Miesiąc: marzec 2013

Dobry Czwartek

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=lgj-6B4CP6Y]

Easter time. Mistletoe and wine!

Chyba mi się święta pomyliły. Dziś odkryłem, że Wielkanoc jest fajniejsza od Bożego Narodzenia. W grudniu jest zima, zimno i wszyscy o tych świętach pamiętają, bo o czym innym nie ma co myśleć. Już na 3 tygodnie przed wszyscy sobie winszują jakichś zdrowych świąt.

A Wielkanoc?! Wczoraj się zaskoczyliśmy z koleżanką, jak nam życzenia ktoś złożył. Byliśmy zbici z pantałyku. „No tak, Święta zaraz” – stwierdziliśmy. Ale kto by tu o nich myślał?! Jak wiosna za chwilę ma zawitać i czekamy nań, jak na urlop człowiek wygląda, jak świat jaśniejszy jest! No właśnie, Wielkanoc tak nam głowy nie zaprząta, jak Boże Narodzenie.

Wstałem dziś radosny jak skowronek. Wiadomo – Dobry Czwartek. Ciekawe czy to milion lat temu dziś, pan Jesus zmył komuś nogi? Wielce mi się te wielkie dni mylą. Hm, chyba dziś, bo skoro trzech dni potrzebował na zmartwych powstanie, to dziś nóżki i dziś ukrzyżowanko. Żeby do niedzieli zdążyć.

Pozbierałem się nieśpiesznie, wolno w sumie jak nigdy i wyleciałem z domu. Na sam przód jakaś wiosna uderzyła mnie w nozdrza i w twarz zarazem. Heh, jeszcze tylko 3 dni i już będziemy czas letni mieli. W uszach leci starego Bowie utwór „Time Will Crawl”

Czas będzie się wlókł, póki nasze wargi nie wyschną

… póki nasze stopy nie zmaleją

… póki nasze palce nie odpadną

… póki xxi wiek nie zginie

Uwielbiam ten numer. Energetyczny, radosny, wiosenny! Dziś brzmiał jeszcze bardziej radośnie i wiosennie. Wiadomo – Dobry Czwartek.

Czy oznajmiłem, że Bowie sprzedał się w USA w nakładzie „tylko” 85 tysięcy egzemplarzy? Nie było projektowanych przeze mnie 100 tysięcy! Szkoda, ale i tak nieźle. Pan bije rekordy na całym świecie – najlepsza sprzedaż w pierwszym tygodniu albumu tego pana przynajmniej od czasów „Ziggy Stardusta” lub „Black Tie, White Noise”.

Nanieść muszę, że stałem się posiadaczem płyty „The Next Day”. Ludzie to się nie znajom na muzyce. Byłem ostatnio z panem na K. w Empiku. Zarekomendowałem mu zakup dwóch płyt. Jaki ja perswazyjny jestem. Nick Cave bez sprzeciwu do ręki powędrował, a przy Bowiem musiałem użyć argumentu – Jak ci się nie spodoba, to od ciebie odkupię! No i tak oto mam ten album. Nie wiem jak można nie lubić tego dzieła. Otwierający, tytułowy utwór, to takie radosne i wiosenne „rzępu rzępu”. Drugi utwór tez nie od macochy. Sam Tom Waits by się go nie powstydził. Trzeci – Stars are out Tonight, to dla mnie prawdziwa perełka. No ludzie to się na muzyce nie znajom!

W tym tygodniu inwazja Justinów. Bieber nadciągnął do Łodzi bałamucić nieletnie fanki. Obłęd prawie jak za czasów słynnej Czwórki z Liverpool’u. Na szczęście nie dla mnie ta muzyka. Niech się dziewczynki bawią przy jego dźwiękach.

