Miesiąc: marzec 2021

tak, jednak jestem …

panienka z okienka.

Dałem wczoraj ciała. Okazało się, że Polska dziś gra, ale nie z Huraganem i kamandą z UK, tylko z bratankami do szklanki, czyli Madziarami.

Dziwne. Byłem szczerze pewien, że larum było ogromne, że my z Wyspiarzami będziemy grać teraz i Matołusz ponoć wybłagał na prywatnej audiencji u Kanclerz Merkel zwolnienie Roberta Lewandowskiego z kwarantanny po powrocie RL9 z zawodów do pracy do Germanii. Hm, no cóż. Jestem też pewien, że w poprzednim wpisie na blogu napisałem, i tu cytuję – Jest mi to wielce obojętne.

A może gramy z tą Anglią towarzysko, tylko nie teraz?

 

W radio donoszą, że w niedzielę nowy sezon Formuły 1 rusza. Jak byłem malutki, to lubiłem patrzeć na te ściganie. Sięgam pamięcią do czasów rywalizacji Prost – Senna.

Ten sezon ma być wyjątkowy – baaaaardzo dużo wyścigów ma się odbyć – 23. Nawet do Holandii wraca jazda. A ostatnim razem, jak w Niderlandach odbyły się zawody w ramach Grand Prix Formuły 1, to laureatem był … Niki Lauda (1949-2019), czyli hen hen hen dawno temu.

„Austin” Martin wraca do gry. A fajny mają samochodzik! Zielony.

Oczywiście Aston, ale ten Austin to taki ukłon w stronę Uli z Teksasu, która zna się na autach nie gorzej niż Marisa Tomei w filmie „Mój Kuzyn Vinnie”.

W którymś mieście arabskim ma odbyć się wyścig uliczny. Pętelka taka w sam raz, coś lekko ponad 6 km. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale, średnia prędkość, powtarzam średnia prędkość bolidów podczas tych wyścigów, to … 250 km/h. O kurczaczki! Ciekawe, czy jak będę w czasie trwania zawodów chciał przejść przez ulicę, oczywiście na zebrze, to czy zauważę w ogóle nadciągającą śmierć? Jest wtedy sens patrzeć się w lewo, prawo i znowu w lewo?

Co do okienka na ścianie. Dziś zostałem z rana zaalarmowany. Kolega pan G. napisał mi w AjMasażu, że okno krzywo wisi. Ale ja jak zwykle autocytuję w takich sytuacjach – Jest mi to wielce obojętne. Także odpisałem zgrabnie, że to nie okno, tylko ja jakoś nierówne fotki robię. I Piotruś taki pomocny się okazał, bo zaproponował mi wiertarkę o takiej mocy, sile i potędze, że sitko w ścianie mogę zrobić. Panie G.! Ciut za późno piszesz Pan do mnie. Jesteś Pan mądry, ale po szkodzie. Szkoda.

Ktoś też się zadziwił wielce, że na moim blogu użyłem określenia bezosobowego “ktoś”. Przecież to byłem ja – napisał mi ten ktoś. Wyjaśniłem, że nie za bardzo używam prawdziwych imion na moim blogu. Niektórzy się nawet zaskakują, jak się okazuje, że Słodkokwaśna to chłopiec. Tak! Potwierdzam, to chłopiec. Pierwszego dnia nauki w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym (będącym pierwszym w rankingu szkół średnich w moim rodzinnym mieście wtedy) w Białym usiedliśmy w jednej ławce na samym końcu, co by pani profesor wzrok do nas nie sięgał.

No i ten “ktoś” chyżo przytaknął na moją koncepcję nieużywania imion prawdziwych na mym blogu. Ale czy są wyjątki? Czy Ula ma naprawdę tak na imię? Hmmm, tego nie mogę zdradzić. Ale która Ula? Ta z Nowego Dżerzeju? Czy ta z Teksasu? A znam jeszcze 15 innych Ul. Jedno mogę powiedzieć, że Słodkokwaśna ma na imię Słodkokwaśna. Bo FejsBuka ma takiego, a tam jak wiemy, konta są prawdziwe i zweryfikowane.

