Miesiąc: wrzesień 2009 (Page 1 of 2)

19 wrzesnia

Pan wymiekl. pilismy burbon. pogadalismy o roznych sprawach itd. teraz z Ula siedzim i dopijajem. zaraz spac i rano pakowanko
eh

red bull wipyty, browar jeden tez. czuje sie lekko pijany jeszcze ale coz, takie sa konsekwencje picia do 3 rano.
14:35 mojego czasu. za chwile spadamy na newark ;-(
do zobaczenia w polsce juz jutro

18 wrzesnia

jeden z ostatnich wpisow w “dzienniku z mej podrozy”. lza na rzesie mnie sie trzesie.
rano zmarzlem jak pies. hm i sie zaraz zaczne pocic jak swinia? chyba juz nie. co prawda ponad 70F ale niska wilgotnosc, wiec prawie jak w polsce.
czy psy marzna? mozna zmarznac jak pies? nie wiem, mamy kota. ale fakt pozostaje faktem, ze rano bylo zimno jak w … psiarni. z wielkim bolem wylazlem z wyra i do Miasta. jst 11:15 i zaczyna grzac.
w autobusie kupilem bilet poworotny, bo to wygodniej. po poludniu duze kolejki w automatach, a w autobusie to juz nie ma czasu, bo wszyscy chca szybko wsiasc i odjechac do domu. poza tym jest piatek, wiec poczatek weekendu.
wlasnie zrobilem rzecz bardzo inteligentna. pakowalem moj bilet do portfela i odczulem, ze w tylnej kieszeni spodni nie czuje portfela. blyskawiczna reakcja – panika, gdzie portfel. ale sekunde pozniej ogarnalem, ze portfel przeciez trzymam w reku.
pare lat temu, a dokladnie 9, rozmawialem z kims przez telefon i w pewnym momencie polozylem reke na klips do telefonu na pasku spodni. nie bylo telefonu. zaczalem w panice przeszukiwac biurko i jeszcze, zeby bylo bardziej kretynsko, rozmowcy mowilem, ze chyba telefon zgubilem, bo nie mam go przy sobie na pasku. na szczescie ta osoba nie wiedziala, czy mowie o telefonie sluzbowym, czy prywatnym 😉 glupi ma zawsze szczescie.
troche mi wtedy zajelo, zeby obczaic w koncu, ze telefon trzymam w reku i prowadze przezen konwersacje. syndrom “pana hilarego”. mam nadzieje, ze to bylo przeblysk geniuszu mego, a nie glupoty, sklerozy i innych takich.
zauwazylem rowniez, ze idzie mi swietnie pisanie podczas trzesienia w autobusie. po 3 i pol tygodniach! wow! szybko. ciekawe czy hiszpanski tez pojdzie mi latwo, jako ze to drugi narodowy jezyk usa.
wlasnie jakas lalka za mna napierdala, tzn mowi szybko i bardzo glosno, przez telefon po hiszpansku. pokazalem jej moje zbulwersowane spojrzenie. ja slucham glosno muzy na mojej mp3 i ja slysze!! ciekawe co na to inni pasazerowie!?
ok, zaczynam podziwiac widoki za oknem, bo jakos nigdy nie bylo okazji. albo pisalem blog, albo su-do-ku.

na 8th ave dramat. ludzi przemasa. mimo, ze to normalna pora dnia. probowalem uciec z tlumu – aleja w dol, ulica w lewo. dopiero na park avenue zrobilo sie luzno. i tak doszedlem zygzakiem do mostu manhattanskiego. wyladowalem w sumie na wysokosci 2nd ave. niezly zyg zag. gdyby na olimpiadzie byla konkurencja slalom miedzy ludzmi po ulicy, polska miala by zloto.
2nd ave jakas ladniejsza sie wydaje niz 8th mimo, ze to tez jakas sypialnia. jakos sloneczniej, przestrzenniej, czysciej.
most manhattanski ma dokladnie 2 000 moich krokow. jak przejezdza metro, to sie trzesie tak, ze az strach.
nie skusilem sie na brooklyn bridge park, tylko na lewo poszedlem do empire-fulton ferry state park. siedze na sloncu, wietrze stopy. na lewo brooklynski most, na prawo dwa mosty (widac jeszcze williamsburg bridge), a dolem niewisla plynie. kolejna nieudana parafraza, tym razem tekstu polskiego szlagieru.
w miedzyczasie sasiadka zatekstowala, ze jednak nie wpadna na wieczor. czyli biba z Panstwem i tolikiem. tez milo.
brooklyn przy mostach wyglada bardzo manhattansko. szkoda, ze im dalej w glab, tym gorzej z tym manhattanstwem.
zakanczam w tym iejscu i lece gdzies na lunch, mialem zajsc do battery park popatrzec na panieneke z podniesiona reka ale nie wiem. moze?
brooklyn bridge juz ma tylko 1 700 moich krokow. ide tak sobie, bez przekonania na ten battery park. szukam jednak sklepu z muza. co chwile przejezdza samochod dyzurny i slysze nowego jaya zet. jaj rapuje a alicia keys spiewa “new york new york”. no przeboj roku jak na razie dla mnie.
jego pierwszy singiel z rihanna i chyba kanye westem nazywa sie “run this town”. ciekawe czy tez o Miescie spiewaja. ide szukac plyty nowej Jaja Zet.
w metrze mialem problem z wejsciem. na metro karcie 2,20$, wiec powinno starczyc. jazda jedna kosztuje 2$. a nie. za malo pokazuje maszynka. pytam pana – 2,25$. no ladnie. pan na szczescie powiedzial, ze moge doladowac karte za ile chce. to ladnie, bo zawsze jak doladowywalem, to min 10$. a dzis po co mi za dyche. przede mna angol w automacie sie meczy. kolo pomaga jemu najpierw i mowi “enter your zip code”. angol wielkie oczy i zdziwiony pyta “you mean post code?”.
pan metrowy mowi, ze jesli jestes “outside the country” to “#” wcisnij.
taka mala przygoda na koniec. czemu ci angole tacy zdziweni wielce w tej ameryce?
dzis prawie 15 000 krokow, czyli 11 km!
pieknie jak na pozegnanie z Miastem!
m

