Miesiąc: kwiecień 2021 (Page 1 of 2)

mee i bee the movie

to ostatnia niedziela.

Dzisiaj się rozstaniemy,
Dzisiaj się rozejdziemy

 

 

Oczywiście nie niedziela, ale czwartek dziś. I nie na wieczny czas to rozstanie.

Poszedłem nakarmić Mee i Bee. Po raz ostatni podczas tego wojażu. Owieczka wypatrzyła mnie pierwsza, bo baran, to baran, miał mnie w … dokładnie tam.

Pomachałem wiaderkiem tak, żeby zagrzechotało. Nie musiałem długo czekać. Ale serce mi się kroiło, bo jednak zapomniały mnie. Nie mają do mnie zaufania. Baran momentalnie się cofnął, jak go dotknąłem. Owieczka na widok ręki, która ją nakarmiła wzdrygnęła się. Eh!

Sami zobaczcie. No słodkie niunie. Mee i Bee, i’ll be missing you.

 

 

prawdopodobieństwo, że zagładzimy się …

właśnie. Matury za pasem. I ten nieszczęsny egzamin z matmy. Ja akurat lubiłem Królową Nauk.

Policz prawdopodobieństwo, że …

Jakoś akurat nie byłem fanem tego typu obliczeń.

Wczoraj w radio 3-5-7 w programie „Co państwo na to?” zadano pytanie – Czy będę płakać po ludzkości?

Rozdebatowano się. Przez 60 minut telefonowali słuchacze. Różne ludzie dzwoniły i przedstawiały swój punkt widzenia. Spodobała mi się wizja pani o imieniu … nomen omen … Kasandra. No taka złowróżbna prorokini z pani słuchaczki. Wiadomo, imię zobowiązuje. Pani Kasandra przepowiedziała, że przy swojej pomocy lub bez ludzkość wymrze i tak. Mała różnica jest taka, że ze swoją pomocą zrobimy to ciut szybciej. Podparła się przykładami z historii świata. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Dinozaury wyginęły. Różne gatunki są tylko wspomnieniem. Na nas też przyjdzie pora.

Sonda w radio pokazała, że ponad 60% słuchaczy nie będzie płakać po ludzkości. Jakoś mnie to nie dziwi.

Jesteśmy pasożytami.

Według naukowców Uniwersytetu Oksfordzkiego (ponoć studium z 2008 roku), szanse, że do końca tego wieku jakaś katastrofa zniszczy całkowicie ludzkość wynosi 15 procent. Prawda, że niemało?

Ależ bądźmy optymistami. Człowiek doprowadzi do częściowej autodestrukcji cywilizację znacznie wcześniej. Według klimatologów, do 2050 roku mamy szansę podnieść temperaturę na Ziemi o 3 stopnie C. Następstwem tego będą potężne susze, zniszczenie lasów Amazonii, znikające lądy, pożary. Około 1/3 lądów stanie się pustynią. Wojny o wodę i żywność nas czekają.

Jesteśmy pasożytami. Choć pasożyt czerpie, ale stara się nie zabić szybko, bo wie, że wtedy sam zginie. Człowiekowi ta wiedza jest najwyraźniej obca.

Cóż, świat jest stary … jak świat. Ma ze 4 i pół miliarda lat. Także nas czas na naszej planecie to takie mrugnięcie oczkiem dla Matki Ziemi.

Eksplorujemy zach-pom., czyli post germańską Polskę. Choć co to za Polska, skoro to nasze dopiero od 1945 roku? Napiszę pewnie kilka słów o tej wycieczce. Nie chcę mieszać wątków.

Osiedliliwszy się w Kwakowie. To taka wioseczka pośrodku niczego. Koniec świata.

14 domostw i 1 blok o konweniencji czarnobylskiego budynku po 26 kwietnia 1986 r.

Do takiej mało głównej drogi jest z kilometr. Dróżka wąska, wyasfaltowana w większości. Widok ładny – pola, laski (drzewa w sensie), stare zabudowania. Ilość śmieci mnie zaskakuje. Skąd? Kto? Jak to? Butelki po wódce, piwie, napojach, torebki foliowe, pudełka po fajkach. No nie mogę pojąć. Wielki Pe mówi, że w jego zagajniku brzozowym znalazł raz kawałek … wieńca pogrzebowego. Ja we wspomnianym lasku znalazłem kilka puszek i butelek po piwie. A w tej części wsi są tylko 4 posesje i koniec mapy. No to kto to zrobił ja się pytam.

15% to niemałoż, prawda? Sami się zagładzimy.

Mee i Bee chyba mnie zapomniały, bo jak się zbliżam, to spieprzają. Choć chyba ich instynkt zwierzęcy czasem zawodzi. A może to głód i pragnienie stępiają ich ostrożność? Aha, ochrzciłem zwierzątka. Nie mogłem wpaść na nic fajnego. Wiadomo, jak ktoś ma kotki, to jest to Filemon i Bonifacy. Jak ktoś ma pieska, to nazywam go Fafik. A baranki? Skoro owieczka robi „mee”, a baranek „bee”, to nazwałem je (odpowiednio) Mee i Bee. Chyba im się spodobało. Staram się czasem z nimi rozmawiać, ale mój wschodni akcent jakiś niezrozumiały jest. Moje „mee” i „bee” brzmią jakoś niebaranio.

