Miesiąc: luty 2021

półwytrawny luty

Miał być Dry February, a wyszedł mi jakiś semi-dry.

Ale rozmawiałem z Panem od Państwa z Europy na K. i ten podtrzymał mnie na duchu, kiedy powiedziałem mu, że pękłem, że nie zrealizowałem postanowienia. W sumie 30 dni suchych można by zrobić w ciągu roku. Po co w ciągu jednego miesiąca? Lubię z mądrymi porozmawiać.

Z kolei inny, zarażony, kolega nie wydał mnie przed Sanepidem, ale postanowiłem sam się zamknąć w domu. Co prawda kontrola do kumpla dzwoniła, ale zadawali niewłaściwe pytania. Poza tym postanowiono skierować trop na ewentualne miejsce zakażenia (komisariat policji). Kolega dzień przed spotkaniem świadczył usługi tamże.

Zacząłem doceniać mój zakupoholizm. Zawsze jak jestem w sklepiku (czy to Lidl, czy to Biedra, czy inne), to coś do koszyka wpadnie. A to jakaś puszka, a to jakiś instant. No różne takie kolorowe, ciekawe, nieznane produkty.

Dodatkowo, niech żyje mój pan rzeźnikmieszek, który albo nie wie co to mało, albo myśli, że ja mam wojsko do wykarmienia. Ostatnio dał mi 3 gnaty. A jeszcze wcześniej jakiś miks mięs wołowych, jak się dowiedział, że będę zupę pichcił.

I teraz to wszystko się opłaciło! Mam jak znalazł. Gotuję sobie, sprzątam, siedzę w domu.

Ale dziś, siódmego dnia, wyszłem se kroków narobić.

Nie będę pisał, co słonko widziało, bo po pierwsze primo – kogo to interesuje, a po drugie primo – nie było dziś za bardzo słonka.

Na koniec mojej piechoty, iścia mego napotkałem dwie dziewoje. Niby nic w tym dziwnego, ale moim oczom ukazał się dziwny widok! Co ta jedna lasunia miała na nogach!?! Portmonetko-buty!?

 

PS. Zdjęcia można wziąć z mego blogu i wrzucić na MordoKsiążkę lub Insta, jeśli ktoś sobie winszuje. W szokum jest! Co za pomysłowe botki. Pewnie jakiś Dobromir je wykonał. Albo sam Adam Słodowy!

 

PS2. W piątek przeżyłem drugi szok (a właściwie pierwszy, bo dziś niedziela)! Rozmawiałem z dawno nierozmawianym Arkiem-Zegarkiem. Powiedziałem mu przy okazji, że Nick Cave wydał ścichapęk płytę. I on, ten mój przyjaciel, największy fan australijskiego artysty, NIE WIEDZIAŁ o tym! Ja mu uprzejmie o tym doniosłem. W zaskoczeniem go wprowadził (czy: w zaskoczenie gom wprowadził?)! W szokum jest!

Dwa szoki w jeden weekend! Szok!

chodzi o benjaminy

Jak powiedział Benjamin Franklin, na tym świecie pewne są tylko … śmierć i podatki.

 

Wszyscy umrzemy, nie ma o czym deliberować. Ale te podatki?

 

chyba pójdę siedzieć.

 

Dziś policzyłem się z fiskusem. Już dawno mówiłem, że każdy grosz wyszarpię od państwa polskiego. Każdą kroplę przelanej krwi rozliczę! I co?

I oddają mi 2034 zł! tak się porachowałem. Oddawać hajs!

Inwestycja w przyszłą emeryturę się opłaca. IKZE warto mieć. Odpis od podatku gwarantowany.

Ale pewnie coś źle policzyłem. Pewnie mnie jakaś pani inspektor prześwietli, naśle kontrol i pójdę siedzieć.

Eh, przysyłajcie mi paczki za kratki.

 

W ten weekend miały być narty. Eh, i po nartach. Nie to, że wiosna przyszła. Pani wiosna zawsze mile widziana. Kwarantannuję się. Izoluję.

Miałem spotkanie we trzech. 5 dni później dwóch uczestników zachorowało na covid-19. U mnie na szczęście antyciała zadziałały, bom zdrów. Nie odczuwam nic.

