujkowie, ciotki i … Lady Gaga, która okazała się być moją bliską rodziną.

Lady Gaga miała sesję fotograficzną na podwórku. Między chlewem a studnią. Postanowiłem ją zagadać. Bardzo sympatyczna i … ładna dziewoja. Od razu wiedziała, że ja to rodzina. Okazało się, że zna polski.

Powiedziałem jej, że oczywiście chętnie bym ją odwiedził na Mieście, bo będę koniec października – początek listopada. Ucieszyła się. Mieliśmy się wymienić telefonami ale mi iPhone się zwiesił. Próbowałem zresetować, wyjąć baterię (?). Bateria się połamała na 3 części, ekran pękł. Ale udało się włączyć. Później, przez resztę snu próbowałem ustawić telefon, bo się okazało, że do ustawień fabrycznych się zresetował. I nie mogłem. Zawsze coś na przeszkodzie stało. Także nie mam numeru do mojej bliskiej rodziny.

 

I teraz nie wiem, czy mam lecieć do tych USA? Czy mam kupić tego iPhone8?

 

Oczywiście znowu wstałem o 4:48! A.M.!

 

Rah rah ah-ah-ah!
Ro mah ro-mah-mah
Gaga oh-la-la!

 

polski horror story

Umarłem dziś prawie ze strachu. Jadę rano autobusem. A rano to każdy wie jak to jest. Człowiek-zombi. Ledwo widzi ale prze do przodu, do pracy. Za chlebem.

No to jadę. Autobus 172 pusty. Kątem oka widzę, jak coś długiego i czarnego się wije. Wąż!!! Jadowity wąż!

Ale ty durny Maciek. Jadowity wąż w warszawskim autobusie?! To zapewne pies. A właściwie jego ogon. Piesek sobie merda.

Odwracam głowę i patrzę, że to bezpańskie nogi. A gdzie reszta?

Dopiero w szybie widzę, że jakiś chłopiec wierzga nogami. No nic. Nie umarłem. Do roboty trzeba jechać. Nie ma wymówki.

Dobrego wtorku każdym!

z i bez

czyli in and out

 

Wepchnij moje batony, będę pacjentką

Możesz mnie spróbować jakbym była kolejnym dniem twego życia

Wiem, że nie dostsjesz respektu, na który dezerwujesz

Czuję się ledwo żywa

Oj, pokocham cię jakbyś był milionerem

Żyjąc za dolca za dzień

Oj, hej

Kasa to nie wszystko

Ja, ja to zrobię dla Cię

Ty to zrobisz dla mię

A my bedziemy szli z lub bez miłości

Hej jej e jej

Nie urodziłam się wczoraj

….

i tak dalej i tak dalej.

No chodzi za mną ta piosenka i ta pani. The Gossip też mi się podobało. Ale pani Beth Ditto poszła w modę i porzuciła zespół. Ale na szczęście powróciła solo.

WIELKI potwór, tzn.powrót.

 

Niebo nie powstało w dzień

no vroom vroom vroom

dzień bez … papierosa chciałem napisać. Ale nie. Dzień bez auta.

Taka dygresyjka, zanim przejdę do rzeczy. Chyba czas napisać do ZTM i poprosić uprzejmie o włączenie szarych komórek.

Jak zrobiło się ponuro, buro, chłodniej. Tak ze 13-15 stopni. To już, od razu, powyłączane wszystko w autobusach. Duchota i smród.

Dziś, bo przecie grzmieli, że ogrzewanie włączają w blokach, bo w nocy 7-8 stopni,

mnie gorące powietrze po pysku smyrało w zapchanym autobusie. Litości!

 

No dobra. Dziś dzień bez auta, czyli komunikacja gratis. I jakoś nie widzę komeantarzy typu:

– oddajcie nam kasę z miesięcznego

– przedłużcie nam karty miejskie o jeden dzień

 

Oczywisty skandal i rozbój w biały dzień.

A ja? A mi to lata. Staram się uśmiechać, bo od przejmowania się zmarchy się robią i żyłka może pęknąć. I jeszcze kiedyś, jak mówiła koleżanka z białostockiego biura o naszej pani kierownik – ta wredota kiedyś jej na twarzy wyjdzie.

To ja nie wredny, nieprzejmujący się, wąchający kwiatki na łące.

 

Ostatnio staram się schuść. Czyli schudnąć po polsku. Ej, czemu się nie mówi schuść? Fajny wyraz. Waga znowu pokazuje 95 kg i 5100 gram 🙂

Z naciskiem na „staram się“.

