Jak kiedyś pewnej restauratorce pani Magdzie (nie, nie tej Magdzie) powiedziałem, że raz na jakiś czas wątróbka za mną chodzi i nie ma zmiłuj, muszę zjeść, to ona rzekła – za mało żelaza. Ciekawe, to nie pierwszy raz słyszałem taki odzew na hasło „pragnę wątróbki”.
Co z tym żelazem?
Raz na jakiś czas chodzi za mną kaczka. Kwak kwak. Robiłem ją wcześniej na bardzo zły sposób. Jakieś złe internety czytać widać musiałem. Smażyłem niemiłosiernie długo, a później do pieca jeszcze. Później jakoś się opamiętałem i grillowałem tylko z dwóch stron. Tak na oko, ale raczej za długo. Dopiero nie tak dawno jak ostatnio Wielki Pe zapodał mi przepisa. Prosty jak drut przepis. Skórką do dołu i 7 min. Przewracamy i 5 minut jeszcze. Tłuszczyk wytopiony oczywiście zebrać, bo to samo zdrowie. Tak czynię. Oczywiście skórka nacięta w kratkę przed smażeniem. I żadne tam przyprawy wyszukane. Sól i pieprz.
Co do tych przypraw, to kiedyś moje sąsiady powiedziały mi sekret na temat przyprawiania ryb. Somsiad Piotr łowi, a somsiadka Basia gotuje. Piotrek mi zdradził sekret – sól i pieprz. Żadnych cytryn. Jak ryba świeża, to sól i pieprz wystarczy. Cytrynę się daje do zabicia nieświeżości ryby. I tak czynię właśnie.
Kaczki najczęściej kupowałem w Lidl, czasem w Carrefourze, ale oni mieli jakieś trzy razy droższe z Francji. Francja elegancja mnie nie interesuje. Nie mam tyle hajsów.
Wczoraj zajrzałem do Lidla w poszukiwaniu ptaszka. Szukam i szukam. Skubani przeorganizowali lodówki. Tam, gdzie zawsze była pierś kacza leżały teraz kurczęcia. Za rogiem znalazłem kaczuszki z jakiegoś zdrowego, polskiego, przyjaznego wychowu. Nawet łapka była z tą piersią. Kacze piór(k)o też się trafiło, kacze pióro!
Zrobiłem szkocką kratkę na skórce, posypałem solą i pieprzem. Zostawiłem na noc. 7 minut, 5 minut na patelni grillowej. Hm, strasznie się dymi, ale od czego jest oczyszczacz powietrza.
Dań wyszedł przepyszuni! Jak nigdy.
Kaczka oczywiście była prawie w buraczkach. Drugi raz postanowiłem zrobić tę surówkę. Kupiłem podłużne buraki, niby słodsze od tych klasycznych, okrągłych. Gotowałem strasznie długo!
Po starkowaniu (niech mi tu nikt nie buczy, że nie ma takiego wyrazu!) dodałem sól, pieprz, cukier i obowiązkowo sok z cytryny, bo octu jabłkowego nie miałem. Wszystko ładnie wymieszałem i dodałem do zeszklonej cebulki. No zdecydowanie nie jak u mamy, ale nie było takie złe. Ja strasznie krytyczny jestem, jak próbuję coś upichcić. Wszystko porównuję do maminych obiadów. A buraczki robi ona pierwsza klasa.
Także obiad wyszedł smacznie i to nawet bardzo.
Wczoraj zrobiłem sobie zupę. Postanowiłem zrobić na kości szpikowej. Podbiłem do tych przemiłych państwa, co koło KFC sprzedają mięsko i inne takie. Pan wyjął zamrożony gnat. Piękny! Poprosiłem tylko o ciachnięcie toporkiem, żebym mógł do gara włożyć. Rach-ciach i dwa nierówne kawałki wylądowały na szalce. Ciut ponad 1 kg i … 31 złotych. Motyla noga! Co to za ceny!?
Ale już głupio było się wycofać, wziąłem. Szpiku było tyle co kot napłakał, ale coś tam posmakowałem. Po 5 godzinach piękna podgrzybkowa zupa mi wyszła.
Ta pandemia szalenie mnie rozgotowała! Każdy już pewnie zapomniał o „chałka challenge”. Najpyszniejszą bułę upichcił Pan od Państwa z Europy na K. Jego Bąbelek, mój BFF, też niczego sobie nam wypiek przygotował. Rzuciliśmy się na chałkę młodego, jakbyśmy po jakimś dobrym słuchaniu płyt winylowych byli.
A propos czarnych krążków, Pan od Państwa z Europy na K. się strasznie wkręcił w kupowanie woskowych albumów, po tym, jak mu szanowna małżonka, Pani od Państwa z Europy na K., sprawiła adapter na urodziny. A może to ortodoksyjne święta były? A może to i z jednej, i z drugiej okazji było? No nic. Najważniejsze, że winyli przybywa. I ja w tym jakiś udział skromny mam. Tom Waits przekazany w podarku.
Zupa Challenge też była. Ale jakoś bez echa.
Za to ogromnym sukcesem okazał się sernik mego autorstwa. Tak ścichapęk mi wyszedł. Dwa razy, choć raz za szybko drzwiczki piekarnika otworzyłem i pękł. Ale zatkałem kratery truskawkami. I Pani G. i córka Państwa z Europy na K. bardzo chwaliły. Aż żem się zarumienił.
Serników już nie piekę, bo … a moment on the lips, forever on the hips, czyli w dupę idzie.
Co ja tam jeszcze gotowałem w tej pandemii? Ostatnio makaron robiłem własnymi rękoma. Słodkokwaśna podczas ostatniej biesiady nawet dał mi maszynkę do spaghetti, to będzie w końcu jakoś mój makaron wyglądał.
Ostatnio dysputę kulinarną prowadziłem i padło na brukiew. Że taka zapomniana, że taka niespotykana. Fakt. Nie widziałem jakoś tego warzywa. Czarna rzepa czasem się pojawia na bazarku Sadyba i/lub Carrefourze. Ale brukiew? Nie.
I tak w poniedziałek przechadzam się alejkami bazaru, który wygląda już jak siedem nieszczęść, bo część właścicieli sprzedała grunt. Pewnie bloczek postawią. I patrzę jest! „Brukiew 10 zł”! Cykam fotkę, wysyłam do dysputowanego kolegi. A ten zębami z zazdrości zgrzyta i lamentuje, że to są właśnie uroki życia na wsi. W mieście to można przynajmniej pójść na bazar i coś wyszperać.
Wygooglowałem sobie przepisy związane z brukiewką. Oh, jaka różnorodność. Gulasz, zupa, placki, krem, surówek bez liku. No mniam, mniam, mlask!
Podbijam dziś do pani na bazar, biorę bulwę i szczęśliwy podaję przekupce.
– 18 zł wyjdzie – mówi bazarka.
– nie szkodzi! Pani jedyna ma brukiew! – oznajmiam, prawie lewitując ze szczęścia.