17 wrzesnia

dzis padalo od rana. Ula w NYC, Pan pilnuje robotnikow wiec mam auto.
pojechalem wiec do centr na ostatnie zakupy.
teraz bawie sie lapsem. musz zobaczyc czy gra, bo jak cos bedzie nie halo, to mam czas na zwrot. a jak nie sprawdze, to w polsce bedzie nie halo.
najdziwniejsze jest to, ze nie dostalem z paczka zadnego rachunku, gwarancji, plyt.
dziwne

ok, za chwile zbieram sie do Miasta. znowu do disney store po jakis bibelot z hannah montanah, bo sie dziecko kolegi uparlo.
a pozniej z Pania po torbe dla nastepnego “upartego”
bedziem szukac, az do upadlego 😉
m

wyjechalem do Miasta o 15:40 z fair lawn. kierowca autobusu byl na tyle mily, ze wyrzucil nas wszystkich pare blokow przed patb. jesli ktos chcial jechac dalej, to mogl. zajeloby to poltorej godziny. 3 ulice i 1 aleja przed dworcem.
ludzi w Miescie od groma. Wszycy gnali na dworzec, zeb do domu wrocic. nie moglem sie ruszyc na chodniku.
jako, ze Ula konczyla prace po 18:00, postanowilem wykorzystac ponad godzine na zakupy czegokolwiek z hannah montannah w disney store. no dziecko kolegi sie uparlo. cokoliwek moglo byc. magia miejsca zakupu miala zrobic reszte. byla sekcja z ta bohaterka. do wyboru: peruka, ubranie, okulary i 4pak znaczkow-pinsow. najtansze byly znaczki-pinsy za jedyne 22,99$ plus tax. nie kupilem nic. niech dziecko na terapie posla 😉
w drodze do sklepu, przy salonie tommy’ego hilfigera tlumek, kamery, fotografowie. no jednym slowem cos sie dzialo. postalem pare chwil i nic. jakis mlody, wyzelowany metro koles wyszedl ale nie wiem kto to. policja pogonila z chodnika, wiec olalem temat. pozniej dowiedzialem sie, ze jest “fashion week”, a akurat ten frament 5th alei ma nazwe “fashion”. wszystko wiec jasne.
kupilem torbe. w koncu! zajelo mi to 3 tygodnie. nie ma to jak konsultacje z kobieta. szybka decyzja i kupione. no ale tej koszulki z “r” ni widu, ni slychu. bylem po drodze w kilku “duperella szopach”. powariowali! koszlka z metrem za jedyne 29,99$. no ale “r” nie bylo szarej. za kare jutro pojade na brooklyn.
widzialem jeden fajny t’shirt “i left NY”. przy czym “ny” bylo wpisane w pekniete, czerwone serce. fajna. ale cena odrzuca.
zawinelismy sie po zakupach do autobusu i do domu. cala droge na stojaco. powinni to nazywac “russian bus”, skoro te malutkie nazywaja “spanish bus”. stalismy kolo dwoch kobiet siedzacych razem. jedna nawija po angielsku przez telefon. alcent europejski, wschodni. na kolanach rosyjska gazeta. druga odbiera telefon i nawija po rosyjsku. ta pierwsza robi przerwe w swojej rozmowie, spoglada na sasiadke i robi wielkie oczy ze zdziwienia. po lewej z kolei dwoch panow. tez rosjan. jeden z nich na blackberry naginal w gre, ktora polega na zbijaniu cegielek. brick costam sie nazywa. wstyd nie wiedziec, bo ja na swoim mam rekord ponad 33 000 punktow. nawet Przemus ma mniej 😉
co do telefonow. to tu 99% ludzi ma albo iphone’a albo blackberry (pisalem juz o tym?).

jutro wieczorem pozegnalna bibka. wpadnie Tolik z princeton oraz sasiedzi, a wlasciwie sasiadka, bo sasiad pracuje do polnocy i moze pozniej wpadnie.
dobrej noocy zatem
m