Raz wyrzucam ja sobie bio śmieci do kompostownika. Obok pasą się Mee i Bee. Jak mnie owieczka zobaczyła, to bez chwili zastanowienia, wyrwała w radosnych podskokach w moim kierunku. Po pierwsze – chyba jej się trawa znudziła, no bo ile można tego zielonego jeść? Po drugie – jak zobaczyła wiadro, to pomyślała, że jakieś ambrozje mam dla nich. Baran też szybko skumał i zawtórował owieczce. Zwierzątka stanęły jak wryte z 2 metry ode mnie, chyba uśmiechając się. I się gapią. Mówię ja do nich:

Mee i Bee, to są bio śmieci i popiół z kominka. Macie dane w korycie. Idźcie i jedzcie z tego wszystkie.

Nie skumały barany. Dalej stały jak wryte i tylko te swoje „mee” i „bee”. No barany.

A baran dodatkowo, notorycznie wywraca pojemnik z wodą! No co za baran. Ciekawe, czy one przeżyją, jak człowieka zabraknie? Zimą nauczyły się jeść śnieg. To znaczy pić. Teraz jak baran beczy przy pustym wodopoju, to znaczy, że trzeba wlać im. Ale Wielki Pe mówi, że powinny z trawy się napić. Chyba za dobrze barankowi i owieczce. Zginą jak nic bez człowieka. A owieczka jakoś dziwnie zaokrąglona. Hmmm. Baranek poczuł wiosnę? Czy ta się obżarła za bardzo? W połowie maja czeka ich spotkanie z fryzjerem.

Dziś wyjątkowo baran podszedł do mnie pierwszy. Owieczka się czaiła dwa kroki dalej. Myślę sobie – oho, pewnie głodne bardzo, skoro baran miał odwagę do człowieka się zbliżyć.

 

Ale patrzę na koryto i widzę, że mają dane. Hm, to chyba baran odważny jak przez płot człowieka widzi. Normalnie spieprza pierwszy i chowa się za owieczką. Dały się nawet dziś sensownie sfotografować. I jak tu je teraz zjeść? Takie słodkie mordki. Mee i Bee.

 

Mam! Siedząc pod jabłonią spadło mi jabłko na głowę i mnie olśniło. A może siedząc w wannie mnie olśniło? Eureka! Skoro baran ekstraordynaryjnie się na sam przód pcha, to znaczy, że chroni swoją kobietę. Czyli owieczka przy nadziei! Ponoć najwięcej jagniątek przychodzi na świat wiosną, czyli jakoś teraz. A ten baranek na takiego niezorientowanego i niezainteresowanego wyglądał zimą. No cicha woda.

 

 

modlitwy żaby

Wpadła mi w ręce książka pt. Modlitwy żaby. Poczytałem okładki o panu autorze i o tym dziele. Od razu stwierdziłem, że bełkot jakiś pseudofilozoficzny.

Ale tak z ciekawości przejrzałem zawartość. Z grubsza.

Ah, wstawka!

Wczoraj w radio głosili, że Toruń ma pierniki. Poznań ma rogale Marcińskie. A Gniezno ma …

No właśnie, wczoraj były imieniny (św.) Wojciecha, patrona Polski (Czech i Węgier), mocno związanego z pierwszą stolicą Polski.

Oj, św. Wojciech skończył marnie. Głowę mu na pal nabili, na znak hańby. Relikwie złożono w Gnieźnie, w katedrze (św. Wojciecha). I w radio właśnie rozmawiano z mieszkańcami grodu wspomnianego. I tu się wszyscy dowiedzieli, że przysmak ichniejszy, to … Wojciacho. W cenie 1,50 zł. Heh, ciekawostka taka.

I tak przeglądając książkę trafiłem na opowiastkę quasi filozoficzną o tym, kiedy się Bóg śmieje.

Ja bym dorzucił jeszcze jeden przypadek na ubaw po pachy Stwórcy.

W międzyczasie poczytałem w onet o mistrzu Robercie Makłowiczu. Jeden artykuł zatytułowano – wszyscy jeżdżą do Tajlandii, a na Podlasiu nikt nie był. Okazało się, że kuchmistrz odwiedził znajomych w Kruszynianach. Dowiedziałem się, że tę wielką budę-restaurację im spaliło. Ponoć zwarcie elektryczne.

Byłem tam kiedyś, już nie pamiętam kiedy. Z 10 lat nazad? Albo i dawniej. Ze Słodkokwaśną i jego panią. Zajechaliśmy do tej restauracji z zamiarem pałaszowania pyszności tatarskich. Chyba za późno przyjechaliśmy, bo to co chcieliśmy zamówić było już niedostępne. Wzięliśmy to, co mieli. Jakieś mączne bułki/wypieki. Nie smakowało nam, o ile mnie pamięć nie myli. A zdecydowanie mi nie smakowało.

Pan Makłowicz zjadł sobie na śniadanie śledzia z chrupiącą, smażoną cebulką, serem korycińskim. Bo po sąsiedzku ten Korycin. Na obiad w wielkim grillu maestro zrobił szaszłyki, obok na płycie grzewczej kładąc znowu ser koryciński, porównując go do halloumi, czy oscypka [sic!]t. Z jedną, lokalną panią, przyjaciółką swoją zrobili coś naprędce. Nie zauważyłem nazwy i składników. Pani miała piękną otrzewną z jagnięcia. Zawinęła w to starkowane ziemniaki z mięsem. Ponoć to ich odpowiedź na kiszkę ziemniaczaną, którą się robi z flaka/kiszki wieprzowej. Pani poinformowała, że nie są jacyś ortodoksyjni i zdarza im się jeść polskie kartofel-danie, ale ich wypiek, to jednak tatarski wypiek.