Ale czytam mądrości i mogę, nie mogę zarażać. Jedna pani doktór grzmi, że normalnie zaraza jestem i należy się mnie wystrzegać. A inny uczony prawi, że nie należy się mnie obawiać. Ponoć to choróbstwo łapiemy tylko od osoby aktywnie chorej. A zaraźliwość chorego największa w 6-7 dniu. To ja już sam nie wiem. Zarażam, czy nie? Postanowiłem posiedzieć w domu. Weekend w 4 ścianach. W sumie to weekend nie wyróżnia się niczym. Dzień jak co dzień. Tylko tyle, że nie muszę komputera służbowego włączać.

Na szczęście narty będą w przyszły, urodzinowy weekend. Chyba postawię na biegówki. Będę jak Justyna Kowalczyk.

 

pasta (nie) basta

kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej!

To robiłem z moją babcią pastę! Nie, stój! To się nie nazywało pasta, ale makaron.

 

Jessu, Cardi B wydała nowy singiel. Up się nazywa piosenka. Porno music powraca. Basta!

 

I u tej babci pamiętam taki wieeeeeeelki stół i ja za nim. Miałem pewnie 3 latka. 3 i pół, bo sięgałem brodą ponad stół. Hm, a może stół nie był taki duży, tylko ja maleńki? Na szczyt kopca z mąki lądowało jajo i się robił taki biały wulkanik i się zaczęło mieszać. Pamiętam, że u babci był taki ręczny mikser. Szalenie lubiłem się nim, bawić ot tak, bez powodu kulinarnego. Ręcznie się korbką kręciło i chyba 3 (albo 2) mieszadełka się kręciły. Zawsze miałem wrażenie, że tym fajnie i wygodnie byłoby oczy wydłubywać.

Ciasto się zagniatało i już. Wałkowania czas nadchodził. Makaron wychodził pyszniutki. Rosół ze świeżo ubitej kury smakował wybornie.

Ostatnio, podczas wizyty, jak się okazało bardzo kulinarnej, postanowiłem dać szansę na zrobienie makaronu. Bo się kolega chwalił, że past nie kupuje, sam je robi. To ja bardzo chętnie podjąłem się wyzwania. Taki powrót po prawie 40 latach.

– wbij jajko – słyszę.

To wbijam. Zasada jest prosta: jeden człowiek – jedno jajko. Jeden człowiek – jedna łyżka oliwy.

– dodaj łyżę oliwy

– odrobina soli

– syp mąkę semolinę

– mieszaj

– dosyp mąkę pszenną

– mieszaj

– wyjmij z miski i ugniataj

– włóż do lodówki na 20 min w torebce foliowej

Ciasto przeciąłem na pół i jeden kawałek przepuściłem przez maszynkę do makaronu. Wyjechał cienki placek. Później przekręciłem go przez taką krajalnicę. I otrzymałem takie grube wstążki. Ta maszynka do pasty nie jest głupia. Chyba nabędę. Wszystko się łatwo i szybko robi.

Zawsze mi się wydawało, że makaron gotuje się w lekko osolonej wodzie. Hm. Dziś już wiem, że w dosyć osolonej wodzie. Bo makaron jakiś bez smaku wyjdzie inaczej.

Drugi kawałek ciasta zrobiłem ręcznie. Rozwałkowam nawet spory placek i zacząłem kroić cienkie paseczki-niteczki. Paseczek po paseczku.

– a nie lepiej zwinąć w rulon? – pyta rozbawiony kolega

No właśnie! Przecie u babci się tak robiło! Zawijało się i kroiło rulon i już! Ale ja gapa. Niemyśląca gapa.

Oczywiście system obronny u mnie silny, więc nie daję po sobie poznać, że jakiś niemyślący jestem. Nawinąłem … makaron na uszy. Że mój makaron ręcznie robiony, każdy paseczek, każda niteczka oddzielnie krojona. Takie rzemiosło. Kazałem towarzystwu docenić me poświęcenie.

 

Dziś postanowiłem sam spróbować. Wałka nie mam, ale w szafce za to od groma wina. Przydasie takie. Bardzo dobrze się wałkuje czilijskim Syrah. Wino w sumie takie sobie, ale wałek nawet nawet.

Ciasto okazało się nienajgorsze. Ale nie poddaję się. Wiem, że produkty mączne wychodzą lepiej z czasem. Także pierwsze koty za płoty.