 

Dziś również przeczytałem artykuł starający się odebrać mi przyjemność z chodu. Codziennie staram się robić 10 000 kroków. Codziennie!

 

I dziś czytam:

1 minuta dziennie wydłuża życie o 1,5 – 2 min. Kurna! Umrę w wieku 300 lat chyba!

20 minut dziennie – spala ponad 3 kg tłuszczu rocznie. Spala lala. Nieprawda.

30 minut dziennie – może zmniejszyć objawy depresji aż o 36%. Uffffff. Ja od dawna powiadam wam, że jakieś mentalne choróbstwo czai się u mnie za rogiem. Pamiętam takie duperele, a nie mogę czasem przypomnieć po co wstałem zza biurka.

45 minut dziennie – zmniejsza ryzyko przeziębienia o 50%. Ooooo. Przecie kiedyś 6 influencyj miałem annałnie. Jak się pisze rocznie, po mądremu? No chyba nie annalnie? A w dupie to mam. W tym roku jakieś jedno tylko lekkie przeziębionko. I w ubiegłym podobnież!

 

Mam gdzieś te mądrości. Bo ile zdrowia jest w przechadzaniu się w miejskim smogu?

 

Także no vroom vroom vroom dziś. Tylko chodu!

 

W robocie dostałem z pół roku temu aparat Canon EOS 300. Przyszedł kolega, który kiedyś pracował w zespole, z którego ja się teraz wywodzę i powiedział, czy chcę ten aparat, bo będzie utylizował. No pewnie, że chcę!

 

I tak ponad pół roku leżał przy nodze i miałem codzinnie go ze sobą zabrać i sprawdzić, czy po włożeniu baterii nadal działa. Baterie CR2, więc koszt 30 zł. Także zwlekałem. Nawet jakieś negatywy dostałem w spadku. Jedyny minusik, to brak ochrony/pokrywki na obiektyw. Ale to nic. Także codziennie miałem zamiar przejść się do zakładu foto, żeby sprawdzić. Najbliższy punkt fotograficzny mam ok. 60 m od biura. Czyli jak to w życiu zawsze bywa, bardzo ale to bardzo daleko. I na dodatek, nigdy nie po drodze.

Ale z jakiś tydzień temu kolejny użytkownik Instagrama mnie zaczepił z pytaniem, czy nie chcę zdjęć na mieście porobić. Odpowiedziałem, że „oczywiście, czemu nie“. Był tylko jeden minus – iPhone ssie jeśli chodzi o zdjęcia nocne. Tam nocne! Wieczorne też słabo ogarnia. I wtedy przypomniałem sobie o Canonie. Wziąłem go w końcu i zaniosłem do punktu foto. Państwo się na mnie wypięło i nie chciało pomóc.

Ale na sesji byłem. Obfotografowaliśmi Spire. Co prawda nowopoznany kolega Marcin to zawodowy fotograf (wydaje mi się, że liczył na to, że ja coś umiem pstrykać), więc wypadłem przy nim jak totalny amator. Ale też, tak jak poznana na Instagramie Ula z Teksasu (heh, muszę chyba zmienić imię Uli, bo nie pasuje mi do tego Teksasu. Rita? Maggie?), Marcin jest fanem aut i wyścigów. Także teraz się prześcigają w tym, kto polubi moje zdjęcie jako pierwszy.

I teraz mnie tak naszło, że Ula z TX chyba 15-stą Ulą, którą w ciągu mego życia poznałem, jest. A Marcinów też znam bez liku – 12?

Przynajmniej na dobre te poznawanie ludzi jest, bo nie dość, że Teksas liznę podczas następnej wizyty, to jeszcze do analogowego foto wrócę. I może Miasto na kliszy utrwalę.

Aha, a propos Marcinów. Jeden stary dziad odmówił mi zrobienia zdjęcia do wizy. 40 zł w plecy będę. Mhm, poproś mnie o transalację na angielski czegoś. WWF? Chyba WTF Marszull? 🙂 Żarcik. Przecie znamy się dłużej niż żyjemy [sic!].

 

Muzycznie z nowości chodzą za mną:

Public Service Broadcasting feat. James Dean Bradfield – turn no more

Portugal. The Man – feel it still

Everything Everything – can’t

 

Ale! Znowu mi w głwie gra Sia i jej Elastic Heart oraz Chandelier. Idę się przejść.