Drugi artykuł o panu Makłowiczu miał tytuł – w tym roku tylko raz udało mi się gdzieś polecieć.

I tu mię olśniło! Właśnie! Po 15 latach beztroskiego latania, ja w 2020 nigdzie nie byłem. W 2005 po raz pierwszy świadomie wyleciałem za granicę (nie liczę licealnych i studiowych wypadów do Czecho-Słowacji). 16 lat temu odwiedziłem Lądek. Oj, pamiętam szok lingwistyczny. Półtorej dnia zajęło mi zrozumienie ich akcentu. Na początku łapałem tylko, że z intonacji ich wypowiedzi należy odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Także mądrzę w ten sposób odpowiadałem. Znajomi się pytali co ludzie mówią, a ja odpowiadałem szczerze, że nie mam pojęcia, ale odpowiedź „tak” lub „nie” była na miejscu. Pod koniec drugiego dnia wszystko już kumałem. Lubię brytyjski akcent. Z 5 lat temu, jak na weselu siostry ciotecznej nazjeżdżało się towarzystwo z Wysp, to miałem przyjemność usłyszenia różnych odcieni szekspirowskiego. Jako ciekawostka dodam, że wesele odbywało się w dniu referendum – Brexit or no Brexit? Pytałem się nawet przyjezdnych, że nie żałują, że zmarnowali okazję zagłosowania na swoją przyszłość w UE. Okazało się, że na Wyspach jest Europa i można było głosować korespondencyjnie. U nas rok temu chcieli zrobić tak samo, ale wyszedł z tego jeden wielki sasin.

Kończąc wątek o weselu i Brytolach. Jak Szkot mówił, to było ok, ale jak się ludzie z Londynu zaczęli wysławiać, to cholera, trzeba się było skupić. Fajny ten akcent.

Także moje pierwsze wojaże to był Londyn – 2005, 2006, 2007, 2008, 2010.

I tak sobie teraz myślę, że jeśli istnieje Bóg, to pewnie się teraz śmieje – wycieczek wam się zachciało? Za granicę!  Hahahahahaha, w domu siedzieć.

I się kurczaczki okazuje, że w 2021 też chyba nie będzie mi dane gdzieś wyskoczyć za granicę. To będzie drugi taki rok!

W mediach polskich informują, że ponoć do Grecji i Turcji można będzie wyjechać „normalnie” na wakacje. Rozmawiam z moim znajomym Muratem, jak tam sytuacja u niego. Okazuje się, że fatalnie. Także Turcja odpada.

Eh, idę robić babkę ziemniaczaną, bom się zainspirował mistrzem Makłowiczem. A może do Tajlandii na kanikuły? Na Podlasiu już się nabyłem.

 

50 godzin i 50 minut po

Z rozpędu nastawiłem rosół. Wiadomo, choroba w domu, rosół trzeba gotować. Akurat miałem skrzydło i trochę warzyw.

Udało mi się wyjść z domu w celu wyrzucenia śmieci. Na klatce zobaczyłem, że ktoś zostawił do oddania dobre krzyżówki! Tylko jedna Jolka była rozwiązana, a tak to puste wszystko.

I tu zawsze przypomina mi się rodzina z brązowego Wartburga. Morze, końcówka lat 90. Pojechaliśmy w 6 osób. Leżymy przed namiotem. Obok pokaźnych rozmiarów 3-osobowa rodzina relaksuje się. Dziewczynka bierze się za krzyżówki w cieniu auta.

– tato. Kopane wzdłuż drogi na 4 litery

– ….

– mam trzy pierwsze: Ry-O-Wy-…

 

Wyszedłszy z klatki promienie kwietniowego słońca uderzyły mnie z wielką siłą. Ludzie już bez kurtek chodzą, a niebo jest … niebieskie! O kurczaczki, ileż to ja czasu uwięziony w domu byłem?! Świat się zmienił w międzyczasie. Ale już wcześniej spostrzegłem, że ładnie się zieleni. Wiosna.

Także śmieci zostały wyrzucone. Zmieszane, szkło i nawet … BIO.

A jakoś ostatnio zainspirowałem się panem Wielkim Pe, żeby zbierać odpadki żywieniowe w oddzielny pojemnik. Nabyłem sobie wiaderko i zbieram.

Chyba nie muszę mówić, które miasto darzę olbrzymią sympatią?

W międzyczasie pokonwersowałem sobie z Arkiem-Zegarkiem i się wielce osłupiłem. Imposybilność! Co od mię pisze?! Nie zapisali się na szczepienie jeszcze! Coś wspomniał, że może w robocie się uda, bo jakaś zbiorówka ma być. Hmmm, ja też zgłosiłem akces u mojego pracodawcy, ale ten idzie zgodnie z kluczem Narodowego Burdelu Szczepień. W piątek chyba uruchomili dopiero 55+. Także czekaj tatka latka. Mówię Arku-Zegarku jak mi się udało tak przed czasem dać się dziabnąć. Konkluduję wypowiedź faktem, że trzeba posiadać e-skierowanie. I on nie ma! No dziwię się. Znając szanowną małżonkę kolegi, Ulę, to byłem pewny, że oni przede mną przejdą tą przyjemność ochrony przed zarazą. No dziwię się. Przecie Ula jest taka dokładna, szczegółowa, niczego nie przegapi i nie przeoczy. Na studiach to czysta przyjemność było pójść z Ulą na piwo i notatki pożyczyć z wykładów (bo wiadomo, że przebiegły, inteligentny, ale przede wszystkim leniwy Maciuś nie zaszczycał swoją obecnością za bardzo wykładów).  Eh, Arek-Zegarek. Dziwię się.