16 wrzesnia

no i znowu w trzesacym autobusie. ile to juz czasu minelo? tydzien? us open 9 wrzesnia. ale wtedy do miasta nie chodzilem, tylko prosto z patb na queens. czyli 8 wrzesnia, kiedy to spotkalem sie z polskim lacznikiem. hmmm, dawno.
na uszach nowa madonna i jej “celebration”. fajny beat, gorzej z tekstem. ale ogolnie niezly kawalek do klubu albo na lato. lato sie konczy, wiec tylko “dyski” jej zostaly. przed wyjsciem z domu na MTV bylo Video Music Awards. madonna przeczytala z promptera, tzn powiedziala 😉 pean na czesc krola popu. duzo analogii. ten sam miesiac i rok narodzin, podobny region urodzenia sie w USA. w wieku 6 lat MJ stracil dziecinstwo, ona matke. raz zaprosila go na kolacje. tylko we dwoje, bez ochrony. byl wtedy czlowiekiem. pozniej obejrzeli film u niej. raczki sie spotkaly. takie czysto przyjacielskie przezycie/spotkanie, bez zadnego “romance”. no i michael mial zagrac koncert w tym samym miejscu, co ona tydzien wczesniej. no co za analogia! moze niech Madge uwaza na pigulki, bo krolowa moze miec ten sam rok zejscia, co krol. taki czarny humor z mojej strony podsumowujacy chwalenie krola pop przez krolowa pop.
na koncu rzucila, zeby podsumowac sie na wesolo, ze w domu ma duzo “moonwalk’a”, jako ze jej dwoch synow uwielbia MJ i tanczy caly czas.
no malo co, a poplakalbym sie ze wzruszenia.

rano do Panstwa wpadla ekipa wymieniajaca piec. pytanie, dosc kluczowe i sensowne – dlaczego ludzie sluchaja muzy z rana bardzo glosno? druga sprawa, to jak mozna sluchac takiej gownianej muzy? ale tej kwestii nie poruszam, bo o gustach sie nie dyskutuje.

(przerwa, ide przeniesc sie na moj nowy laps! tak, dotarl dzis i wlasnie Pan skonczyl usuwac niepotrzebne programy).

bArany przyszly o 8 i sie zaczelo dyskoteka plus nieznane, rockowe, stare hity z ameryki. o dziwota, jak w koncu wstalem, to wszystko ucichlo. czy poziom glosnosci muzyki puszczanej przez przedstawicieli klasy robotniczej jest mocno skorelowany z ich “performance’m”, czyli praca?
ja tu gadu gadu, a zapomnialem zaznaczyc rzecz straszna. moze swiadomie ta mysl odtracam? ale to nie zmienia faktu, ze rzecz straszna czai sie za rogiem. dzis, z przerazeniem stwierdzam, ze musze zaczac krotki, bo tylko 3-dniowy watek o nazwie jakze okrutnej ale esencjonalnej “Memu Miastu Na Do Widzenia”.
tak, jeszcze tylko 3 dni! czas zapierdala. przepraszam, biegnie tak szybko, ze czlowiek nie zdąży sie obejrzec. ciekawym jedynie co u ludzi w Polszy slychac. dawno sie nie widzielim. a tak poza tym to moglbym zostac. tylko trzeba by robote znalezc. moze azbest?

nie rozumiem dlaczego cala ameryka jara sie glupim wystepkiem glupiej palki kanye west’a? kolo wyskoczyl na scene podcza mowy mlodej lalki taylor swift, ktora wygrala “najlepszy teledysk pop” i powiedzial, ze najlepsze teledyski wszech czasow robi beyonce. glupi, bo beyonce nie robi teledyskow. i wszyscy teraz, lacznie z obama mowia o nim palant, glupek itd.
a propos baracka, to na manhattanie pewnego dnia widzialem kolesia rozdajacego “gumki” z podobizna prezydenta usa na opakowaniu.
wracajac do naszej palki kanye, to ameryka chyba nie wie, ze koles 3 lata temu podczas european music awards wyskoczyl na scene podczas mowy francuskiego zespolu, ktory wygral “najlepszy teledysk roku” i powiedzial do nich “kto wy jestescie? sprzedajecie jakies plyty? ja powinienem to wygrac, nie obrazcie sie, nie mam do was nic osobistego. ja wydalem na teledysk miliony dolarow”.

jakis chyba dlugi post sie robi dzis, a zmeczonym okrutnie! pisze duzo na biezaco w kalendarzu ale w domu, jak przepisuje, to wtracam. to o kanye i barracku, to wtracilem.