 

1, 2, 3, 1, 2, 3 drink

1, 2, 3, 1, 2, 3 drink

1, 2, 3, 1, 2, 3 drink

 

O w radio grają – Jest już późno, piszę bzdury, kot zapędził mysz do dziury. Hm, a dziś z … Maggie z Teksasu rozmawialiśmy o Maanamie. Spooky. Cóż, nie jest późno ale piszę … 🙂

 

 

relacja zwrotna

“Jeśli A to B, to B to A”. Pamietam pierwszy wykład matematyki na studiach na Polibudzie. Przyznaję, że trudna ale ciekawa ta matma była. Przecie ja pod mat-fizie, to co tu się dziwić.

Na prywatnych uczelniach, na tych samych kierunkach, przedmiot wspomniany był komicznie łatwy. Coś na zasadzie znajdź “x”:

2 + X = 2.

Przecie wiadomo, że “tam jest” ten “x”.

I pamietam, że wstała dziewczyna i mówi do profa Bartosiewicza. “Jeśli ja znam Bruce’a Willis’a, to on mnie nie zna”.

Cisza.

I pan profesor stwierdza, “jeśli A to B, to B niekoniecznie A”.

Pisałem, że biegam tylko na Islandii!? To uprzejmie informuję, że od wczoraj jestem znowu na Islandii (???) ??

Taki ze mnie Bruce Willis

brrr

Jeden z moich pierwszych wpisów na moim już ponad ośmioletnim blogu prawił o Madonnie. A właściwie o jej pierwszym koncercie w Polsce. Był i to mój pierwszy raz z nią na żywo. Kilkukrotnie miałem szansę pójść na jej koncert będąc w Londynie. Ale jakoś funt za drogi był.

I jak ją już zobaczyłem, to czar prysł. A byłem takim wielkim fanem.

I od czasu tego koncertu raz na jakiś czas zdarza mi się zerkać na nowe dzieła Królowej Pop. Niektóre utwory (rzadko ale czasem) były fajne, a niektóre potwory, tzn. utwory bardzo nie były nagrane dla mnie. Nie wiem czemu ona za wszelką cenę stara się odmłodzić i tworzy takie dziwne aranżacje? Nie da się tego słuchać. Ale trzeba przyznać, że robi dużo dobrego dla kobiet w show biznesie i dla kobiet w ogóle. Większość by ją widziała już w domu z wnukami, a nie na scenie. Dlaczego? Bo ma grubo po 50? W USA też jakaś dyskryminowana jest. Nie grają w radio jej nowych przebojów, także rzadko na listach przebojów najlepszych piosenek można ją zobaczyć. No chyba, że jakiś jedno-, góra dwutygodniowy pobyt. Z tego co kiedyś słyszałem, żeby zaistnieć na liście Billboardu trzeba być puszczanym w radio, mieć dobry streaming i downloading. Taki złoty trójpodział.

Lubię Madonna’ę za jej inteligencję, za jej złote myśli. Gwoli przypomnienia:

IMG_8888

Jak dla mnie mądrość roku.

Rebel Heart wydany 2 lata temu nawet, nawet był. Gdyby wydała to w latach 90-tych, to oszalałbym. A tak, to tylko tyle, że zauważyłem.

Ostatnio z nudów przelatywałem po kanałach TV i padło na HaBeOł. Rebel Heart Tour pokazywano. Przytrzymałem się. Dobrze to wyglądało, dobrze to brzmiało, dobry szoł! Ale Madonna jakoś dużo nie śpiewała. Większość leciało z playback‘u, a Królowa tylko coś tam podśpiewywała. Ale zgrabny to był obrazek. Dla ucha i dla oka.

Odkryłem dwa nowe dla mnie nagrania – tytułowy Rebel Heart oraz Unapologetic Bitch.

I gwiżdżę, śpiewam sobie. A jak wiemy – śpiewać nie potrafię.

You know you never really knew how much you loved me, ’till you lost me
Did you?
You know you never knew how much your selfish bullshit cost me
Well, fuck you

Jak już pisałem wcześniej, podoba mi się wyraz anapologetyczny. Czasem jestem w Unapologetic State of Mind (cokolwiek ten wyraz na U znaczy. Mam nadzieję, że się nie obrażam się sam).

 

Apologetyka (łac. apologeticum, z gr. ἀπολογία) – dział teologii (teologia fundamentalna, której apologetyka jest wymiarem praktycznym) lub literatury zajmujący się obroną wiary, w szczególności chrześcijańskiej, przed zarzutami przeciwników oraz uzasadniający podstawowe prawdy wiary.