A kolegę Wielkie Pe wspomniałem, bo zawsze jak go wspominam, to mam respons (feedback) i wiem, że cieszy się jak dziecko. Niektóre koleżanki też to lubią. Także będę wspominał we wpisach moich niektóre znane mi osoby.

Oh, odnośnie słowa „feedback”. Na, bodajże 4, czy 5 roku naszego biznesowego angielskiego mieliśmy lektorkę z … Rosji. Mieliśmy też zajebistego Tomka, którego nie dało się zagiąć z tego języka. No i na jednych zajęciach padło w tekście słowo feedback.

– can anybody tell me in polish what feedback is? – pyta się pani nasza

– sprzężenie zwrotne – odpowiada błyskawicznie po polsku Tomek

– Jezus maria – wykrzykuje pani magister, ale już po polsku – ale co to znaczy? – dopytuje przerażona szczerze.

– a kind of information

Pani ze wschodu pouczyła nas raptem semestr. Potem przyszedł młody, bez poczucia humory, nadęty dupek, fan solarium. I u tego pana spadłem z 5 na 3 i pół. No pisałem, że dupek, a ja, że leniwy jestem. A mieliśmy jeszcze z prawa finansowego Malowane Usteczka. Ale o niej może kiedy indziej. Ta to miała poczucie humoru. Się przekomarzaliśmy często. I skubana umiała wytłumaczyć zawiłości kodeksowe. Okazało się później, że to mojego serdecznego przyjaciela Radka żony koleżanka z roku była.

Dobra, czas kończyć, bom się spocił od tego pisania.

A ręka nadal jakaś taka niewładna do końca. Ale podrapać się po głowie już mogę. I loka sobie ułożę. To się może dziś upiększę, bo niedziela.

 

48 godzin i 23 minuty po

Pojawił się silny, natrętny kaszel. Efekt uboczny szczepienia? Choróbstwo? Nie. Po prostu nie należy żreć wczorajszych okruchów chleba z deski do krojenia. Nie w tą dziurkę mi poleciało chyba.

Pojawiły się również i chęć, i siły na wzięcie prysznica! Ale chwilę po wyjściu spod natrysku pojawiły się krótkotrwałe dreszcze.

Dodatkowo w drodze do szafy, na odcinku kuchni, w stopy powbijały się wspomniane okruchy chleba. Muszę w końcu uruchomić ssaka podłogowego, niech też coś w końcu zje.

Nie dodałem wcześniej, ale wczoraj przed zaśnięciem zdjąłem … skarpety! Sukces! Postęp!

A dziś do śniadania wypiłem … KAWĘ!

Będę żył.

Tylko tą ręką jakoś nie mogę jeszcze swobodnie wywijać. Hm.

 

jestem „special one”

Pani od Państwa z Europy na K. wyczytała, że 1% ma gorączkę po modernie. Czyli wyjątkowy jestem!

Jak przebiegało szczepienie pisałem. Ale co było dalej? O kurczaczki! Półtorej dnia wyjęte z życia.

W piątek koło 22 ścięło mnie z nóg. W sumie to dobrze – pomyślałem sobie – wyśpię się. Wskakuję do łóżka i zaczęło mnie trząść. Skończyło się na skarpetach, kalesonach i bluzce z długim rękawem. Opatuliłem się kołdrą tak, że tylko głowa wystawała i się nie ruszałem. Bo jakikolwiek ruch powodował dreszcze. Ale ja lubię takie dreszcze, więc zasnąłem bystro. Obudziłem się myśląc „jak dobrze wstać skoro świt”. Zerkam na telefon i widzę, że sobota się ledwo zaczęła – 2:28. Pomyślałem, że może pójdę się wody napić do kuchni. Toaletę przy okazji może zahaczę? Albo odwrotnie. I tu niespodzianka. Nie dało się podnieść łatwo z łóżka. Próbując różnych technik wstawania zacząłem pisać do znajomych z USA.

Ule mi powspółczyły (?)złego samopoczucia. Jedna Ula (NJ) nawet pytała kogo ma alarmować w Polsce. Tak się przejęła. Muszę ją wobec tego awansować na drugie miejsce moich najlepszych przyjaciół.

Kolega Michael z Chicago stwierdził, że tak jest, jak się jest ozdrowieńcem (on jest, ale chorował chyba w sierpniu). Dobił mnie dziś mówiąc, że po drugim zastrzyku będzie gorzej i on już trzy dni urlopu sobie zaplanował. Michael z Kansas City z kolei bezproblemowo zniósł zastrzyki. Także różnie to z tym jest.