Timberlake, też Justin, powrócił po 6 latach muzycznej ciszy. Pobił rekord Bowiego na Wyspach i teraz to „20/20 Expierence” jest najszybciej sprzedającym się albumem 2013 roku. A w USA jest 19-tym najszybciej sprzedającym się albumem w historii, czyli od czasów oficjalnego skanowania sprzedaży (czyli od 20 lat z małym haczykiem). A taki słabiutki ten album. Szkoda! Co prawda „Suit & Tie” z Jajem Zet na fituringu robił nadzieję i zaostrzał apetyt ale cała płyta wyprodukowana przez Timberlanda rozczarowuje. To jest po prostu dobrze wyprodukowana słaba płyta. A myślałem, że Timberlake takim drugim Michaelem Jacksonem będzie. A tu wychodzi na to, że to taki George Michael.

Depeche Mode i ich „Delta Machine” to dopiero kakofonia! Elektroniczna kakofonia! Straszne! Może rzec wypadałoby kaka-fonia, bo kupa straszna. Trójka znowu się napina i masturbuje przepięknymi recenzjami. Każdy cudowne komplementy prawi, każdy chce być bardziej błyskotliwy w swojej opinii od drugiego.  Wczoraj dobił mnie pan Piotr Kaczkowski. Rozpływał się nad płytą i na końcu zaprezentował utwór. Jego zdaniem najpiękniejszy w całym wydawnictwie utwór. Creme de la creme „Delty”. I okazało się, że jest to pierwszy utwór dodatkowej płyty wersji de luxe, która zawiera tylko cztery utwory. Czyli co? Płyta cudowna ale najlepsze utwory się nań nie znajdują? Ile osób kupi wersję jednopłytową, a ile dwupłytową? Po mojemu to klasyczna zasada Pareto będzie – 80/20. Zażenowało mnie Radyjo tymi peanami nad cudowną płytą, której, jak się okazuje, nie ma. Mnie „Delta” odrzuciła i odstraszyła.

Za to nowa Dido fajnie plumka. Przedostatnie dzieło „Safe Trip Home” taka prze-smętna była, odsłuchana na siłę raz czy dwa. A ta! Aż prawie kupiłem ją na Amazonie. Musiałbym nazbierać zakupy do 25$, żeby zamówienie było efektywne, więc czas zakupu jeszcze nie nadszedł. Ale nadchodzi wielkimi krokami.

Oczywiście ta artystka też wydała de luxe, na której około 6 utworów się znajduje. Na szczęście tylko jeden fajny, a reszta to albo słabizna albo remixy. Także „tom paniom” kupię w wersji podstawowej.

O co chodzi z tymi deluxami? Dla mnie, jako dla muzykofila, to jest jak policzek albo jawna próba wyciągnięcia kasy! Jeszcze jeden taki de luxe, a będę bez skrupułów na torrentach albumy za darmo kupował.

De luxe to był przepięknie błękitny Wartburg mego taty, do którego na początku z siostrą wstydziliśmy się wsiadać.

Dobry Czwartek jest fantastyczny. W autobusie jest gdzie usiąść. A zawsze ciężko było wejść do „519”, które aż z Powsina jedzie, zgarniając towarzystwo z Wilanowa po drodze. A dziś proszę bardzo – siedzenie przy oknie lub od przejścia, tyłem lub przodem do kierowcy. Tylko brać i przebierać.

Słuch mi się w ten Dobry Czwartek wyostrzył, bo nie wiem czemu skupiłem się na dźwiękach płynących do mych uszu z mojej mp3. Pięknie grało.

„a co powiesz na małą partyjkę szachów?”

Pan pyta prog-rockowym głosem. To Lunatic Soul i ich „Wanderings”. Lubię tę melodię, lubie ten głos, tę kompozycję.

Później już było bardziej wariacko I obłędniej.

„Chodź dotknij mnie, jakbym był zwykłym człowiekiem.

A rzuć okiem na moje oczy.

Gwałtowność tam pod moja skórą jest

i dzierży gnata w swojej ręce”

„Bullets” Archive jest super. Piosenka, która przyspiesza ze zwrotki na zwrotkę lub z refrenu na refren, bo ciężko stwierdzić co zwrotką, co refrenem. Podobny chwyt mają „Ludzie psy”, tylko że u Peszkowej to ewidentnie refreny przyspieszają.