Zrobiłem sobie pastę do krewetek i do rosołu. Dwa różne makarony.

Rosół zrobiłem z kości … mamuta chyba. Podbiłem rano do mojego rzeźnika i zapytałem o kości. Pan mi podaje 3 gnaty. Mówię mu – panie! ja tego do garnka nie zmieszczę! A to przerąbię szanownemu panu – odpowiada rezolutnie. Bardzo sympatyczny ten mój pan rzeźnikmieszek. Okazało się i tak, że wszystkie kości do gara nie weszły. A jedna nawet to nie chciała się do zamrażalnika upchnąć. Eh. Trzeba lodówkę większą kupić. Mieszkania chyba nie powiększę, bo podatkiem katastralnym straszą. Jebać Pis, jebać PiS! – zanucam sobie melodię.

Polecam robienie pasty! Ja już wiem, że będę tylko domowe makarony jadł. Nie basta, będzie pasta!

 

Aha, obejrzyjcie i polajkujcie filmik Słodkokwaśnej. Operatorem ponoć jakiś MDobrogow był. Niby wschodząca gwiazda operatorstwa kulinarnego. Nie znam typa.

Aha numer dwa. Pani prof. Katarzyna Kłosińska powiedziała w radio 357, że jest czasownik polubiać, czyli nasz swojski „(po)lajkować”. Polubiałem ten filmik Słodkowaśniej!

hehehehehe, widzę, że po moim niewybrednym komentarzu kolega poprawił poprawnie nazwę operatora. Ha!

 

łamiąca wiadomość

czyli breaking news.

Ostatnio znalazłem fotki z mojego ostatniego wyjazdu do USA. Krzysiek mi robił zdjęcia. Eh, to był dobry wyjazd. Texas, Elvis Presley, Miasto. Eh i eh. Ale ja nie o tym. Ale w sumie? Miałem pokazać język pączkom wczoraj. Ale …

ja w Nowym Jorku, listopad 2019, fot. Krzysiek Kurzaj

 

 

Łamiąca wiadomość: Zeżarłem wczoraj pączka!

Do 18.48 trzymałem się dzielnie. Nawet 6 pączków zjedzonych przez Pana z Europy na K. skutecznie obrzydziło mi pałaszowanie słodkości. A kolega dodał, że 6 to jeszcze nie koniec.

Za dnia zaszedłem do cukierni za faworkami. Nie mieli. Szybko uciekłem, żeby pączek nie pokusił.

Wieczorem musiałem wyjść dorobić kroki, bo na zakupach do Lidla zrobiłem tylko 7 000.

Przy bloku mam cukiernie/piekarnię. Zapytuję się o okrągłą słodkość. Pani mówi, że został im ostatni i właśnie pani klientka, którą przepuściłem w wejściu go nabyła. Ufff!

Po drugiej stronie ulicy jest kolejny przybytek z wypiekami. Do 18 czynny w tygodniu. Ale światło świecące się mnie zaintrygowało – czyżby? – pomyślałem.

Podchodzę do wejścia i widzę, że godziny otwarcia zamykają się o 18. A w środku pani myje podłogę. Ufff! Udało się – krzyknąłem w myślach zwycięsko – zero pączków w Tłusty Czwartek!

I niestety moje oczy dopatrzyły się kartki-samoróbki:

11 lutego, Tłusty Czwartek 9.00 – 19.00.

Kurczaczki!

No to nie mam zmiłuj. Wchodzę, pytam się o pączki. Pani prezentuje półkę. Jest jeden z różą i kilkanaście z powidłami. Biorę tego rodzynka. 4 zł.

Płacę, wychodzę i kątem oka widzę, że w drugim kącie cukierni leżą faworki!

Hej, głupi ty, głupi ty!

Pączek był jakiś niewyraźny (dlatego też takie foto) i świeży … ale rano.

Wtranżoliłem go w trymiga. Był ohydny. Żałowałem, że pękłem. Byłem tak blisko, żeby było ZERO pączków. To wszystko wina Lidla. Gdyby był 1 500 kroków dalej, to bym z domu nie wyłaził wieczorem.

Dziś poszedłem do mojego masarza po kaszankę. Zaproponował mi wczorajsze faworki po dychu. Dziś, to ja jestem asertywny. Nie zeżarłbym i ja za darmoszkę.