 

Aha. To dobrze jest, bo ja taki UN/AN jestem, jeśli chodzi o Theos i Logos. Z naciskiem na to pierwsze.

Wracajmyż do Madge. Dziś otwieram iMusic i co ja paczę! W sekcji New Live Albums jest Madonna’y zapis ostatniej jej trasy. Od razu rzuciłem się do odsłuchania wybranych przeze mnie utworów, na które zwróciłem uwagę pacząc na HBO.

 

OJEJ! Jak to napisał kiedyś mój kolega o koncercie live zespołu Marillion, który kupiłem i mu podesłałem:

 

„Tego się kurwa nie da słuchać!“

 

 

 

no tengo fumero

czyli que pasa kiedy przestajesz palić.

Organizm i sam człowiek to dziwna machina i stworzenie. Skomplikowana, a prosta. Prosta, a skomplikowana.

Największy organ – skóra.

A jakby wyjąć flaki albo jakieś komórki nerwowe, to okazałoby się, że można by nasz glob opleść. Co ja plotę?

Zadziwionym swym niepaleniem jest. Rzucić niby chciałem dawno. Ale to taka chyba fanaberia była, żeby mnie ludzie zauważyli. Myślałem, żeby ograniczyć, palić tylko przy wódce. Co roku noworoczne rezolucje i postulaty były.

Ale samo wyszło, że rzuciłem. Po prostu odechciało mi się palić. Czyżbym wypalił wszystkie papierosy?

 

To już 251 dni.

 

Jedyne co mogę stwierdzić, to fakt, że palenie śmierdzi. Starsznie. Rano to w autobusie czuję. Szczególnie jak wsiądzie dama i zacznie jej z paszczy, jak od smoka wawelskiego jechać. A i te żałosne połączenia – deodorant i fajka, żuma do gucia i fajka.

Ja zawsze uważałem, że ode mnie nie śmierdziało. Przecie ręce myłem i gumę, i inne odświeżacze do ust miałem.

Ale nie chcę tu się wywyższać, że palenie jest lepsze od niepalenia albo na odwrót. Każdy jest kowalem swojego losu.

Mnie i tak śmieszą mądrości dotyczące zdrowia. Mamy jeść ryby, bo kwasy omega 3. I nagle artykuł – jesz łososia? To śmiertelny błąd! I się okazuje, że karmią źle rybkę, że morze zatrute i inne przeciwności losu. I tak ze wszystkim. Co dobre, to za chwilę zabójcze.

Widziałem też „zdrowy“ program. Najczęstszy rak, to rak jelita grubego. Nie jedz TEGO. Jedz TO. Drugi najczęstszy rak, to rak trzustki. Jedz TEGO, nie jedz TO. I tak, jak chcę zjeść steka, to muszę pomyśleć, czy mam zapobiec rakowi trzustki? Czy może zwiększyć ryzyko zachorowania na raka wątroby. Jak żyć? Z umiarem! Ze zdrowym rozsądkiem!

I tu wracam do fajek. Okazało się, że czytelnik mego bloga też rzucił fajki i odlicza sobie dni.

U mnie na liczniku 251!

Co się dzieje, kiedy przestajesz palić?

Nic. Po prostu nie palę, a życie toczy się dalej. Nadal mam tych samych znajomych i tak dalej. Niebo nie zrobiło się niebiestsze (?)

Nauka ogłasza – po zgaszeniu ostatniego papierosa:

Po 20 minutach

Tętno obniża się, a ciśnienie tętnicze … – nawet nie chce mi się tych pierdół dokańczać. Ciśnienie miałem zawsze 120/80! Z fajką czy bez!

Po od 2 do 12 godzin

Pojawiają się pierwsze symptomy odstawienia. Nawet trzy dni później możemy odczuwać bóle głowy i nudności – ale warto się przemęczyć, bo w tym czasie usuwa się z organizmu tlenek węgla nic nie czułem.

Po 8 godzinach

Poziom tlenu we krwi wzrasta, a tlenku węgla maleje – ledwo dokończyłem pisanie tego objawu. Cóż, nie wiem, nie orientuję się, więc nie wiem, czy to prawda.

Po 24 godzinach

Zmniejsza się ryzyko ostrego zawału mięśnia sercowego – now you talking!

