podróże,  życie

wycieczka robi się naprawdę …

droga.

Moi drodzy, zerknąłem dziś na moje konto i pomyślałem, że europejskich „dzjenieg” nakupię. Mój bank, i pewnie inne w Polsce też, wprowadziły super pomysł, że do jednej karty debetowej można podpiąć kilkanaście kont walutowych.

Będąc w Danii na lunchu, prędziutko otworzyłem rachunek i zaopatrzyłem się w tyle duńskich pieniędzy, ile rachunek w knajpie mówił, że mam mieć. Korony duńskie? Chyba tak.

Kurs w kantorze internetowym jest atrakcyjny, więc w sekundę nabywam walutę i płacę kartą. I karta już sama wie, czy ma się pozbyć złociszy, czy innej waluty. Nie było nigdy z tym problemu. Do dzisiaj. Pan w sklepiku zapytał mnie, czy ma mnie skasować w euro, czy w złotówkach, bo na wyświetlaczu terminala pojawiło się takie pytanie. Zbaraniałem. Już pomyślałem, że może nie zauważyłem i kartą kredytową zapłaciłem. Apple pay ma domyślnie tę kartę ustawioną. Ale nie, zapłaciłem debetową. Dziwne. Pierwszy raz mnie o to zapytało.

Także wygoda jest. Szybko się nabywa waluty i się płaci.

Ale dziś, mina mi zrzedła. Jak mi się w kantorze wyświetlił kurs euro. Auć.

Dziś dzień był leniwy. Tak, Las Palmas nie urzeka. Miasto bez wyrazu, ale ogólnie wycieczka jest sympatyczna. Hiszpanie w sektorze usług bardzo sympatyczni. Zastanawiałem się nawet, kogo bardziej lubię – Włochów czy Hiszpanów. Zawsze mi się wydawało, że tych pierwszych. Ale teraz już wiem, że raczej Italiańców.

Przepraszam, ale to co chodzi po ulicy, to jakiś dramat. Barany, które nie patrzą kogo mają na swojej drodze. A dziś hitem była senorita, która wlazła mi do przymierzalni, bo akurat odsłoniłem kotarę, żeby przejrzeć się w lustrze. Praktycznie stałem w wejściu mojej kabiny. Pani, jak gdyby nigdy nic, z telefonem przy uchu wbiła do przymierzalni i się przyczaiła w kącie. Mówię jej, że „halo”, że „zajęte”, ale pani jakaś zaaferowana rozmową i chyba niekumająca w języku lengłidż. Ale w końcu zrozumiała i wyszła. No osobliwa sytuacja.

Dziś się przeprosiłem ze sklepem Primark. W 2005 roku, odwiedzając Londyn po raz pierwszy, moi znajomi mnie tam zaprowadzili. Dzielnica Killburn. Wchodzę i widzę, jak hindusi przekopują sterty ubrań. Kurz się tylko unosił nad nimi. Jakby w grze lemingi ktoś im włączył opcję „przekopywać się”. Rok później, na flagowej ulicy stolicy Anglii, zwanej w oryginale Oxford street, otworzyli duży, ładny sklep. Kilkupiętrowy.

Wszyscy moi polscy znajomi w Londynu zachwalali to miejsce. To się skusiłem i zrobiłem tam zakupy 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Tak fatalnej jakości ubrań nie widziałem w życiu.

Ostatnio w barze lokalnym na granicy Stegien i Sadyby przekomarzaliśmy się z sąsiadką Anią i barmanką Werką. No i koleżanka zza lady wspomniała o tym, że oddała się szaleństwu zakupów w Primark. W Warszawie otworzyli niedawno i zrobili z tego straszne halo. Sąsiadka przyznaje, że nie wie co to za sklep. Ja ją szybko uświadamiam, że „to taki śmietnik z tanimi ubraniami”. Werka spiorunowała mnie szybko i odpaliła, że mogę nazywać to śmietnikiem, ale dla niej to jest fajny sklep z ciekawymi ciuszkami.

Dziś wbiliśmy do Primarku w Las Palmas. Torbę naładowałem pełną, zachwycając się, że ojej jakie to fajne i to też. Z przymierzalni wyszedłem z pustymi rękami. Powiedziałem do dziewczyny, że „nada”wręczając jej ciuszki. Wszystko było niby ok, ale nie były to ubrania dla mnie. Kupiłem 5-pak skarpet na siłkę za 2,5 euro i portki za 6 (też na siłkę). Ale muszę przyznać, że to już nie śmietnik i wygląda całkiem-całkiem. Tylko z rozmiarówką mają problem. Mają XS, M i później już 3XL. Ciężko upolować coś w rozmiarze L lub XL. Jak będę szukał dresów na długie, jesienne wieczory, to wbijam tam. Ale teraz lato idzie.

Rano, odbyłem swój rytuał – śniadanie, siłka, basen i sauna. Do basenu ktoś sardynkę wrzucił. Tłustą sardynkę. Odbyłem też pierwszą lekcję jogi. Podwodnej jogi.

Dziś poszliśmy do parku Catalina. Fajne miejsce. Takie spokojne. Sporo knajpek, starsi panowie grający chyba w domino. W kiosku kupiłem kartki dla … ale o tym ciii. Z Wawy wyślę do … ciiii.

Siedliśmy w jednym lokalu i się … obżarliśmy. Z tapasów wzięliśmy: ziemniaczki z sosem, smażony ser, chorizo i papryczki padron. Ta ostatnia przystaweczka, mimo wątpliwości wycieczkowiczów, okazała się według mnie najlepsza. Te kryształki soli świetnie pasowały. Mniam. Ale oczywiście do tego wzięliśmy jeszcze dania.

Po raz pierwszy w życiu wziąłem paellę. Z owocami morza. Nie, po raz trzeci. Pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Nie moje danie. Mieli w karcie jeszcze fiduea, czyli paella z makaronem, zamiast ryżu. No to może następnym razem.

Wracaliśmy do hotelu wzdłuż oceanu i zatańczyłem sobie z panią makarenę.

 

W mieście podoba mi się sztuka uliczna. Czasem można trafić na ciekawy mural.

Jutro ruszamy w głąb wyspy. We will go down south!

W opcji była te wycieczka trimaranem ekspresowym na Teneryfę. Ale 93 funty? No way Jose! (czytaj: noł łej Hoze).

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.