Na sam przód nastąpiło przyrządzenie zupy krem. Mmmmmm, mlaskom nie było końca.
Może być zapytanie, co ona taka czerwonanawa. Otóż dodałem kawałeczek marchewki i posypałem magicznym składnikiem – papryką wędzoną. Oj wykosztowałem się. 3,69 za opakowanie wędzonej przyprawy. Ale co tam, raz się żyje.
Następnie, na kolację, postanowiłem sprawić placki. I tu dramat. Kupiłem sobie takiego robota, co sieka, mieli, tarkuje, blenduje. Dużo dodatków, ostrzy, ze dwa kielichy, jak nie trzy. Chciałem przytarkować ziemniaka i brukiewkę i się okazało, że tarcza, po dwóch użyciach, się jakoś zwichrowała! Ze łzami w oczach wyciągam tarkę i zaczynam trzeć. Na małych okach. O nie! Tego się %@!@#%$^& nie da tarkować. Co za brukiew, brukiew jego mać! Szczerze i szalenie załamałem się. No przecie nie wywalę teraz tego? Ale szybciutko, jak pomysłowy Dobromir, wpadłem na pomysł, że zrobię jednak placki tarkowane na grubych okach. Nigdy nie przepadałem za takim jedzeniem, ale cóż, siła wyższa.
Okazało się, że 2 ziemniaki i ćwierć brukwi to porcja jak dla wojska. Także starkowałem pół dużego ziemniaka i ze 3 kawałeczki brukwi. Reszta poszła do zamrażalnika (brukiew) i do pudełka z wodą (kartofel).
Cóż mogę powiedzieć? Zupa przy tym się może schować. Wszystko upstrzyłem kleksem ze śmietany, pokropiłem magicznym składnikiem – sosem rybnym i przyprószyłem lewą stronę koperkiem, a na prawą położyłem czosnek z mojego ogródka.
Na parapecie posadziłem czosnek, cebulę i końcówki pietruszki. Czosnek wystrzelił piorunem. Pietruszka po długim czasie coś tam wykłuła. Zadziwiony cebulą jestem – NIC nie wyrasta. Hm. Znowu coś pewnie … popsułem. Ale ja po mamusi nie mam ręki do kwiatków. Ubiłem już nawet 3 kaktusy. 2 dostałem od pani prof. ze Szczecina, która zaklinała się, że tych kaktusów nie da się ukatrupić. Hmmm
To robiłem z moją babcią pastę! Nie, stój! To się nie nazywało pasta, ale makaron.
Jessu, Cardi B wydała nowy singiel. Up się nazywa piosenka. Porno music powraca. Basta!
I u tej babci pamiętam taki wieeeeeeelki stół i ja za nim. Miałem pewnie 3 latka. 3 i pół, bo sięgałem brodą ponad stół. Hm, a może stół nie był taki duży, tylko ja maleńki? Na szczyt kopca z mąki lądowało jajo i się robił taki biały wulkanik i się zaczęło mieszać. Pamiętam, że u babci był taki ręczny mikser. Szalenie lubiłem się nim, bawić ot tak, bez powodu kulinarnego. Ręcznie się korbką kręciło i chyba 3 (albo 2) mieszadełka się kręciły. Zawsze miałem wrażenie, że tym fajnie i wygodnie byłoby oczy wydłubywać.
Ciasto się zagniatało i już. Wałkowania czas nadchodził. Makaron wychodził pyszniutki. Rosół ze świeżo ubitej kury smakował wybornie.
Ostatnio, podczas wizyty, jak się okazało bardzo kulinarnej, postanowiłem dać szansę na zrobienie makaronu. Bo się kolega chwalił, że past nie kupuje, sam je robi. To ja bardzo chętnie podjąłem się wyzwania. Taki powrót po prawie 40 latach.
– wbij jajko – słyszę.
To wbijam. Zasada jest prosta: jeden człowiek – jedno jajko. Jeden człowiek – jedna łyżka oliwy.
– dodaj łyżę oliwy
– odrobina soli
– syp mąkę semolinę
– mieszaj
– dosyp mąkę pszenną
– mieszaj
– wyjmij z miski i ugniataj
– włóż do lodówki na 20 min w torebce foliowej
Ciasto przeciąłem na pół i jeden kawałek przepuściłem przez maszynkę do makaronu. Wyjechał cienki placek. Później przekręciłem go przez taką krajalnicę. I otrzymałem takie grube wstążki. Ta maszynka do pasty nie jest głupia. Chyba nabędę. Wszystko się łatwo i szybko robi.
Zawsze mi się wydawało, że makaron gotuje się w lekko osolonej wodzie. Hm. Dziś już wiem, że w dosyć osolonej wodzie. Bo makaron jakiś bez smaku wyjdzie inaczej.
Drugi kawałek ciasta zrobiłem ręcznie. Rozwałkowam nawet spory placek i zacząłem kroić cienkie paseczki-niteczki. Paseczek po paseczku.
– a nie lepiej zwinąć w rulon? – pyta rozbawiony kolega
No właśnie! Przecie u babci się tak robiło! Zawijało się i kroiło rulon i już! Ale ja gapa. Niemyśląca gapa.
Oczywiście system obronny u mnie silny, więc nie daję po sobie poznać, że jakiś niemyślący jestem. Nawinąłem … makaron na uszy. Że mój makaron ręcznie robiony, każdy paseczek, każda niteczka oddzielnie krojona. Takie rzemiosło. Kazałem towarzystwu docenić me poświęcenie.
Dziś postanowiłem sam spróbować. Wałka nie mam, ale w szafce za to od groma wina. Przydasie takie. Bardzo dobrze się wałkuje czilijskim Syrah. Wino w sumie takie sobie, ale wałek nawet nawet.
Ciasto okazało się nienajgorsze. Ale nie poddaję się. Wiem, że produkty mączne wychodzą lepiej z czasem. Także pierwsze koty za płoty.
Zrobiłem sobie pastę do krewetek i do rosołu. Dwa różne makarony.
Rosół zrobiłem z kości … mamuta chyba. Podbiłem rano do mojego rzeźnika i zapytałem o kości. Pan mi podaje 3 gnaty. Mówię mu – panie! ja tego do garnka nie zmieszczę!A to przerąbię szanownemu panu – odpowiada rezolutnie. Bardzo sympatyczny ten mój pan rzeźnikmieszek. Okazało się i tak, że wszystkie kości do gara nie weszły. A jedna nawet to nie chciała się do zamrażalnika upchnąć. Eh. Trzeba lodówkę większą kupić. Mieszkania chyba nie powiększę, bo podatkiem katastralnym straszą. Jebać Pis, jebać PiS! – zanucam sobie melodię.
Polecam robienie pasty! Ja już wiem, że będę tylko domowe makarony jadł. Nie basta, będzie pasta!
Aha, obejrzyjcie i polajkujcie filmik Słodkokwaśnej. Operatorem ponoć jakiś MDobrogow był. Niby wschodząca gwiazda operatorstwa kulinarnego. Nie znam typa.