Także dziś ten nowy bohater moich wpisów, ten tajemniczy “ktoś” ochrzczony zostaje imieniem – Kolega Wielkie Pe. Dla znajomych Wielki P. Dla przyjaciół Lulumpuś. A nazwa ta ostatnia wzięła się stąd, że Wielki P. jechał do swojego przybranego syna do Łodzi. Okazało się, że dziecko mieszka na/przy ulicy … Lulumby (pierwszy premier Demokratycznej Republiki Konga). Ale oczywiście moja ignorancja, stępiony słuch i problemy z pamięcią spowodowały, że przekręciłem tę nazwę na Lulumpuś. I tak zostało. Tylko pani prof. ze Szczecina nie miała problemu z poprawnością nazwy i wie co to, i gdzie to, i co tam się mieści. Ale ona to profesor, więc mądra i się zna. A ja to tylko licencjat i magister.

Pisałem też wcześniej o moim ogródku domowym. Dziś zauważyłem, jak szpinak wypuścił pędziki z 3 ziarenek! No tylko patrzeć jak stół na Wielkanoc szpinakiem będzie stał.

Zielono mi!

 

panienek z okienka

No bo przecie żadna ze mnie panienka. A jak jest panienka w rodzaju męskim? Panienek, nie?

Okno sobie zamontowałem.

A bo od dawna za mną ten pomysł chodził. Zaczęło się, że właściciel restauracji Segment zamontował okienko do ściany. Fajnie to wygląda. Pamiętam, jak mu mówiłem, że przejeżdżając rowerem z Gass do domu mijałem jakiś stary, ledwo trzymający się w fasadach domek. Chyba w Czernidłach. Sugerowałem nawet koledze, że byłoby mi miło, żeby pomógł mi przetransportować okienka stamtąd na Sadybę. Oczywiście uprzednio wyrywając cudo z ościeżnicy. Ale nie chciał. Hm. Zapamiętane.

I ostatnio, będąc z wizytacją w stodole odkryłem składzik witrynek. Od razu zaalarmowałem właściciela, że dwa skrzydła okienne biorę w prezencie. Zgodził się od razu. To przebrałem sobie i mam.

Wiertarkę pożyczyłem od Pana od Państwa z Europy na K. O jeżu! Po pierwszej sekundzie, jak mi się wiertło omsknęło po ścianie (jak igła po winylu), okrzyk wydałem wewnętrzny – przecie to betonowa ściana!

Od razu przypomniałem sobie z ćwierć tuzina przypadków, kiedy chciałem coś wwiercić w tę ścianę i nic. Ale pomyślałem sobie, że jeśli kinkiety się magicznie trzymają, to znaczy, że można coś wkręcić. No to wziąłem srebrne wiertło i zacząłem borować. Oj. Się nawierciłem! Postanowiłem od razu po zakończeniu, że już nigdy więcej nie dziabnę tego muru. Niech żyje udar w wiertarce.

Ktoś mi jeszcze zaproponował, żebym karnisz powiesił i firanki. Że niby taki klimat będzie. Ocieplenie ściany. Hm – jak mówi mój serdeczny ofiarodawca okien – myślę, że wątpię. Zasugerował kolega ewentualnie mocny klej. Ale nadal mówię „hm”. Nie dotykam się do tej ściany. Z małym wyjątkiem…

No właśnie, co to za okno, przez które nic nie widać? Mam kilka widoków na widok w oknie.

Skonsultowałem się szybko z Ulą z NJ. Powiedziała, że fotka z Teksasu jest fajna, przestrzenna. Ale czy ktoś chciałby mieć widok na jakąś kopalnię?

Wymyśliłem sobie, że jeśli na jednej ścianie jest panorama Manhattanu, czyli East Coast, to z drugiej należałoby dać West Coast. No i tu mam znowu dylematy – droga numer 1 o cudownych widokach? Dolina Śmierci? Czy duszki w lesie sekwojowym?

Te zjawy to oczywiście ja i Ula z roku 2009. Zrobiliśmy sobie fotkę w tunelu w przewróconej sekwoi.

Ula powiedziała, że w sumie pycha pomysł.

Powiedziałem jej, że jakby ktoś mnie pytał, czy wiem, gdzie jest Ula, to ja odpowiem – wiem! Stoi u mnie pod oknem.

Przyjaciółka się rozhahała i powiedziała krótkie „no”, czyli „tak”.

Dziś do drukarza wysłałem dwa widoki – Dolina Śmierci i duchy. Zobaczymy. Ma mi to zwizualizować.