mialem dzis pojsc (ok, przerwa na fajke) do police museum na old slip street (stare poslizgniecie?). ale mam pociag do millburn o 16:52. miasto, w ktorym pracuje Panstwo. przyjechalem na Manhattan przed 13, wiec stwierdzam, ze sie nie wyrobie. zrobie wiec 8th ave day. jak na razie nic ciekawego na tej alei. taka juz troche czesc sypialna. ale na lunch tu sie skusilem. rog wspomnianej alei i 16th ulicy. to juz w sumie koniec Chelsea. za chwile wejde na Downtown. moze na west villge? na greenwhich village juz bylem. a wlasnie te dwa “osiedla” mam “pod” soba. west village jednak wygrywa. pozniej po drodze mam soho, tibecce i wtc. leka powtorka z rozrywki. ale 8th ave jeszcze tak dlugo nie szedlem.
skonczylem lunch w mexican knajpie – 2 enchilladas za 7,95$ i maly browar sam adams za 4$. razem 11,95$. oczywiscie plus tax niewiadomo jaki (chyba 7,8%) no i oczywiscie napiwek 18%. ale “tip” tylko od jedzenia sie daje. nie chce mi sie liczyc i zostawiam 15$. i tak tu wiecej nie wroce.
zrobilem pare krokow i ciezko. dam zoladkowi sie zawiazac. 13th ulica, horatio street i greenwhich ave, czyli ladny, maly Jackson Park. co za zbieg okolicznosci. en-Y-cee jest chyba jednym wielkim zbiegiem okolicznosci.
“please do not feed pigeons or squirrels”. raczej. ale czemu te ptaszycka tu siedza, skoro nikt nie moze ich karmic (rzekomo). wiewiorek nie odnotowuje.
po raz pierwszy chyba musze stwierdzic fakt lekkiego chlodu. co prawda jestem w jeansach i koszulce polo i jest przyjemnie. ale co jakis czas cos zawiewa. deszcz na popoludnie zapowiadali. oby nie. ale kurtka przeciwdeszczowa w pogotowiu w plecaku.
nie, no teraz to zaczyna pizdzic!

pogoda sie poprawila. koszulki “r” ogladalem. jedna czarna, jedna gownianoniebieska. ale nie bylo na nich nic na tmat destynacji linii metra. co dziwne na “f” koszulce bylo cos napisane – “brooklyn to queens”. w sumie nie ma co sie dziwic, bo “f” nagina pomiedzy wspomnianymi wczesniej dzielnicami Miasta. ale “r” wyjezdza z coney island, a “f” z jakiegos innego miejsca.
zrobilem wywiad na temat “r” koszulki i jej dostepnosci w kolorze szarym. bylem w 7 “gift szopach”. dwoch ciapatych (bardzo milych z reszta) powiedzialo, ze nigdzie nie dostane szarej!

siedze teraz w pociagu na pennsylvania station. no pogubic sie mozna na tym dworcu. nie dosc, ze na gorze madison square garden, to na dole masz metrow duzo (tzn. linii metra) oraz NJ Transit, LIRR, AMtrack. na dodatek prawie 17, wiec ludzi po pracy jadacych do domu troche jest. w sumie Miasto jest niezle ogarniete transportowo.
po ostatnim wpisie poszedlem daalej 8th ave. pozniej skrecilem w bleeker street i wszedlem do greenwich. chcialem zobaczyc za dnia, w ktorym ponad 2 lata temu sie chilloutowalismy z piatku na sobote. znalazlem the bitter end klub, minette street. wspomnienia odzyly. no cos dziwnie swojsko czuje sie tu, choc pamietam, ze popilismy troszku.
pociag ruszyl. nie spisalem stacji, wiec nie wiem ile zalicze postojow. wiem tylko tyle, ze przed millburn jest Maple-costam. ciekawe gdzie wyjedziemy z podziemi? pewnie juz w new jersey, bo nie ma nadziemnych/nadwodnych torow nad rzeka hudson.
zrobilem dzis ponad 13 000 krokow, czyli ponad 10 km. to implikuje moje lekkie zmeczenie 😉 nie spac, nie spac! bo czort wie, gdzie obudza.
wyjechalismy na swiatlo. no moze lekko przesadzilem, ze na swiatlo, bo pochmurno jest i szaro. stacja Secaucus, Beastie Boys w uszach.
a pisalem w ogole po co jade do millburn? na piwo z ludzmi z pracy Uli sie ustawilismy.
Pana znowu szlag trafi lekki, ze Pani sie bawi, a on “doma”. najpierw california, a teraz piwo. no ale Pan dzis pilnuje robotnikow.
na spotkaniu bylo milo. byl na chwile Rudy, ktory do dzis pamieta, ze rok temu przegral ze mna w billard. doslownie przegral on, bo mi szlo slabo, a on wbil czarna 😉
rekomendowana przez Rudego Liz. no jak na moj gust, to nie moj typ. Peru mnie nie ciagnie 😉 ale bardzo ladna dziewczyna, jak na amerykanskie standardy. jeszcze byl Lee no i my. Lee tlumaczyl mi zasady baseballa. durna gra. a oni poza tym maja national baseball league oraz american baseball league. w amerykanskiej odmianie rzucajacy nie moze byc palkarzem.
no i jak obie ligi wylonia mistrzow (np. new york yankees albo new york mets), to graja o super final. w zaleznosci od tego na czyim boisku graja, takie sa zasady. czyli zespol z amerykanskiej ligii ma mniejsze szanse na stadionie zespolu z nationalnej ligii, bo rzucajacy nagle musi byc palkrzem, czego na codzien nie robi. proste?
Lee tlumaczyl to fajnie, ale sport zupelnie denny jak dla mnie.

koniec na dzis. tylko jeszcze pare slow o lapsie. wezsza klawiatura (ale obudowa taka sama), wiec sie ciezko stuka. zamiast “a” czesto “caps lock” wciskam. i touch pad i przyciski jakies inne. no ale powoli sie ogarniam. nastukalem juz pol dzisiejszego wpisu.
00:20 ide spac
dobrej nocy