Aha numer dwa. Pani prof. Katarzyna Kłosińska powiedziała w radio 357, że jest czasownik polubiać, czyli nasz swojski „(po)lajkować”. Polubiałem ten filmik Słodkowaśniej!
hehehehehe, widzę, że po moim niewybrednym komentarzu kolega poprawił poprawnie nazwę operatora. Ha!
Wszem i wobec ogłaszam, że mam serdecznie w … nosie diety. Tydzień po badaniu wątroby robiłem nowe testy. I też był lipidogram. I się okazało, że cholesterol poniżej górnej granicy. No musiałem się wcześniej czegoś nażreć!
Także tak, nie jem smażonego i mięso raz na jakiś czas. Czyli żadne lekkostrawne diety mi nie groźne.
Dziś mnie naszło na zimną nóżkę. Nakupiłem 3 kopyta świńskie i 1 golonkę. 6 godzin gotowania. Długo. Tak długo, że zapomniałem na koniec czosnku dorzucić. Ale wyszły … mam nadzieję. 2 słoiczki zawekowałem na zaś, a reszta w foremki na teraz. Kilka pojemników bez mięsa (bo wyszło). Będzie mam nadzieję jedzone.
Zimne nóżki robiłem wcześniej 3 razy – pierwszy, jak na tamten moment zdecydowanie ostatni i jak mi się wtedy wydawało o jeden raz za dużo. Ale dziś postanowiłem dać szansę i po raz … drugi się za to wziąłem.
gar
after gar
Ale dramat nastąpił, bo obierając cienką marchewkę obrałem sobie palca. Dosyć mocno. Ech, skórka mi odstaje i wygląda to jak skrzele rybie. Krwawienie zatamowane szybko (przyciśnięta ranka, palec do góry, powyżej serca). Ale później parę razy się zaczepiłem swoim skrzelem. A to jak rękę do kieszeni wkładałem albo jak szaty przydziewałem. No pech. Skończyło się plastrem.
Druga straszna rzecz, ekspres do kawy w końcu ode mnie odszedł. Nie pomaga reanimacja w formie wyłączenia go z prądu na dwa dni oraz przepłukanie sitek. Biedak już nie ciągnie.
Kupiłem sobie kawiarkę w Tchibo, bo akurat mieli 20% promo.
Próbuję pierwszą filiżankę i się skręcam – fuj, jakie ohydne – mówię. Zaglądam w instrukcję obsługi, a tam …
Ale kto by czytał instrukcję obsługi do takiej prostej maszyny.
Z dobrych rzeczy, to chciałem donieść, że po raz pierwszy byłem w drugim największym parku w Polsce – w Kampinosie. Fajny lasek. Ponoć ten teren wydmowy, to najlepiej zachowany kompleks wydm w skali Europy. Brawo my. Już mam ogarnięty dojazd do Truskawy. Z metro Młociny autobusem 210 i już. Tylko coś około 90 minut zajmuje dotarcie tam. Phi
Dziś się wietrzyłem na rowerze. Ładna pogoda, trzeba było korzystać. Wczoraj w sumie też jeździłem. Fajnie, w miarę ciepło, ale piździ jak w kieleckiem. Jak jechałem na południe, to 11 kmh na liczniku tylko. Czyli wrażenie, jakby się w miejscu stało. Więcej nie dałem rady. Wczoraj był tour de Las Kabacki. Bardzo przyjemna pętelka, bo nie wieje i fajnie się śmiga między drzewami. A dziś pojechałem wzdłuż Wisły. Przed Mostem Północnym zawróciłem, bo rurociąg leżał. Oczyszczalnia ścieków Czajka. Zawróciłem i do domu pognałem już przez Nowe i Stare Miasto. Przy Łazienkach na Ujazdowskich zauważyłem piorun i zachmurzenie. Chyba tak szybko nie pędziłem przez miasto. Kompletnie nie widziało mi się pedałowanie w deszczu. Prawie bym zdążył. Ale na Stegnach wsiadłem już w autobus, bo zaczęło kapać dużymi kroplami. Taka to dziś przygoda była.
A zdjęć sobie przy okazji porobiłem. Widzę, że za każdym razem jak jestem na Starówce, to ludzi coraz więcej. Kiedyś w słoneczną pogodę w czerwcu było pusto. Jakby miasto wymarło. A teraz? Ludzi sporo.
Wczoraj bawiłem się u Arka-Zegarka. Ledwom się dodzwonił. Powiedziałem koledze, że albo zmieni imię, albo ja go muszę przechrzcić w swoim telefonie. Ta durna Siri nie potrafi wybrać numeru.
– hey Siri, call Arek G….
– Irek?
– no. Arek
– Jarek
– no you stupid, call Arek G….
– calling Daniel G…. (brat Arka-Zegarka)
– no. A-R-E-K
– REK?
Cierpliwość się skończyła. Umyłem ręce i zeskanowałem twarz. W kuchni akurat pracowałem i kończyny górne były w użyciu, także sterowanie głosem byłoby wybawieniem. Ale nie było.
Się szczęśliwie umówiliśmy i spotkaliśmy. Kolega zaproponował babkę ziemniaczaną, a ja boczek. Chyba Arkadiusz krokodyle łzy wylewał nad tarkowanymi bramborami, bo się okazało, że dwie blachy w piach! Jedna z cebulką, druga z boczkiem. Przesolone jak cholera. Mam wrażenie, że na kilo ziemniaków poszło kilo soli. Arek się załamał. Mówił, że pierwszy raz coś mu się tak przesoliło. Żona Urszula powiedziała, że z kapustą kiszoną i śmietaną to nawet nawet. Hmmm, kapusta kiszona? Wiadomo w naszym wieku kiszone dobre na jelita. Albo koleżanka … Choć nie słyszałem, żeby o kolejnym dziecku mówili. Czyli jednak konsumuje kapustę dla lepszej perystaltyki jelit i odporności. Jesień nadeszła. Wirusy szaleją. Trzeba się bronić i chronić.
I tak sobie siedzieliśmy. Do picia zaproponowałem rum z kolą, sokiem pomarańczowym i sokiem ananasowym. Zgodnie stwierdziliśmy, że z tym ostatnim smakowało nam najlepiej. Mlask.
A boczuś? No cóż, prosta klasyka. Kilo boczku, łyżeczka soli, pół łyżeczki cukru. Smarujemy skórę i do pieca. Na spód wkładamy blachę z wodą. Nad nią ruszt z boczkiem (skórą do góry). 180 stopni i 60 minut. Góra-dół, bez turboobiegu. Później jeszcze 15 min grzałka z góry i jest! Chrupiący boczek. Dzięki Słodkokwaśna za przepis.
Wybiliśmy z głowy małżonki programy typu Twoja Twarz Brzmi Znajomo i posłuchaliśmy radia Nowy Świat. Dużo JJ w ciągu jednej godziny leciało.