Wczoraj było fatalnie. Ledwo się z łóżka mogłem podnieść. Ale na szczęście cały czas chciało mi się jeść i dużo pić. Z tym jedzeniem to było tak, że nic mi nie smakowało. Tzn. czułem com połykał, ale jakoś bez nieba w gębie. A piciów sobie narobiłem różnych. Skoro jestem „special one” to nastawiłem sobie na stoliku nocnym i herbatę zieloną z imbirem na dnie, i wodę, i wodę z SodaStream, i wodę z sokiem od Mamusi, i wodę z wiadomo czego z sokiem od wiadomo kogo.

Pan od Państwa z Europy na K. poinformował mnie, że oni brali paracetamol jakoś przed lub po szczepionce. No i tu problem, bo ja nie przepadam za tabletkami, czykli nie kolekcjonuję ich w domu. I tu kolega zaoferował pomoc i przywiózł mi pigułkę. Panie od Państwa z Europy na K. uprzejmie informuję, że życie mi Pan uratowałeś i dzięki temu awansuję Cię na pierwsze miejsce moich najlepszych przyjaciół. Apap postawił mnie na nogi w trymiga. Wieczorkiem, przed snem zażyłem drugą porcję i już mnie sen zmorzył. Dziś jestem jak młody Bóg. Ozdrowieniec jestem i to „special one”.

I dziś Pan od Pańśtwa z Europy na K. zarekomendował mi jakieś fajne bowle i zupy z cafe mozaika. No pierwsze miejsce jak nic się należy, c’nie!?

Odradził pizzę, bo to sam gluten. Co za mądrość!

Nie zarekomendował food court’u w moim Sadyba Best Mall’u. Osobiście jadłem tam 3 razy – pierwszy raz, ostatni raz i o jeden raz za dużo. Ale bodajże w kwietniu, czyli nie tak dawno temu, spotkałem przed wejściem Panią od Państwa z Europy na K. Okazało się, że ich dziecię przyjechało tu za pad thai’em. Dlatego dziś chciałem się wywiedzieć u Państwa z Europy na K. czy warto tam coś jednak kupować. Nie warto.

Na bazarku Sadyba mam Hindusa. Nawet chodziłem tam kiedyś, nie powiem. Ale ostatnio, jak zamówiłem warzywa w hinduskim sosie, to mnie odrzuciło. To była jakaś mrożonka. Małe, pomarszczone kuleczki i sześcianiki. A tak lubię hinduskie, no szkoda.

 

Mam jeszcze kilka dziwnych przypadków ozdrowieńców. Jeden przypadek mówi, że się szczepi w czerwcu i to tylko 1 szczepionką. Zapytałem się go, czy Johnson&Johnson przyjmuje? Odrzekł, że nie, że jako ozdrowieniec dostanie jedną porcję. Ozdrowiał 30 grudnia, czyli 6 miesięcy czekał.

Drugi kolega, Wielki Pe, ozdrowiał prawie w sam raz na moje urodziny i w dniu otwarcia jego rocznika jedna pani w ZOZ go uprzejmie poinformowała, że dopiero za 3 miesiące może się zaszczepić. Postanowił kolega umówić się na zabieg. Ale inna już pani, bo z Narodowego Burdelu Szczepień spławiła go zapraszając za 6 miesięcy. Także Wielki Pe został z niczym. No może nie z niczym, a z dezorientacją. Burdel!

Wydaje mi się, że powinna była go zapisać już teraz, tylko na najbliższy możliwy termin w jego przypadku. I tak, jestem pewien, że przyspieszyli szczepienie ozdrowieńców z 6 do 3 miesięcy po wyzdrowieniu. Także pani z infolinii nie jest doinformowana. Dezinformacja.

 

szczepcio i tońcio

zaszczepiłem się koło domciu. Eh, prawie szybka akcja. Gdyby nie …

Pani omdlała, jak ja już miałem zostać dziabnięty. Wyprosili wszystkich i była reanimacja. Co chwilę ktoś otwierał drzwi od salki i widziałem postępy w cuceniu kobiety.

Najpierw „halo halo wszystko dobrze”.

Później widzę jak młoda pomoc medyczna trzyma kroplówkę.

Za trzecim razem nic nie widziałem, bo postawili parawan.

Chłopiec stojący na straży co chwila informował wszystkich, żeby dobrze wypełnić ankiety i że jeszcze chwilkę trzeba zaczekać.

– ale wszystko w porządku z tą panią? – pytam?

– tak, tak. Wszystko dobrze. Akcję serca jej robią – rezolutnie odpowiada młody medyk

 

Hm, nie znam się, ale wydaje mi się, że akcja serca jest daleko od „wszystko dobrze”.

Po 20 minutach pani została dokładnie osłonięta parawanami i zaczęto nas wpuszczać.

Nic nie poczułem.

Po południu spojrzałem na telefon na apkę „health”, czyli zdrowie i się przeraziłem! Niepodobnością było to, co zobaczyłem. Co się ze mną stało tego dnia do tej pory. Taka sytuacja ma bardzo rzadko miejsce! Aplikacja pokazała mi bez mała 4 000 kroków zrobionych! Jeszcze z 6 tysięcy mi brakowało do dziennego wymogu. Trzeba iść – myślę sobie. Ale zauważyłem, że mnie ręka zaczyna dawać się we znaki. Boli jakby. Takie uczucie, jak siostra w podstawówce mnie lała (z pięści w ramię). Zły znak.

