Miesiąc: wrzesień 2013

błyskawiczna ankieta

Ręka do góry, kto nie lubi (nowego) Stinga?

Raz, dwa, trzy, cztery, …, 8 miliardów 999 milionów 456 tysięcy osiem.

Tak myślałem.

Jak można takiego gniota promować? Trójka się masturbuje najnowszym dziełem Stinga – The Last Ship. Ja to parafrazuje na The Last Shit. Jesssu.

Ale się uniosłem.

Do redakcji Przyjaciółki

 

Droga redakcjo Przyjaciółki – mam mały problem. Nie, nie taki problem mam na myśli.

Na klatce przykleili kartkę, że odczyty będą. Wpierw centralne ogrzewanie, a później woda.

Notka na pierwszej kartce również zawierała gorącą prośbę. W związku z przypadkami pogryzienia, uprzejmie się prosi o zabranie kotów, psów, węży i innych gadów na spacer lub zamknąć.

gorąca prośba

O-o. Mam nadzieję, że żaden wąż i szczur nie wylezie muszlą klozetową i nie capnie mnie za ….

Co do gorącej prośby, to przypomina mi się szlagier Chylińskiej z jej debiutanckiej, solowej płyty o tytule … Gorąca Prośba. Szło to tak:

Jesteś zerem, dobrze wiesz i raczej zostanie tobie tak

Jesteś zerem, dobrze wiesz! Dlatego sorry, ale teraz bardzo proszę cię…

wypier…aj stąd x4

(SOLO)

Wypier…aj stąd! x4

Dlatego wypier…aj, wypier…aj stąd!

Wypier…aj, wypier…aj stąd!

Wypier…aj stąd!

Pamiętam, że tydzień się uczyłem na pamięć refrenu, bo nie mogłem zapamiętać ile razy tego wypier…alania jest. 4 czy ciut więcej.

Heh, teraz myślę, że śp. Debra Morgan mogłaby zaśpiewać to z Lady Agą w duecie. Tak, tak,  sprawdziłem. Nie żadna tam Debrah, tym bardziej nie Deborah, tylko swojska Debra Morgan była moją ulubienicą serialu Dexter!

Najpierw zastukał pan. Wlazł z buciorami na mój czerwony dywan i zaczął odczytywać, a później wypełniać jakiś druczek. Dziad!

Po kilku godzinach przyszła pani cieciowa po stany wód w lokalu.

Na odchodne rzekła:

–       poniżej mieszka młoda dziewczyna, studentka. Uczy się do magisterium i do kolokwium. Ponoć strasznie głośno słucha pan muzyki?

–       Nie, niemożliwe. Ja zawsze ściszam o 22

–       Aha, ale rano

–       Aaaa, rano. No tak, to może być u mnie. Ja zawsze o 7 słucham głośno muzyki

–       No właśnie. Ona prosi o ciszę, bo się uczy do późna i jej to przeszkadza

–       ??? Hm, nikt do mnie w tej sprawie nie przychodził

–       bo ona ma nogę w gipsie

–       no dobrze, coś z tym zrobię

Pani cieciowa wyszła zostawiająć mnie skonsternowanego.

I tu przypomina mi się sąsiadka z góry. Zwracała mi dwa razy uwagę, że palę w oknie i jej dym leci.

Raz mnie przyatakowała z podwórka mówiąc:

–       a nie zdrowiej wyjść na spacer zapalić?

–       Eee, ooo, errr

Drugi raz, pofatygowała się osobiście do mnie. Również zostawiła mnie skonsternowanego. Przeprosiłem ją i obiecałem, że nie będę. Ale po chwili, jak już znikła, pomyślałem sobie:

Ty wredny babsztylu! Dwa razy mnie zalałaś i ani raz unie przyszłaś sprawdzić, czy jest już OK i czy nic się nie stało.

Palę dalej w oknie i mam ją głęboko w … poważaniu.

Teraz z kolei pomyślałem sobie:

Ty wredna i obłudna mała pipko! Jak robiłaś imprezy wcześniej to szyby latały w całym bloku. Słychać było śmiechy, wrzaski, pijackie dyskursy i tak dalej.

Przypomniałem teraz sobie tą połamaną sąsiadeczkę. Nie zbiegałem na dół z pretensjami, że głośno, że przeszkadza, że wyspać się nie można. Choć byłem blisko. To, że było głośno, nie było problemem. Kością niezgody i mego zdenerwowania był rodzaj muzyki. Jak można słuchać takiego badziewia?! I z taką uwagą kilkukrotnie chciałem się do niej wybrać. Ale jakoś machałem ręką i szedłem spać w bólach usznych. A wiadomo jaki ja wrażliwy na muzykę jestem!