JJ? Oh, pamiętny road trip na West Coast z Państwem z Europy na K. Vegas, Wielki Kanion, Park Joshua Tree, San Diego, LA, zachód słońca w Malibu, Santa Barbara, Mojave, Vegas. Eh! W Las Vegas oczywiście wiadomo co było grane. W naszym hotelowym kasynie MGM Grand troszkę kasy puściliśmy. Ale później się przenieśliśmy do innego domu hazardu. Ja w kieszeni miałem tylko 100$, ale później los się uśmiechnął i zrobiło się 1 000. Black Jack. Przy stole siedziała para i koleś z Serbii albo z jakiegoś innego kraju post-Jugosłowiańskiego. Dziewczyna jak usłyszała, że my Polacy to zaczęła zachwyt.
– ojej. Ja jestem pół-Polką! Mój tato jest Polakiem
– a znasz Polski?
– nie.
– a tato gdzie się urodził?
– tu. Jestem Kate Kabanoski, z Orange County. A to mój chłopak JJ (czytaj: dżej dżej)
– ssup! – przywitał się JJ. Oczywiście stylówkę miał odpowiednią do inicjałów.
I gra się jakoś wesoło kręciła. Jak się każdy z nas dorobił, to nam stół zamknęli.
Poszliśmy z Panem z Europy na K. do knajpy/kasyna (tam wszystko ma kasyno. Nawet na lotnisku) Hooters. Eh, to już nie to samo. Z opowieści słyszeliśmy, że kelnerki powinny być inaczej ubrane. Niestety nie były eksponowane hooters.
Później wylądowaliśmy w innym kasynie i z tego 1 000$ zrobiło się dużo mniej. Dużo, dużo mniej. Miałem o 6 rano tyle w kieszeni, że w sumie, to nic nie mogłem za to kupić.
Cóż, raz się żyje. Do Vegas już nie wrócę. A przynajmniej do kasyn w Vegas. Śmierdzi i jest jakoś … smutno. Ludzie żyją nadzieją, że za chwilę wygrają milion. Złudna to nadzieja.
Co do JJ. To właśnie w radio grali pewną panią. Mówię do znajomych, że chyba rocznica śmierci była jej. I że któryś z tych dwóch jakoś niedawno obchodził też rocznicę zejścia. I faktycznie, wiki pokazała, że 4 października mija 50 lat od śmierci Janis Jolin. Parę tygodni wcześniej, 18 września, Jimmy Hendrix się pożegnał. A 3 lipca już 1971 roku – Jim Morrison. Wielka Trójka dołączyła do Klubu 27 w ciągu niecałego roku. Smutny czas.
Oh Lord, won’t you buy me a color TV?
Arek się wczoraj mnie pytał, czy nie chciałbym kupić telewizora. Nie, po co?
Przechadzałem się po bazarze i gdzieś usłyszałem Ewę Bem śpiewającą. I przepadłem. Do końca dnia nuciłem sobie
Moje serce to jest muzyk,
Który zwiał z orkiestry,
Bo nie z każdym lubi grać.
Żaden mu maestro nie potrafi rady dać.
Moje serce to jest muzyk improwizujący,
Co ma własny styl i rytm,
Ale gdy gorąco kocha
Wtedy gra jak nikt.
A mnie się Taco bardzo podoba nowy. Bo tekst ma fajny. Bo dźwięki ma jakieś inne niż normalnie. A rok temu na moim odtwarzaczu często grało „Człowiek z dziurą zamiast krtani”. No płodny artysta.
Po tym bazarze tak się przechadzałem szczęśliwy, gdyż z apteki wracałem. Nabyłem opaskę. Koleżanka mnie zainspirowała. Siedzieliśmy ostatnio na dworzu i jej komary nie cięły. Pochwaliła się czerwoną, sprężynkowąopaską wokół kostki. Ale czemu wokół kostki, to szczerze nie wiem. Najważniejsze, że opaska działała! A, w aptece w Best Mall’u kupiłam – poinformowała mnie Ania.
I wczoraj byłem w galerii handlowej i zaszedłem do apteki po tran, który się okazał w super cenie promocyjnej. No to skoro taka oszczędność, to pomyślałem, że dam szansę opasce. Pani magister sięga do szafki i widzę, że w ręku ma opaskę, ale … różową. O, nie! – pomyślałem – tylko nie różową. Na szczęście pani miała w garści różne kolory. Padło na niebieską, która będzie podkreślać kolor oczu mych.
Wczoraj był debiut. Siedzę z Agą i z Rafałem u nich na Ursynowie w Coco i mówię, żeby usiąść na zewnątrz. Akurat się stolik zwolnił. O kurczaczki! Latające krwiopijczynie w trymiga nadleciały do nas. Aga na szczęście miała Mugga, a ja założyłem swoje zabezpieczenie. Czy ja wiem? Początek był masakryczny. Nie mogłem się opędzić. Już się wystraszyłem, że jakiś przyciągacz na komary kupiłem, a nie repelent. Ale po chwili się uspokoiło. Także działa.
Wracawszy do domu zauważywszy manifest z administracji. Z pieczątką i podpisem jakiegoś pewnie magistra. Czyli należy się ustosunkować i przestrzegać. Eh. Same „uprzejmie prośby” ze strony tej instytucji.
Dziś nadszedł dzień w kuchni. Pan od mięsa miał w końcu kaczkę. Rozebrał mi ją ładnie. To się teraz maceruje. Jutro pieczenie.
W sklepie zauważyłem ośmiornicę w cenie promocyjnej. To wziąłem. W piątki zazwyczaj jem mięso. Zrobiłem wszystko-co-mam-w-lodówce risotto. Z ośmiornicą w roli głównej. Nawet pyszne. Mięso nie było gumowe. Nieźle.
Ale najważniejszym daniem była premiera w moim wykonaniu – cytrynówka. Kolega mi zdradził przepis. Sprawdzony. Postanowiliśmy zrobić cytrynówka challenge. Zobaczymy. Na razie kumpel z żoną zakończył 10-dniowy detoks i pojechał na wczasy. Ale jak wrócą? To kto wie. Mój napitek będzie na pewno inny, bo użyłem brązowego cukru. I chyba też mniej słodki będzie, bo ten cukier jakiś mniej słodki jest. No zobaczymy. Ciekawskim jest szalenie.
Kto ty jesteś? Polak mały (Polak mały)
Jaki znak twój? Torba z białym (torba z białym)
Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym (na strzeżonym)
W jakim kraju? W tym popierdolonym (uh)
Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu (zamek z piachu)
Czym zdobyta? Propagandą strachu
Czy ją kochasz? Bardzo, mówię szczerze
A w co wierzysz? W nic nie wierzę!
Jakoś mnie na kaczkę wzięło. Nie, nie z powodu wyborów. A na temat tych elekcji, to muszę powiedzieć jedną rzecz. Śmieszą mnie komentarze, że Trzaskowski taki lider, że partię zakłada, że tłumy za nim pójdą, że ma poparcie. Hm, otóż, myślę, że wątpię. PO pokazuje dobitnie, że kiepskich ma strategów. Kolejne wybory przegrane. A co do majora Warszawy, to niech ktoś w końcu przejrzy na oczy i zauważy, że spora część ludzi głosowała przeciwko Anżejowi, a nie na pana Rafała.