Mimo wszystko wychodzę i się przechadzam. Z kroku na krok czuję, jak mnie rozbiera. Oj nie. Weekend w łóżku.

Przeszedłem się koło instytutu, który robi testy na i szczepi przeciw covidowi.

Gazy techniczne spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w tej szopie nie szczepią!

Może w końcu dokończę film na Netflix. Mam znowu fazę na horrory. I teraz tak w transzach oglądam „Unforgettable”. No obraz niezbyt wysoko oceniany, ale ja lubię. Taki klasyk.

Stary rozwodzi się z całkiem całkiem blond żoną. Wszystko na miejscu mająca ex. Tylko wredota jej jakoś na ryju wyłazi (tak mówiła na początku obecnego millennium moja koleżanka z pracy Ula o naszej mobberce, tzn. pani kierownik). W sumie ta blondi przez większość filmu jakaś nadymana chodziła, więc troszkę jej to urodzie zaszkodziło. Wydaje mi się, że miała problem z alkoholem (ale niskokalorycznym).

No i tej byłej, (nie)szanownej już małżonce zaczął gul chodzić, jak zobaczyła z kim prowadzi się jej ex-stary. No i do tego mamuśka tej blond piękności dorzucała do pieca i tej swojej biednej córce kołki ciosała, krytykowała na każdym kroku. Damą być chyba miała córka mamusi. No i prawie jej wyszło, bo blond ex-żona tego chłopca nawet bardzo dystyngowana była. Mówiła pełnym zdaniem, umiała sztućców używać przy stole, konno jeździła. Nie wiem tylko, czy znała francuski.

Mamusię chyba gra też blond piękność, bo któraś z oryginalnych Aniołków Charliego. Ale to stare dzieje, więc się mogę mylić. Dla mnie aniołki to Cameron Diaz, Drew Barrymore i Lucy Liu.

Nie muszę pisać chyba co była żona zaczęła wyprawiać. Zaczęło się od „hej, zostańmy dobrymi psiapsiółkami. Zapraszam na lunch”.

Później w ruch poszły niewinne kłamstewka i intryżki (małe intrygi). Była też zabawa w „co innego mówię i zachowuję się przy nowej narzeczonej, a co innego przy byłym mężu”. Także klasyczne gierki wrednej … plaży (beach).

Szlag panią trafił, jak na telefonie swojej następczyni zobaczyła AjMasaż z gratulacjami … ślubu. Jakiś stary AjFołn, bo dzisiejsze modele pokazują tylko, że jest wiadomość od danej osoby. Nie pokazuje się już treść na zablokowanym ekranie. Ale nie o to chodzi. To był punkt zwrotny. Blondi wtedy osiągnęła maksymalny poziom zazdrości i minimalny dystynkcji.

No w sumie się nie dziwię. Bo jakby się okazało, że moja ex-żona przygruchałaby sobie nie byle kogo, tylko Rosario Dawson, to też bym chyba zaczął jakiś horror.

Także film polecam, jakby ktoś nie miał co robić, albo źle się czuł po szczepionce. Jak ktoś nie reflektuje, to zawsze może sięgnąć po niezawodne klasyki klasy B – Ślimaki i Maglownica. Ale tych filmów nie da się oglądać na trzeźwo, a jak wiemy po iniekcji nie można spożywać płynów % przez 3 dni.

https://www.youtube.com/watch?v=40iP9nILXoA

 

kontrowersyjnie srał na to pies

Nie, że pies sra jakoś ekstraordynaryjnie, że aż kontrowersja powstaje. Nie. Po prostu ulewa mi się i daję taki kontrowersyjny tytuł – srał na to pies.

To z resztą częste powiedzenie Słodkokwaśnej, który będzie wspomniany poniżej.

Mam już serdecznie dosyć słowa Narodowy w powiązaniu z pandemią, z naszą władzą. Narodowy Program Szczepień, Narodowy Spis Powszechny, narodowy lockdown, …

Odnośnie władzy, to powiem krótko – srał na was pies. Nie mogę na was patrzeć, nie mogę was słuchać. Czy my mamy prezydenta? Bo od wyborów słyszałem o nim dwa razy – choinkę przyozdobił z tą swoją i na nartach był. Na niego też czworonóg może zrobić …

Jak słyszę o tym, że konferencję zwołują, żeby powiedzieć co dalej z naszym zamknięciem, to wzruszam ramionami. Jak słyszę, że o dwa tygodnie przedłużają lockdown, to kompletnie to po mnie spływa – srał na was pies.

Co do spisu, to jestem wściekły. Musiałem podać adres domowy, gdyby ktoś 31 marca przebywał w moim lokalu, to musiałbym sprzedać pesel gościa. A co na to RODO? A co jeśli to była przygodnie spotkana osoba i pani się nie wylegitymowała mi się? Pytanie o pracę mnie zastrzeliło – czy pracujesz pod adresem zamieszkania – jakoś tak sformułowano pytanie. Klikam, że „nie”, no bo normalnie miejsce pracy mam w biurze. I w konsekwencji się rozwija dalsza część pytania. Adres chcieli.

A srał na was pies. W sumie to ja z domu pracuję, więc przeklikałem odpowiedź na „tak”. Tak durnej ankiety nie widziałem. I jeszcze ponoć 100 lat będą dane przechowywać. Na koniec, jak niby zakończyć miałem samospis, to dostałem komunikat, że jest błąd. Grrr. W tym przypadku samospis kojarzy mi się z samogwałtem. Nie wiem czemu.

