Tag: rower (Page 1 of 2)

jak o mały włos nie zdobyłem medalu olimpijskiego

hejka kochani. Zapewne większość wie, że ze mną nie zawsze wszystko w porządku jest, że nie wszyscy w domu. Ale naprawdę o mały włos, a miałbym brązowy medal Igrzysk Olimpijskich! W wyścigu rowerowym. Bo chyba kolarstwo to nie było. Każdy jechał na swoich sprzętach.

Otóż wystartowaliśmy żwawo. Dwa Ryszardy Szurkowskie wystrzeliły tak, że już po sekundzie nie było ich widać. Rachu-ciachu i już tylko się ich koszulki na horyzoncie bieliły. Ja sobie jechałem nie za specjalnie pośpiesznie. Jakaś niewiasta o włosach w brąz kręciła się koło mnie. Po jakimś czasie zerknąłem sobie za się i … jaka siurpryza! Osłupiłem się lekko, bo okazało się, że i my wcale nie taką małą przewagę mamy nad resztą stawki. To sobie kontynuujemy jazdę we dwójkę. Dziwne, nie konwersujemy ze sobą.

Raz ona pierwsza z metr przede mną, a raz ja za nią niebezpiecznie daleko z tyłu.

Postanowiłem zrobić z tym porządek i pokazać dziewczynie kto będzie pierwszy z naszej dwójki. Komu medal na szyi zawiśnie. Pokręciłem szybciej nóżkami i dziewczę odsadzone. W pewnym momencie stwierdziłem, że poczytam sobie. Zatrzymałem rower i wyjąłem książkę. Rywalka mnie mija, ale deliberuję sam ze sobą, że jeszcze mam czas. Na (nie)szczęście książka mi jakoś nie wchodzi. Nie wiem, nie mogłem się skupić. A może lektura nie warta mojej atencji była. Nie ważne to.

Postanowiłem ruszyć w dalszą trasę. I znowu szybko dojechałem do tej dziewczyny. Stwierdziłem, że do rodziców wpadnę na chwilę i później dokończę wyścig. Nagle znalazłem się w Białymstoku. U mamy i papy też szybko skonstatowałem, że chyba czas zakończyć herbatkę i ruszyć po medal. Ale! Nie chciało mi się, LENISTWO, iść do piwnicy po rower, więc postanowiłem, że … przebiegnę resztę trasy. No to lecę. Dość szybko dotarło do mnie, że przecie to wyścig rowerowy i jak wpadnę tam biegiem, to nie dostanę medalu. No bo z jakiej racji? A w konkurencji biegowej nie mam szans, bo sami jacyś … no bo nie (nie będę się w analizy wdawać). Szybko zawróciłem pod blok. Okazało się, że kluczy ani do piwnicy, ani do domu nie mam. Wołam, dzwonię domofonem, żeby mi klucze rzucili. Jak tak wołałem, jak tak dzwoniłem, to zaczynało do mnie trafiać, że JA JUŻ NIE MAM SZANS na żaden medal! Przecie muszę dojechać na trasę do tego punktu, w którym skończyłem. A jak ja tam się znajdę, to już, nie tylko ta brunetka, ale i wszyscy inni uczestnicy skończą zwody.

I tak właśnie przez własną głupotę nie zdobyłem medalu olimpijskiego. Bummer. I renta sportowa by była. Eh.

Dziwne mam te sny ostatnio. Całkiem (nie)realistyczne i (nie)prawdopodobne.

 

malowany dzbanku

wpis miał nosić inny tytuł, ale wczoraj jechałem rowerem i jakiś koleś zrobił na ścieżce rowerowej taką głupotę, że aż pomyślałem – co za dzban!

Automatycznie w mojej głowie pojawiła mi się piosenka pani Heleny Vondrackovej pt. Malowany Dzbanku. I od wczoraj do dziś sobie nucę! Natrętne to. Co chwila podśpiewuję malowany dzbanku, znasz ten czas, dobrze znasz ten czas. Pomocy!

Ikrzyska Olympijskie się zaczęły. No jakoś te zawody od pewnego czasu mnie ni ziębią, ni grzeją. Chyba z naciskiem na „nie grzeją”. Chyba od imprezy w Londynie, kiedy to nasza Isia Radwańska otrzymała ode mnie przydomek DNS (Definitywnie Niech Spier…ala). No wyszła na kort i pomachała sobie rakietką bez entuzjazmu, chęci, zaangażowania. Teraz w Tokyo to też jakiś kabaret w damskim tenisie. Nawet komentator Eurosportu pan Karol Stopa powiedział na wizji o tenisistkach, że „chuja kładą” [sic!]. Były również i inne niecenzuralne słowa. Pan redaktor nie zauważył, że ma mikrofon wciąż włączony.

Igrzyska mnie nie grzeją. Ale jest jeden wyjątek – kolarstwo górskie kobiet. Jestem pełen podziwu dla dziewczyn! Pamiętam jak 5 lat temu kibicowałem Mai Włoszczowskiej. Była blisko złota, ale skończyło się na srebrze. Trasa była jakaś taka płaska, ale mimo to piękny wynik osiągnęła. Teraz pani Maja startowała z dalszej pozycji. Jakaś konkurentka na sam przód wjechała jej w rower i musiała się wypiąć z pedałów i przez to straciła cenne sekundy. A jak się jest na końcu stawki, to niestety błoto się wkrada do przerzutek i nie ma tego efektu już. Ale 20 miejsce to i tak super wynik. Piękna kariera Mai Włoszczowskiej.