No właśnie! W grudniu zrobiłem trzy kadry to klipu „Ludzie Psy”, ale tak to zmontowali, że ciężko dotrzeć, czy moje efekty tam się pojawiły, czy nie. A oglądanie klipu klatka po klatce jest żmudne i trwałoby to  chyba z tydzień.

No nic. Dotarłem do biura i odliczam godziny do Dobrego Piątku.

A do wyjazdu – 23 dni!

Dziś Definitywnie Niech S….a, czyli nasza najlepsza tenisistka w historii, mierzy się z Sarenką Williams. Amerykanka lekko kontuzjowana pogoniła Chinkę rundę temu i teraz ostrzy swoją rakietę na naszą Isię. To jeśli w takiej formie jest jedna z najlepszych tenisistek wszechświata i wszech czasów, to nie wróżę naszej DNS kariery w tym pojedynku. Tylko jest mały problem. Amerykance musi się chcieć grać. Zauważyłem, że często Sarenka się nudzi na korcie i koncentrację traci albo jej serwis na Bahamy wyjeżdża i ta nie może się do niego dodzwonić.

DNS – ten przydomek narodził się podczas niechlubnego występu naszej Isi na Olimpiadzie w Londynie. Wtedy była po prostu NS, a przedrostek Definitywnie doszedł niedawno, podczas jakiegoś fuksiarskiego turnieju.

Pani inżynier ze Szczecina pewnie dziś pracuje, czy co, bo jakoś mnie nie rozpieszcza mailami. Co prawda nie ilość jest ważna ale jakość. No i wykrakałem, bo jeden mail jej wystarczył, żeby mi zburzyć porządek dnia. Ta mi pisze, że się waha między oglądaniem „Searching for Sugar Man”, a myciem okien. Cholera, jednym okiem rzucam na okno, a druga ręką szukam szmaty. No zaraz te okna przelecę. Ale może postanówmyż, że w Dobry Czwartek się nie sprząta.

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

W Dobry Czwartek się nie sprząta

sobotnie rytuały

Na głowę sypano mi popiół.

Popiół?! A obiecano mi opium

Zanim o sobocie, to może zacznę od piątku. Albo nawet i od środy. Od środy naszło mnie na Lao Che. Niektórzy twierdzą, że kakafonia, a mnie się strasznie podoba ich muzyka.

Wyznaję, jestem anonimowym melancholikiem,

Ale jutro ściągam buty z kamykiem

W piątek wróciłem z imprezy bankowej późno, więc prawie od razu ległem na łoże. Strzeliłem jeszcze w litery z panią inżynier i poszedłem spać.

Ach, najważniejsze. Lista trójkowa wraca do łask. Bo włączyłem sobie ją i jakoś nie przeszkadzała i nie drażniła. Na 5 nowości, aż 4 z pominięciem poczekalni – tak przynajmniej Marek N się zachwycał. Nowe idzie! Trafiłem akurat na debiut Rodrigueza i jego „Cukiereczka”. Na szczęście czeski pomiot spada (na trzecie tylko ale zawsze to lot w dół) oraz koszmarny t’love pożegnał top 10. Z nowości zanotowałem Depechów. Nie, to chyba nie jest ten drugi singiel, co go prawie dwa miesiące temu Trójka prezentowała, a ja się nim zachwycałem. Bo ten „Soothe my soul” taki jakiś nie ten. Ale Depeche Mode wraca i to mocno. Koncert drugi zaplanowali w lutym w Łodzi. To przynajmniej pani inż. ze Szczecina będzie mogła pójść, bo wiadomo, że ze Szczecina do Łodzi bliżej niż do Warszawy.

Po liście nadworny Depech radyja zaaplikował muzykę z różnych okresów Brytyjczyków. Tak, „In your Room” to moja ulubiona piosenka, nie tylko DM ale w ogóle. Mroczna, fajny tekst. Zamknięta całość. Pamiętam, że chyba w 1993 roku mieli problem z graniem tego utworu. Ale chodziło raczej o teledysk, że niby nie poprawny.

I’m hanging on your words 
living on your breath
feeling with your skin
Will I always be here

W sobotę, jak zwykle, lub jak przeważnie, w zależności od losów piątkowych, wstałem o 6 i się wyszykowałem do Lidla.