 

Muzycznie dziś skatowałem nowe dzieło Foo Fighters … 5 razy.

W radio 357 rozmowa z Margaret. Dziewczę wydało płytę Maggi Vision. Hm, ciekawe dźwięki, ale jakoś to nie brzmi autentycznie. Ale trzeba przyznać, że ciekawie muzycznie się rozwinęła dziewczyna. Po audycji sięgam do serwisu streamingowego. Oj, tego się jednak nie da słuchać. Wracam do Foo’sów.

to pierwszy taki rok …

kiedy nie zeżrę ani jednego pączka. Chyba.

No jakoś mi się nie chce. Jest już po 11, a ja nic jeszcze.

Ale faworka bym strzelił!

Ktoś mi ostatnio mówił, że ten chrust się ciężko robi. No to dzwonię ja ci wczoraj do mistrzyni od faworków i wywiaduję się co i jak. Pytam się – mamo, trudno się te faworki robi?

Okazuje się, że nie. Tylko się ciasto długo wyrabia. Jajko, mąka, sól, cukier, spirytus, coś tam jeszcze i się gniecie długo. Hmmm, chyba prędzej sobie kupię w sklepie. Wałka nawet nie mam. Ale mam dużo butelek wina, to można wałkować.

I okazało się, że mama dziś nasmażyła faworków swoim wnukom! Zazdro!

A nie tak dawno, jak z 12 dni temu, będąc w gościach, poczęstowawszy się faworkiem. No kurczaczki! Gdyby stanęły w szranki z faworkami mojej mamy, to zajęłyby wysokie, drugie miejsce.

Coś ten chrust za mną chodzi. Także postanawiam – dziś pączkom mówię NIE! Ale faworkom niekoniecznie. Jak zobaczę gdzieś w sklepie, to się może skuszę.

 

Miałem napisać coś wczoraj na blogu, ale miałem protest mediów.

 

zbaraniałem

choć na pierwszym planie owieczka. Ale baran się zań czai.

Zbaraniałem, gdyż spojrzawszy dziś na datę, uzmysłowiwszy sobie, że dokładnie za miesiąc skończywszy … 29 lat … znowu. Dołączę do klubu, w którym dokładnie od miesiąca jest Pan z Europy na K.! Czas pędzi!

A przecie pamiętam jak dziś, kiedy 5 lat temu przymierzałem się, próbę generalną odbywałem, do projektu „40 wpisów na 40 lat”. I chyba mi nie wyszło. Ale to nic. Bo gdyby iść tym tropem, taką analogię przyjąć, to w 2020 skończyć musiałbym 123 lata.

A co ja z tymi imiesłowami na początku? Ano, mój korepetytor z rosyjskiego zaprezentował mi łyk gramatyki. I były właśnie imiesłowy. dwa przykłady – brać i wziąć. Nie skumawszy. Nawet największa rusycystka Ula z Nju Dżerzej miała delikatny problem z tłumaczeniem słów.

wzjawszij, wzjaw, wzjawszi, wzjatyj. Hahahaha, ale ten mózg potrafi płatać figle. Za każdym razem kiedy chciałem napisać polskie W, wbijałem na klawiaturze B 🙂

bjeruszczij, briawszij, bjerja, brjaw, brjawszi.

Na szczęście Ula powiedziała, że Rosjanie rzadko używają imiesłowów. Uf. Mówi się, że i my Polacy nie za często sięgamy po te formy czasownika. Zasmuciwszy się wielce zakończył dygresję o imiesłowie.

Na lekcji miałem jeszcze stronę bierną, ale Aleksjej powiedział, że oni tak nie mówią. Także ta informacja została przez mnie pieczołowicie zapamiętana.

Dawno nie wspominałem, nie chwaliłem się, ale dziś jest 1499. dzień bez papierosa! Hurra.

Dziś też jest 7. dzień bez alkoholu.

Każdy Polak wie, że sierpień jest miesiącem bez wyskokowych trunków. Na studiach mieliśmy nawet takiego kolegę, co jeden miesiąc latem pauzował, odpoczywał. Ale on taki świątojobliwy był. W przerwie między pierwszym, a drugim rokiem, kiedy pierwszy raz było mi dane znać Zenka w sierpniu, to myślałem, że to jakaś kpina, albo fanaberia. Dopiero ci, co znali kolegę dłużej mówili, że nie. Ok. Wolny kraj, wolna wola.