Ah, tu muszę wspomnieć moją kochaną siostrę, która jak tylko zobaczyła moje nowe cudeńko, to chyba zzieleniała z zazdrości i od razu zapytała, czy nie ma drugiego. Hm. Kochana siostro, proszę najpierw ze starym pogadać i zapytać o akcept. Bo jak znam szwagra, to usłyszymy – co? Po co?

 

Wczoraj przechadzając się po dzielni, robiąc obowiązkowe kroki, zaszedłem do Restauracji Segment. Chwilę pogadałem z właścicielem i podbiłem do Albercika. Nie byłem u mojego tureckiego barbera chyba z rok. Ucieszył się. Wizytę umówiliśmy na dziś. Czyli niby ładnie teraz wyglądam. Jak panienek z okienka. Ale mi krzywdę zrobił. Aż mi łzy popłynęły. Nie lubisz mnie chyba – powiedziałem do mistrza, jak mi wosk zdarł z okolic oczu. Dodałem jeszcze – a idź w cholerę. No ten wosk to nie moja przyjemność. Po chwili jednak było gorzej – wynitkował mi twarz. Lecącym łzom nie było końca. Kichałem ze 4 razy. Jedyny plus wizyty był taki, że w końcu udało mi się zagadać z panią recepcjonistką – Tatianą. Okazało się, że z Ukrainy. Trochę mnie zdziwiło, że z Alim z Azerbejdżanu po rosyjsku mówi. To znaczy, to że Ali mówi po rosyjsku, to wiem. Bo sam z nim po takiemu gaworzę. Ale ta dziewczynka wcześniej przy mnie mało mówiła i nigdy nie miałem szansy usłyszeć jej akcentu. Dziś się rozgadała i usłyszałem ten wschodni zaśpiew. Kawy mi nawet zrobiła. Niestety nie po turecku. A może i dobrze, że nie? Kawę lub czaj serwują w tym lokalu wtedy, kiedy błoto schnie na licu.

Okazało się, że dziś Turcja gra z Holandią, Azerbejdżan z Portugalią, a Ukraina z … hmmm, nie pamiętam. Ponoć eliminacje czempionatu mira się rozpoczynają. I ponoć my jutro z Anglią kopiemy. Hm. Ciekawe czy Hurricane, tzn Harry Kane nam jakieś bramki zaprezentuje. A może nasz RL9 błyśnie? Jest mi to wielce obojętne. Najważniejsze, że u Barbera było jak zwykle miło. I Tatiana włączyła fajny klip:

 

Po zabiegu upiększania zaszedłem do Segmentu po pizzę miesiąca. O jeżu! Ale pyszna.

Ale chyba mój żołądek się skurczył i pizzy już nie pamięta, bom ledwo zjadł! Dobra była skubana. Ostra. Ale taka moja ostrość, nie jakieś tam ble ble dla dzieci.

Wychodząc z domu zrobiłem sobie fotkę. Wychodząc z Segmentu zrobiłem sobie fotkę. Znajdźcie różnice.

światełko w tunelu, albo …

jak gówno w lesie.

Wpis zawiera dwie kurwy. Albo trzy. Nie liczyłem dokładnie.

 

Przeczytałem ostatnio, że lato ma być upalne. Basta – pomyślałem sobie – kupuje klimę. Kąpanie się we własnym pocie, mordowanie się przez miesiąc, niegotowanie od czerwca do października nie wchodzi już w rachubę. Chcę komfortu.

Szybko skonstruowałem krótkiego maila do Administracyji z prośbą o wyrażenie łaskawie zgody i czekam.

W międzyczasie obdzwoniłem kilka klima-firm i się wywiedział co i jak. Japończyk jest najlepszy. Chińczyk to podróba, a Koreańczyk to budżetowe rozwiązanie. Japonia górą!

Kilka dni później odpowiada jakiś pan technik z Administracji.

I już mi ciśnienie skoczyło. W ZUS-ie ponoć jest Departament Tłumaczenia z Polskiego na Polski. Żeby ludzie mogli zrozumieć urzędową gwarę.

Zadzwoniłem do pana Henryka i …

O Jeżu! Przecie w moim, i pani prof. ze Szczecina, najbardziej ulubionym polskim serialu sensacyjnym pt. 07 Zgłoś się, Heńki to byli łobuzy! Straszne łobuzy. Jeden to nawet paniom bił albo szantażował. I to sex bombę Basię Brylską. Łobuz!