I ta kaczka chodzi za mną i chodzi. Kwak. A to się chyba wzięło od tego, jak mój kolega z pracy Michał powiedział, że lubi pichcić, i na pytanie, co najbardziej mu wychodzi w kuchni, wspomniał właśnie kaczkę. No i się zaczęło. Ślina zaczęła mi lecieć. Odwiedziłem wczoraj ze 3 sklepy. W Carrefourze mieli i w Auchan też. Ale akurat tam to bym nie chciał kupować. Michaś już mi wytłumaczył, jak upiec ptaszka i jakich owoców użyć. Mam wszystko oprócz kaczki. Ale dziś jestem już po słowie z szanownym panem od kaszanki i mam się dowiadywać w piątek lub w sobotę. Jak nie będzie, to we wtorek przywiozą. Eh! Mlaaaaask!
Na dodatek wczoraj kolega Stasio, jak reperowałem jego Kindla, pokazywał zdjęcia upieczonych kaczych ud. Za długo trzymał w piecu. Receptura mówiła 80 min. Oj, to nawet ja wiem, że jak na ten typ mięsa i taki kawałek, to zdecydowanie za długo.
Kolega ma problem z e-czytnikiem. Nie może się zalogować. Jest połączony z wi-fi, ale jak chce się zalogować, albo pójść na zakupy, to ma komunikat, że nie ma dostępu do internetu. Wysłałem go wcześniej do serwisu, ale tam powiedzieli mu, że amazon blokuje czytnik, jak się długo nie używa. Problem z tym, że kolega nie zna angielskiego, jest już w pewnym wieku i nie rozumie za bardzo problemów związanych z tego typu sprzętem. Także odniósł wrażenie, że go spławili. Mnie się też tak wydaje. Mój kindle też polegiwał w szafce długo będąc nieużywanym. I za każdym razem, jak włączam, to działa.
Próbowaliśmy różnych sieci wi-fi i nic. Ja próbowałem się zalogować na jego kindlu i … dupa. Nada. Nic! Wczoraj właśnie się spotkaliśmy i zacząłem przeglądać amazon. Znalazłem chat z ekspertem. Po prawie godzinie i zmianie doradcy dowiedzieliśmy się, że kindle był kupiony na germańskim amazonie i tam powinniśmy szukać pomocy. Laska, która nas na początku obsługiwała jakaś mega nieogarnięta. Co chwilę prosiła, żebym przesunął palcem z góry do dołu po ekranie i wybrał „przywróć ustawienia fabryczne”. Za każdym razem jej mówiłem, że nasz kindle jest nietykalski i się nie da tak zrobić. No coś nie mogła załapać. Za trzecim razem dotarło doń. To tak jak i ze mną i moimi kolegami. Trzy razy trzeba coś powiedzieć nam, żebyśmy wbili do główki.
Wszedłem na germański amazon i tam dostałem komunikat, że nie ma pomocy telefonicznej w sprawie kindla. W sumie nie podali też jakiego rodzaju pomoc jest dostępna. Powiedziałem koledze, żeby poszedł do innego serwisu i zobaczymy co powiedzą. Spróbuję jeszcze na swoim czytniku pozwolić się zalogować koledze. Jak przejdzie, to znaczy, że jego sprzęt jest faktycznie uszkodzony.
Jeśli ktoś miał podobny problem, to szalenie jestem ciekaw rozwiązania problemu. Dziwna ta sprawa z kindlem. Prawie jak archiwum x.
Wracając do Michałów, to w sobotę Państwo z Europy na K. zaprosiło do się. I dziękuję im serdecznie, bo gdyby nie ta inwitacja, to okazałoby się, że w tygodniu ubiegłym zjadłbym mięso ZERO RAZY! Uf. Udało się na szczęście. Pani z Europy na K. kiełbaski i szyneczki nakroiła. A ich termomix zrobił nam pyszne drinki na bazie rumu. Mlask. No i ich bąbelek, a mój BFF, Michaś zrobił nam przepyszną chałkę! Dziecko ma talent. Tak smakowitego wypieku nie jadłem dawno. Jego chałka była o niebo lepsza, niż buła, którą upiekł jego ojciec w kwietniu. Brawo Michał!
Wracając do kaczki. Przeglądałem sobie przepisy różne i w kilku z nich było, że rosół można nastawić z szyi i korpusu. No to przepadłem. Właśnie zebrałem szum. Zupka się pichci.
Zaszedłem na bazar. Na szczęście była porcja rosołowa z kaczki. U pań w warzywniaku kupiłem gigantyczną włoszczyznę i duże jaja. I zadałem sobie jeszcze bobu, bo lubię ogromnie. Co do jajek, to nie wiem skąd biorą, bo nie zawsze mają. Raz jak byłem, to jedna z właścicielek, pani Tereska, powiedziała, żebym przyszedł jutro, to będą te duże. I panie zawsze zakładają gumkę na jajka, żeby nic nie wypadło i nie pękło. Lubię u nich robić zakupy. Dobra. Pytanie. Czy rosół z kaczki też mam gotować 5 godzin? Czy ze 2 godziny wystarczą? Już mnie ssie na samą myśl tej pysznej zupki. Dobrze, że nie jest gorąco i słonecznie, to może jeszcze z godzinę popyrkać mi zupka.
Jakby kto znał jakiś przepis albo dobry pomysł na stek z zębacza, to chętnie. Planuję przydusić go w warzywach z sosie ze skorupiaków. Jakieś inne, ciekawe propozycje?
Wczoraj jakiegoś debila strąbiłem pod robotą. Idiota zapieprzał na rowerze po chodniku. W ostatniej chwili go zauważyłem i udało się zahamować na początku zebry. Za nim jechał kolejny artysta na hulajnodze. Cyklista nawet nie wzruszył się. Poleciał dalej. Mam wrażenie, że nie słyszał mnie nawet, bo słuchawki miał w uszach. Za to koleś na hulajnodze mi nawrzucał. Ale jako że był po mojej prawej, to go nie słyszałem. Na skrzyżowaniu z Sienkiewicza zatrzymałem się, żeby przepuścić pieszych na przejściu. I podjeżdża artysta na hulajnodze. Odkręcam szybę i się uprzejmie pytam, czy chciałby mi coś powiedzieć. Ojej, jak się nasłuchałem. Że szanujmy się, że od lipca kierowca ma obowiązek się zatrzymać i przepuścić ludzi na przejściu i takie tam idiotyzmy. Pozwoliłem mu skończyć i się zapytałem, czy tu jest ścieżka rowerowa? Znowu usłyszałem, że powonieniem go przepuścić, bo są czasem takie wyjątkowe sytuacje, a nie tylko przepisy i przepisy. Dzieciak mnie wkurzył nie na żarty. Postanowiłem zakończyć dyskusję bulletpointami:
Po pierwsze, zatrzymałem się i przepuściłem
Po drugie, to nie jest ścieżka rowerowa i się nie przejeżdża po przejściu
Po trzecie, trąbiłem na rowerzystę
Dzieciak się chyba w końcu zreflektował.