W tym roku nauczyłem się, że na styczeń się ponoć mówi Dry January. Nie zdążyłem, nie miałem okazji na posuchę. A raczej sporo okazji było do nieświętowania tego obrządku. Ale zaciekawił mnie ten projekt i postanowiłem sobie, że zrobię mój własny Dry February, czyli swojski Suchy Luty. Zakomunikowałem o tym postanowieniu Panu z Europy na K. jakoś na początku miesiąca (aha, teraz chyba też jest początek miesiąca. No jakoś niedawno mu doniosłem). W piątek czytam AjMasaż od przyjaciela z pytaniem, czy w weekend też mam abstynencję. Odpowiedziałem tak filozoficznie, że nawet sam Paolo Cohelo by się nie powstydził – luty jest luty. Kolega odrzekł – o fak. Grubo. I słuch o nim zaginął. Pewnie prędko oznajmił moją niedyspozycję Słodkokwaśnej, bo ten też jakoś na weekend cicho siedzi. Tak to jest z nami Polakami. Zabawa jest tylko wtedy, kiedy jest alkohol.

Co ja tam jeszcze celebruję? Chyba tylko Movember.

A co można obchodzić każdego miesiąca (i w jakim kraju)?

Dry January (UK).

Luty to jakaś nuda – American Heart Month (USA), Black History Month (USA i Kanada), LGBT History Month (UK), National Bird-Feeding Month (USA).

Mustache March (US) – ooooooo, to już wiem co robię tego marca.

Kwiecień jakiś poważny. Ale ja wybieram Mathematics Awerness Month (USA)

W maju i czerwcuNational Smile Month (UK)

WOW!!! Uwielbiam lipiecNarodowy Miesiąc Lodów! Yum! Trzecie niedziela miesiąca w USA. To się naloduję! Oblodzę? Zauważyłem, że od jakichś dwóch tygodni prawie codzinnie kupuję sobie loda. Hazen Dags pioruńsko słodki. Pewnie temu ma pierdyliard kalorii. Kiedys czytałem, będąc w USA, taki magazyn pn. Consumer Report. Rozprawiali o mrożonych przyjemnościach. Nawet taką niezgrzebną macierz przedstawili. W wierszach marki lodów, w kolumnach … nieprzyjemności – cukier, kalorie, tłuszcz, cena i takie tam inne. Pamiętam, że Hazen Dags odsadził konkurencję! To tak jak kiedyś widziałem zestawienie obrotów hipermarketów na świecie (bodajże w 2000 roku). Wallmart z najmniejszą liczbą sklepów swoim przychodem zdeklasował konkurencję, która chyba razem wzięta nie miałaby szans. To tak właśnie Hazen Dags się prezentowały – tłuste, słodkie, kaloryczne, drogie. Ale cholera, mniam!

Ooo, na świecie w sierpniu nic się nie celebruję. To może ja jakieś ziółka? Z okazji Matki Boskiej Zielnej?

We wrześniu mamy Miesiąc Jogi (Pani z Europy na K. pewnie to wie i celebruje od lat) oraz … Miesiąc Prostaty. Oj, nieprzyjemne badanie, nieprzyjemne. Ze trzy dni czułem wizytę u urologa.

W październku mam dylemat – National Bullying Prevention Month (USA), National Pizza Month (USA), Polish American Heritage Month (USA). To tak w skrócie – znęcaniu mówimy stanowcze nie! Proszę spojrzeć na maj i czerwiec. Pizza! Kto nie lubi pizzy? W sumie cały rok mógłby być … miesiącem tego placka! Ponoć Słodkokwaśna kupił kamień do wypiekania pizzy i jest przepyszna. To znaczy, nie ponoć, że kupił, bo kupił, sam widziałem. Ponoć pyszna. Tak pyszna, że aż Państwo z Europy na K. też nabyło. Ponoć. No a o tym polskim dziedzictwie w Ameryce chyba nie muszę nic mówić. Muszę Ulom kazać to obejść!

Oooo, w listopadzie jest jeszcze No Nut November. Dotyczy to abstynencji od … masturbacji i … oooo … osiągania orgazmu. Oj, to ja sobie wąsika jednak zachoduję wtedy.