IMG00009-20130323-0739

Jak zwykle pierś z kaczki musiała się w wózku znaleźć. Inne rzeczy też weszły do środka i się zrobiło znowu jakieś 150 zł. Hm, co ja tam tak kupuję? Nie wiem. Odkryłem za to, że mój firmowy żetonik działa. Zawsze się martwiłem, że muszę mieć zeta albo dwa, co by koszyk odparkować. Kiedyś wtykałem już żeton ale nie chciał wejść. Dziś, umysł rześki, lekko zmrożony, wydedukował, że przecież musi to kółeczko wejść w dziurkę, bo skoro 1 zł, 2 zł i nawet 1 euro wchodzi to mój żeton też musi. I wszedł. Hura!

Wracając już zapatrywałem się na myśl, radosną myśl, że pojadę sobie za chwilę na szmacie po mieszkaniu. Zboczonym chyba, skoro porządki mnie bawią! Ale na sam przód poszły w ruch prace kuchenne skutkujące nastawieniem garnka na zupę. Może jutro się przyda jakieś lekarstwo na zmęczenie.

W międzyczasie, w autobusie powrotnym zdążyłem skomunikować się z paroma osobami. I tak, panie Geslerowe już nie są żadną wyrocznią kulinarną. Hm, dla mnie nigdy nie były. Teraz SłodkoKwaśna wyznacza kierunki.

Przepis na pyszną białą kiełbaskę w kapuście zapiekaną. Jadłem, próbowałem, a właściwie delektowałem się. Nawet SłodkoKwaśna kupił mi kilo tej kołbaski.

Zaczynamy od kupienia kilograma białej kapusty kiszonej oraz białej kiełbasy. Wyraz  „białej” można wyciągnąć przed nawias – włącza mi się moje matematyczne zboczenie. Kiełbaskę nakłuwamy, najlepiej szpikulcem lub w ostateczności wykałaczką. Widelcem nie polecam. Ani nożem, bo się może porwać kiszka. Na dno naczynia żaroodpornego kładziemy troszkę kapusty. Na to kiełbasę i przykrywamy kapustą. Przykrywamy i do pieca na godzinę. Raz czy dwa można pogmerać w naczyniu. Po godzinie ja zdejmuję pokrywę i mieszam wszystko starając się kiełbasę trochę odkryć. Po 15 minutach wyciągam. Soki z mięsa przenikają do kapusty i jest delicja nad delicje! Oczywiście metoda prób i błędów jak najbardziej wskazana. Można czas korygować w te lub we wte.

Chyba wywar zaczyna się gotować, bo jakiś zapach do mnie dochodzi do salonu.

A właściwie to już skończyłem na dziś.

Płyta Lao Che też z resztą. Korelacja jeden!

O 10.00 Markomania. No zgrałem się pysznie.

Może jeszcze dorzucę, że dziś jedziemy na sesyję Bitambutama w jego nowym Bitambutam Studio.

Magiczna liczba – 27!

Ula mi napisała wczoraj, że chyba umrę z głodu, bo oni mocno poszczą przed Wielakanocą, która wypada 5 maja w cerkwi. Wystraszyłem się nie na żarty (nienażarty). Na szczęście owoce morza wchodzą w grę. Uf! Będę żył.

Czas odpalić odkurzacz i wyjąć domestos.

Miłej soboty!

cztery dziewiętnastki

Nie, nie, nie, to nie będzie parafraza „Czterech osiemnastek” pewnego discopolowca z Grajewa.

Cztery Osiemnastki, tylko w moim samochodzie
To jest teraz trendy to jest teraz w modzie,
Cztery Osiemnastki, tylko w mojej furze.
Lubią być na dole, kiedy ja na górze!

 

 

Pierwsza dziewiętnastka:

Bodajże w okolicach 19 stycznia posłyszałem pewnego pana – Woodkid’a.