15 wrzesnia

dzis strajkuje. nic mi sie nie chce. wstalem pozno i juz.
kupilem lapsa
http://www.newegg.com/Product/Product.aspx?Item=N82E16834146581
mam nadzieje, ze bedzie chodzil. jest jakies promo. jesli kupisz kompa lenovo miedzy june 2009 a 31 january 2010, to jestem uprzywilejowany, zeby kupic windows 7 zaq 17,99$. super! vista premium mnie nie bawi. moze byc co prawda, ale windows 7, to windows 7.
ide na poczte, kupic znaczki i wyslac wasze kartki.
m

14 wrzesnia – powrot

takie male podsumowanie. bylo zajebiscie. niesamowite miejsce. no ale kazdy mowi, ze nyc jest zupelnie inne niz pozostala czesc stanow. w sumie z wiekszych miast widzialem jeszcze philadelphie. w sumie racja. NYC jest zupelnie inny.
zal bylo wyjezdzac. wstalismy o 8:00.
poszlismy pogulac sie po miescie w drodze na stacje BART-a. przez china town, downtown. troche turystow, mimo ze rano, duzo bezdomnych. w downtown to jeszcze troche ludzi na sniadaniu mozna bylo spotkac. w sumie wczesnie jak na zakupy dla lokalnych, wiec w sumie widok sluszny: bezdomni, turysci, pracujacy.
spalismy w:
1 noc alpha inn and suites w pokoju 329 – san francisco
2 noc motel 6 w pokoju 129 – fresno
3 noc motel super 8 w pokoju 29 – visalia
4 noc st paul hotel w pokoju 144 – SF

duzo tych 29 😉

w samolocie prawie malo co za darmo. sluchawki mozesz kupic za 2$. na szczescie normalne wejscie, wiec nasze pasowaly.
filmy kosztuja 6$, gry 5$.
za darmo CD i kilka stacji TV. obok nas samotna pani z blizniakami. syn i corka. ponad 6 miesiecy. jedno spi, drugie sie drze. i na odwrot. identyczne blizniaki.
wszyscy chyba wzieli torby ze soba. nikt nie nadawal. takze problem z miejscem na bagaz podreczny. nie ma gdzie wsunac. na szczescie nikt nie siedzial obok nas, wiec torbe posadzilismy na fotel pod oknem. oczywiscie starcie ze stewartem, ktory okazal sie palka. ale poradzilismy sobie z nim 😉

lecielismy tak: california, nevada, utah, colorado, nebrasca, iowa, wisconsin, illinois, michigan, kanada, ohio, pensylvania, new jersey, ny.
kanada slaba. straszna nuda 😉

tym razem podroz krotsza, ale na JFK, jak to na JFK zawsze cos musi sie dziac. 30 min stania na plycie nie wiadomo czemu. drzwi nie mogli otworzyc czy co.
aaa, z nami do SF i z powrotem leciala taka mala, sprytna chinka czikulinka. lala non stop gadala przez iphona. oczywiscie podczas lotu nie. jak ja zobaczylismy wczoraj na lotnisku w SF, to od razu w smiech. lalce chyba bateria padla, bo pozniej juz pila napoj i jakas wkurzona byla 😉

tu wszyscy maja albo blackberry (model taki jak moj) albo iphony.

w samolocie oferuja juz nawet siec za darmo. trzeba miec tylkjo wi-fi urzadzenie jakies. no my nie mielismy. szkoda. tak moglbym pisac non stop o naszej podrozy.
to chyba tyle z wyjazdu. zal tylek sciska, czas do Miasta wrocic!