A teraz ta mała takie donosy! Nawet pani powiedziała! Jesteśmy pokłóceni!

Dzień po tej informacji, rano słuchałem ciszej muzyki – szczerze się przejąłem. Pochodziłem w butach tej małej pipki.

Ale dziś miałem ochotę na konfrontację i dałem na full. A przyjdźże ty!

Droga redakcjo Przyjaciółki poradźcie, co robić? Ściszać, czy nie ściszać? Nie wiem, co robić.

Koniec i początek

Najnowszy i zarazem ostatni odcinek Dextera spoliczkował mnie i zdegustował panią inżynier ze Szczecina. Ciekawe jaką opinię będzie miał inny fan – Słodkokwaśna.

Epizod finalny zakrawa o pomstę do nieba, jak i cały ósmy sezon z resztą. Zrobili na koniec jakąś brazylijską telenowelę.

Nie chcę nawet więcej o tym pisać, bo lekarz kazał się nie denerwować, a i Słodkokwaśna nie oglądał jeszcze pewnie, więc nie chcę spoilerować. Niech się sam dowie, że Dexter i Debrah giną na morzu w łódce o nazwie „Slice of Life“.

Psychopata się wyleczył. Cud nad cuda. Szkoda Debrahy – najjaśniejszego punktu serialu.

Ostatnie słowa wulgarnej bohaterki:

Go and be fucking happy.

 

Ale jak żyć bez Dextera i przede wszystkim bez Debrahy?

Czy ona była Debrah czy Deborah? Heh, taki fan ze mnie, a nawet tego nie wiem. Cóż, serial się zakończył, łza w oku się zakręciła. Czas ruszyć i być szczęśliwym.

ale tak spieprzyć serial!!!???

 

Na szczęście pojawiła się kolejna seria dwóch spłukanych dziewczyn.

 

Słodkokwaśna podekomendowała nowość – The Blacklist. Hm, z opisu wali zrzynką z The Following, który miał początek rewelacyjny, a skończył się komedią niemożliwą do oglądania. Ale przy pysznym jedzeniu i pysznych płynach, to nawet i Tap Madl był interesujący. Na trzeźwo nie wchodził. Także Czarną Listę stestujemy.

 

Z innych ostatnich nowości chciałbym oświadczyć, że przebiegłem półmaraton!

21 095 km pokonałem w 1h55m57s! Jestem z siebie dumny. Kolejny krok – maraton. Kiedyś. Może kiedyś, bo bieganie mnie znużyło. Nie wiem, czy to ta pogoda, czy osiągnięty cel, ale biegać mi się coraz bardziej nie chce. W pracy jestem na 7 miejscu wśród wszystkich bankowych biegaczy. Mam na koncie 136 pokonanych kilometrów od września. Przede mną, w zasięgu są dwie osoby. Może je przegonię.

W regionie warszawskim króluję i rządzę niepodzielnie. Na drugim miejscu są 3 osoby ze swoimi śmiesznymi 46 kilometrami.

 

Z muzyki – Placebo wraca do łask. Pojedyncze utwory bardzo fajne, całej płyty nie da się znieść. Za monotonne. I tak 7 to już chyba album na takie samo kopyto nagrany.

Muzyczny freak namawia mnie na koncert Foals, ale nie. Zdecydowanie nie. Jakaś rockowa diskoteka. Nie!

Ale za to podsunąłem pomysł na zobaczenie Editors. Nawet Pan K. się zainteresował. To pójdziemy we 3, jak jeszcze bilety będą, jak się ogarnę z kupnem w Empiku, który mam 50 m od pracy.

 

27 października gdzieś w Californi wystąpi pewien pan. Event się nazywa Bridge School Benefit Concert. Kurczę, może coś z tego wyjdzie i Tom Waits ruszy w trasę?

Weekend

To już chyba wszyscy wiedzą o czym będzie wpis.

 

Działać bez działania, żyć bez przymuszania, dawać, otrzymywać, nie wyrywać chwilom. Czy ulotność chwili lepiej znosić byłoby niż dziś

 

Wszystkie nieszczęścia i szczęścia weekendowe zaczęły się w sobotę o ….

