Dawno nie pisaliśmy, więc na wstępie pożyczę solenizantkom i jubilatkom październikowym wszystkiego najlepszego.
Lata 80. wróciły do łask. Dziś zaczęliśmy z Panią inżynier popisywać do siebie o Izabeli Trojanowskiej i o Bajmie.
Kiedyś umieściłem post o moich koncertach i biletach, które miałem w łazience. Obiecywałem pisać o poszczególnych koncertach ale jakoś nie po drodze mi było.
Teraz napomknę, że mój piwerwszy koncert w życiu, to występ Bajmu w amfiteatrze białostockim. Fanem byłem strasznym. Znałem wszystko na pamięć. Tłum skandował „Józek, Józek“. W końcu doczekaliśmy się. Eh. Nadeszły lata 90., a wraz z nimi znienawidzenie do tegoż zespołu. Straszne znienawidzenie, wręcz wstręt. W 21. wieku, w ramach wykonywania czynności służbowych musiałem wysłuchać aż PIĘCIU, identycznych występów!!! Praca w warunkach szkodliwych. Ale też miałem okazję zobaczyć z bliska paniom wokalistkę, zwaną Beatom Kozidrak. Hm, z bliska nie taka straszna, nawet, nawet rzeknę uczciwie.
Z kolei Iza Trojanowska przewija się ostatnio po necie. Że taka zapomniana, że taki skarb to był, że taka sex bomba. No nie wiem. Nigdy nie byłem fanem jej talentu zarówno muzycznego, jak i aktorskiego. Kojarzę ją tylko z „07 zgłoś się“, gdzie zagrała ex-żonę Sławka porucznika Borewicza oraz z „Kariery Nikodema Dyzmy“. Aktorka jednego grymasu. Drewno w śpiewie i w aktorstwie. A też ją kiedyś widziałem z bliska, wizytując pewien oddział. Dziś na onet piszą o nieznanych szczegółach z jej życia. Ooo, wyjechała nawet z mężem do USA. To może ten aktor z „Suits“ co się nazwywa Gabriel Macht, to jej syn? Bo też z niego artysta jednej miny. Nie wiem czy pani inżynier ze Szczecina życzy sobie, żebym zdradzał jej sekrety, ale muszę powiedzieć o jednym. Ok, to nie zdradzę. Zawoaluję osobę, o którą chodzi. Znam pewną osobę, paniom pewnom, która mieszka, dajmy na to w Łodzi. I ona się strasznie wkręciła, żeby nie powiedzieć zakochała, w tego aktora. Gabriel to, Gabriel tamto, Gabriel cmok, Gabriel mlask. I ona ogląda „Suits“ właśnie dla niego. Czyli jeśli pan aktor jest synem pani aktorki rzeczonej, to koleżanka, dajmy na to, z Łodzi jest … boję się kończyć. Izabela Trojanowska jest jej macochą, teściową lub też synową. A może ojcem?!?! Co za historia.
Wracają do lat 80. Parę dni temu zacząłem odświeżać pewną znajomość. W związku z tym do życia wskrzesiłem dialog zapoznawczy. Można by rzec o tej rozmowie, że to już klasyka gatunku:
– Dawid, привет, как тебя зовут?
– Dawid
No to my uże poznakomilis.
Wykupiłem kurs języka rosyjskiego przy konsulacie warszawskim! Szok.
Grupa wraz ze mną liczy 6 osób. Jak się okazało, jedna koleżanka spadła z grupy wyższej, bo tam była tylko konwersacja i lektorka nic po polsku nie chciała mówić. Jedna osoba w grupie mówi nawet z jakimś cieniem rosyjskiego akcentu, reszta duka i się jąka po polsku myśląc, że to rosyjski. Także nie wypadam blado i nie odstaję.