Ludzie rzeczywiście nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa i zagrożenia. Idiota na rowerze naprawdę jechał bardzo szybko. Co w ogóle jest dziwne, bo tam przy Filharmonii jest dosyć mało miejsca na chodniku.
Tydzień temu inna cyklistka na mnie wpadła. Wracałem nogami do biura od Marszałkowskiej, czyli szeroki bardzo chodnik. Po mojej lewej szła kobieta. Odległość między nami była duża. Ale ja zacząłem schodzić w jej kierunku i kierunku wejścia do budynku. Jakaś dziewucha postanowiła przejechać między nami. Ale nie spodziewała się, że „szpara” między mną, a innym pieszym szybko zmaleje. I przyładowała mnie w łokieć. Na szczęście laska z roweru nie spadła. Odwróciliśmy się oboje i panna na mnie spojrzała z pretensją. Chyba naprawdę zacznę gonić i zrzucać z rowerów.
3 lata temu miałem kraksę. Jechałem wolno. Dziewoja na veturilo jechała z naprzeciwka. Zagapiła się, a właściwie to nie patrzyła przed siebie, tylko na to co się dzieje na bulwarach, i nasze kierownice się szurnęły. Jak leciałem przez kierownicę, to usłyszałem tylko – dobrze, że ma kask. Pamiętam tylko moment odrywania się od roweru. Następne co do mnie dotarło, to fakt, że leżę na ziemi. Koziołka nie pamiętam. Mądry ten mózg. Dziewucha na miejskim rowerze po prostu stanęła w miejscu. Nic się jej nie stało. To wtedy właśnie ekran mojego telefonu poszedł w drobny mak. 600 zł w piach. A właśnie. Coś mandatu nie widzę. Może faktycznie, jak się wypełni nie niebieskim, to anulują. Oby.
Także bezpieczeństwo przede wszystkim. Kaski na łby i zachowujmy dystans. Z rowerem na ulicę, a nie na chodnik.
zanim zacznę, to uprzejmie doniosę jaki jest status mojego mandatu. Chciałem zanieść do delegatury. Okazało się, że cwane gapy nie mają jej w Warszawie. Raszyn najbliżej. Fashion from Raszyn – taki kiedyś szyld widziałem w tej miejscowości. Musi ciuchy sprzedawali.
Także wypełniłem formularze czarnym długopisem i … dopisałem na górze „nie mam niebieskiego”, bo się okazało, że w pierwszym zdaniu wyboldowali pouczenie, że trzeba na niebiesko. Hmm może mandat anulują, jak się okaże, że źle coś zrobiłem? Oby.
Na poczcie mówię do pani, że nadać chcę list polecony.
– priorytet?
– nie. Polecony wystarczy
– 5,90
– ile? Drogo! – mówię
– bo polecony
– do Ameryki pocztówkę za 6 zł wysyłałem
– ale nie poleconym
– ale za 6 zł
– ale nie poleconym
Widzę, że gadka jak do Władka. Płacę i wychodzę. Pani kazała dopisać z tyłu koperty adres nadawcy. Dopisałem … niebieskim długopisem pocztowym. Teraz to w tej mandatowni nie uwierzą, że nie miałem niebieskiego. Do więzienia mnie wezmo. Jak nic.
Co do oddawania krwi, to … krew mnie zalewa. Musiałem kupić czekoladę do sernika, bo mnie znowu pogonili. Ale przynajmniej widok ładny miałem idąc.
Dziś pomyślałem, że pójdę na wysysanie krwi na Nowogrodzką (centrum miasta). Zachodzę i wychodzę po 5 minutach. Od groma ludzi i kolejka w słońcu. A dopiero przed 9 rano jest. Wygoogle’owałem gdzie są jakieś ambulanse. Był jeden na Ursynowie. Dojazd prosty – metro i autobus. Na miejscu okazało się, że jestem 2 w kolejce. Moszczę się, wypełniam surweje i inne ankiety. Wchodzę do pani lekarz i ta mówi, że niestety, w związku z tym, że 15 dni temu mnie zdyskwalifikowali za niski poziom białych krwinek, to nie mogą oni przyjąć krwi ode mnie, bo nie mają tu laboratorium i nie mogą sprawdzić, czy coś mi podskoczyło. Gdybym przyszedł po miesiącu, to inna gadka. No to mówię, że w takim razie pojadę na Saską. I tu pani mnie dobija mówiąc, że musi dać mi dyskwalifikację, bo zarejestrowałem się, a krwi nie oddałem. No musi. Poprosiłem, żeby dała choć na 1 dzień tego bana. Jutro pojadę na Saską. A miałem tam jechać od razu, ale zachciało mi się zmiany i wymyśliłem tę Nowogrodzką. Eh. 5 zł w plecy za czekoladę. Plus bilet 4,40. Metrem jechałem i tam kanary już u dołu schodów czyhają. Nie dało się na gapę jechać. No nic. Co się odwlecze, to nie …
Wracam do tematu.
No i idąc z powrotem z tej poczty dzwonię do dawno niesłyszanej siostry (nazwijmy ją Kasia). A mówię, że sernik robię. Oczywiście ciekawska Kasia nie byłaby sobą, jakby nie wywiedziała się wszystkiego o placku. To mówię, że figa pokrojona na dno, a do ciasta żurawiny.
– suszone? – pyta pani z policji
– tak
– obtocz mąką albo budyniem, bo opadną na dno
– ooo. Właśnie. Bo wtedy jak robiłem, to wszystko na dno poszło w jedno miejsce.
I od tego się ma starszą siostrę. Poradzi, podpowie. Wszystko wie. A jak byliśmy mali, to moja siostra, już wtedy była starsza ode mnie, mnie wykorzystywała. Mama mówiła jej, że ma zrobić to i tamto, i szła do pracy. A cwana siostrzyczka, jak się tylko drzwi zamykały wołała mnie i wydawała polecenia. Że niby mama mówiła, że ja mam zrobić to i tamto. Ja do garów i do sprzątania, a Kasia do swoich lalek. Cóż. Okazuje się po tylu latach, że umiem i wiem jak zrobić to i tamto. Dzięki siostra.
Kiedyś zapytałem się małego siostrzeńca Bąbelka od czego ma starszego brata, jak mi przyszedł głowę zawracać z jakimś problemem. Mały rezolutnie rzekł:
Wujku. Starszego brata mam od obrony mnie przed kolegami
No fakt. Szczególnie jak starszy brat judo trenował w dzieciństwie przez kilka lat. Mądry bąbelek.
A taka ciekawostka z naszego życia rodzinnego. Moja siostra, jak wyszła za mąż, to przestała być Kasią D. Ale wtedy mój cioteczny brat, też mdobrogov, tyle że Marcin, ożenił się z jakąś inną Katarzyną i na nowo mamy Kasię D. w rodzinie. Ciekawe, czy tak samo umie poradzić i podpowiedzieć. I czy wie wszystko?