Nie, nie, nie. Oznaki nadchodzącego weekendu i wszystkiego niedobrego z nim związane, pojawiły się w czwartek, kiedy to sumdoku mi nie wyszło! Uwielbiam sumdoku i zbyt pewnie podszedłem doń. 6 razy podchodziłem, poprawiałem, główkowałem. Już nawet miałem w odpowiedzi zerknąć, ale okazało się, że wyrwałem dwie ostatnie strony wcześniej, więc nici z jakiekolwiek handikapu. Wtedy nie myślałem, że taki weekend będzie. Co prawda dla mnie te dni upływają miło i przyjemnie. Ale…

O 3:30 rano w sobotę obudził mnie dźwięk gry WYRAZY. To pani inżynier zażyczyła sobie grania. Myślę sobie „Oho, wróciła z imprezy i się nudzi“. Rano otwieram oczy i widzę maila. Dramat jakiś się wydarzył. Konkluzja z tej historii jest taka, nie będę wdawał się w szczegóły samego przebiegu zdarzeń – nie wolno, ale to absolutnie nie wolno, słuchać płyt winylowych kiedy jest się zmęczonym i styranym dniem. Nie wolno i tyle. Mnie taka przygoda kiedyś też spotkała i już jestem mądrzejszy. Jak człowiek zmęczony, to wiadomo, że każda nutka drażni i melodia coś nie taka. Także pamiętajmy – płyt winylowych słuchamy radośnie, będąc wypoczętym i w pełni sił.

O 9 rano stawiłem się na recepcji do Grand Prix Warszawy. Tylko 10 km. No i poleciałem jak głupi. Pierwsze dwa kilometry to safari, dżungla. Przebijać się trzeba przez tłum uczestników. Na nieszczęście kolejka do Toi Toia była i na start stawiłem się za 5 minut wystrzał. Po 3 kilometrach okazało się, że za ciepło się ubrałem i ciepło mi. Nie zatrzymując się wykonałem:

–       zdjęcie opaski z ramienia

–       włożenie opaski do kieszeni

–       zdjęcie windstoppera uważając, żeby nie zaplątać się w kabel od słuchawki

–       zawiązanie kapoty wokół pasa

–       wyjęcie opaski z kieszeni

–       założenie opaski na ramię

ciężko. Ale się dało bez zatrzymywania i tracenia cenných sekund.

W biegu brali udział dwa smrody. Pot wczorajszy naprawdę nie jest ambrozją dla nosa. Biegnę i myślę, że to chyba ja tak się zgrzałem i spociłem. Ale nie, to nie ja. Wyprzedziłem kolesia i czuję, że jest ok. Kiedy się tak rozbierałem, to smród numer 1 mnie wyprzedził i musiałem przyspieszyć ostro, żeby się oddalić i nie zostać nigdy więcej przegonionym. Kolka mnie złapała na 4 kilometrze i smród mnie dogonił. Jak się łapie kolkę, to się zwalania mocno i się rozmasowuje miejsce kłucia. Trzecie wyprzedzenie załatwiło temat na ponad 4 kilomtery. Na około 1500 metrów przed metą smród nr 2 się do mnie zbliżał szybko. Jak mnie już wyprzedził, to stwierdziłem, że nie gonię, niech sobie smród leci. I po chwili problém się rozwiązał. Ciekawe jaki czas miał smród numer 2, bo pędził szybko.

Dziś sprawdziłem wynik na stronie biegu – 51 minut i 43 sekundy! Alelluja! Jestem z siebie dumny. Co za wynik. Kolejna próba bicia rekordu podczas Biegnij Warszawo. Mam plan przelecieć to poniżej 50 minut. Zapewne nic z tego nie wyjdzie ale cele trzeba sobie stawiać.

Wieczorem odbyła się impreza. Cóż to dużo mówić, towarzystwo się napiło mocniej i słabiej. Postanowiliśmy dla jubilata zaśpiewać „Dwieście lat“, bo on już taki stary, że  za „sto lat“ mógł się obrazić. Rozmowom balkonowo-tarasowym nie było końca. Jedni chcieli, żeby nadzorować siebie, bo usłyszałem nawet „Pilnuj mnie Maciuś“. Heh. Pijaki. Pijaki i złodzieje, bo jak wiadomo każdy złodziej to pijak.

Postanowiłem również z Panią K., że na nasze 40-te urodziny przebiegniemy sobie maraton. Nie w Polsce ale gdzieś na świecie. Pan K. na zmianę kodu, czwórka z przodu chce raczej Las Vegas jeszcze raz zobaczyć. Nie wiem tylko po co. Ja wolę maraton. Ale do 40-stki mamy jeszcze ho ho, z 12 lat.