Kurs znalazłem w poniedziałek, więc szybko zadzwoniłem i dowiedziałem się co i jak. Poleciałem na egzamin i uzyskawszy 92% девушка przydzieliła mnie do grupy A2. Wystarczło tylko zapłacić i już. Nie chciałem tak od razu się określać, więc zapytałem, czy można pieniądze odzyskać, jeśli mi się to nie spodoba. Dziewczynka odrzekła, że po pierwszym miesiącu tak. I tu byłem w kropce, bo do końca miesiąca zostawały jedne zajęcia. Czyli musiałbym zapłacić, pójść na zajęcia i poprosić o zwrot, jeśli nie dałbym rady na kursie. Zapytałem się dziewczynki, czy mogę pójść za darmo na pierwsze zajęcia i zapłacić po nich, jeśli mi się spodoba. Pani spojrzała na, chyba, swego szefa, pana po 50, z pytającym wzrokiem. Pan coś odpowiedział po rosyjsku i nastała cisza. Pomyślałem sobie, że pewnie teraz moja kolej na respond ale, cholera, pan nie zakończył zdania pytaniem, więc nie wiem o co chodzi. Po kilku chwilach odezwałem się „to jak, mógłbym tak zrobić?“. Pan znowu przemówił i tym razem zrozumiałem. Faktycznie bardzo dobre te kursy językowe w tym konsulacie. Postęp widoczny w trymiga.
Na zajęcia poszedłem z zeszytem i długopisem. 5 minut przepisywałem datę! Maryjo, jak się pisze rosyjskie litery! Koszmar.
Jak się okazało data nie była aż tak trudna. Pani napisała wyraz ledwomieszczący się na tablicy. Nie dałem rady powtórzyć. Dochodziłem do trzeciej sylaby i koniec.

Podsumowując. Zajęcia fajne. Zapłaciłem. Będę uczęszczał.
Napisałem po „ypoky“ (lekcji) do największej ekspertki języka puszkinowego we wszechświecie, żeby podzielić się wrażeniami i żeby dowiedzieć się, czy moja pani expertka umie szybko powiedzieć ten długi wyraz. No i okazało się, że umiała! Szacun. Wyszło też, że to ulubiony wyraz jej Pana. Słowo to bowiem nie znaczy tylko „warte zobaczenia“ ale również „rzecz o dobrych cechach, przymiotach“ (primiet – cecha). Ciekawe czy małysz też umie to powiedzieć? Jeśli tak, to mój poziom znajomości rosyjskiego będzie niższy niż poziom czteroipółlatka! Może lepiej nie pytać.
Kupiłem wczoraj uczebnik, który użytkownicy instagrama widzieli zapewne. Także naukę ponownie czas zacząć.
Uwielbiam wolne piątki. Można na spokojnie wstać o 6.30 i normalnie na godzinę 8.00 pojechać do … Lidla. Kupiłem w końcu przepyszne marcepanowe ciasteczka (o tym też wiedzą użytkownicy instagrama), które zawsze wyżeram będąc u Słodkokwaśnej. Zjadłem pół pudełka, popiłem drugą kawą i jest mi … niedobrze.
O 9.30 przyjechał kolega od mebli z nowym mistrzem. Poprzednia złota rączka wymiękła. Okazało się, że ja za dużo wymyślałem(?!) whatta shocker! A tak chłopiec się chwalił, że on uwielbia wyzwania, i że mi zrobi tak, że będzie super. Hm, nie zrobił, nie dokończył i nie jest super. Zobaczymy co pan nowa-złota-rączka mi zaprezentuje. Jak to się mówi – pożyjemy, zobaczymy!.
Jutro święto zmarłych, zwane również świętem wszystkich śniętych. Czyli zakańczając równie pożyczam wszystkim świętym i śniętym wszystkiego najlepszego. Oby do taty nie zapomnieć jutro zadzwonić z życzeniami. Cała rodzina taka swięta – ja, siostra i mama rodzeni w niedziele, a tato 1 listopada! Rodzina święta jak żadna inna.