Nie podoba mi się, że Państwo ingeruje tak mocno, że chce wiedzieć dokładne rzeczy o mnie. Na przykład mam odpowiedzieć, czy jestem wdowa, rozwodnik, sam, czy cośtam. Ale już w pytaniu czy jestem z kimś związany pojawiła się opcja „wolę nie odpowiadać na to pytanie”. Szkoda, że przy każdym pytaniu nie było takiego wyboru.

Co do pandemii i szczepień, to mam dość już tego. Ja chcę gdzieś wyjść, pojechać, odetchnąć. A Narodowy Program Szczepień wlecze się jak ślimak. Choć obiecują jakieś kosmiczne przyspieszenie w niedługim czasie.

Rozmawiam z Ulą z Nowego Dżerzeja i jej się udało już jakiś czas temu. Ale też na zasadzie – klikam, odświeżam, klikam, odświeżam, i po 4 godzinach zapisuję się.

Ula z Texasu, co niby nie jest Ulą, bo zadeklarowała, że jednak nie zna się na autach nie gorzej od Marisy Tomei z filmu „Mój Kuzyn Vinnie”, też uprzejmie doniosła, że dała się już raz dziabnąć w ramię.

Kolega z LA/SF/Chicago Michael też szczęśliwie ma pierwszy etap za sobą. A to są osoby prawie wszystkie młodsze ode mnie. Czyli lepsza ta Ameryka. Ten Trump to jednak dobry prezydent był. Nie wiem po co tyle było psioczyć.

Podczas burdelu związanego z Narodowym Programem Szczepień na początku kwietnia udało mi się zapisać na 28, czyli dosyć szybko. Na szczęście w marcu, niezawodna Monia, wraz z życzeniami nakazała mi zapisać się na jakiejś stronie i wyrazić chęć zaszczepienia się. Dzięki temu mogłem wziąć udział w Narodowym Bałaganie Szczepień. Dzięki Monia!

Następnego dnia, 2 kwietnia, jeszcze raz się zapisałem na szczepienie, bo Narodowa Banda Idiotów odwołała wszystko – błąd systemu. Dostałem termin 15 maja. I znowu Monia mi mówi – dzwoń, przekładaj. I tak kilka razy dzwoniłem pod 989 i finalnie mam wizytę na 11 maja, czyli najwcześniejszy termin dla mojego rocznika. Dzięki Monia raz jeszcze.

I od tego momentu się zaczęły porady od znajomych. Słodkokwaśna mi donosi, że na Grzybowskiej można się zapisać. Dzwonię. Zajęte z 5 razy. Nieodbierany telefon z 10 razy. No szkoda. Słodkokwaśna doniósł, że jego pani się dodzwoniła i w najbliższy piątek ma szczepionkę. Mimo wszystko dzięki Słodkokwaśna za namiar. Dobrze, że choć jedna osoba skorzystała na tym. Nie będę już przynajmniej u was w domu musiał nosić maseczki i zachowywać dystansu (przymrużenie oczka).

I tak kilka razy, kilka rad od znajomych. Bezskutecznie. Stwierdziłem w końcu, że srał na to pies. 11 maja za mniej niż miesiąc – zaczekam, nic mi się nie stanie – myślę sobie.

Dziś Monia wysyła info, że w Białym można się zapisać. No dzwonię bez przekonania. Za czwartym razem dodzwaniam się!!! Po 10 minutach słuchania muzyczki rozłączam się. W międzyczasie koleżanka sugeruje jeszcze wysłanie maila, bo ponoć, zgodnie z informacją zamieszczoną na ulotce, odpowiadają w ciągu godziny. No to piszę liścik elektroniczny. Podaję co trzeba (pesel, pasujący termin) i … zapominam o wszystkim. Nie wierzę. Srał na to pies.

Po niecałej godzinie dostaję niemal jednocześnie odpowiedź-mail od salonu szczepień oraz SMS od e-zdrowie, Narodowego Oficjalnego Informatora Szczepień. Czyli takie podwójne potwierdzenie.

Jutro o 11.00 zapraszają mnie na modernę. Dzięki Monia po raz ostatni w tym wpisie!

Na dodatek, ku memu szczęściu, szczepię się z 300 metrów od mojej starej pracy i … Mamusi i Tatusia. Czyli obiad dostanę domowy! Wyjazd się opłaci. Mam nadzieję, że nie pokręci mnie od tej szczepionki, bo weekend się tylko zmarnuje.

król, królowa, małpa, sowa

No właśnie. Cały życie myślałem, że jak król ma starą, to ona jest królowa. A jak królowa ma starego, to on królem zwany jest. A tu się okazuje, że książę to Filip!

W Saturday Night Live zrobili skecz, w którym wpletli śmierć członka książęcej rodziny. Dwoje czarnych dziennikarzy przytaknęło, że słyszeli, że … raper DMX zszedł. Dwoje białych dziennikarzy poprawiło ich, że chodzi o księcia. Ciemnoskóra koleżanka uświadamia, że Prince nie żyje już od jakiegoś czas. Jak wyjaśnili, że o księcia Filipa, męża królowej Elżbiety II chodzi, to niestety okazało się, że nie-białe koleżeństwo nie wie o kogo chodzi.

Minuta 4 sekund 12.