Dzieci Państwa K. Wyszły oburzone i obrażone z imprezy, bo rodzice postanowili wyjść akurat nie wtedy kiedy dzieci by chciały.

Wracałem taksówką i wydawało mi się, że wiezie mnie pan w przeciwną stronę. Już tak raz mi się zdawało, ale pani Słodkokwaśnej powiedziała, że dobrze jedziemy. Teraz też się okazało, że jednak pan dobrze wiezie, bo po kilku chwilach zobaczyłem PKiN. Uf.

Dziś rano wstałem, a właściwie zostałem obudzony przez Słodkokwaśną, który nie wiem czego chciał o 7:12. No i tak się rozbudziliśmy, że pora była planować dzień. Z nudów założyłem sobie konto na Instagramie. To już tylko mały krok do konta na MordoKsiążce.

Pani inżynier napisała mi jakiegoś maila i mnie naszło, że chce mi się ciasta. Poleciałem do sklepu i kupiłem składniki nadesłane wcześniej przez uczoną znad prawie morza. Postanowiłem zrobić dwa placki – ze śliwką i z aronią. Wróciłem do domu, rozgrzałem piec, wsypałem mąkę i bach! Nie ma proszku do pieczenia. Zapomniałem! Grrr, poszedłem znowu do sklepu.

Placki nawet wyszły. Niezły wyczyn, biorąc pod uwagę, że się nie ma blachy do pieczenia. Z reszty aronii zrobiłem kompot. Ohydny, nota bene, ale piję.

Między plackami wykonałem jeszcze zupę bez nazwy. Może ktoś pomoże ochrzcić dzieło. Składniki:

–       mieszanka warzyw chińskich

–       brokuł

–       paluszki krabowe

–       łosoś

–       kukurydza

–       mleko kokosowe

mniam! Ale niestety nie wyględna ta zupa do zdjęcia jest, więc nie została uwieczniona.

 

Postanowienie na resztę dnia jest takie:

–       pospać (a tak się nie chce)

–       pospać, żeby później zaliczyć 11 kilometrów zgodnie z treningiem. Co prawda trening na jutro zaplanowany ale jutro napisali na klatce, że wody między 16 a 22 nie będzie

–       oddać starą wieżę osobie, która wraca z Giżycka i ma mnie przejechać, tzn. zajechać przez mój dom.

Wpis zawiera lokowanie produktów

9/11 – nie, nie chodzi o dzwonienie na policję. Naszło mnie z okazji rocznicy. Pamiętam, że siedziałem w pracy 12 lat temu i zszedłem z biura na halę. Wychodziło się od razu na sektor AGD i ścianę telewizorów. Jakieś wieże płonęły. Wyglądało to niesamowicie ale kompletnie nie rozumiałem o co chodzi. Marzeniem moim było zawsze zobaczyć Miasto ale te ataki jakoś nie łączyły się z ty faktem. Teraz twierdzę, że to nie sprawiedliwe było robić to temu Miastu. W sumie to żadnemu miastu nie fair byłoby to robić.

Pamiętam też głupią stażystkę z 2002 roku, która opowiadała, jak była w NYC i miała tego dnia podziwiać panoramę Miasta z jednej z dwóch wież. Zachciało jej się siku i zatrzymała się w toalecie. I dzięki temu dymiące się wieże „podziwiała tylko“ z mostu brooklyńskiego. Eh.

A co mnie tak na Miasto naszło? Ano naszło. Może to wizyta pewnej Pani, a może to tęsknota za Miastem się obudziła. Nie wiem.

 

Słodkokwaśna mnie zdenerwował dziś. Dostał paczkę pyszności od Lidla. Za to, że tak ładnie swój blog prowadzi. To ja też napiszę na mym blogu, że Lidl super jest. Viva Lidl. Widziałem, że mają za niedługo akcję pościel. To może mi jakiś komplecik wyślą.

Ostatnim nabytkiem z tego marketu są Wellingtony, czyli nasze rodzime gumowce. I dziś mogłem je przetestować. Nie straszne były już kałuże. Skończyly się cold feet i brudne nogawki z tyłu. Tylko szafkę muszę im jakąś sklecić, bo nie mieszczące się są.