„(…) wymagane jest uzyskanie zgody pozostałych właścicieli lokali wydanej w formie uchwały Zebrania Domowego”.

Kto tak pisze!? Domowe, to było kurwa przedszkole! Dzwonię wściekły do pana Hieńka i się pytam dlaczego on takie bełkoty ludziom pisze? Czy nie da się wprost? Zrozumiale?

A pan to był chciał wszystko pod nos na tacy mieć podane! Trzeba się trochę natrudzić – odpowiedział Heniek.

No łobuz!!!

W nerwach się upewniam czy mam chodzić po 150 lokalach.

– tak. Albo musi pan zdobyć zgodę Rady Domu – wyjaśnia

– czyli mogę iść do Gospodyni Domu i od niej wziąć zgodę? – pytam

– tak – rzecze łobuz

Rozłączam się i gnam pod numer 17. Taka stara franca jest Gospodynią Domu. Pamiętam 7 lat temu podczas remontu mego mieszkania zatargi z nią. Wstrętne babsko, muszę z przykrością stwierdzić.

Dzyń, dzyń, puk, puk i stoję we wrotach Damy Blokowej.

Byłem przekonany, że to czysta formalność.

Z każdą minutą czułem się dobijany i malutki.

Po pierwsze primo:

Elewację wybraliśmy najtańszą za 700 000 zł, to jest styropian przyklejony do murów. Niczego nie można montować – prawi pani Teresa P.

 

Po drugie primo:

To podziurawi elewację i będzie nieszczelna

 

Po trzecie primo (mój osobisty faworyt):

A jak tak wszyscy powieszą klimatyzację, to jak to będzie wyglądało?

https://www.youtube.com/watch?v=CWTfAx5WRR8

 

– ale przecież w budynku obok są montowane klimatyzacje do elewacji – oświadczam dobity

– nie wiem. Kazano im je usunąć – informuje pani Teresa

Na pocieszenie dodała, że taka pani starsza na 6 piętrze, co jest bardzo schorowana ma jeszcze gorzej niż ja, bo jej ciepło od dachów niższych obok bloków dodatkowo daje żar. No fakt, jak będę jajko znosił z upału, to się będę pławił w rozkoszy, że starsza pani ma gorzej. Jakie to kurwa polskie.

 

 

Wychodzę przed blok i się rozglądam, kto ma klimę, bo może mi doradzą co zrobić. I tu mnie uderzyło – budynek jest czysty! Żadnych montaży do elewacji.

Tak jak mówiła Gospodyni Domu, nawet talerze satelitarne montowane są do balkonów.  No to pięknie – pomyślałem sobie.

 

Zdołowany dzwonie do pana Klimki i mówię mu, że nici z biznesu.

On mnie uświadamia, że jednostkę zewnętrzną montuje się do muru, nie do elewacji.

 

I teraz hit. Pani Gospodyni Domu ma klimatyzację. Ok, może mieć, bo ma balkon, czyli nie wymaga zgód. Ale jej 3 rurki wychodzące z jednostki zewnętrznej łączą się z klimatyzatorem przechodząc przez … ELEWACJĘ!

 

Na parterze ludzie mają kraty montowane do … ELEWACJI!

 

No wkurw!

 

Pan od Państwa z Europy na K. twierdzi, że nie powinienem był pytać, tylko montować.

Hm, no tak, ale to podlega pod prawo budowalne. Uczyniłbym samowolkę budowlaną.

Moja Administracja wystąpi później do Spółdzielni Mieszkaniowej i w jej imieniu do Wydziału Budownictwa w Urzędzie Miasta Mokotów.

 

A pan od Państwa z Europy na K. mówi, że u nich ludzie montują co się da – klimatyzacje, markizy, rolety.

Hmm, nie znam się, ale wydaje mi się, że na ich bloku nie ma elewacji, tylko mury, to może nie trzeba.

Ja, jak znam moje szczęście, jeśli zrobiłbym to z partyzanta, to od razu jakaś franca by doniosła na mnie i Administracja pisma by słała, żeby usunąć. A jak nie posłucham, to oni na mój koszt to zrobią.

 

I dziś rozmawiałem z kolegą i się okazuje, że jak masz balkon, to ta część elewacji jest częścią mieszkania, nie budynku, więc możesz robić co chcesz.