wycieczka fajna – tylko 1400$ na dwie osoby ;-(
drogo w tej ameryce

13 wrzesnia – droga nr 1

i wracamy do SF droga nr 1 wzdluz oceanu. po lewej pacific ocean, po prawej gory. niesamowity widok. zanim dojechalismy do oceanu, to po drodze laki, gory. pustka. a po srodku ktos asfaltowa droge wylal. ameryka!
droga wzdluz oceanu znowu kreta. mozna bylo wziac highway 101, zeby bylo szybciej. ale wtedy zadnych widokow. a tak to co chwile sie zatrzymywalismy sie na foty. tu urwisko, tam plaza. super!
zajechalismy na maly odpoczynek na plaze w pfeifer beach. zdrzemnalem sie na godzinke w sloncu. tak sie opalalem, ze slonce za chmury zaszlo. wiec spadalismy dalej.
zrobilo sie pochmurno, ze postanowilismy zjechac na 101. z zachodu slonca nici, wiec lepiej szybciej zajechac.
po drodze urokliwa miejscowosc turystyczna. paliwo, kawa i sklepy z duperella. no duperelle. jedziem dalej.
w monterey szybki obiad.
nagle patrzymy Wal-mart!!! zajezdzamy. inaczej go wyobrazalem. ale duzy i przewybor. wranglery za 16,50 lub 8,50. te tansze to takie bez fasonu. wiejski styl.
doszedlem do sekcji z plytami i nastapila porazka. chcialem wziac jaja zet nowego. ale 13,99$ to za duzo jak na niego 😉
patrze jakas niunia wydala plyte. 3 kawalki “featuring”. moze byc niezle. dam malej szanse. niestety w wal-marcie nie przyjmuja zwrotow na plyty. szkoda. jak panna sprzeda 1 plyte tylko, to niech wysle mi podziekowania, albo niech lepiej przyleci do poslki porozmawiac z fanem. chrisette micheal “epithany” (czy jakos tak). chce byc druga beyonce ale jej sie kompletnie nie udalo. i tak jaja zet kupie w Miescie!
zaczelo padac, wiec zrobilo sie slabo. Sasza zaczal dzwonic po hotelach w SF i okazalo sie, ze nic nie ma. 8 miejsc obdzwonil i najtaniej za 80$ plus tax. nie chcemy. opcja taka:
1 jedziemy na nasz lombard street, gdzie spalismy wczesniej. tam byl hotel na hotelu. ale Sasza mowil, ze wlasnie tam dzwonil
2 meldujemy sie ok 10 mil przed SF i spimy
musielismy oddac samochod do 8 rano dnia nastepnego, wiec spanie poza SF moglo byc ryzykowne. korki rano itd!
zatrzymalismy sie w motel 6 w belmont. cena 61$. prawie bierzemy, ale Sasza dzwoni, ze jest jeden za 60$ kolo china town. dzwonimy i bierzemy.
dojezdzamy do miasta. leje. Ula sie melduje w hotelu. ladne lobby. ja zabieram zabawki z samochodu i dolaczam do recepcji. winda ladna. drzwi na 3 pietrze otwieraja sie i razem “o moj boze!”. ponad 50 pokoi na 1 pietrze, obdarte sciany. co prawda jest napis, ze maja remont i ze im przeykro za niewygody. lazienki 3 wspolne!!!! na cale pietro! zagladamy. OK, swiezo po remoncie. otwieramy pokoj i dramat! 3 metry na 2!!!! w smiech. gdzie my popadlismy! jak akademik. a jakas hiszpanska para przed nami wziela na kilka nocy pokoj. a nie ma zwrotow itd! 😉
dobra jedziemy zdac samochod, bo nie ma parkingu pod hotelem.
tylko 2 km od hotelu wypozyczalnia. zajezdzamy jeszcze na tankowianie.
podjezdzamy na beach street do enterprise car rental. zamkniete!!! a gosc mowi, ze mozna zostawic auto i wrzucic kluczyki do box’u. pewnie mozna, tylko, ze parking jest zamkniety. Ula dzwoni do wypozyczalni z pytaniem co proponuja. mozemy ewentualnie zostawic auto pod parkingiem z kluczykami w srodku. zadne rozwiazanie nam sie nie podoba. kolo szuka dalszych wyjsc. w pewnym momencie jakis czlowiek otwiera krate i wchodzi. uciekl nam. ale jesli wszedl, to musi wyjsc 😉
wyjezdza. ufff, udalo sie wprowadzic auto! wychodzimy na ulice, zeby wrocic. jakis kolo leje pod budynkiem, zapach trawy w powietrzu. dobra, wyciagamy z plecaka cenne rzeczy i chowamy do kieszeni. jak walna plecak, to tylko z woda i papierami jakimis.
ale bylo ok. to bylo przed polnoca. miasto lekko wyludniale. restauracje sie zamykaja, zeby otworzyc kluby. co rog jakis bezdomny spi.
nasz hotel byl na granicy downtown i china town, czyli bardzo atrakcyjna miejscowka.
tym razem 6pak malych ginesikow.
poszedlem spac przed 2 ogladajac mtv video music awards.

12 wrzesnia – kings canyon i sequoia np

dzis juz bez pospiechu wstawalismy. sniadanie w Dany’s. Grubi sa wsrod nas. i to ponoc nie jest ich wina, tylko ich genow. wake up and smell the coffee! ja bym im wbijal do glowy, ze to ich wina. ile mozna zrec, zeby tak sie upasc!?
tym razem podroz krotsza na wschod. tylko godzina do gor. przed kanionami plantacje owocow, plasko. jak wjechalismy w gory, to oczywiscie kreto, wasko itd. ponad 40 mil, zeby dojechac w nasze miejsce – kings kanyon.
pogoda upiorna, jak dla mnie. gorac, gorac. na szczescie wieje wiaterek. goracy co prawda ale wieje. inaczej bym spalil sie zywcem.
wysokosci tez niezle. maksymalnie na 8000 stop bylismy. to ponad 2400 metrow. ale raz na dole, raz na gorze. zmiana cisnienia taka, ze az nam butelke z woda zassalo 😉
strzelilsmy 7 km trasy. na szczescie plaskiej, jak to w kanionie. jedna reka robilem zdjecia, a druga odpedzalem muchy 😉
po przejsciu przez rzeczke musielismy uwazac, bo mozna spotkac misia. na szczescie nie spotkalismy.
po parczku udalismy sie do sekwoi. kolejna godzina jazdy. tym razem wiecej i wieksze. sekwoja z lewej, sekwoja z prawej i po srodku droga szeroka na samochod 😉
jako, ze bylo ciemno, zajechalismy do tunnel log. to jest tunel zrobiony w sekwoi lezacej.
stamtad udalismy sie jeszcze na skale podziwiac zachod slonca. niech zyje samowyzwalacz i dlugi czas naswietlania.
noca pojechalismy juz do Vesalii, do super 8 motel. wow. niezly standard.
hotele kosztowaly nas od 59 do 71 $ za pokoj, czyli w miare ok.
tym razem ultra bud – mega siuski. pan na stacji przygladal sie mnie uwaznie. wahal sie, wahal, az w koncu poprosil o ID 😉 co za komplement