 

Druga dziewiętnastka:

19 lutego coś mi się ubzdurało, że album pan wydał. Między innymi dlatego zainstalowałem sobie i zapisałem się do szafy grającej zwanej Spotify. Niestety nie było tej płyty, były jakieś inne jego utwory.

 

Trzecia dziewiętnastka:

przypomniałem sobie dziś, że to dziś można już słuchać. No to słucham. „The Golden Age” brzmi trochę znajomo. Jakby Charlie Winston, jakby Amos Lee. Ale jednak jak Charlie Winston. Brzmi to zgrabnie.

 

David Bowie bije rekordy popularności. Kampania promocyjna prawie jak za czasów premiery Toma Waitsa. Co się dzieje z tymi dinozaurami? Boją się, że przepadną? Wydawało mi się, że nie trzeba się tak promować, bo fani są od dziesiątków lat, i pamiętaj, i czekają, i kupią. A jednak. Reklama goni reklamę.

IMG00008-20130319-0751

 

 

 

W domu, na wyspach płyta „The Next Day” już okrzyknięta została najszybciej sprzedającym się albumem tegoż obecnegoż roku. 94 000 egzemplarzy. Super. Płyta fajna, nie mogę doczekać posłuchania jej pod rzeką Hudson River przejeżdżając z New Jersey do New York i odwrotnie. Ciekawe jakie wyniki sprzedaży osiągnie „The Next Day” w premierowym tygodniu w USA? Projektuję, że lekką ręką ponad 100 000 egzemplarzy.

 

Chociaż runął ci świat 
wiosna przyjdzie i tak

 

Wiosna to miała przyjść wczoraj! Tak mówiły wszystkie pogodowe serwisy z łeder.kom na czele. I co? Pstro. Tego plus 6 jakoś nie widać, bo śnieg zakrył wszystko. Na dodatek nowe przepowiednie grożą mrozem w sobotę i zimą po świętach. Czuję się, jakby runą mi świat. Mam nadzieję, że wiosna przyjdzie i tak.

 

Czwarta dziewiętnastka:

za miesiąc o tej porze będę w połowie drogi. Będę z wysokości 10 km podziwiał Atlantyk, bo brzegi Europy będę miał już za sobą. Niestety będzie to ta „szybsza” połowa drogi, bo zazwyczaj wtedy zaczyna się żmudne patrzenie w monitor i obserwowanie, jak te mile powoli się kurczą. Najgorzej jest jak się widzi brzegi Ameryki Północnej. Już tuż tuż wydaje się, a tu jeszcze z 3 godziny. Już jak Boston się mija, to myślę sobie „jesssu, co tak wolno”. Ale później nadchodzi myśl – przecież do Bostonu w stanie Masauciechs jest tylko 250 mil z Miasta! To prawie jak lądowanie. Mam nadzieję, że tym razem szybciej mi droga do Jasnego Zieleńca minie, a nie tak jak rok temu – 5 godzin. Przylatuję dokładnie o tej samej porze, co rok temu. Eh!

Heh i eh

Jak do drzwi o północy zapuka nieproszony gość
Tak na ciebie za rogiem czeka twoja przeszłość
Ubranie to samo, włosy te same i skórzane buty
Pomału kulejąc za tobą podąża aż cię dosięgnie

I powie oto jestem tu
Taką mnie masz
Zaproś mnie
Jeśli mnie znasz
Jestem twoją przeszłością.

 

Nie wiem od czego tu zacząć. Tyle się nazbierało. Może najpierw od bulwersującej sprawy. Czeski pomiot ósmy raz na szczycie listy trójkowej. Czego Ci ludzie słuchają? I jeszcze Big Day puka do bram listy. Nie wspomnę o koszmarnym T’Love. Dobrze, że od jakiegoś czasu nie słucham tej audycji. Z przyzwyczajenia pani inż. ze Szczecina mi donosi o pozycjach. Eh!

Nawet na fejsie ludzie się zachwycają Czechem! Matko boska! Zhejtować dziada.