Wczoraj nawiedziłem Słodkokwaśną. Na szczęście umówiliśmy się, że nie będzie garów. Bardzo często jest tak, że jak odwiedzam, to kolega zaczyna brać się za gotowanie. To znaczy mnie zagania do roboty. A ja po prostu lubię odwiedzić, usiąść, popić, pojeść, pokonserwować z koleżeństwem, obejrzeć to i owo, czy też pograć w planszówki.
Ale nie. Ten zawsze musi zacząć pichcić. Jak ja zapraszam gości, to już jest kurna nagotowane.
Ale wczoraj się umówiliśmy, że garów nie będzie. Zjemy to co jest w lodówce.
Aha, najlepszy #hot16challenge2 wygrywa Beata Kozidrak! Królowa jest tylko jedna. Doda się może schować. Rodowicz niech wyciągnie z tego wnioski i skasuje swoje żenujące wideo.
Beata pokazała klasę, dowcip, dystans. Respect!
Mój pierwszy koncert w życiu, to Bajm w Białymstoku. W pracy pracując też miałem okazję zobaczyć … 5 razy ten sam występ i popatrzeć na panią wokalistkę z bliska. Świeżo upieczona Sześciesiątka, a żaru tyle, co niejedna Czterdziestka!
Zaszedłem na 20.00 do Słodkokwaśnej, a ten bagietki wietnamskie gotuje. Tym razem z przepisu wietnamskiego. Nawet konsultacje zostały przeprowadzone z prawdziwymi Wietnamczykami. Także wszystko było, tylko wyczekiwać tych chrupiących pyszności.
Wyszedłem o 2.00 od Słodkowaśnej. Bagietek nie widziałem. Do pieca co dopiero poszły. A mnie się już nie chciało czekać, bo nie jem po 18.00.
Coś nie tak było z przepisem. Nie kleiło się, nie zagniatało. Co chwilę coś poprawialiśmy, dokarmialiśmy i tak czas mijał.
Z tymi przepisami to jest faktycznie ściema. Już kilka razy chciałem napisać do autorek receptur na ich stronach, że co to za kłamstwo!
Sernik jak robiłem, to o dziwo u mnie dwa razy dłużej musiało się piec. A jeszcze w innym przypadku, keto sreb, a nie chleb mi wyszedł. Biszkopt jakiś. Także ludzie kłamio w swoich kuchniach! Wstyd. Najlepiej to samemu próbować, sprawdzać, zapisywać, aż w końcu osiągniemy to. Dlatego ja przestałem już piec.
Ciekawe czy te wietnamskie bagietki wyszły Słodkokwaśnej. Muszę podpytać.
Rafał Trzaskowski na prezydenta? No nie wiem. Jest tym majorem Warszawy od 2 lat już prawie. Złego słowa nie mogę powiedzieć … ale dobrego też nie. Taki jakiś nijaki. Bez zapamiętania będzie. HGW jaka była, taka była. Ale on zastała Warszawę drewnianą, a zostawiła murowaną. No może przenośnia zbyt wyolbrzymiona. Ale uczciwie trzeba przyznać, że miasto za panowania pani Phezydent Bufetowej zrobiło gigantyczny postęp.
Ale Trzaskowski na prezydenta kraju? No nie wiem. Jak nie daj Boże wygra, to komisarz z PiS-u wejdzie na tron w stolicy. Oj oj oj.
PiS i tak już brzydko rozgrywa podmiankę kandydatów z PO. Oczernia Trzaskowskiego, krytykuje niestabilność kierownictwa partii, brak jakiegokolwiek przejrzystego programu i konsekwencji. Mają rację. PO strzeliło sobie w kolano. Aż się dziwię, że ktoś jeszcze na nich głosuje.
Jedno, w tym całym zamieszaniu, wiem na pewno. Pani MKB była pomyłką od samego początku. A jak usłyszałem ją raz, to już wiedziałem, że „oj, kończ waścini, wstydu oszczędź. Prezydentki z ciebie nie będzie”. Niewłaściwa osoba na niewłaściwe stanowisko.
Ale muszę uczciwie stwierdzić (i skarcić), że PO brzydko obeszło się z byłą już pretendentką na Głowę Państwa. Została sama ze swoją rezygnacją. Już nie mówię, że to korporacyjnie nieładnie. Tak się po prostu kobiet nie traktuje panowie z PO. Wstyd. Dlatego ja na was nigdy nie głosowałem, nie głosuję i głosować nie będę. Jak widzę mordeczkę Sche**ny, to mam wrażenie, że na jakiś intelektualny niedorozwój patrzę (coś w stylu „wzrok tęskniący za rozumem” i ten głupkowaty uśmieszek). I kto to jest ten Budka? Budka to może być suflera.
W tej zarazie najbardziej podobają mi się ludzie. Mili, uczynni, życzliwi. Ludzie są z gruntu dobre. Tylko czasem im się zdarza nie myśleć i są wtedy głupie.
Zaraza może trwać, może niszczyć. Ale jedno dobre z tego to właśnie my – ludzie. Choć z drugiej strony, to właśnie my – ludzie dobijemy naszą Matkę Ziemię i się sami wytłuczemy.
W tych ostatnich tygodniach wszyscy zaczęli gotować.
Nawet Pan z Europy na K.!
I tu już powinien być koniec. Koniec świata. Każdy kto zna Pana z Europy na K. to wie, że on w kuchni równa się implozja! Koniec świata. Oczywiście kolega czasem w kuchni bywa, ale to tylko po bronksa albo lód lub colę. Choć po bronksa to się dzieci przecie wysyła. Po to są – sprzątać, wynosić śmieci, przynieść piwo.
Także tak.
Wyjdziemy z tej pandemii grubsi i z umiejętnościami kulinarnymi.
Dziś wyjąłem prezent urodzinowy od mojego serdecznego przyjaciela Piotrusia P. – 1 000 najlepszych przepisów kuchni włoskiej. Koniec świata!
Dziś dane mi było spróbować chałki Pana z Europy na K. PY-SZO-TA! Lepsza od mojej i lepsza od Słodkokwaśnej. Brawo Panie z Europy na K.
Ja z kolei zaniosłem im sernik, robiąc przy okazji bez mała 8 500 kroków, czyli 85% dziennego wymogu.
Otworzył drzwi Bąbelek, Pani z Europy na K. wzięła blachę, a ja pogadałem z najstarszym dzieckiem. Też była w szoku, że stary gotuje jak ta lala. Usłyszeć pochwałę z ust dziecka – bezcenne. Dobra robota Państwo z Europy na K.
Także powiedziałem im na odchodne, że Olimpia chwali mój sernik i proponuję im szybko go zjeść, a staremu tylko okruchy zostawić. Pan z Europy na K. akurat przebywał na zewnętrzu na rowerowaniu się. Hmm jego strata.
