życie

jak o mały włos nie zdobyłem medalu olimpijskiego

hejka kochani. Zapewne większość wie, że ze mną nie zawsze wszystko w porządku jest, że nie wszyscy w domu. Ale naprawdę o mały włos, a miałbym brązowy medal Igrzysk Olimpijskich! W wyścigu rowerowym. Bo chyba kolarstwo to nie było. Każdy jechał na swoich sprzętach.

Otóż wystartowaliśmy żwawo. Dwa Ryszardy Szurkowskie wystrzeliły tak, że już po sekundzie nie było ich widać. Rachu-ciachu i już tylko się ich koszulki na horyzoncie bieliły. Ja sobie jechałem nie za specjalnie pośpiesznie. Jakaś niewiasta o włosach w brąz kręciła się koło mnie. Po jakimś czasie zerknąłem sobie za się i … jaka siurpryza! Osłupiłem się lekko, bo okazało się, że i my wcale nie taką małą przewagę mamy nad resztą stawki. To sobie kontynuujemy jazdę we dwójkę. Dziwne, nie konwersujemy ze sobą.

Raz ona pierwsza z metr przede mną, a raz ja za nią niebezpiecznie daleko z tyłu.

Postanowiłem zrobić z tym porządek i pokazać dziewczynie kto będzie pierwszy z naszej dwójki. Komu medal na szyi zawiśnie. Pokręciłem szybciej nóżkami i dziewczę odsadzone. W pewnym momencie stwierdziłem, że poczytam sobie. Zatrzymałem rower i wyjąłem książkę. Rywalka mnie mija, ale deliberuję sam ze sobą, że jeszcze mam czas. Na (nie)szczęście książka mi jakoś nie wchodzi. Nie wiem, nie mogłem się skupić. A może lektura nie warta mojej atencji była. Nie ważne to.

Postanowiłem ruszyć w dalszą trasę. I znowu szybko dojechałem do tej dziewczyny. Stwierdziłem, że do rodziców wpadnę na chwilę i później dokończę wyścig. Nagle znalazłem się w Białymstoku. U mamy i papy też szybko skonstatowałem, że chyba czas zakończyć herbatkę i ruszyć po medal. Ale! Nie chciało mi się, LENISTWO, iść do piwnicy po rower, więc postanowiłem, że … przebiegnę resztę trasy. No to lecę. Dość szybko dotarło do mnie, że przecie to wyścig rowerowy i jak wpadnę tam biegiem, to nie dostanę medalu. No bo z jakiej racji? A w konkurencji biegowej nie mam szans, bo sami jacyś … no bo nie (nie będę się w analizy wdawać). Szybko zawróciłem pod blok. Okazało się, że kluczy ani do piwnicy, ani do domu nie mam. Wołam, dzwonię domofonem, żeby mi klucze rzucili. Jak tak wołałem, jak tak dzwoniłem, to zaczynało do mnie trafiać, że JA JUŻ NIE MAM SZANS na żaden medal! Przecie muszę dojechać na trasę do tego punktu, w którym skończyłem. A jak ja tam się znajdę, to już, nie tylko ta brunetka, ale i wszyscy inni uczestnicy skończą zwody.

I tak właśnie przez własną głupotę nie zdobyłem medalu olimpijskiego. Bummer. I renta sportowa by była. Eh.

Dziwne mam te sny ostatnio. Całkiem (nie)realistyczne i (nie)prawdopodobne.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.