Także wczoraj oglądałem i byłem pełen szacunku dla dziewczyn. Trasa była jakaś kosmiczna. Lasy, górki, kamienie. Ponoć padało i było mokro, niebezpiecznie. Jak zobaczyłem, jak jedna z drugą skacze z kamienia, albo po kamieniu, w dół leci, prawie na twarz, to łapałem się za głowę. Drobne dziewczynki, rower tak prawie wielki jak mój. Szacunek! Zobaczę na weekend w Borach Tucholskich czy mój też tak umie skakać. Widziałem dwie dziewczyny, które zeszły z trasy. Japonkę zdejmowali z roweru. Cała w drgawkach była. A druga siedziała przy banerach i płakała. No weź tak jedź przez około 80 minut. Ja, jak po Wawrze lecę z 50 minut, to mam serdecznie dosyć, ale pyś się cieszy. Rower jest fajny. Sport jest ok.

Jeszcze a propos zawodów w Tokio, to donoszę, że trzymam kciuki za Zosię Klepacką. Poznałem ją kiedyś i miałem okazję porozmawiać. Bardzo fajna dziewczyna.

Kilka lat temu robiliśmy cykl spotkań z klientami. Bohaterką była właśnie Zosia. Na jednym ze spotkań okazało się, że wśród naszych zaproszonych gości-klientów jest inny zdobywca brązowego medalu w Rzymie w 1960 roku w kajakach, pan Władysław Zieliński. Zaprosiliśmy pana na przód i razem z Zosią opowiadali jakie to uczucie być na Igrzyskach i reprezentować ojczyznę. Szkoda, że Isia “DNS” Radwańska nie miała takiego podejścia do tematu.

Zosiu, życzę medalu!

Wpis miał nosić tytuł inny.

Dziś w Radio 3-5-7 pan powiedział, że w sumie żadnego wielkiego święta dziś nie ma. Ale drugi redaktor dorzucił – dziś tylko obchodzimy Dzień Kultu Masy Mięśniowej.

Heh. Masa mięśniowa. Hm, ponoć jest coś takiego. Ja u siebie nie zauważyłem. Ja mam ewentualnie mięsień piwny, bo jedyny siłowy sport, który ostatnio uprawiam to podnoszenie kufla piwa. No bo od roweru i biegania, to jakie to mięśnie? Łydka się ewentualnie wyrzeźbi. Ale to i tak trzeba zasuwać jak Maja Włoszczowska.

Nie informowałem wszem i wobec, ale zapisałem się w pracy na kartę MultiSport Premium. Mogę teraz mieć zniżkę na kometkę. Jak chodziliśmy, to pani zawsze pytała, czy mamy taką kartę, bo zniżka 15 zł jest. Nie mieliśmy. Teraz mamy, ale na bada już nie chodzimy.

W 2010 roku zapisałem się do Zdrofitu nieopodal. Obiecywali, że ktoś się mną zajmie i powie mi co i jak. Hm, po dwóch miesiącach podszedł do mnie chłopak i powiedział – źle pan to robi. Po trzech miesiącach siłki postanowiłem rzucić to, bo nastało lato i spróbować na zewnątrz. Mój trening wyglądał wtedy tak: godzina biegania na bieżni i pół godziny testowania wszystkich urządzeń. Dobrze mi się biegało. Bez problemu. Stwierdziłem więc, że po co płacić, skoro na podwórku mogę za darmo biegać. Mam już wprawę. Pamiętam pierwszy raz na dworze. Po 200 metrach myślałem, że płuca wypluję, umrę i kląłem pomysł biegania po podwórku. Ale później jakoś organizm się przyzwyczaił i teraz biegam 10 km bez problemu.

Poznałem ostatnio somsiada. Zaczął w okolicach French Open (przełom maja i czerwca) przychodzić do lokalnego baru. Sądząc po stroju i kasku i fakcie, że parkował rower przy wejściu, to widać było, że lubi dwa kółka. Po szybkim poznaniu się postanowiliśmy razem rowerować. Na siłownię też chodzi, czyli somsiad sportowiec. Opowiedziałem mu o swoich przygodach w Zdrofit (do którego i on chodzi) i o chęci powrotu. Obiecał, że pomoże, pokaże, doradzi. Także czekam na kartę. Ma niby być lada dzień i od 15 sierpnia mogę ją walidować.

Dzień Kultu Masy Mięśniowej, heh! Dobrego dnia wszystkim zatem. Kulturujmy się! Mięśniujmy się! Kultywatory Masy Mięśniowej wszystkich krajów, łączcie się!

 

Hej! Jen mi dudačku hrej…

madonna może sobie śpiewać

Bitch, i’m madonna.

 

Ja niestety ani królową, ani królem popu nie jestem.

Niefortunnie się do selfie ustawiłem i wyszło, co wyszło.

 

 

Dziwka jakaś, bitch! Wyjaśniam, że dziś pojechałem na grzyby. Przejeżdżałem przez ulice i Praw-dziwka, i Muchomora.

Wczoraj pyszności jadłem u Słodkokwaśnej. Pastrami kanapka (mlaaaaaask) oraz karaś smażony (nacięty, żeby się małe ości wysmażyły. Było mniam).

 

Do tego Alcorythm, żeby dziś było cacy (polecam serdecznie ten napój). I do tego pani Słodkokwaśnej narobiła kapusty kiszonej (z octem). Nawet słoik do domu dostałem, ale już dziś zrobiło się pół słoika. Chyba dzieci zjadły.

Polecamy ze Słodkokwaśną film na Netflixie – White Boy Rick. Z Matfiu Makonahy (nie pamiętam jak się on pisze. Matthew McConagh… no nie wiem). Film jest o najmłodszym informatorze FBI. Zwerbowali chłopca jak miał … 14 lat. Detroit w 1985 roku wyglądało koszmarnie. Bałbym się tam mieszkać. Bardzo fajna kreacja młodej, brytyjskiej aktorki, która zagrała ćpunkę, siostrę młodego informatora.

Widziałem też Trailer Park Boys/Chłopaki z Baraków. Nie wierzyłem co ja paczę! Absurdalne, durne, ale … wciągające.