Miesiąc: październik 2014
Albo Wat aha. W każdym bądź razie chodzi o najnowszą produkcję serialową w Polsce. HBO się pyszni, że prawie milion ludzi obejrzało pierwszy odcinek. Powiem tak, zasięgnąłem języka, poznałem opinię innych i wiem, że drugi odcinek obejrzą przynajmniej 3 osoby mniej. Dno. Niestety nie potrafimy kręcić seriali. Jakieś symboliczne obrazy wilków, pan używający telefonu sprzed 14 lat. Ogólnie główny bohater to nieudana kalka Kevina Bacon’a z The Following (też mieli się na kim wzorować). Serial fatalnie nakręcony, przebitki zamglonych Bieszczad. Co to jest? Nieudane Discovery Channel? Żegnamy się z Watą Ha, Wat Ahą, Watahą.
Nowy sezon nastał seriali. Zajrzałem do American Horror Story. Fajny film. Każdy sezon inny, więc nie trzeba oglądać wszystkich, żeby wiedzieć o co chodzi. Pierwszy sezon to taki współczesny horror o nawiedzonym domu – bardzo fajny. Drugi sezon – mocny i ciężki psycho-horror. Amerykanie się zbulwersowali i zażyczyli sobie, żeby więcej takich nie było. Dlatego też trzeci sezon był jakąś horroro-bajką dla dzieci. Zmęczyłem sezon dla przyzwoitości. Czwarty sezon zwany „The Freak Show“ na razie znam z pierwszego epizodu – hm, nuda, nie powala, nic ciekawego. Ale dla Jessiki Lange oglądam nadal.
Homeland. Uwielbiam ten serial. Ale, bo zawsze jest jakieś ale, ten serial należy już zakończyć. Kolejny sezon, kolejny wydumany terrorysta numer 1, kolejny kraj na Ziemi i się akcja toczy. Czyli można by dwieście sezonów nakręcić, bo chyba tyle krajów jest na świecie. Nie wszyscy chyba oglądali jeszcze 4 sezon, więc nie będę zdradzał. Czy Carrie urodziła? Czy wyjedzie do Stambułu – tak pytałem rok temu w moim wpisie. Teraz już wiem, ale jeszcze nie powiem. Oznajmiam tylko, że dzieciak brzydki, skóra zdjęta z ojca, fuj. Stambułu w serialu na razie nie widać.
Brooklyn Nine-Nine jeszcze niewidziany, zostawiony na zaś. Na święta jakieś albo co.
The Knick teraz kojarzy mi się z Religą. Oglądam ten serial i widzę film „Bogowie“. No paralela paralelę paralelą pogania. Choć pani inż ze Szczecina tweirdzi, że The Knick Housem paralelizuje bardziej. Hm, nie wiem, nie znam się. House’a widziałem ze dwa razy.
I tu zbliżam się do filmu polskiego. Obiecywałem sobie, że więcej do kina na polski film nie pójdę. Mimo zapowiedzi i reklam, nic mnie nie skusi. Zawsze było coś. Fatalne nagłośnienie, albo fatalny film. Ale, bo zawsze jest jakieś ale, kilka polskich filmów widziałem dzięki uprzejmości torrentów. Ki, Sala samobójców, Smarzowski, Jack Strong bardzo mi się podobały. Toteż poszliśmy na „Bogowie‘ów“. Nie kumam tylko jednej rzeczy. Czy w naszym kraju naprawdę nie można zrobić filmu do końca dobrze technicznie? No napisy się nie mieściły w ekranie.
Przykład:
Pierwszy przeszczep ser
Zabrze, 15 listopada 1
Czy ja mam się domyślić przeszczep czego i w którym roku?
