życie

modlitwy żaby

Wpadła mi w ręce książka pt. Modlitwy żaby. Poczytałem okładki o panu autorze i o tym dziele. Od razu stwierdziłem, że bełkot jakiś pseudofilozoficzny.

Ale tak z ciekawości przejrzałem zawartość. Z grubsza.

Ah, wstawka!

Wczoraj w radio głosili, że Toruń ma pierniki. Poznań ma rogale Marcińskie. A Gniezno ma …

No właśnie, wczoraj były imieniny (św.) Wojciecha, patrona Polski (Czech i Węgier), mocno związanego z pierwszą stolicą Polski.

Oj, św. Wojciech skończył marnie. Głowę mu na pal nabili, na znak hańby. Relikwie złożono w Gnieźnie, w katedrze (św. Wojciecha). I w radio właśnie rozmawiano z mieszkańcami grodu wspomnianego. I tu się wszyscy dowiedzieli, że przysmak ichniejszy, to … Wojciacho. W cenie 1,50 zł. Heh, ciekawostka taka.

I tak przeglądając książkę trafiłem na opowiastkę quasi filozoficzną o tym, kiedy się Bóg śmieje.

Ja bym dorzucił jeszcze jeden przypadek na ubaw po pachy Stwórcy.

W międzyczasie poczytałem w onet o mistrzu Robercie Makłowiczu. Jeden artykuł zatytułowano – wszyscy jeżdżą do Tajlandii, a na Podlasiu nikt nie był. Okazało się, że kuchmistrz odwiedził znajomych w Kruszynianach. Dowiedziałem się, że tę wielką budę-restaurację im spaliło. Ponoć zwarcie elektryczne.

Byłem tam kiedyś, już nie pamiętam kiedy. Z 10 lat nazad? Albo i dawniej. Ze Słodkokwaśną i jego panią. Zajechaliśmy do tej restauracji z zamiarem pałaszowania pyszności tatarskich. Chyba za późno przyjechaliśmy, bo to co chcieliśmy zamówić było już niedostępne. Wzięliśmy to, co mieli. Jakieś mączne bułki/wypieki. Nie smakowało nam, o ile mnie pamięć nie myli. A zdecydowanie mi nie smakowało.

Pan Makłowicz zjadł sobie na śniadanie śledzia z chrupiącą, smażoną cebulką, serem korycińskim. Bo po sąsiedzku ten Korycin. Na obiad w wielkim grillu maestro zrobił szaszłyki, obok na płycie grzewczej kładąc znowu ser koryciński, porównując go do halloumi, czy oscypka [sic!]t. Z jedną, lokalną panią, przyjaciółką swoją zrobili coś naprędce. Nie zauważyłem nazwy i składników. Pani miała piękną otrzewną z jagnięcia. Zawinęła w to starkowane ziemniaki z mięsem. Ponoć to ich odpowiedź na kiszkę ziemniaczaną, którą się robi z flaka/kiszki wieprzowej. Pani poinformowała, że nie są jacyś ortodoksyjni i zdarza im się jeść polskie kartofel-danie, ale ich wypiek, to jednak tatarski wypiek.

Drugi artykuł o panu Makłowiczu miał tytuł – w tym roku tylko raz udało mi się gdzieś polecieć.

I tu mię olśniło! Właśnie! Po 15 latach beztroskiego latania, ja w 2020 nigdzie nie byłem. W 2005 po raz pierwszy świadomie wyleciałem za granicę (nie liczę licealnych i studiowych wypadów do Czecho-Słowacji). 16 lat temu odwiedziłem Lądek. Oj, pamiętam szok lingwistyczny. Półtorej dnia zajęło mi zrozumienie ich akcentu. Na początku łapałem tylko, że z intonacji ich wypowiedzi należy odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Także mądrzę w ten sposób odpowiadałem. Znajomi się pytali co ludzie mówią, a ja odpowiadałem szczerze, że nie mam pojęcia, ale odpowiedź „tak” lub „nie” była na miejscu. Pod koniec drugiego dnia wszystko już kumałem. Lubię brytyjski akcent. Z 5 lat temu, jak na weselu siostry ciotecznej nazjeżdżało się towarzystwo z Wysp, to miałem przyjemność usłyszenia różnych odcieni szekspirowskiego. Jako ciekawostka dodam, że wesele odbywało się w dniu referendum – Brexit or no Brexit? Pytałem się nawet przyjezdnych, że nie żałują, że zmarnowali okazję zagłosowania na swoją przyszłość w UE. Okazało się, że na Wyspach jest Europa i można było głosować korespondencyjnie. U nas rok temu chcieli zrobić tak samo, ale wyszedł z tego jeden wielki sasin.

Kończąc wątek o weselu i Brytolach. Jak Szkot mówił, to było ok, ale jak się ludzie z Londynu zaczęli wysławiać, to cholera, trzeba się było skupić. Fajny ten akcent.

Także moje pierwsze wojaże to był Londyn – 2005, 2006, 2007, 2008, 2010.

I tak sobie teraz myślę, że jeśli istnieje Bóg, to pewnie się teraz śmieje – wycieczek wam się zachciało? Za granicę!  Hahahahahaha, w domu siedzieć.

I się kurczaczki okazuje, że w 2021 też chyba nie będzie mi dane gdzieś wyskoczyć za granicę. To będzie drugi taki rok!

W mediach polskich informują, że ponoć do Grecji i Turcji można będzie wyjechać „normalnie” na wakacje. Rozmawiam z moim znajomym Muratem, jak tam sytuacja u niego. Okazuje się, że fatalnie. Także Turcja odpada.

Eh, idę robić babkę ziemniaczaną, bom się zainspirował mistrzem Makłowiczem. A może do Tajlandii na kanikuły? Na Podlasiu już się nabyłem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.