 

W sobotę poszedłem dookoła Jeziorka Czerniakowskiego. Lubię tam spacerować. Za każdym razem coś nowego odkryję. Zauważam, że pandemia spowodowała, że ludzie gromadnie spacerują tam. Nie ma galerii handlowych, to trzeba coś robić. Wcześniej na moich spacerach mijałem z jedną, dwie osoby. Teraz co chwila dzień dobry mówię.

 

Dziś pyszny rower. Pogoda akuratna. Niestety na mojej trasie od groma pieszych. Wcześniej spotykałem jeden rower i jednego człowieka. Teraz za bardzo nie było okazji, żeby się do 20 km/h się rozpędzić. Także drzewa były mijane bezpiecznie.

Muszę się przyznać, że wykorzystałem dziś dzieci Państwa z Europy na K. Wiedziałem, że Pan z Europy na K. pojechał na włości, więc dzwonię do szanownej małżonki. Okazało się, że jednak z nim się włości. To do dzieci dzwonię. Najpierw do mojego BFF-a. Oczywiście nie odbiera, bo pewnie nie słyszy. Na szczęście starsze dziecię odebrało i się umówiłem. W oponki chciałem dmuchnąć, bo Pan z Europy na K. ma taką sprytną pompkę. Podbijam do dzieci i mówię, że trzeba nadmuchać koła do 3,5 atmosfer. I tak żartem mówię do Bąbelka, żeby brał się za robotę. I co ja paczę!? Młody zaczyna mi wentyle odkręcać. Niestety trochę ciężka robota, bo sporo powietrza uszło, zanim mój BFF założył końcówkę pompki. Licznik pokazywał 2 atmosfery (nie wiem w jakiej jednostce pokazuje). Na szczęście siostra Bąbelka włączyła się do akcji i koło nadmuchane. Poprosiłem o kawę i młody zajął się ekspresem. A często bywało tak, że jak Pan z Europy na K. pytał się, czy chcę kawę, to mówił – to se zrób.

Piję sobie i konwersuję ze starszym dzieciem i oczywiście, jak zawsze, kawę wylałem. Pewnie pytacie się, czy zmyłem podłogę? Ha, nie!

Dobre są te dzieci. Takie pomocne. Może trzeba sobie załatwić jakieś? Ponoć w kapuście można znaleźć. Przejeżdżałem dziś koło pola kapusty. Nie było.

 

Nienawidzę prasować, to miałyby co robić. Toaletę bym nauczył sprzątać. Jak kamień z kabiny prysznicowej usunąć. I takie tam inne. Dobrze by było, gdyby miały 18 lat, to po fajki i po bronksa mogłyby same pójść. A jak byłyby młodsze i miało przynajmniej z metr 20, to do lodówki mogłoby sięgać, po piwo. Sama wygoda i korzyść te dzieci. Ooooo, i przecie 500+ dają!

 

zły w oczach

To był bardzo wzruszający, emocjonalny weekend! Łzy w oczach miałem.

Przede wszystkim pogoda nie była taka ostatnia.

Zaczęło się w sobotę. Iga Świątek podbiła Paryż. Mistrzyni turnieju Wielkoszlemowego French Open/Roland Garros.

Jeździłem sobie dookoła Lasu Kabackiego.

Polecam tę ścieżkę. Można w kilku miejscach wyrżnąć w drzewo. Taki slalom gigant. Ale kask na głowie, pyś się cieszy i jazda. Zjechałem do baru koło 15.30 i co ja patrzę! Nasza Iga wygrywa 3-0. Zamówiłem grilla, piwo, skorzystałem z toalety i siadam. Oj! 3-3. Chyba pecha przyniosłem naszej. Ale oglądam. Piękny pierwszy set. Jak ona gra! Drugi set to chyba już kontuzja albo zdeprymowanie przeciwniczki. Co prawda na początku drugiej partii Amerykanka urodzona w Moskwie przełamała Igę, ale kolejnych 6 gemów padło łupem Polki. Ależ dziewczyna gra odważnie. Nie boi się. Zmienia tempo. Ręce same zaczynały bić brawo. Po ostatniej piłce łzy mi napłynęły do oczu.

Szkoda, że Radwańska nie wygrała takiego turnieju. Ale cóż, ona nie miała nigdy siły. Technicznie była genialna. Potrafiła taktycznie dobić przeciwniczki. Tylko jak się nie ma siły, to łatwiej dobiec do piłki. Poza tym trafiła na generację bum-bum, czyli Siostry Williams, Azarenka i Szarapowa. I też chyba niefortunnie się stało, że została przy tym swoim trenerze Wiktorowskim. Ale nie ma co gdybać. Radwańska rozsławiła Polskę. Szkoda, że olała totalnie reprezentowanie kraju podczas Igrzysk w Londynie i Pucharu Davisa. Ale nazwisko w świat poszło. Na US Open 2009 roku zamawiając picie i jedzenie pan zapytał skąd jesteśmy. I jak usłyszał Poland, to od razu skumał Radwańska.

Mam nadzieję, że teraz Iga będzie taką samą ambasadorką. Fajnie! Do przodu, po swoje! 19 lat i taki sukces.

Wzruszające również były gratulacje od legend tenisa, od Naomi Osaki (mistrzyni US Open 2020, była numer 1), od męskiego numeru 1 Novaka Djo-covida, od Lewego, od Radwańskiej.

Wiem, że może nie wszyscy się interesują tenisem, ale trzeba zaznaczyć, że to co zrobiła Iga Świątek jest wyjątkowe.

– jest najmłodszą zwyciężczynią turnieju od 1992 roku (Monika Seles była ciut młodsza, a jakie osiągnięcia ma pani Seles każdy wie)

– jedyna nastolatka od 1997, która wygrała ten turniej

– jest najniżej notowaną zawodniczką, która wygrała turniej od czasów wprowadzenia oficjalnego rankingu (1975)

– wygrała turniej bez straty seta (kilku osobom to też się udało. Rafa Nadal zrobił to wczoraj po raz 3 lub 4)

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w całym meczu więcej niż 5 gemów z naszą Igą

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w secie więcej niż 4 gemy

– tylko dwie przeciwniczki (na 7) zdołały uniknąć wyniku 6-1 w secie.