 

W międzyczasie dostałem od wystraszonej sekretarki z Administracji (bo zdążyłem moją bulwersację opisać w kilku słowach w mailu do instytucji) i zaproponowała mi kontakt z panią Agnieszką, zajmującą się … Samorządem. Chyba, nie skumałem jej funkcji.

I dziś dzwonię i widzę światełko w tunelu.

Otóż w moim bloku nie zdążyła się zawiązać Rada Domu! Czyli Pani Tereska ze swoją funkcją Gospodyni Domu może mi co najwyżej …

Mogę w związku z tym napisać do Rady Osiedla. To napisałem!

Mam tylko nadzieję, że temu ciału nie przewodniczy żaden Hieniek i żadna pani Tereska!

Czekamy, czekamy. Czekamy na sygnał. Z Centrali!

 

szewczyk brukiewka

Ta pandemia szalenie mnie rozgotowała! Każdy już pewnie zapomniał o „chałka challenge”. Najpyszniejszą bułę upichcił Pan od Państwa z Europy na K. Jego Bąbelek, mój BFF, też niczego sobie nam wypiek przygotował. Rzuciliśmy się na chałkę młodego, jakbyśmy po jakimś dobrym słuchaniu płyt winylowych byli.

A propos czarnych krążków, Pan od Państwa z Europy na K. się strasznie wkręcił w kupowanie woskowych albumów, po tym, jak mu szanowna małżonka, Pani od Państwa z Europy na K., sprawiła adapter na urodziny. A może to ortodoksyjne święta były? A może to i z jednej, i z drugiej okazji było? No nic. Najważniejsze, że winyli przybywa. I ja w tym jakiś udział skromny mam. Tom Waits przekazany w podarku.

Zupa Challenge też była. Ale jakoś bez echa.

Za to ogromnym sukcesem okazał się sernik mego autorstwa. Tak ścichapęk mi wyszedł. Dwa razy, choć raz za szybko drzwiczki piekarnika otworzyłem i pękł. Ale zatkałem kratery truskawkami. I Pani G. i córka Państwa z Europy na K. bardzo chwaliły. Aż żem się zarumienił.

Serników już nie piekę, bo … a moment on the lips, forever on the hips, czyli w dupę idzie.

Co ja tam jeszcze gotowałem w tej pandemii? Ostatnio makaron robiłem własnymi rękoma. Słodkokwaśna podczas ostatniej biesiady nawet dał mi maszynkę do spaghetti, to będzie w końcu jakoś mój makaron wyglądał.

Ostatnio dysputę kulinarną prowadziłem i padło na brukiew. Że taka zapomniana, że taka niespotykana. Fakt. Nie widziałem jakoś tego warzywa. Czarna rzepa czasem się pojawia na bazarku Sadyba i/lub Carrefourze. Ale brukiew? Nie.

I tak w poniedziałek przechadzam się alejkami bazaru, który wygląda już jak siedem nieszczęść, bo część właścicieli sprzedała grunt. Pewnie bloczek postawią. I patrzę jest! „Brukiew 10 zł”! Cykam fotkę, wysyłam do dysputowanego kolegi. A ten zębami z zazdrości zgrzyta i lamentuje, że to są właśnie uroki życia na wsi. W mieście to można przynajmniej pójść na bazar i coś wyszperać.

Wygooglowałem sobie przepisy związane z brukiewką. Oh, jaka różnorodność. Gulasz, zupa, placki, krem, surówek bez liku. No mniam, mniam, mlask!

Podbijam dziś do pani na bazar, biorę bulwę i szczęśliwy podaję przekupce.

– 18 zł wyjdzie – mówi bazarka.

– nie szkodzi! Pani jedyna ma brukiew! – oznajmiam, prawie lewitując ze szczęścia.

Na sam przód nastąpiło przyrządzenie zupy krem. Mmmmmm, mlaskom nie było końca.

Może być zapytanie, co ona taka czerwonanawa. Otóż dodałem kawałeczek marchewki i posypałem magicznym składnikiem – papryką wędzoną. Oj wykosztowałem się. 3,69 za opakowanie wędzonej przyprawy. Ale co tam, raz się żyje.