 

W Endomondo zaimplementowałem sobie „half marathon training“. Trochę nie w czas, bo pobiec 21 km z kawałkiem muszę 24 listopada. Zimno, deszczowo i czort tam wie co jeszcze. 12 tygodniowy plan. I na dodatek 24 listopada, to rocznica śmierci Feeddy’iego Mercury’ego. Dżizas, jak ja nie cierpię Queen’u. W międzyczasie polecę w ramach Grand Prix Warszawy i Biegnij Warszawo. W obu przypadkach 10 km. To w sumie prawie jak półmaraton.

 

Pani inżynier ze Szczecina gdzieś się w Oslo buja, także nie mam z kim grać i w literaki, i w wyrazy. Brakuje mi nawet jej spojlerowania moich/naszych seriali. Teraz ja będę do przodu z Dexterem i Suits’ami.

 

Z muzycznych akcji nic ciekawego nie znajduję. Domowe Granie spada na liście Trójki (na szczęście). Tylko, że Anita Lipnicka wypuściała jakiegoś babola i teraz to jest naszym objektem zniesmaczenia. Hen hen – taki infantylny tytuł dała.

Ujął mnie za to jeden zespół. W niedzielę ostatnią klikałem sobie po kanałach, bo sezon nowy ruszył, także jest w czym (nie)przebierać, i natrafiłem na polsatowski talent-show zwany Must Be The Music. Ogólnie kupa i takie tam, ale przyszedł zespół Bluejay. Pani-dziewczynka wyszeptała kompozycję własną zespołu o nazwie „Take Me Home“. Jejks! Mam nadzieję, że jakąś płytę wydadzą.

 

Muzycznie, to doceniam Muńka. Pan w końcu poddał się samokrytyce. Nagrał płytę z Shamboo. Trochę się dziwię, bo Muniek chyba polonistykę skonczył, a nie wie, że się SZAMBO pisze, a nie jakieś Shamboo.

 

Muszę napisać, że najlepsza pizza to ta z Radości. Arturek ogłosił konkurs na najlepszy blog kulinarny. Także myślę, że jak napiszę na mym blogu o najpyszniejszej pizzy w mieście, to potraktuje moje wypociny jako kulinarne i przyzna mi jakąś nagrodę. Nie potraktuje?

W ubiegły czwartek znowu gościłem u Slodkokwaśnej. W sobotę w sumie też. No pieką te tarty jak głupi ale jakię pyszne! Najlepsza była ta z czekoladą ale wiadomo, że po „papieroskach“, to się człowiek bardzo głodny robi i wszystko smakuje. Ale każda tarta inna i każda mi smakuje obłędnie! Chcę więcej Słodkokwaśna! Może tarta z hmmmmmm…nie wiem sam.

 

Dalej robię no-look photo. Kilka w załączeniu.

 

Serena Williams i Rafael Nadal wygrali US Open. Każde z nich zainkasowało 3,6 mln $. Kurczę, czemu ja tak rakietką nie macham? Podatek w Stanach tylko 30%.

Obstawiałem wyniki na stronie turnieju. Hm, zawiodły mnie polskie gwiazdy. Dlatego też, między innymi, dlatego też w konkurencji kobiecej zająłem 1383 miejsce na 4075 uczestników. Zdobyłem 197 punktów. Mistrz zdobył 233. Byłem blisko punktowo.

U panów byłem 2379 na 5533 zawodników. 171 punktów kontra 224. Bawię się w to już od kilku lat i za cholerę nie mogę tego wygrać.

 

Bardzo się zdziwiłem, jak podczas wolnego dnia włączyłem TV i zobaczyłem, że Zbigniew Zamachowski prowadzi program śniadaniowy ze swoją damą. Widziałem ich w Sadyba Best Mall. Strasznie drobna ta pani. Ale co za czasy, żeby dobry aktor chałturzył w dupnych programach o niczym. Cóż, zapewne za darmo tego nie robi.

O programach śniadaniowych już kiedyś pisałem.

I’m covering my ears like a kid

When your words mean nothing, I go la la la

I’m turning up the volume when you speak

Cause if my heart can’t stop it, I find a way to block it I go

La la la la la…

La

 

W telewizorze właśnie leci “Pan i Pani Smith”. Heh, jak to miło na Angelinę popatrzeć. Jeszcze wtedy wszystko miała swoje.

 

Postanowienie na najbliższe dni, czyli „to do list“:

– złożyć wniosek o nowy dowód

– przebiec dwa treningi zbliżające mnie do półmaratonu

– wysprzątać kwadrat na glanc

–  wyspać się

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