Uncategorized

no vroom vroom vroom

dzień bez … papierosa chciałem napisać. Ale nie. Dzień bez auta.

Taka dygresyjka, zanim przejdę do rzeczy. Chyba czas napisać do ZTM i poprosić uprzejmie o włączenie szarych komórek.

Jak zrobiło się ponuro, buro, chłodniej. Tak ze 13-15 stopni. To już, od razu, powyłączane wszystko w autobusach. Duchota i smród.

Dziś, bo przecie grzmieli, że ogrzewanie włączają w blokach, bo w nocy 7-8 stopni,

mnie gorące powietrze po pysku smyrało w zapchanym autobusie. Litości!

 

No dobra. Dziś dzień bez auta, czyli komunikacja gratis. I jakoś nie widzę komeantarzy typu:

– oddajcie nam kasę z miesięcznego

– przedłużcie nam karty miejskie o jeden dzień

 

Oczywisty skandal i rozbój w biały dzień.

A ja? A mi to lata. Staram się uśmiechać, bo od przejmowania się zmarchy się robią i żyłka może pęknąć. I jeszcze kiedyś, jak mówiła koleżanka z białostockiego biura o naszej pani kierownik – ta wredota kiedyś jej na twarzy wyjdzie.

To ja nie wredny, nieprzejmujący się, wąchający kwiatki na łące.

 

Ostatnio staram się schuść. Czyli schudnąć po polsku. Ej, czemu się nie mówi schuść? Fajny wyraz. Waga znowu pokazuje 95 kg i 5100 gram 🙂

Z naciskiem na „staram się“.

 

Dziś również przeczytałem artykuł starający się odebrać mi przyjemność z chodu. Codziennie staram się robić 10 000 kroków. Codziennie!

 

I dziś czytam:

1 minuta dziennie wydłuża życie o 1,5 – 2 min. Kurna! Umrę w wieku 300 lat chyba!

20 minut dziennie – spala ponad 3 kg tłuszczu rocznie. Spala lala. Nieprawda.

30 minut dziennie – może zmniejszyć objawy depresji aż o 36%. Uffffff. Ja od dawna powiadam wam, że jakieś mentalne choróbstwo czai się u mnie za rogiem. Pamiętam takie duperele, a nie mogę czasem przypomnieć po co wstałem zza biurka.

45 minut dziennie – zmniejsza ryzyko przeziębienia o 50%. Ooooo. Przecie kiedyś 6 influencyj miałem annałnie. Jak się pisze rocznie, po mądremu? No chyba nie annalnie? A w dupie to mam. W tym roku jakieś jedno tylko lekkie przeziębionko. I w ubiegłym podobnież!

 

Mam gdzieś te mądrości. Bo ile zdrowia jest w przechadzaniu się w miejskim smogu?

 

Także no vroom vroom vroom dziś. Tylko chodu!

 

W robocie dostałem z pół roku temu aparat Canon EOS 300. Przyszedł kolega, który kiedyś pracował w zespole, z którego ja się teraz wywodzę i powiedział, czy chcę ten aparat, bo będzie utylizował. No pewnie, że chcę!

 

I tak ponad pół roku leżał przy nodze i miałem codzinnie go ze sobą zabrać i sprawdzić, czy po włożeniu baterii nadal działa. Baterie CR2, więc koszt 30 zł. Także zwlekałem. Nawet jakieś negatywy dostałem w spadku. Jedyny minusik, to brak ochrony/pokrywki na obiektyw. Ale to nic. Także codziennie miałem zamiar przejść się do zakładu foto, żeby sprawdzić. Najbliższy punkt fotograficzny mam ok. 60 m od biura. Czyli jak to w życiu zawsze bywa, bardzo ale to bardzo daleko. I na dodatek, nigdy nie po drodze.

Ale z jakiś tydzień temu kolejny użytkownik Instagrama mnie zaczepił z pytaniem, czy nie chcę zdjęć na mieście porobić. Odpowiedziałem, że „oczywiście, czemu nie“. Był tylko jeden minus – iPhone ssie jeśli chodzi o zdjęcia nocne. Tam nocne! Wieczorne też słabo ogarnia. I wtedy przypomniałem sobie o Canonie. Wziąłem go w końcu i zaniosłem do punktu foto. Państwo się na mnie wypięło i nie chciało pomóc.

Ale na sesji byłem. Obfotografowaliśmi Spire. Co prawda nowopoznany kolega Marcin to zawodowy fotograf (wydaje mi się, że liczył na to, że ja coś umiem pstrykać), więc wypadłem przy nim jak totalny amator. Ale też, tak jak poznana na Instagramie Ula z Teksasu (heh, muszę chyba zmienić imię Uli, bo nie pasuje mi do tego Teksasu. Rita? Maggie?), Marcin jest fanem aut i wyścigów. Także teraz się prześcigają w tym, kto polubi moje zdjęcie jako pierwszy.

I teraz mnie tak naszło, że Ula z TX chyba 15-stą Ulą, którą w ciągu mego życia poznałem, jest. A Marcinów też znam bez liku – 12?

Przynajmniej na dobre te poznawanie ludzi jest, bo nie dość, że Teksas liznę podczas następnej wizyty, to jeszcze do analogowego foto wrócę. I może Miasto na kliszy utrwalę.

Aha, a propos Marcinów. Jeden stary dziad odmówił mi zrobienia zdjęcia do wizy. 40 zł w plecy będę. Mhm, poproś mnie o transalację na angielski czegoś. WWF? Chyba WTF Marszull? 🙂 Żarcik. Przecie znamy się dłużej niż żyjemy [sic!].

 

Muzycznie z nowości chodzą za mną:

Public Service Broadcasting feat. James Dean Bradfield – turn no more

Portugal. The Man – feel it still

Everything Everything – can’t

 

Ale! Znowu mi w głwie gra Sia i jej Elastic Heart oraz Chandelier. Idę się przejść.

 

1, 2, 3, 1, 2, 3 drink

1, 2, 3, 1, 2, 3 drink

1, 2, 3, 1, 2, 3 drink

 

O w radio grają – Jest już późno, piszę bzdury, kot zapędził mysz do dziury. Hm, a dziś z … Maggie z Teksasu rozmawialiśmy o Maanamie. Spooky. Cóż, nie jest późno ale piszę … 🙂

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.