Po 2 dniach

Zmysł smaku i węchu zaczynają działać normalnie – zawsze podkreślałem, że nie czuję dobrze smaków, bo palę. Bardzo liczyłem na poprawę tych zmysłów. Ale jakoś nie zauważyłem poprawy.

Po 3 dniach

Oskrzela się rozluźniają, zaczynamy swobodniej oddychać – hm, coś w tym jest. Jakoś lżej się czuję.

Po 2 tygodniach do 3 miesięcy

Układ krążenia ulega wzmocnieniu, polepsza się kondycja fizyczna – a ja wiem? Półmaratony i dziesięciokilometrowe dystanse z fajką w zębach pokonywałem. Teraz nie palę i nie biegam. O przepraszam – biegam tylko na Islandii!

Po od 1 do 9 miesiącach

Wydolność układu oddechowego poprawia się, ustępuje kaszel, duszności i zmęcznie – hm, nie miałem dwóch pierwszych zjawisk. Zmęczenie jest cały czas.

Po roku

Ryzyko zachorowania na chorobę niedokrwienną serca zmniejsza się o połowę – que?

Po 5 latach

Zmniejsza się o połowę ryzyko zachorowania na raka płuc, jamy ustnej, krtani i przełyku, obniża się ryzyko udaru mózgu – o-o! Ileż tych raków! I ten udar jeszcze. O-o.

Po 10 latach

Ryzyko zachorowania na chorobę niedokrwienną serca będzie podobna jak u osób, które nigdy nie paliły – aha

Po 15 latach

Ryzyko zachorowania na raka płuc będzie podobne jak u osoby, która nigdy nie paliła – po 15 latach? To mnie już nie będzie. Kto tyle żyje?

 

Jak zachowuje się organizm po rzuceniu palenia?

Nasze narządy zmieniają się niemal natychmiast.

Mózg – głupi, bo uważa, że palenie to relaksacja, więc uwalnia endorfiny. Czyli po rzuceniu odczujemy jakiś brak. Ponoć rozdrażnienie i potrzeba sięgnięcia po papierosa przez 3 dni jest – nie zauważyłem.

 

Płuca – regenerują się zaskajuąco szybko. I Bardzo dobrze. Kaszel nas nie powinien dziwić. To oznaka samooczyszczania. Brawo płuca!

 

Serce – rzucenie palenia okazuje się skuteczniejsze w walce z chorobami niż doraźnie przyjmowane leki, np. Aspiryna. Brawo serce też!

 

Skóra – po odstawieniu papierosów skóra ponownie jest ukrwiona i właściwie nawilżona. Uważa się, że rozstanie z nałogiem poprawia też sen. Są więc szanse, że po jakimś czasie znikną sińce pod oczami – czy ja wiem z tym snem? Liczę na powrót cery gładkiej jak u bobasa.

 

No i przeczytałem te mądrości. I co z tego? Może lepiej wrócić do palenia? Bo po prawie 24 latach kurzenia organizm może dostać szoku z braku nikotyny i substancji smolistych. Poza tym wystarczy wyjść na dwór i pełną piersią odetchnąć. No samo zdrowie!

 

The sky is a neighborhood!

A słucham sobie Listy Przebojów Programu 3. Fajnie nowy Foo Fighters gra.

lato

“lato, lato wszędzie”

ten wpis zrozumieją tylko ci, którzy mnie znają. Lato w końcu pokazało swoje ludzkie oblicze! Czasem wiatr, czasem deszcz, czasem lekki podmuch. Słońce skrywa się za chmurami. 15 stopni! Czuję, że ja żyję. Mogę w końcu pełną piersią odetchnąć.

Ale. Muszę być sprawiedliwy. Lato w tym roku jakoś mało żarliwe było. Nowy wiatrak nabyłem z końcem czerwca. Zakręciłem nim w sumie z 5 razy? Mało. Ale wystarczyło, żeby się wiatrak zepsuł. Przestał rotować, a obracanie się wiatraka dosyć istotną cechą jest. Timer też jakiś nie taki. Widocznie 120 minut w Lidlu trwa dużo krócej, bo wieżyczka kończyła pracę coś ciut po ponad godzinie. Nie polecam zakupów AGD w Lidl.

A może nie pociłem się tak, bo:

– po pierwsze, primo – nie palę! Po żmudnych badaniach w ostatnich latach, które nic nie pokazały, pojawiła się teza, że pocę się, bo palę. Już nie kurzę i faktycznie ciut mniej się pocę. Ale może dlatego, że nie było upałów strasznych?