– jest pierwszą Polką, która zdobyła tytuł wielkoszlemowy w singlu (wśród Polek i Polaków)

I tak w ogóle, to miło się jej słucha po angielsku. Nie dość, że fajny akcent, to jak na 19 lat, mądrze mówi. Jest skromność i ta dziewczęcość. Brawo Iga!

 

W sobotę wieczór zostałem zaproszony do Słodkokwaśnej. Żeberka i tatar. Uf, prosto, nie trzeba było stać przy garach za bardzo. Ale jak zwykle, dań wyjechał na stół koło północy. Do dziś boję się na wagę stanąć. Całą niedzielę pościłem. Dopiero koło 20 poszedłem na pizzę do Segmentu. Robert akurat coś eksperymentował przy plackach i postawił mi na stole … gwiazdę.

Popróbowaliśmy i stwierdziliśmy, że chyba nie. To nie jest dobry czas na takie wypieki. Choć te rożki wypełnione słonym serem fajne. Zamówiłem sobie pizzę z serii „Wiesz co, zjadłbym pizzę, ale nie wiem jaką”. I super w Segmencie jest to, że właściciel już wie, jak mi dogodzić. Jego drugi pizzer też jest kreatywny, ale jemu trzeba podpowiedzieć z czym ta pizza miałaby być lub nie. W sumie sytuacja jest win-win. Bo ja smacznie się najadam, a oni eksperymentują. I tym razem zjadłem nowość, która się pokaże za niedługo w menu. Mniam i mlask!

Na koniec pan właściciel podsunął mi talerzyk z rybkami. Czy znam – pytał się. Bo brat przywiózł z Białostockiego. No znam – mówię mu – Czasem robię sam. Kolega nie znał. Ale te rybki takie nie w moim smaku. Ciut za słodka zalewa. Kolega też chyba fanem nie został, ale wszystko ze słoika wyjadł.

Okazało się, że Polska gra. Choć gra to może za dużo powiedziane. Przynajmniej wyglądali lepiej niż w meczu z Holandią. Restauracja Segment jest fanem Legii i polskiej reprezentacji. I to tyle w temacie futbolu.

Tatar został przyrządzony z mięśnia sercowego. No kawał klocka. 1,8 kg. Po oczyszczeniu już tylko 1,4 kg. Ale 6 zł za kilogram, także żadna strata. Tatar pyszka. Polecamy serdecznie. Bardzo delikatne mięso. Na grubych okach trzeba mielić.

Żeberka takie jakieś ciut przy suche miejscami. Ale lepsze niż te moje z 7 marca.

I polecamy serdecznie alcorythm. Może nie będę mówił do czego to służy, bo wyjdziemy na jakichś alkoholików, ale sprawdzony to produkt. Działa. W niedzielę samopoczucie bardzo dobre. I wydaje mi się, że w sobotę, jakoś ciut po północy, pani Słodkokwaśnej zasugerowała, że mnie do bramki odprowadzi. Zróbcie w końcu ten domofon! Żeby nie trzeba było się fatygować z gośćmi do wyjścia.

 

Także w niedzielę obudziłem się objedzony. Rower był krótki, bo jakoś nie za bardzo było ciepło, jak się pędziło na dwóch kółkach. Ale za to spacer po lesie był jak ukojenie. Jesień polska w połączeniu z promieniami słonecznymi jest bajkowa na łonie natury. Fajne kolory.

To była niedziela jak się zowie.

 

A dziś przeczytałem, że, od wiosny 2021, po 110 latach Czesi przestają produkować Lentilky. Powodem jest zmiana receptury i opakowania – informuje czeska stacja Radiožurnál. Germania będzie teraz to robić. To już nie będzie to samo. Łzy w oczach!

 

j j

Dziś się wietrzyłem na rowerze. Ładna pogoda, trzeba było korzystać. Wczoraj w sumie też jeździłem. Fajnie, w miarę ciepło, ale piździ jak w kieleckiem. Jak jechałem na południe, to 11 kmh na liczniku tylko. Czyli wrażenie, jakby się w miejscu stało. Więcej nie dałem rady. Wczoraj był tour de Las Kabacki. Bardzo przyjemna pętelka, bo nie wieje i fajnie się śmiga między drzewami. A dziś pojechałem wzdłuż Wisły. Przed Mostem Północnym zawróciłem, bo rurociąg leżał. Oczyszczalnia ścieków Czajka. Zawróciłem i do domu pognałem już przez Nowe i Stare Miasto. Przy Łazienkach na Ujazdowskich zauważyłem piorun i zachmurzenie. Chyba tak szybko nie pędziłem przez miasto. Kompletnie nie widziało mi się pedałowanie w deszczu. Prawie bym zdążył. Ale na Stegnach wsiadłem już w autobus, bo zaczęło kapać dużymi kroplami. Taka to dziś przygoda była.

A zdjęć sobie przy okazji porobiłem. Widzę, że za każdym razem jak jestem na Starówce, to ludzi coraz więcej. Kiedyś w słoneczną pogodę w czerwcu było pusto. Jakby miasto wymarło. A teraz? Ludzi sporo.

Wczoraj bawiłem się u Arka-Zegarka. Ledwom się dodzwonił. Powiedziałem koledze, że albo zmieni imię, albo ja go muszę przechrzcić w swoim telefonie. Ta durna Siri nie potrafi wybrać numeru.

– hey Siri, call Arek G….

– Irek?

– no. Arek

– Jarek

– no you stupid, call Arek G….

– calling Daniel G…. (brat Arka-Zegarka)

– no. A-R-E-K

– REK?