A w grudniu chyba jest hulaj dusza, bo napisali, że jest adwent.

 

Dobrego roku wszystkim. Niech sobie każdy coś wybierze. I pamiętajcie

You are never fully dressed without a smile!

 

 

el patron

Spokojnie, to nie o nabój (Патрон) chodzi. Ale tak, coś mi do głowy strzeliło.

Zostałem patronem. Od miesiąca i jednego dnia zasłuchuję się w radio 357! Od samego początku chodziło za mną wspieranie tego dzieła, ale postanowiłem posłuchać wpierw. Radio Nowy Świat też chciałem dofinansowywać, ale szybko okazało się, że za bardzo nie ma tam audycji dla mnie. Kilka dni temu założyłem w końcu konto na patronite i … coś nie klikło. Dziś poprawiłem się. 35 zł/miesięcznie. Nie mam Fejsa, więc nie wiem, jak to będzie działać, jak będę partycypował w tym projekcie. Ale jak to mówi mądre powiedzenie – pożyjemy, zobaczymy (Посмотрим).

Ten mój rosyjski idzie mi jak krew z nosa. Mój patron spełnił moje wole i zaprezentował mi i slang, i mowę potoczną, i mowę nowoczesną. Ależem dostał com chciał! Ni chu chu paniałem.

Wczoraj popełniłem swoją pierwszą sałatkę jarzynową. A zainspirowałem się dziełem, które Pani z Europy na K. wykonała na wigilię. Tzn. Termomix pomógł. Sałatka była palce lizać. Bo na parze warzywa zrobione. Ania gotuje i jej serwis dostają bana. Wszystko cacy, Ania tłumaczy jak chłopu krowie na miedzy. Dania ciekawe, a przepisy przystępne. Ale! Ania chyba ma jakieś inne gary, skorupy i piekarniki. Sernik raz robiłem. Coś mi podpowiedziało, żeby dać o 15 min więcej tego pieczenia niźli Ania prawi. Ufff! Dobra rada Maciek. Sernik i tak wyszedł, mam wrażenie, na styku. Mógł się jeszcze popiec. Ale co by było, gdybym wyłączył piec zgodnie z rozkazem kucharki z netu? Kupa!

No i ta sałatka warzywna. Nie wiem czemu mi się zawsze wydawało, że te warzywa się muszą strasznie długo gotować. A tu czytam, że Ania raptem półgodziny daje im. No to robię, jak pisze kuchareczka. Hmmmm, brambory mi się rozgotowały. Marchewka, seler, pietruszka jakieś miętkie. Ban!

Na szczęście dałem pokrojone japko, zielony groszek i ogórka kiszonego, to coś tam chrupie w buzi. Powiem nieskromnie, że sałatka całkiem, całkiem. Nie wiem tylko kto to zje, bo chyba ze 2 kilo mi wyszło. Ach! Sekret, czy też może wskazówka. Dałem majo i jogurt naturalny pół na pół. Mniam!

Wyczytawszy ostatnio na jakimś muzycznym brytyjskim portalu o jakichś przepowiedniach. Co było numerem 1 w danym czasie, wpłynie na Twoje życie.

I tak:

Piosenka, która była numerem 1 kiedy miałem 7 lat powie, jaki 2021 będzie dla mnie!

Pytanie. Kiedy ja miałem 7 lat?

Odpowiedź. Wtedy kiedy Bonnie Tyler okupowała szczyt listy przebojów swoim nieśmiertelnym hitem pt. Total Eclipse of The Heart. Oj! A Tom Waits nie mógł wtedy czegoś nagrać i podbić listy przebojów?

A jak inni się mają?

Początek listopada 1977 r. – Abba Name of the Game.

 

Piosenka, która była numerem 1 kiedy miałem 12 lat będzie moim hymnem kwarantannowym!

Wigilia Dnia Kobiet roku 1983 – Kylie Minogue I Should Be So Lucky. Hahahahaha. Dobre.

Ula z Texasu – Culture Club Do You Really Want to Hurt Me. Ooops

 

A co określi moje życie? Numer 1 kiedy miałem 14 lat!