 

Tak teraz sobie myślę, że w sumie to z jakiej racji jakiś pan Filip ma być królem, skoro to szanowna małżonka jest potomkinią Jerzego VI. Czyli Królowa Matka rządzi sama, a nie z mężem. Rozbieżność w decyzjach mogłaby być. A tak, to wszystko jasno. Stara rządzi, a stary to książę i lata po świecie i bzyka ile wlezie.

Wspomniany wcześniej kolega historyk zrobił mi wykład. I w Polsce nie mieliśmy dziedziczenia tronu przez kobiety, także mieliśmy dwa przykłady, kiedy stara, o przepraszam, kobieta, była głową kraju. No może nie kobieta, bo królowa Jadwiga to ledwo nastolatką była (13, czyli thirteen). 1384 ukoronowaną ją. Oj! Czyli miała albo 11 albo 10 lat! Czyli taka polska nastolatka (11, jedenaście). A wydawało mi się zawsze, że w szkole mówili, że w wieku lat 13 została królową. No nic. Na naukę nigdy za późno. I ta nasza biedna Jadwisia długo nie pożyła. Zmarła w wieku 25-26 lat. Władek Jagiełło rządził wtedy krajem. Przynajmniej o nim się więcej słyszało. Czyli ona po linii ojca była następczynią tronu, ale ze względu na niepostępowe prawo, jej mąż musiał być królem. To pewnie temu za mąż musiała pójść. Ciekawe czy przerwała przez to podstawówkę? 10-11 lat, to chyba też ją Pierwsza Komunia Święta ominęła. Biedne dziewczę.

A drugi przykład to król Stefan Batory i jego żona Anna Jagiellonka. Ta to już dorosła była. Ponad 40 wiosen miała jak przejęła tron po ojcu Zygmuncie Starym. Ostatnia prawdziwa Jagiellonka.

Wstawka ode mnie: z Batorych to lubię jedynie Elżbietę Batory. Ale czy to rodzina? Kto to wie.

Także jak widać może tak być, że jak żona królowa, to mąż król. Ale ja widać nie w Anglii. Ale tam prawie wszystko odwrotnie. Byłem, widziałem.

Zażartowałem później do kolegi historyka, że podczas następnej konwersacji podyskutujemy o nieudolnym rządzeniu krajem w XVI wieku w Polsce. Oczywiście ja tylko tak się nafiglować chciałem, bo przecie co ja wiem o byłych czasach? Pani profesor z liceum skutecznie wyperswadowała mi miłość do starych dziejów.

I tu kolega się wkręcił! Najpierw mi odpowiada – nieudolnych? Dlaczego tak mówisz?

Już zacząłem się korygować, że wieki mi się pomerdały i miałem na myśli XVII wiek. No bo kto o zdrowych myślach naigrywałby się ze złotego wieku Polski?

Ale kolega historyk od razu podchwycił wątek i kontynuował – ale wiesz? Właściwie to można tak powiedzieć.

I zaczął się wykład między innymi o tej królowej co włoszczyznę przywiozła do Polski. Ja jej bardzo za to dziękuję, bo moja kuchnia tymi warzywami stoi! Zupki często gotowane, także siateczka włoszczyzny stałym gościem w mojej kuchni.

Kolega się nieprzychylnie o tej pani wypowiadał. Coś dzieci nie lubiła swoich. Ponoć intrygantka, chciwa, przekupna. Niektórzy ją o trucicielstwo posądzali. Ale z drugiej strony była bardzo chwalona. Krótko o tej Bonie Sforzy.

… a właśnie! Jeśli Zygmunt Stary był królem, to czemu ona też była królową? Muszę się kolegi dopytać, bo chyba mnie w maliny wpuszcza. Czyli ona byłaby trzecim przypadkiem, gdzie stary to król, a stara to królowa?

telefon do przyjaciela

I kolega mi teraz tłumaczy, że zwyczajowo w Polsce prawie zawsze żona króla, to była królowa, ale to król rządził. Tylko po prostu w tych dwóch przypadkach, to królowe były … królami, ale że były kobietami, to musiały sobie króla załatwić. Ufff, mam nadzieję, że wszyscy mnie rozumieją. Transparenty jestem?

No i kończąc o Bonie. Wyjechała z kraju do Włoch i po 2 latach ją … otruli. Ponoć w Bari można ją … odwiedzić.

A propos Polski i wiedzy o niej. Zrobiłem sobie kłiza w weekend z wiedzy o Polsce. 30 pytań było. Wynik mnie lekko zaskoczył, bom się nie spodziewał takiej gnozy o mojej ojczyźnie. Zdezorientowała mnie wielce konstatacja Onetu o moim osiągnięciu. Bzdurstwo jakieś!

 

 

 

 

“żyj z całych sił

… i uśmiechaj się do ludzi. Bo nie jesteś sam”

 

Wczoraj usłyszałem tę piosenkę …

Na cmentarzu w Legionowie …

Brat bratu śpiewał …

Wczoraj pożegnałem się z kolegą z pracy …

W czerwcu miałby tyle samo lat co ja …

Myślałem, że coś napiszę o Nim tu, ale chyba jeszcze nie …

Nie teraz …

Pojawiamy się i znikamy szybko …

Początek – 1-2 marca

Tlen

Respirator

Śpiączka

Wybudzenie

Śpiączka

Koniec – 26 marca

 

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