A wcześniej był Piotrek u mnie. Po zakwas i sernik. Wczoraj rozmawialiśmy o kulinariach. I obiecałem Państwu G. zakwas i przy okazji sernik. No to Olimpia rano pognała starego do mnie. I dobrze, od tego się ma starego w domu. Niespodziewanie dostałem od moich serdecznych przyjaciół dżem z czerwonej porzeczki. Własnej roboty. Co za koincydencja! Ostatnio zbiłem słoik maminego dżemu i musiałem kupić w sklepie. Wybrałem BIOdżem truskawkowy. Sprawdziłem skład i nie był on za długi.
Kieruję się jedną zasadą – kupuję rzeczy, które mają na etykiecie maksymalnie 5 składników oprócz przypraw. Jak jest litania, to dziękuję bardzo, ale nic z tego.
W radio ostatnio słyszałem od pani redaktor, że jest jakaś akademia dla starszych pań/babć. I tam właśnie edukują nasze seniorki odnośnie żywienia. Pani z radyjka powiedziała o 3 złotych zasadach:
nie kupuj czegoś, czego nie było w domu Twego dziadka – hmm, osobliwa rada
nie kupuj czegoś, co w składzie ma coś, czego nie ma w Twoim domu lub nie wiesz co to – mądre. Adoptuję tę mądrość
nie kupuj czegoś co ma więcej niż 5 składników oprócz przypraw – czyli jestem w domu
Pani jeszcze dodała – i nie muszę wspominać, że unikamy soli kuchennej.
Ja soli kuchennej używam do:
ziemniaków, jak gotuję. A że gotuję je od wielkiego dzwonu, to znaczy, że nie używam za często
ogórków małosolnych, które robię raz do roku albo jeszcze rzadziej
pieczenia pieczywa, które zacząłem piec podczas zarazy.
Ogólnie zamiast soli używam sosu rybnego i/lub sojowego jasnego. Mam w domu słoiczek soli kuchennej, którą kupiłem ze 3 lata temu? Jakoś tak.
No i tak się wymieniamy jedzeniem. Kto by pomyślał?
Na Wielkanoc zaniosłem Państwu z Europy na K. sernik. Nie zdążyłem wrócić do miasta, a już ajMasaż zabrzęczał, że pyszne ciasto. Szybko musieli wsuwać znaczy. Przecie Sadyba graniczy z ich miejscowością.
Wtedy zrobiłem sernik z 1 kg sera. Moja tortownica ma 22 cm średnicy. Kurna. Przez tę cholerną szkołę TVP, to ja już sam zgłupiałem, czy dobrze mówię. Średnicy? Najdłuższa cięciwa. Dwa razy promień. Nie obwód? Także ok. 22 cm … ŚRE-DNI-CY.
W przepisach pani miała 24 cm. I u mnie się niestety sernik o mało co nie wydostał z foremki bo urósł strasznie.
Teraz zrobiłem o połowę mniejszy, ale dałem brzoskwinię.
To już donoszę jak go zrobiłem, bo moje serdeczne przyjaciółki się dopytują.
Aha, dziś nastawiłem chleb. Dodałem do mąki razowej i pszennej ciut mąki z zielonego groszku. Nie za ładnie wygląda chleb. Jak glut jakiś. Mam nadzieję, że coś z tego będzie.
0,5 kg wiaderka sera do sernika
1 budyń waniliowy lub śmietankowy. Mnie się udało kupić „bez cukru”
3 żółtka
3 białka. Ubić
75 g cukru, czyli 15 łyżeczek małych
100 g masła. W temperaturze pokojowej. Żeby już takie miękkie było
2-3 łyżki wiórków kokosowych
Kilka herbatników
Puszka brzoskwiń – ja użyłem z 5 połówek. Coś koło tego.
1 truskawka opcjonalnie – później zdradzę po co
Polewa:
Tabliczka białej czekolady. Ja dostałem za oddanie krwi. Także taka jest najlepsza. Krewka taka
200 ml śmietanki 30%
Łyżka masła
2-3 łyżki wiórków kokosowych
Brzoskwinie odsączyć i pokroić w kostkę. Będzie się później lepiej kroić. A mokre brzoskwinie zrobią papkę z ciasta i herbatników. Ja odsączyłem na sitku i jeszcze ręcznikiem papierowym się wspomogłem.
Rozgrzać piekarnik – 190 stopni C.
Tortownicę wysmarować masłem i położyć papier do pieczenia. Ale tylko na dno. Na papier ułożyć herbatniki. Wzór dowolny.
Masło miksuję z cukrem i dodaję żółtka.
Odkładam mikser, bo tego ciasta nie należy długo i za dokładnie mieszać. Biorę do ręki silikonową łopatkę. Bo mam akurat taką. Z Ameryki. Ze sklepu Sur la Table. Mój ulubiony sklep w Stanach. Nie tylko w kategorii „dom, kuchnia, gotowanie”, ale w ogóle.
Dodaję twaróg, budyń i ze 2-3 łyżki wiórków. Mieszam.
Dodaję stopniowo ubite białka. Mieszam krótko, jak już całą pianę z białek dodam.
Wylewam na herbatniki i do pieca.
Piekę tak:
Środkowa półka; góra-dół.
190 stopni przez 25 minut
150 stopni – 35 minut
120 stopni – 40 minut
Jeśli używacie turboobiegu, to 15 stopni mniej.
Jak się skończy piec, to wyłączyć piekarnik i zostawić na 15 minut. Nie otwierać!
Po tym czasie stopniowo uchylać drzwiczki piekarnika.
Tym razem otworzyłem za szybko. Placek urósł i zaraz opadł i popękał. Także cierpliwości trzeba.
Koszt ciasta – 15 zł? Ale pamiętajcie, że czekoladę miałem gratis.
Sernik zalewamy po wystudzeniu.
Polewa. Ja zrobiłem błąd ale w sumie na dobre wyszło. Użyłem bowiem całego opakowania śmietanki. Dzięki temu polewa nie zastygła na amen. Była taka bardzo gęsta. W sumie mi to pasowało bardziej, niż przebijanie się przez skorupę czekolady.
Także śmietanka z masłem do rondelka. Jak się wszystko rozpuści, to dodać połamaną czekoladę. Wyłączyć gaz i mieszać do rozpuszczenia czekolady. Zostawić do wystygnięcia.
W tym czasie pokrojonymi truskawkami pozapychać/pozaklejać pęknięcia.
Jak polewa zacznie zastygać, to szybciutko na sernik. Wygładzić można. Posypać wiórkami. Oo, następnym razem posypię migdałami! Nowość taka będzie.
Smacznego!
Jeśli używacie 1 kg twarogu do sernika, to ja dałem 5 jaj, 2 budynie (jeden waniliowy, drugi śmietankowy), 200 g masła, 150 g cukru. Piec można troszkę dłużej. Wiadomix, im wyższy sernik, tym więcej w piecu. Aha, zamiast brzoskwiń dałem pokrojone figi suszone i żurawiny.