poszlim spac, zeby przygotowac sie do powrotu do SF

11 wrzesnia – yosemite np

szybkie wstaniecie o 7. gotowanie sie do wyjscia. i pierwszy problem. wypozyczalnia nie moze przyslac nam samochodu, bo maja duzy ruch. mamy wziac takse i oni nam oddadza. ameryka! dzwonie pod podany numer i przyjezdza zolte taksi. pan mowi dziwnym akcentem. pytamy sie skad pan. odessa, ukraina!!! jaki ten swiat maly. po dotarciu na miejsce uscisk dloni i pozyczenie udanej podrozy. no bardzo mily czlowiek!
w wypozyczalni dali nam honde sonate za 49,99$ za dzien. nie taka miala byc cena i w ogole chcielismy economy car za 39,99$. panu sie nie chce zmieniac papierow, wiec daje nam ten za cene nizsza. piekny, duzy samochod.
no i udalismy sie na wschod 250 mil do parku narodowego yosemite. jest to czesc sierra nevada (pewnie ich jakas kraina geograficzna). z miasta wyjezdzalismy przez bay bridge. niestety nic nie bylo widac, bo jechalismy dolnym pasem. szkoda, bo most dlugi.
wyjechalismy ok 250 mil na wschod (1 mila – ponad 1,6 km).
bardzo fajne widoki po drodze i w samym parku. droga sie zrobila pozniej stroma, kreta i waska.
wzielismy jedna sciezke dla zdrowotnosci. nie za dluga ale stroma. z 45 stopni nachylenia przez 85% trasy. nie doszedlem do konca. mialem dosc, jak zobaczylem schody kamienne do nieba. Ula poszla dalej, ale tez sobie odpuscila. troche niemcow po drodze.
wracajac do hotelu, zaczepilismy sie jeszcze o sekwoje. robia wrazenie. nastepnego dnia co prawda mielismy jechac do sequoia national park, bo tam wiecej i wieksze, ale tu tez postanowilismy je odwiedzic. niesamowite wrazenie.
z parku spadlismy na polnoc 50 mil do Fresno (480 tys mieszkancow). wynajelismy hotel sieciowy o nazwie motel 6. duzo latynosow, wiec postanowilismy zabrac na noc wszystko z samochodu 😉
tym razem piwo meksykanskie – siuski znowu, ale czego moglem sie spodziewac 😉