Film dobry. Nie jest to laurka, ani pomnik dla profa Zbigniewa Religi. Nie jest to sztywna i poważna biografia ale dowcipna i bardzo komediowa historia poważnego przełomu w Polsce i w polskiej kardiochirurgii. Nie przepadam za aktorem Tomaszem Kotem i niestety on mi przeszkadzał. Film godny polecenia z dwiema uwagami – 1) ciut za długi, 2) Tomasz Kot.
To jeszcze paresłów o muzyce. Trójka masturbuje się od 10 dni dwoma zespołami – AC/DC i Pink Floyd. Oba bandy wróciły zza grobu lub skądkolwiek. Jeden i drugi i nawet trzeci radiowiec katował słuchaczy pieśniami. Oczywiście do wyrzygu, jak to w tym najlepszym radio na świecie. W końcu jakiś słuchacz nie wytrzymał i napisał do radyja – „obie piosenki są wybitnie przeciętne“. Hm, za grzeczny był Pan, bo ja uważam, że obie piosenki są wybitnie niepotrzebne w historii muzyki. AC piorun DC – band, który od 40 lat nie nagrał nic innego. Każda pieśń na tę samą modłę robiona. Pink Floyd – band, który od 40 lat nic ciekawego nie nagrał (ok, zgodzę się na góra dwa wyjątki). I dziś – PACH! Ac/dc debiutuje na 7, a kamanda Pinka Flojda na 3. Rzyg.
Tyle o radio i muzyce.
„Zakańczam“, bo widzę, że w telewizorni leci film „300“. Pan mi kiedyś w hAmeryce mi to puścił. Pyta się mnie czy znam tę historę. Ja mówię, że 300 nic mi nie mówi. Pan się dziwi. Po filmie oznajmiam, że my w Polsce to znamy jako „bitwa pod Termopile“, a nie jakieś tam 300. Oczywiście 300 gram poszło do gardła oglądając dzieło.
Wracawszy lub wracając do TV – heh, Sławek rządzi w polskiej TV. „07 zgłoś się“ codziennie leci od stu lat już. Jeden z ciekwaszych dialogów:
– Nazywam się Eliza Hoffman przez dwa F
– …a to jest porucznik Zubek przez U zwykłe
Jak ten nasz Sławek coś zripostuje, to zripostuje. Nawet wuj Staszek, mistrz ciętej riposty mógłnby się uczyć. A jeszcze jedna rzecz o tym serialu. Właśnie leci odcinek, w którym Sławek Borewicz podaje jakiejś cizi swój adres – Sobieskiego 70! Toż to dwa bloki ode mnie!! 07 zgłoś się!!!
Rok się zbliża ku kresowi, a ja zachorowałem po raz drugi. Drugi! Hura, nie trzeci, nie czwarty, a nawet nie szósty, tylko drugi. Sukces jakiś. Wirus mnie dopadł w niedzielę. Co prawda czułem się źle już jakiś czas, ale to tylko lekki ból gardła był i później katar. Jak wiadomo katar trwa 7 dni lub tydzień, w zależności od tego czy go się leczy, czy nie. Wirus paskudny, bo zatoki dawały znak straszny o sobie. TV nie dało się oglądać, bo oczodoły bolały. Z nosa jakaś maź się wydzielała o kolorze pistacjowym. Heh, chorym chyba na serio jestem, bo kto zdrowy wie, co to kolor pistacjowy. Wczoraj udałem się do pana doktora i ten się na sam przód pyta, czy wydzielina jest szaro-zielona. Szaro-zielona! No właśnie! Tego koloru mi brakowało, a nie jakiś pistacjowy. Pan zapodał worek medykamentów, w tym dwa antybiotyki, bo bez nich zabijanie wirusa może trwać od 3 do 6 tygodni. No trudno, skoro trzeba, to trzeba. Nie jestem fanem antybiotyków i ostatnio się broniłem przed nimi. Pan kazał iść na L4. Skoro mam 8 dni zaległego urlopu, to po co mi zwolnienie? Jestem więc na urlopie. 1 stycznia 2015 roku mój urlop będzie liczył już tylko 57 dni. Eh, heh.