Cierpliwość się skończyła. Umyłem ręce i zeskanowałem twarz. W kuchni akurat pracowałem i kończyny górne były w użyciu, także sterowanie głosem byłoby wybawieniem. Ale nie było.

Się szczęśliwie umówiliśmy i spotkaliśmy. Kolega zaproponował babkę ziemniaczaną, a ja boczek. Chyba Arkadiusz krokodyle łzy wylewał nad tarkowanymi bramborami, bo się okazało, że dwie blachy w piach! Jedna z cebulką, druga z boczkiem. Przesolone jak cholera. Mam wrażenie, że na kilo ziemniaków poszło kilo soli. Arek się załamał. Mówił, że pierwszy raz coś mu się tak przesoliło. Żona Urszula powiedziała, że z kapustą kiszoną i śmietaną to nawet nawet. Hmmm, kapusta kiszona? Wiadomo w naszym wieku kiszone dobre na jelita. Albo koleżanka … Choć nie słyszałem, żeby o kolejnym dziecku mówili. Czyli jednak konsumuje kapustę dla lepszej perystaltyki jelit i odporności. Jesień nadeszła. Wirusy szaleją. Trzeba się bronić i chronić.

I tak sobie siedzieliśmy. Do picia zaproponowałem rum z kolą, sokiem pomarańczowym i sokiem ananasowym. Zgodnie stwierdziliśmy, że z tym ostatnim smakowało nam najlepiej. Mlask.

A boczuś? No cóż, prosta klasyka. Kilo boczku, łyżeczka soli, pół łyżeczki cukru. Smarujemy skórę i do pieca. Na spód wkładamy blachę z wodą. Nad nią ruszt z boczkiem (skórą do góry). 180 stopni i 60 minut. Góra-dół, bez turboobiegu. Później jeszcze 15 min grzałka z góry i jest! Chrupiący boczek. Dzięki Słodkokwaśna za przepis.

Wybiliśmy z głowy małżonki programy typu Twoja Twarz Brzmi Znajomo i posłuchaliśmy radia Nowy Świat. Dużo JJ w ciągu jednej godziny leciało.

JJ? Oh, pamiętny road trip na West Coast z Państwem z Europy na K. Vegas, Wielki Kanion, Park Joshua Tree, San Diego, LA, zachód słońca w Malibu, Santa Barbara, Mojave, Vegas. Eh! W Las Vegas oczywiście wiadomo co było grane. W naszym hotelowym kasynie MGM Grand troszkę kasy puściliśmy. Ale później się przenieśliśmy do innego domu hazardu. Ja w kieszeni miałem tylko 100$, ale później los się uśmiechnął i zrobiło się 1 000. Black Jack. Przy stole siedziała para i koleś z Serbii albo z jakiegoś innego kraju post-Jugosłowiańskiego. Dziewczyna jak usłyszała, że my Polacy to zaczęła zachwyt.

– ojej. Ja jestem pół-Polką! Mój tato jest Polakiem

– a znasz Polski?

– nie.

– a tato gdzie się urodził?

– tu. Jestem Kate Kabanoski, z Orange County. A to mój chłopak JJ (czytaj: dżej dżej)

– ssup! – przywitał się JJ. Oczywiście stylówkę miał odpowiednią do inicjałów.

 

I gra się jakoś wesoło kręciła. Jak się każdy z nas dorobił, to nam stół zamknęli.

Poszliśmy z Panem z Europy na K. do knajpy/kasyna (tam wszystko ma kasyno. Nawet na lotnisku) Hooters. Eh, to już nie to samo. Z opowieści słyszeliśmy, że kelnerki powinny być inaczej ubrane. Niestety nie były eksponowane hooters.

Później wylądowaliśmy w innym kasynie i z tego 1 000$ zrobiło się dużo mniej. Dużo, dużo mniej. Miałem o 6 rano tyle w kieszeni, że w sumie, to nic nie mogłem za to kupić.

Cóż, raz się żyje. Do Vegas już nie wrócę. A przynajmniej do kasyn w Vegas. Śmierdzi i jest jakoś … smutno. Ludzie żyją nadzieją, że za chwilę wygrają milion. Złudna to nadzieja.

Co do JJ. To właśnie w radio grali pewną panią. Mówię do znajomych, że chyba rocznica śmierci była jej. I że któryś z tych dwóch jakoś niedawno obchodził też rocznicę zejścia. I faktycznie, wiki pokazała, że 4 października mija 50 lat od śmierci Janis Jolin. Parę tygodni wcześniej, 18 września, Jimmy Hendrix się pożegnał. A 3 lipca już 1971 roku – Jim Morrison. Wielka Trójka dołączyła do Klubu 27 w ciągu niecałego roku. Smutny czas.

Oh Lord, won’t you buy me a color TV?

Arek się wczoraj mnie pytał, czy nie chciałbym kupić telewizora. Nie, po co?

teatrzyk zielona gęś przedstawia

 

 

Ruciane-Nida i okolice.

Przygotowałem się na wyjazd. Poszperałem w necie „miejsca, które warto zobaczyć”. I cóż, czar prysł. Jakaś wieża ciśnień po prostu została minięta. Cel jest po prawej stronie – powiedziała pani z map. Wyłuszczarnia Nasion też blado wygląda. Ale co na mnie zrobiło wrażenie – lasy, natura oraz Prawosławny Klasztor Staroobrzędowy.

Będąc w okolicy zajechałem również do Leśniczówki Pranie, w którym przebywał Konstanty Ildefons Gałczyński. Jedno co mnie uderzyło, to to, że pan zmarł w wieku 48 lat, a wyglądał na duuuuużo więcej. I w ogóle tak mi się wydaje, że kiedyś ludzie wyglądali poważniej na swój wiek, niż teraz. Photoshop? Kult młodości? Edyta Górniak zbliżająca się do 50 wygląda czasem jak swoja córka (której nie ma).

Skansen nawet wart był odwiedzenia. W jednym z pomieszczeń odtworzono warszawski pokój mistrza.