10 wrzesnia – san francisco

dlaczego na urlopie czlowiek nie ma problemu z porannym wstawaniem? jak do pracy musi wstac o 6:30, to dramat!
wstalismy o 5, szybkie sniadanie, prysznic i o 5:50 juz na przystanku. ciemno i troche ludzi. wall street jechalo do pracy 😉
caly autobus ludzi. wschod slonca niesamowity. co za kolory! niebo z chmurami, wiec wszystko wygladalo jakby lawa wylewala sie z ziemi do nieba. czerwien, pomarancz i wszystkie mozliwe odcienie. slonce wstawalo na polnoc od manhattanu. szkoda, myslalem, ze zobacze Miasto o wschodzie w pieknych kolorach. 6:40 dojezdzamy. ludzie biegaja gdzies do pracy, na metro, na pociagi. lekki ruch. faktycznie “city never sleeps”. 6:58 juz w pociagu na penn station. LIRR – long island rail road (chyba taki skrot) i wysiadka na brooklynie na jamaica station, zeby wsiasc do air train do JFK.
zapakowalismy sie do samolotu z calym bagazem. nie chcielismy nic nadawac. poza tym nadanie 1 torby to 15 dolcow oplata!!! w samolocie wszystko platne! oporcz wody, herbaty, kawy. puscili film z sandra bullock, ktorego nie ogladalem. panna wyglada jak 20 lat, a nie 40 pare.
lot prawie 6 godzin. co za duzy kraj! widoki po drodze ladne. mimo tego, ze lecielismy na wysokosci 12 000 metrow.
po zalocie do SF udalismy sie do wypozyczalni samochodow, zeby zabookowac na dzien nastepny maszyne. okazalo sie, ze kilkaset osob pomyslalo o samochodzie rowniez. na szczescie duzy wybor firm. wybralismy enterprise, w ktorej nie bylo kolejki. niestety nie moglismy zamowic samochodu na lotnisku z odbiorem w SF, gdyz to sa inne oddzialy. wzielismy namiary i zadzwonilismy. rezerwacja samochodu przez telefon – 3 min.
ladujemy sie w BART, czyli taki pociag-metro. o ile w Miescie komunikaty zaczynaja sie od “ladies nad gentlemen”, to tu juz nie 😉 wszyscy mieli torby, walizki. siedzenia 2osobowe ale szerokie na 3 osoby. wszyscy trzymaja rzeczy na siedzeniach, zeby nie blokowac przejsc. pani kontrloerka, czy tez w sumie pracownik pociagu nadaje komunikat “ludzie! zabierzcie swoje walizki z siedzen, inni pasazerowie tez chca usiasc”. usmielilsmy sie. “people! take off your lagguage from the seats!” co za chamstwo! 😉
wysiedlismy na civic centre. obok piekny ratusz, plac. po jednej stronie rzad drzewek, po drugiej tez. przed calym placem stragany z duperella. Ula tam sobie oglada, ja ide pod pomnik zajarac. podchodzi pani bez zebow, menelka, bezdomna i pyta czy moge dac jej normalnego papierosa. ja jej, ze nie, nie moglbym. ona cos tam nawija. ja w koncu odpowiadam, ze slabo rozumiem, nie mowie dobrze po angielsku. pani sprytna informuje mnie, ze na pewno wszystko rozumiem i mowie po angielsku. zaczyna nawijac, jaka ona jest biedna, chcialaby zapalic normalnego papierosa. ja zaczynam nie interesowac sie pania i zastanawiac sie, czy powiedziec jej, zeby sobie poszla, czy mam zawolac policje, bo czuje sie napastowany. pani w pewny momencie, ni z gruszki, nie z pietruszki mowi – “i can get you crack if you want”. myslalem, ze padne ze smiechu. pani dalej ciagnie, ze moze byc tu jutro o tej porze z towarem. po chwili jednak dala za wygrana i powiedziala, ze na pewno nie chce cracku i sobie poszla.
dopiero w tym momencie dotarlo do mnie co sie dzieje dookola. niby ratusz, niby pieknie ale ile menelstwa i bezdomnych! maja cieplo, wiec spia gdziekolwiek. najlepiej w takich miejscach, gdzie turystow duzo.
zawinelismy sie do naszego hotelu. droga calkiem calkiem. najpierw 15 min naginania po ulicach, pozniej autobus, znowu naginanie po ulicy. w pewnym momencie widzimy w autobusie, ze droga sie urywa. a daleko za tym zatoke widac. autobus skreca w lewo i widzimy, ze droga sie nie urywa, tylko spada w dol! jak w serialu “ulice san francisco”!
nasz hotel spoko. mily, starszy, indianski pan nas melduje. pokoik z wielkim lozkiem. obok mniejsze pomieszczenie na garderobe. no i oczywiscie lazienka. dosyc glosno od ulicy plus slyszysz wszystko co sie dzieje na korytarzu i w pokoju obok. ale bylem w nocy tak zmeczony, ze zasnalem bez problemu.
same miasto jest niesamowite! wyglada na bardziej europejskie. w sumie to chyba jest tak, ze Miasto nie wyglada jak typowe miasto, wiec SF wyglada pewnie normalnie 😉
nie musisz jechac w gory, zeby sie powspinac. tu masz ulice w dol, ulice pod gore. wszystko. malowniczo, kolorowo. nawet maja taka ulice co wyglada jak zyg-zag. pieknie ukiwecona, stroma i pozakrecana. samochody zjezdzaja zapewne 5 mil na godzine. szybciej sie nie da 😉
po zakreconej ulicy wskoczylismy do cable car, czyli do tego slynnego tramwaju i pojechalismy do china town. chinska dzielnica jest o wiele ladniejsza, niz ta w Miescie, czy tez w londku. zjedlismy lunch na balkonie. dzieki temu moglismy przez chwile uslyszec przewodnika grupy turystow, ktorzy akurat staneli pod nasza kanjpa. okazalo sie, ze ulica, przy ktorej jedlismy jest najstarsza ulica miasta. podroze ksztalca 😉
pozniej udalismy sie na wybrzeze. oczywiscie bardzio pro-turystyczne miesce. knajpek, kafejek, sklepow od groma. wzdluz wybrzeza kolorowa ulica ciagnie sie. na wybrzezu odwiedzilismy “sea lions” (chyba morsy ale nie do konca). opalaly sie na specjalnych tratwach w zatoce. po prawej stronie wyspa Alcatraz, po lewej Golden Gate Bridge. Alcatraz wcale nie jest tak daleko. ale ucieczka faktycznie mogla byc trudna. dosyc stroma wyspa, takze wskoczyc do wody moglo byc trudne. ale prady chyba sa silne i zimne, wiec wyczerpany wiezien wplaw nie mialby sznas.
a gdy nadszedl zmrok, nad zatoke nadciagnely chmury, ktore zakryly most. kupilem pocztowke z widokiem chmur, z ktorych wystaja dwie wieze mostu i co niektore wyzsze budynki SF. myslalem, ze to fantazja artysty. ale teraz widze, ze nie. chmury faktycznie potrafia zakryc miasto.
powrot do hotelu przez liquor store i juz. postanowilem kupowac lokalne piwo. trafilo sie jakies californijskie. no siuski. ale czego sie moglem spodziewac 😉
m

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