– po drugie, primo – może się nie pocę, bo szałwię piłem? Pani profesor, z którą wspólnie cierpimy w żarach, w ramach pomocy bliźniemu wysłała mi zioła oraz zaparzacz. Piłem regularnie przez ponad 2 tygodnie. Jakoś przypadkowo przestałem, bo Lwów, bo Islandia. I się okazało, że słusznie, bo nie można zbyt długo pić szałwi.

 

Wywiesili na bloku ogłoszenie – kolejna zbiórka ubrań. Zawsze staram się partycypować. Zawsze mówię sobię wtedy, że czas wyczyścić szafę. Wywalam wszystko na podłogę i zaczyna się selekcja. Przebieram, wybieram i się okazuje, że tego żal, w tamtym może w końcu wyjdę, za duże nie znaczy, że nie dobre i takiem tam inne rozterki. Zawsze kończy się wybraniem 2, góra 3 rzeczy. I to najczęściej jakieś stare skarpety albo podkoszulek.

Teraz otwieram szafę i patrzę, że na wierzchu mam 4 pary krótkich portek.

Kurczę, upały już raczej w tym roku nie grożą – stwierdziłem w zadziwieniu. „Kiedy ja będę nosił te spodenki?“.

A w sumie kiedy ja nosiłem w tym roku te spodenki.

Te zielone nałożyłem raz – jak Państwo na K. podjechało pod dom i przekazało mi klucze Słodkokwaśnej, która często coś gubi i zapomina. Państwo na K. wyjeżdżało na wieś, a ja miałem później wizytę u Słodkokwaśnej, więc logiczne było pomóc w oddaniu kluczy. Pamiętam ten dzień, bo wtedy ubrałem się na zielono. I podsumowałem się nawet, że wyglądam jak drzewo (chyba nie wytrzeźwiałem jeszcze). Także zielone portki miałem na tyłku krótko.

Te drugie, z odpinanymi nogawkami, użyłem dwa razy – jak szedłem po morzu/zatoce z Gdańska do Sopotu i z powrotem, i jak wspinałem się w górach. Jestem fanem odpinanych nogawek w spodniach. Niektórzy bardzo nie lubią takiej opcji. Hm, ludzie so dziwne.

Trzecia para mnie pozytywnie zaskoczyła, bo kompletnie ich nie pamiętałem. Kupiłem je w listopadzie 2016 na Mieście, jak wybierałem się do Południowej Karoliny i do Sawany w Gruzji. Raz miałem na sobie.

A czwarte spodenki chyba mnie znienawidziły po tym, jak powiedziałem – ooo? I jeszcze to! Kompletnie zapomniałem, że was mam.

Także znowu z szafy nic nie wyleciało.

Żarliwe lato było (na szczęście) krótkie. Pewnie za rok będzie masakra.

Wczoraj wychodziłem na rower 3 razy.

Pierwszy raz – wychodzę, jadę, jestem na rogatkach Sadyby i zaczyna pokapywać. Ok, zmiana planów. Zrobiłem zakupy spożywcze. Wychodzę ze sklepu, ładna pogoda. To szybko do domu, zostawiam zakupy i wybiegam na rower znowu.

Drugie wyjście – wylatuję z domu, kręcę pedałami i jak byłem przy Biedronce, przy Nałęczowskiej, znowu coś zaczęło siąpić. No dobra, zakupy do picia zrobiłem. Wychodzę ze sklepu, pogoda taka sobie. Wróciłem do domu. Wystawiam rzeczy z pelcaka i patrzę, że coś za oknem wygląda optymistycznie. Czyli deszcze w sobotę są krótkie, przelotne, ne ma co płakać. Trzeba karpę diem.

Wyjście trzecie – kręcę. Lecę na Wilanów. Tam na skuśki za pałacem odbiję w lewo i dotrę do Wisły. Po wale przejadę do trasy Siekierkowskiej i wrócę do siebie. Ale przy Biedrze znowu zaczęło padać. Ale myślę sobie, że popada, popada i przestnie. Po 30 minutach w deszczu dobiłem pod blok. Chyba jak wbijałem kod na domofonie, to już nie padało. Ale rowerowanie zakończyłem już tego dnia. Słaba przyjemność.

Ale dziś z kolei było super – 15 stopni, zero deszczu i co najważniejsze – PUSTO na ścieżkach rowerowych!

 

“summertime, time, time, child, the living’s easy”

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