Pedałując po okolicy postanowiłem obfotografować miejsca, które … mijam. Wojnowski Festiwal Fotografii mnie zaciekawił. Foty różne, o różnej tematyce, stylistyce. Najbardziej ujął mnie street photo oraz obrzędy i zwyczaje, czyli śluby, komunie i tym podobne.

W Klasztorze akurat przebywała germańska wycieczka rowerowa, także nie dane było mi zrozumieć co pan mówił. Przewodnik dodatkowo zasłaniał, także przepraszam za kadry. Miejsce interesujące.

No i chyba czas na ten spływ po Krutyni. Bom stojąc na mostku widział przepływających.

Ale dziś jeszcze Mrągowo. Rybki muszę zamówić. Węgorz wędzony i coś jeszcze wybiorę. I na obiad do znajomych do Maradek, do „Słomy z butów”. Wieczorem chyba do Państwa z Krzyży chyba zajrzę, bo mieliśmy do pysznej restauracji w Rucianym-Nida na kolację pójść.

 

mój jest ten kawałek podłogi

Uwaga, wpis jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia. Będą wulgaryzmy.

 

 

Ten tydzień zaczął się chujowo. Bo napisać, że zaczął się źle, to tak jakby nic nie napisać. Przed 10 rano byłem już wkurwiony.

A przecie od piątku mam wolne! Cały ten tydzień. Powinno być radośnie, beztrosko, szczęśliwie.

Od rana zaczęła koleżanka z Krakowa wydzwaniać. Przez ostatnie dwa tygodnie, to ja ją poszukiwałem, żeby zrobić jej służbowo dobrze. A koleżanka telefonu najpierw nie odbierała, a później stugębna plotka doniosła, że na urlopie była (szkoda, że asystenta nie ustawiła sobie w outlooku).

Jak każdy wie, jam jest po mat-fizie i bardzo sobie cenię równania, a szczególnie takie jedno:

Urlop = nie praca

Także nie wiem czego chciała koleżanka. Nie interesuje mnie to do następnego poniedziałku. Telefonu nie odebrałem, nie oddzwoniłem.

Ale to nie ten epizod był przyczyną mojego uniesienia, wzburzenia.

Wstaję z łóżka i postanawiam zrobić śniadanie. Jako że ostatnie dwa dni Polska świętowała, to w mojej lodówce tylko światło jest. A jak wiemy powietrze i światło nie leży w moim porannym menu. Pierogów z truskawkami sobie narobię. Od czegoś się ma ten zamrażalnik – pomyślałem.

Jak już wypłynęły na wierzch, to sięgnąłem do suszarki po szpachelkę do wyławiania rzeczy z garów. Przy okazji postanowiłem chwycić talerz, co by dwa razy do suszarki nie sięgać. Obok sztućców suszyła się pękata butelka. Wczoraj stwierdziłem, że zachowam ją, bo taka fajna, pękata jest. Przydasie taki. Generalnie butelek i słoików nie zbieram. Teraz postanowiłem zrobić wyjątek. Pół dnia wczoraj moczyłem, żeby odkleić łatwo etykietę. Wieczorkiem wyszorowałem i nieobetykietykowaną włożyłem do suszarki.

Pech chciał, że jak wyciągałem szpachelkę, to zaczepiła się butelka. Talerz poszedł w kawałki. Taki wyglądający jak slajs pizzy kawałek został mi tylko w ręku. Reszta wleciała do zlewu. Butelka uderzając o talerz zmieniła trajektorię lotu ze zlewu na podłogę. Jakoś się nie martwiłem tym, że butelka się rozbije, tylko taka to by ironia losu była. Człowiek chciał, zadbał i nic z tego. Kiedyś jak moździerz uciekał z najwyższej półki, to w płacz wpadłem. Moja podłoga! Moja podłoga – tak wołałem. Okazało się, że mojego gresu nie da się pobić. Moździerz pękł na pół. Teraz zginam się, żeby pozbierać większe kawałki i patrzę, że w ręku mam kawałek podłogi! O nie! Pani w radio mówi – do 10 zostały 3 minuty. A ja już wkurwiony. Załamałem się, bo przecie ostatnie płyty gresowe poszły na renowację łazienki w roku ubiegłym. Przecie Pan z Europy na K. oddał mi dwie wyglądające-jak-moje płyty. Ale szybko się uspokoiłem. Stwierdziłem, że najwyżej będzie inny kolor. Wzorek sobie taki zrobię na podłodze. Nie musi być idealnie. To nie muzeum, to chata, w której mieszkają ludzie. Ale na nowo niepokój nadszedł. Przecie teraz weź szukaj fachowca na taką pierdułkę? Pewnie trzysta się należeć będzie. Postanowiłem po chwili pojechać do sklepu i kupić taśmę malarską i coś do szpachlowania dziur. Jak wyschnie to się pomaluje na szaro (i będzie licować z resztą podłogi. Czyli byłoby idealnie) albo białe będzie (najwyżej będzie konweniować z kolorem mebli. Czyli nie tak najgorzej).

Wyskakuję na rower i mnie olśniewa, że maseczka, którą sobie tak pieczołowicie przygotowywałem do zabrania została na stole. Kolejny kamyczek do mojego porannego wkurwu. Ale przypomniałem sobie, że nieopodal pani się chwali w jakimś tekstylnym sklepie napisem – Maseczki bawełniane 10 zł. I tak miałem zamiar kupić sobie drugą, bo jedna, to jednak za mało. Fajna jest, ale niestety sznurki są sznurkami, a nie gumkami i się jakoś dziwnie zakłada. No nic, przyjdzie się przyzwyczaić.

 

Przy okazji postanowiłem oddać rower do serwisu. Byłem już w 4 lokalach zajmujących się dwoma kółkami i każdy prychał, że chyba z choinki się urwałem. Mój dziadek z osiedla rzekł:

Panie, przyjdziesz pan za tydzień, to Cię dopiero do kolejki zapiszę.