Szlag mnie trafił po aptece, bo pan przypisał opakowanie 50 saszetek jakiegoś proszku, który mam brać dwa razy dziennie przez 3-4 dni, czyli zmarnuję raptem 8 woreczków. To po ki czort mi opakowanie 50 saszetek. Antybiotyk mam brać przez 14 dni, lek pakowany po 28 sztuk. Po co mi tyle! Nie można sprzedawać lekarstw na sztuki! Przecie wszystko wyleci do kosza po wyzdrowieniu.
Zablokowali mi dostęp do starego serwisu mBanku. Mam logować się na nowy, który jest dramatem. Nie mogę odnaleźć rzeczy, które chcę znaleźć. Nowy serwis po prostu koszmar i nieintuicyjność straszna A od wczoraj nawet do nowego serwisu nie mogę się zalogować. Więc nie wiem co się dzieje na mKoncie. Dzwonię na infolinię i słyszę „podaj telekod”. Kurna, co??? Dzwonię raz jeszcze i udaję, że nie jestem klientem, więc nie mam telekodu.
Pan mi mówi, że proszę zainstalować inną przeglądarkę. Ja odpowiadam, że nie będzie mi bank mówił, z jakiej przeglądarki mam korzystać. Używam Safari i wcześniej nie miałem problemu z logowaniem. Kazał złożyć reklamację, której bez telekodu nie mogę złożyć. Zadzwoniła później mPani i ustaliliśmy nowy telekod. No i teraz mam znowu dzwonić i reklamować. Niech się mBank wypcha. Idę po chorobie do oddziału i pozamykam niepotrzebne mProdukty.
W chorobie fajnie jest, bo mam czas na rzeczy, na które mam również czas podczas zdrowotności. Tylko, że jak człowiek zdrowy, to się bardzo nie chce ich robić. Dwa tygodnie temu wyciągnąłem wałek, żeby odmalować ścianę. Pół tygodnia temu schowałem go, bo tylko zawadzał. Ale dziś chyba to zrobię.
W końcu skusiłem się na zrobienie papryki pieczonej w oliwie. Właśnie się papryka piecze. Hm, chyba muszę iść przełożyć blachę na wyższy poziom.
Włączyłem rano TV. Jessu zapomniałem, że istnieją te durne śniadaniówki. Dziś pani mistrzyni kierowczyni rajdowczyni opowiadała, jak kupować auto. Matko, tłumaczyła jak dla debila. Przy tym pani nie była przekonująca. Dramat. Prowadzący strasznie zaangażowani w te ważne problemy. Wyłączyłem TV po kilku chwilach. TV nie da się oglądać!
Czas zacząć popatrzeć na nazbierane seriale:
- Suits sezon 4
- The Knick odcinki od 5 włącznie
- Saturday Night Live 2 odcinki
- Homeland 2 odcinki 4 sezonu. Pamiętam, jak pisałem niedawno, czy Carrie urodzi dziecko? Czy wyjedzie do Stambułu? Teraz mogę rozwiać własne wątpliwości
- American Horror Story, który dziś ma premierę
W radio prezentują nowe dzieło Johna Portera. Niestety, od momentu kiedy pani inżynier przytoczyła mi interpretację singlowego “Honey Trap”, nie mogę słuchać tego pana. Co prawda inne utwory brzmią jak skóra zdjęta z Marka Lanegana, ale nie mogę zapomnieć o kretyńskiej myśli, co autor miał na myśli w “Honey Trap”.
OK, papryka dochodzi w piecu, więc czas przygotować słoiki.
Aha, mój najnowszy telefon jest super. No może z kolorem trochę przesadziłem, ale nic to. To nie jest telefon na pokaz i nie wszystko złoto, co się świeci 🙂