jedzenie,  kulinaria,  życie

szewczyk brukiewka

Ta pandemia szalenie mnie rozgotowała! Każdy już pewnie zapomniał o „chałka challenge”. Najpyszniejszą bułę upichcił Pan od Państwa z Europy na K. Jego Bąbelek, mój BFF, też niczego sobie nam wypiek przygotował. Rzuciliśmy się na chałkę młodego, jakbyśmy po jakimś dobrym słuchaniu płyt winylowych byli.

A propos czarnych krążków, Pan od Państwa z Europy na K. się strasznie wkręcił w kupowanie woskowych albumów, po tym, jak mu szanowna małżonka, Pani od Państwa z Europy na K., sprawiła adapter na urodziny. A może to ortodoksyjne święta były? A może to i z jednej, i z drugiej okazji było? No nic. Najważniejsze, że winyli przybywa. I ja w tym jakiś udział skromny mam. Tom Waits przekazany w podarku.

Zupa Challenge też była. Ale jakoś bez echa.

Za to ogromnym sukcesem okazał się sernik mego autorstwa. Tak ścichapęk mi wyszedł. Dwa razy, choć raz za szybko drzwiczki piekarnika otworzyłem i pękł. Ale zatkałem kratery truskawkami. I Pani G. i córka Państwa z Europy na K. bardzo chwaliły. Aż żem się zarumienił.

Serników już nie piekę, bo … a moment on the lips, forever on the hips, czyli w dupę idzie.

Co ja tam jeszcze gotowałem w tej pandemii? Ostatnio makaron robiłem własnymi rękoma. Słodkokwaśna podczas ostatniej biesiady nawet dał mi maszynkę do spaghetti, to będzie w końcu jakoś mój makaron wyglądał.

Ostatnio dysputę kulinarną prowadziłem i padło na brukiew. Że taka zapomniana, że taka niespotykana. Fakt. Nie widziałem jakoś tego warzywa. Czarna rzepa czasem się pojawia na bazarku Sadyba i/lub Carrefourze. Ale brukiew? Nie.

I tak w poniedziałek przechadzam się alejkami bazaru, który wygląda już jak siedem nieszczęść, bo część właścicieli sprzedała grunt. Pewnie bloczek postawią. I patrzę jest! „Brukiew 10 zł”! Cykam fotkę, wysyłam do dysputowanego kolegi. A ten zębami z zazdrości zgrzyta i lamentuje, że to są właśnie uroki życia na wsi. W mieście to można przynajmniej pójść na bazar i coś wyszperać.

Wygooglowałem sobie przepisy związane z brukiewką. Oh, jaka różnorodność. Gulasz, zupa, placki, krem, surówek bez liku. No mniam, mniam, mlask!

Podbijam dziś do pani na bazar, biorę bulwę i szczęśliwy podaję przekupce.

– 18 zł wyjdzie – mówi bazarka.

– nie szkodzi! Pani jedyna ma brukiew! – oznajmiam, prawie lewitując ze szczęścia.

Na sam przód nastąpiło przyrządzenie zupy krem. Mmmmmm, mlaskom nie było końca.

Może być zapytanie, co ona taka czerwonanawa. Otóż dodałem kawałeczek marchewki i posypałem magicznym składnikiem – papryką wędzoną. Oj wykosztowałem się. 3,69 za opakowanie wędzonej przyprawy. Ale co tam, raz się żyje.

Następnie, na kolację, postanowiłem sprawić placki. I tu dramat. Kupiłem sobie takiego robota, co sieka, mieli, tarkuje, blenduje. Dużo dodatków, ostrzy, ze dwa kielichy, jak nie trzy. Chciałem przytarkować ziemniaka i brukiewkę i się okazało, że tarcza, po dwóch użyciach, się jakoś zwichrowała! Ze łzami w oczach wyciągam tarkę i zaczynam trzeć. Na małych okach. O nie! Tego się %@!@#%$^& nie da tarkować. Co za brukiew, brukiew jego mać! Szczerze i szalenie załamałem się. No przecie nie wywalę teraz tego? Ale szybciutko, jak pomysłowy Dobromir, wpadłem na pomysł, że zrobię jednak placki tarkowane na grubych okach. Nigdy nie przepadałem za takim jedzeniem, ale cóż, siła wyższa.

Okazało się, że 2 ziemniaki i ćwierć brukwi to porcja jak dla wojska. Także starkowałem pół dużego ziemniaka i ze 3 kawałeczki brukwi. Reszta poszła do zamrażalnika (brukiew) i do pudełka z wodą (kartofel).

Cóż mogę powiedzieć? Zupa przy tym się może schować. Wszystko upstrzyłem kleksem ze śmietany, pokropiłem magicznym składnikiem – sosem rybnym i przyprószyłem lewą stronę koperkiem, a na prawą położyłem czosnek z mojego ogródka.

Na parapecie posadziłem czosnek, cebulę i końcówki pietruszki. Czosnek wystrzelił piorunem. Pietruszka po długim czasie coś tam wykłuła. Zadziwiony cebulą jestem – NIC nie wyrasta. Hm. Znowu coś pewnie … popsułem. Ale ja po mamusi nie mam ręki do kwiatków. Ubiłem już nawet 3 kaktusy. 2 dostałem od pani prof. ze Szczecina, która zaklinała się, że tych kaktusów nie da się ukatrupić. Hmmm

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.