Ten nad Wisłą (no nie lubię go. Jakiś taki niesympatyczny jest. Taka srala-mądrala), mi mówi, że jak w piątek dam, to może na wtorek lub środę będzie.

A jeszcze w takim jednym na osiedlu, chłopiec mnie zgrzał, bo srala-mądrala jeszcze większa.

– czy jeździ pan na jednym, czy na dwóch, czy na trzech łańcuchach? – pyta

– nie rozumiem pytania. Na tym łańcuchu jeżdżę – mówię

– jak jeździe pan na dwóch lub trzech, to łańcuch jest szybko do wymiany i kasetka też

– kasetka i łańcuch są nowe. Ile kosztuje zwykły przegląd roweru? Podejrzewam, że nic nie dzieję się z nim, trzeba go tylko przesmarować

– 130 plus mycie, bo widzę, że brudny. Mycie 40. No i ewentualnie koszt części

– dziękuję, do widzenia

A niech se głupszego od siebie szukają. Plus u nich był taki, że zrobiliby z dnia na dzień.

Dziś mijałem jeszcze jeden warsztat (koło siedziby TVN) i jak kończyłem pytanie o ewentualny przegląd, to sam parskałem śmiechem, niedowierzając, że ktoś jest w stanie mi to zrobić „od ręki”.

Ale. Bo zawsze jest jakieś „ale”. Wczoraj rozmawiałem ze znajomym. Też rowerzysta. I podpowiedział mi dwa adresy. Dolna i Belwederska (coś koło 20 minut na nogach od domu. Czyli rzut beretem). Ten drugi serwis od razu odradził. Ale na Dolnej poleca. Właśnie! Przecie jak ja nieswoje dzieci ze szkoły odbierałem, to przecie mijaliśmy ten serwis. Czemu mi do głowy on nie przyszedł wcześniej. Dzwonię i się umawiam szczęśliwy, bo mają czas i możliwości. Pan nawet obiecywał, że dziś zrobią. I zrobili. Super.

A ten przegląd to gapa jestem. Miałem zrobić przed moimi wczasami, ale zawsze coś. Mam jeszcze czas – mówiłem sobie. Ale jak zacząłem szukać tydzień temu, to mina mi zrzedła szybko.

Także rower załatwiony. Podłogę jutro sobie zaszpachluje. Urlop pełna parą czas zacząć.

A propos wolnego czasu. Rozmawiałem z Ulą z NJ. I ta mi mówi, że mogę sobie czasoprzestrzeń zrobić, bo mam podarowany czas. Brakowało mi tylko przestrzeń zdobyć. Ręce rozłóż – mówi mądrze koleżanka. To teraz mam space-time continuum! Yay!

królowa i król

dzisiejsza data jest znamienna w historii muzyki. 16 sierpnia 1958 roku na świat przyszła Królowa. 16 sierpnia 1977 roku ze świata żywych odszedł Król. Choć tak naprawdę to nie wiadomo. Wielu go widziało później.

Byłem w Graceland w ubiegłym roku i byłem pod olbrzymim wrażeniem posiadłości Króla.

Widziałem Królową na żywo w sierpniu 2009 roku i byłem olbrzymie rozczarowany. Ale wielkim fanem byłem. Teraz raczej z przyzwoitości zerknę, co ta pani nagrywa. Ale niestety bez szału.

Fanem Króla nie byłem nigdy, ale jak słyszę w radio, to doceniam.

W 1992 roku usłyszałem „Fever” w wykonaniu Królowej. Stwierdziłem, że beznadziejna piosenka. Później usłyszałem tę gorączkę w innej wersji i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to jest cover. Król też to śpiewał. I czyja wersja fajniejsza?

 

 

 

 

Przejechałem się po mieście. Jakoś nie ciągnęło mnie do lasu i w krzaki. Po mieście chciałem pośmigać. Kilka zdjęć wykonałem. Fajne miasto latem.

 

czerwony m

Nie, ja nie o tym, że jakiś komuch jestem. Wczoraj Maciuś zrobił bardzo durną rzecz. Jak zwykle z resztą. Znowu mi się na opalanie wzięło. Zajechałem na plażę nadwiślańską i się kąpałem w słońcu. Cały czas patrzyłem na się i twierdziłem, że nic mnie nie bierze. No do czasu. W domu zaczęło piec. Patrzę w lustro i widzę Red Devil’a.

Na szczęście po ubiegłorocznych smażeniach kupiłem sobie spray na oparzenia. To się posmarowałem. Dziś coś tak lekko poszczypuje. Boczek mnie najbardziej boli. Nauczyłem się, że lepiej się nie opalać w okularach przeciwsłonecznych.

Wczoraj poleciałem do Segmentu na mecz. Byłem pewien, że Bayern rozjedzie Barcę 7-1. No pomyliłem się. Nie jestem fanem germańskiego sportu, ale Messiego i Barcy organicznie nie znoszę. Przed meczem przeszła po chodniku demonstracja. Ciut za restauracją jest ambasada Białorusi. Już w czwartek widziałem, że policja pilnuje. Brama i płot była pomazana na czerwono. Wczoraj strasznie dużo ludzi szło. Z kilka dobrych minut. Kierowcy przejeżdżający obok dodatkowo trąbili. Także wyglądało to tak, jakby Legia wygrała czy coś (wygrała. Zdemolowała Bełchatów w 1/32 Pucharu Polski).

Po proteście część ludzi siadła na pizzę i piwo. Z jakąś panią zagadałem, какая ситуация в Беларуси? Лукашенко еще президент или нет? No pani zaczęła lamentować, że rodzina tam, że internet i telefony wyłączyli, że nie wie co z nimi, że pałkami milicja gwałci. Pochwaliła społeczeństwo białoruskie. Że nie wandalizują, że nie niszczą mienia. Nic z tych rzeczy, są pokojowi. Nie to co Ukraina. No pani być może nie zna pokojowych protestów w USA po zabójstwie pana Floyda. Tam szabrownictwo i demolka szła pełną para.