I u mnie wychodzi Beats International Dub Be Good To Me. Jejks! Lubiłem tę piosenkę. Ten chłopak z gitarą to Norman Cook, czyli Fatboy Slim.

4 listopada 1984 r. – Chaka Khan I Feel For You.

Heh. To idę sobie pośpiewać te piosenki. Słońce świeci … będą dzieci.

gryzę się …

… i się tnę.

Ugryzłem się w środę w lewy polik (od środka). W czwartek przegryzłem bąbelka na prawym poliku (afta jakaś, czyli też we w środku). A dziś coś pod językiem sobie dziabłem. Chyba grzanka z suchara mnie załatwiła. No gryzę się jak nic.

W weekend obierałem sobie warzywka i jak to mam w zwyczaju, obskrobałem sobie paluszka. U nasady palca wskazującego lewej ręki też mam jakieś cięcie.

Weekend minął sympatycznie. W piątek u Słodkokwaśnej zjedliśmy pyszne kanapeczki japońskie z ryżem.

Mniam i mlask. Ta z burgerem i podwójnym serem obłęd. Ta z bawetką (bavette) też spoko.

Dodatkowo kolega zaśpiewał viral pt. Jebać PiS. Tekst bardzo prosty. Dodaliśmy również, parafrazując imprezę urodzinową Piaska – i Konfederację. Śpiewak obchodził 50-tkę i Nergal (gość zaproszony) wrzucił na insta story taki to ich wybryk. Piasek chyba w TVPiS robotę przez to stracił. Dobry ten kolega.

Sobota minęła leniwie. Się po mieście się przeszedłem się. Bo słonecznie było. Ale pioruńsko zimno. Miałem do Piotrusia G. dołączyć na sanki, bo kolega z dziećmi się bawił przy moście Śląsko-Dąbrowskim. Ja też przy tym moście byłem, tylko z drugiej strony. Pędziłem do domu, bo zimno, bo siku się chciało.

Wyjście z domu w sobotę było w stylu Pan-Hilary-Gdzie-Są-Moje-Okulary. Guzdram się, zbieram. A już buff do zakrywania twarzy naciągnięty na szyję. Czapka zarzucona na łeb. Słuchawki!? Gdzie są moje słuchawki!? Biegam po pokoju i szukam. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że …

Na mieście postanowiłem podbić do pewnego muralu. Słoneczko jednak mocno dawało. Ale mam już 4 pory roku.

Dziś smutna wiadomość – odszedł Pan Ryszard Szurkowski. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, w 2006?, w 2005?, grałem z kolegami z pracy w tenisa. Bo do jakiejś sekcji sportowej się zapisałem i mieliśmy rozgrywki międzyzakładowe. Było nas 3, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały (tenisowy) świat. Nie udało się.

Każdy wie, jak się gra w tenisa we 3. Słabo. Także koledzy pykają, a ja się kręcę i rozglądam. Na korcie obok zobaczyłem samotnego pana. Staliśmy w sumie obok siebie. I pan zaproponował skrzyżowanie rakiet, bo jego partner nie dotarł. Od razu poznałem pana Ryszarda. Musiał mieć wtedy coś koło 60 lat. Już stałem przy linii końcowej, już zamachiwałem się rakietą, jak partner naszego mistrza wpadł spóźniony. No i nie skrzyżowałem rakiet, nie zagrałem.

O panu Ryszardzie znam jeszcze jedną dykteryjkę opowiedzianą przez brązowego medalistę olimpijskiego z Barcelony, pana Kajetana Broniewskiego (kajaki). Mówił, że kiedyś w większej grupie poprosił mistrza o przejażdżkę na rowerach. Jadą sobie i jadą. Amatorzy poprosili o zaprezentowanie poziomu olimpijskiego. Pan Ryszard powiedział, że odliczy do trzech i rura. Jak powiedział, tak i zrobił. Pan Kajetan powiedział, że nawet przez chwilę nie dotrzymali mu … kroku (można tak powiedzieć w tym przypadku?).

Ponoć Trumpowi chcą zrobić impeachment. W sumie jest za późno, ale chcą się zabezpieczyć przed ewentualnym, kolejnym startowaniem tego pana w wyborach. A taki impeachment uniemożliwi to.

I taka refleksja.

Z Korą się spotkałem. Z panem Ryszardem się spotkałem. I z Trumpem też. Hmm.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