 

Heh! Dwa tygodnie temu, z nudów kompletnie, zajrzałem na prognozę pogody na łeder.com. Oczy przecierałem ze zdumienia. Nadchodziła wiosna. Plus 10, plus 14! I to słońce! Heh! W końcu! Nie jestem jakiś meteorologiczny i nie zaglądam raczej na takie serwisy. Pogoda mnie zawsze brała taką, jaka jest. Tym razem miałem dość szarości. Depresja mnie nachodziła. Chciałem słońca. Z wiekiem tak się ma?

A propos wieku, heh! Dwa dni temu licznik się przekręcił…

I było tak wiosennie i tak słonecznie. Później życzliwi zaczęli donosić – zima wraca. Nie chciałem w to wierzyć. Wczoraj rozwiały się wszelkie wątpliwości. Jest! Wróciła pani Zima. Na szczęście jest biało, bo grozili, że będzie deszcz ze śniegiem oraz plus 4, czyli najgorsze, co może być.

Pani Wiosno, pani wraca.

41 dni! Odliczania czas zacząć. Nawet nie będę pisał do czego, bo to już chyba jasne.

Eh, David Bowie się wydał po 10 latach. Na szczęście ma się znajomych, którzy podsyłają z iTunes’a wersje deluxe niewydanych jeszcze albumów. Wstałem dziś o 6, żeby w końcu Davida posłuchać. Dzień dziś napięty i w grafiku nie było miejsca. Dopiero o tej 6 mogłem pana wcisnąć.

Kliknąłem na folder „bowie” i poszedłem się krzątać po kuchni. Słucham sobie i słucham i myślę – hm, chyba kliknąłem w folder z całą dyskografią pana, a nie w ten z nowymi nagraniami. Ale ciężko było wrócić do pokoju i przełączyć folder kiedy się jajka miesza. Na szczęście kurze.

Eh, co się okazało! To nowa płyta grała. Jejks jak to brzmi. Jak wszystko pana Bowiego. Prawie jak płyta z serii Essentials. Jeden kawałek brzmi jak lata 70-te, zaraz po nim drugi jak „White tie, Black noise” (hm, a może „Black tie, white noise”). Bardzo mi się podoba. Już pierwszy singiel miał coś w sobie, a drugi „the stars (are out tonight)” mnie rozwalił. Heh! Na koniec dodam, że chyba trzeba być fanem albo przynajmniej być zaznajomionym z twórczością Bowiego, żeby się dać unieść tym nowym albumem.

W mojej nowej szafie grającej zwanej Spotify tego albumu jeszcze nie ma. Kolejny minus dla tej aplikacji. Chyba podziękuję za wersję Premium, jak jej próbny czas się skończy.

Na razie w moim odtwarzaczu siedzą i rządzą na zmianę – Nick Cave, Andy Burrows i David Bowie.

 

Do Lidla już nie chadzam. A właściwie, to dawno nie byłem i coś mnie nie ciągnie. Kapcio-mopy albo mopo-kapcie mnie odstraszyły. Jakaś hybryda kapci i mopa stworzona na potrzeby promocji zwanej Wiosenne Porządki.

Za to Biedronka do łask wraca. Koleżanka przedstawiła mi kabanosiki wieprzowe i drobiowo-wieprzowe za 2,29 zł za paczuszkę. Mniam. Przy okazji znalazłem chrupiące papryki nadziewane serem i zalane oliwą. Jeszcze większe MNIAM!

 

A czas dziś taki napięty, gdyż pomagać będziemy Słodkokwaśnej w malowaniu jego nowowynajętego studia. W Międzylesiu stoi piękna, nowa, opustoszała szkoła. Na szczęście władze gminy Wawer postanowiły coś z tym zrobić i oddały budynek w ręce młodych i aktywnych. Obok wspomnianego studia na przykład będzie szkoła tańców brazylijskich.

Studio wielkie i wysokie, więc malowania będzie sporo. No i jeszcze lamperię trzeba będzie zasłonić, czyli gruntowanie i malowanie nas czeka spore. Mam nadzieję, że Słodkokwaśna dał halo na fejsie o wydarzeniu i przybędzie milion osób pomóc. W malowaniu najbardziej nie lubię okolic kaloryferów i rur.

Niech nam malowanie lekkie będzie.

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