Pani zrozpaczona prosiła o pomoc Polaków i Unii Europejskiej, bo sami nie dadzą rady. No ma rację. Wydaje mi się, że tym razem nastąpi koniec rządów Łukaszenki. Nie zdziwię się, jak jego lud go przepędzi, albo zgotuje mu ten sam los co Rumuni pewnej rodzinie. No i pani dodała, że Putin to taki sam … jak Łukaszenka. Ja wtrąciłem jej w zdanie brakujący wyraz na C (ten od skrótu HWDP). My nie chcemy do Putina – zakończyła pani.

No ciekawym jest jak to się jednak potoczy. Ciekawym.

Żar jest w Wawie. Człowiek się gotuje. Odpaliłem rower i sobie kręcę przy rzece. Tu widoczek, tam widoczek. I świat się chyba przekręcił ciut, bo kiedyś zachody słońca na moście Siekierkowskim obserwowałem o 20.30. Teraz biegnę po moście i bęc! 20.13 jest i już po balu. Następnego dnia przyjechałem rowerem. Wpadłem w ostatniej chwili.

Dla jeżdżących po prawej stronie rzeki. Przy tej kładce przy porcie praskim jest leciutka masakra. Jakieś remonty, ale jest już lepiej niż było. Ciekawe co zbudują? Przy Gdańskim też jakieś wykopki.

Dobra, lecę się przesmarować sprayem, bo jak kładę rękę na klatę, to lawa!

Czerwony jak cegła – to już teraz wiem, czemu nie znoszę tej piosenki.

 

tańczę polskie tango

 

Miałem pisać wczoraj. Ale nie udało się bo …

– nie było jakoś czasu

– wpadło mi do głowy „Moje serce to jest muzyk”

 

Przechadzałem się po bazarze i gdzieś usłyszałem Ewę Bem śpiewającą. I przepadłem. Do końca dnia nuciłem sobie

Moje serce to jest muzyk,
Który zwiał z orkiestry,
Bo nie z każdym lubi grać.
Żaden mu maestro nie potrafi rady dać.
Moje serce to jest muzyk improwizujący,
Co ma własny styl i rytm,
Ale gdy gorąco kocha
Wtedy gra jak nikt
.

A mnie się Taco bardzo podoba nowy. Bo tekst ma fajny. Bo dźwięki ma jakieś inne niż normalnie. A rok temu na moim odtwarzaczu często grało „Człowiek z dziurą zamiast krtani”. No płodny artysta.

 

Po tym bazarze tak się przechadzałem szczęśliwy, gdyż z apteki wracałem. Nabyłem opaskę. Koleżanka mnie zainspirowała. Siedzieliśmy ostatnio na dworzu i jej komary nie cięły. Pochwaliła się czerwoną, sprężynkowąopaską wokół kostki. Ale czemu wokół kostki, to szczerze nie wiem. Najważniejsze, że opaska działała! A, w aptece w Best Mall’u kupiłam – poinformowała mnie Ania.

 

I wczoraj byłem w galerii handlowej i zaszedłem do apteki po tran, który się okazał w super cenie promocyjnej. No to skoro taka oszczędność, to pomyślałem, że dam szansę opasce. Pani magister sięga do szafki i widzę, że w ręku ma opaskę, ale … różową. O, nie! – pomyślałem – tylko nie różową. Na szczęście pani miała w garści różne kolory. Padło na niebieską, która będzie podkreślać kolor oczu mych.

Wczoraj był debiut. Siedzę z Agą i z Rafałem u nich na Ursynowie w Coco i mówię, żeby usiąść na zewnątrz. Akurat się stolik zwolnił. O kurczaczki! Latające krwiopijczynie w trymiga nadleciały do nas. Aga na szczęście miała Mugga, a ja założyłem swoje zabezpieczenie. Czy ja wiem? Początek był masakryczny. Nie mogłem się opędzić. Już się wystraszyłem, że jakiś przyciągacz na komary kupiłem, a nie repelent. Ale po chwili się uspokoiło. Także działa.

 

 

 

Wracawszy do domu zauważywszy manifest z administracji. Z pieczątką i podpisem jakiegoś pewnie magistra. Czyli należy się ustosunkować i przestrzegać. Eh. Same „uprzejmie prośby” ze strony tej instytucji.

Dziś nadszedł dzień w kuchni. Pan od mięsa miał w końcu kaczkę. Rozebrał mi ją ładnie. To się teraz maceruje. Jutro pieczenie.

W sklepie zauważyłem ośmiornicę w cenie promocyjnej. To wziąłem. W piątki zazwyczaj jem mięso. Zrobiłem wszystko-co-mam-w-lodówce risotto. Z ośmiornicą w roli głównej. Nawet pyszne. Mięso nie było gumowe. Nieźle.

Ale najważniejszym daniem była premiera w moim wykonaniu – cytrynówka. Kolega mi zdradził przepis. Sprawdzony. Postanowiliśmy zrobić cytrynówka challenge. Zobaczymy. Na razie kumpel z żoną zakończył 10-dniowy detoks i pojechał na wczasy. Ale jak wrócą? To kto wie. Mój napitek będzie na pewno inny, bo użyłem brązowego cukru. I chyba też mniej słodki będzie, bo ten cukier jakiś mniej słodki jest. No zobaczymy. Ciekawskim jest szalenie.

Kto ty jesteś? Polak mały (Polak mały)
Jaki znak twój? Torba z białym (torba z białym)
Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym (na strzeżonym)
W jakim kraju? W tym popierdolonym (uh)
Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu (zamek z piachu)
Czym zdobyta? Propagandą strachu
Czy ją kochasz? Bardzo, mówię szczerze
A w co wierzysz? W nic nie wierzę!

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