Następnie, na kolację, postanowiłem sprawić placki. I tu dramat. Kupiłem sobie takiego robota, co sieka, mieli, tarkuje, blenduje. Dużo dodatków, ostrzy, ze dwa kielichy, jak nie trzy. Chciałem przytarkować ziemniaka i brukiewkę i się okazało, że tarcza, po dwóch użyciach, się jakoś zwichrowała! Ze łzami w oczach wyciągam tarkę i zaczynam trzeć. Na małych okach. O nie! Tego się %@!@#%$^& nie da tarkować. Co za brukiew, brukiew jego mać! Szczerze i szalenie załamałem się. No przecie nie wywalę teraz tego? Ale szybciutko, jak pomysłowy Dobromir, wpadłem na pomysł, że zrobię jednak placki tarkowane na grubych okach. Nigdy nie przepadałem za takim jedzeniem, ale cóż, siła wyższa.

Okazało się, że 2 ziemniaki i ćwierć brukwi to porcja jak dla wojska. Także starkowałem pół dużego ziemniaka i ze 3 kawałeczki brukwi. Reszta poszła do zamrażalnika (brukiew) i do pudełka z wodą (kartofel).

Cóż mogę powiedzieć? Zupa przy tym się może schować. Wszystko upstrzyłem kleksem ze śmietany, pokropiłem magicznym składnikiem – sosem rybnym i przyprószyłem lewą stronę koperkiem, a na prawą położyłem czosnek z mojego ogródka.

Na parapecie posadziłem czosnek, cebulę i końcówki pietruszki. Czosnek wystrzelił piorunem. Pietruszka po długim czasie coś tam wykłuła. Zadziwiony cebulą jestem – NIC nie wyrasta. Hm. Znowu coś pewnie … popsułem. Ale ja po mamusi nie mam ręki do kwiatków. Ubiłem już nawet 3 kaktusy. 2 dostałem od pani prof. ze Szczecina, która zaklinała się, że tych kaktusów nie da się ukatrupić. Hmmm

nie jem mięsa

tak dokładnie rok temu, na wejściu do mnie, oznajmił Pan od Państwa z Europy na K. To było ostatnie spotkanie w normalnych czasach. Tydzień później zaczął się lockdown.

Śmieliśmy się wtedy z tej pandemii. A właściwie to nie zaprzątala ona naszych głów. Pamiętam, że gorącym tematem były fejk niusy na Fejsie i w ogóle beztroska serwisu pana Zuckerberga. Pan od Państwa z Europy na K. strasznie się wtedy uniósł i dyskutował ze wszystkimi. Nawet samego Słodkokwaśną przegadał.

To już rok …

W piątek widziałem się ze Słodkokwaśną i jego panią. Na szczęście przy garach nie staliśmy. Zjedliśmy takie tam – kiełbaski, szyneczki i sery.

Kolega puścił lajfa z instagrama. Życie to Event zaprosiło go. Prowadzący mieli 12 pytań i w ciągu 2 godzin zadali około … 4? 5? No kolega gadał i gadał. Wielowątkowo. Nawet ja zostałem wspomniany z imienia i nazwiska! Było to przy okazji opowieści rowerowej. Słodkowaśna się strasznie wkręcił w pedałowanie. Cały rok prawie jeździ. Jak nie sam, to ze swoją panią. I tu dodam – rower jest niebieski. Drakkar na częściach Meridy. Bo prowadzący zapytali jaki ma rower, a kolega nie wiedział. NIE-BIE-SKI! Nie żółty, nie czarny, a nie bieski właśnie.

No i rok dokładnie minął. Wtedy to była sobota, a dziś to niedziela. Także kolejny krzyżyk doszedł. Eh, znowu te 29 lat!

Dziś podbiłem po jakieś ciastko. Oczopląs przy lodówce. Tu pyszotka, tam beza, tiramisu. No słodki dylemat. Już miałem się na bezę pawlową skusić, kiedy kątem oka dostrzegłem bielusieńki sernik o jakże pysznej nazwie – NEW YORK CHEESECAKE. I to jeszcze w wersji Premium. No to ćwiartkę wziąłem.

Eh, to będzie chyba kolejny rok beze mnie w Stanach. Jak widać ciągnie mnie do Miasta. Sernik okazał się dobry. Należy wspomnieć, że wypieki za oceanem nawet jeśli wyglądają zjawiskowo, to niekoniecznie muszą smakować i najczęściej bardzo nie smakują. Także ten mój był nie taki ostatni.

 

Jutro, jak zwykle, dzień po moim święcie jest Dzień Kobiet. To korzystam z okazji i życzę wszystkim paniom wszystkiego dobrego!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