Miesiąc: sierpień 2021

mleczna kisłota w myszcach

z tej Grecji to chyba jakieś świństwo przywiozłem.

 

Jakiś czas temu swędziało mnie całe ciało. Będąc w gościach Słodkowaśna się ode mnie odsunął i powiedział, że pewnie jakieś pchły mam. Mówię mu, że mnie swędzi i się muszę drapać. Pani kolegi powiedziała wtedy, cytuję:

Maciusiu, kup sobie peeling cukrowy w Rossmanie. Tylko cukrowy

Jakżem usłyszał, takżem uczynił. Przeszło.

 

No i w pierwszą noc po powrocie z Grecji zaczęło mnie w nocy swędzieć. Od razu wbiłem do głowy, że to pchły jakieś! Wielki Pe jeszcze przeanalizował objawy i napisał mi, że to świerzb. Kurczaczki!

Szybko zaglądam w onet, a tam chyba jakiś neuromarketing uprawiają, bo był artykuł o takim i owakim. No i wyszło, że świerzb mnie odwiedził. Oczywiście usuwanie tego cholerstwa trudne. Jednym z rozwiązań było wypranie w parze ubrań. Od razu całą szafę i pościel wrzuciłem w 5 prań i wyparowałem sobie rzeczy. 7 lat temu posłuchałem znajomych i kupiłem pralkę z funkcją pary.

I jakoś przeszło.

Mijają 3 tygodnie i znowu to samo. Wielki Pe mówi, że to znowu świerzb, bo to cykl mniej więcej 3-tygodniowy jest. Przekląłem. I znowu wyparowałem sobie ciuszki i pościel. Dodatkowo wziąłem sobie płyn odkażający nabyty w ubiegłym roku na Orlenie i wysmarowałem skrzynię na pościel.

W międzyczasie zadzwoniłem do pani prof. ze Szczecina z zapytaniem o dermatologa wśród znajomych. Nie miała. Pogadaliśmy, powiedziałem jej, że świerzb złapałem. A ta mi na koniec konwersacji kończy:

Dobrze, że nie wszy łonowe (uśmieszek w tonie wypowiedzi był)

– nie mam łona – odpowiedziałem jej.

– aha, no tak – zakończyła uczona.

I oczywiście mam tak, że jak ktoś mi coś zasugeruje, to ja już wiem, że to mam! Hipochondriusz mam na drugie.

Już przeglądam internety, już ci ja patrzę na wszy łonowe i kątem oka widzę, jak coś ze skrzyni na pościel spieprza! Pajączek! Świerzb myślę sobie, bo podprogowo zapamiętałem, jak pani prof. ze Szczecina napomknęła, że to ponoć pajączek jest.

– to nie jest pajączek, to jakaś larwa – tak mi wyjaśnił później Wielki Pe.

Ten pajączek to może być właśnie wesz łonowa.

Pędzę do apteki, do pani magister i wydzwaniam kolegę, który mieszkał w pokoju obok w Grecji z pytaniem, czy go swędzi.

Nie odbiera, pani magister mi proponuje płyn za 58 zł. W sumie to jedyny specyfik na świerzb był. Biorę, płacę, wychodzę. Oddzwania kolega. Pytam, mówię mu o moim nieszczęściu, a on tak na spokojnie:

Maciej, to może być alergia, bo używałeś kosmetyków hotelowych, a one są silnie alergizujące

– i co? Po 3 tygodniach to wraca? – pytam go, obalając jego teorię, która mi się bardzo podoba

– a wyjeżdżałeś gdzieś? – się kolega się pyta się

No i mnie uświadomiło – Zamość, Sandomierz, mama i tata.

No tak! I przypomniała mi się rada pani Słodkokwaśnej:

Maciusiu, kup sobie peeling cukrowy w Rossmanie. Tylko cukrowy

 

I tak od kilku dni smaruję się płynem na świerzb i pilinguję się. I jakby świąd ustąpił.

Chyba faktycznie mam problem ze skórą – za sucha, wrażliwa. Żadnych oznak obecności obcych ciał nie zauważam, to chyba nie świerzb i nie pchełki. Ufff.

 

Wczoraj ucztowałem u kolegi Rafała. Steki zrobiliśmy. I znowu kolega zamulał, a ja świetnie bawiłem się w towarzystwie jego żony. Zawsze mamy bez liku tematów do poruszenia. Rafał się wtrącił z raz, czy dwa. Rzekł:

Ej, a co to za tatuaż?

– śledzie białostockie – tłumaczę

– ale, że nie kumam – mówi

I to jest kolejna osoba, która zbija mnie z pantałyku. Ludzie nie kumają śledzi białostockich! Jeden kolega mnie dobił swoim – ej, ale Białystok przecież nie leży nad morzem. Zrobiłem facepalm, albo palmface.

Żona Rafała skumała, a ten nie. No ludzie!

 

Ostatnio włączyłem sobie rosyjskie szlagiery. Leningrad, Griby i takie tam. Ech, ten Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze! I komu to przeszkadzało? Teraz to bym oglądał!

No i tak przypomniał się mi mój lektor Aljosza. Ostatnio mówił, że zabolał na kowida. Zagaduję go i widzę, że w zdrowium go zastał.

 

Mówię mu co u mnie słychać. Że na siłkę wróciłem. A ten:

А ты молодец, что ходишь в тренажёрный зал. Я тоже хочу записаться

Z błędu go wyprowadzam szybko i mówię, że to dopiero pierwszy raz pójdę. Lektor zaczyna mi tłumaczyć, że pierwszy raz, to powinienem mało ćwiczyć, nie za dużo, bo na drugi dzień wszystko będzie boleć.

– zakwasy będą? – pytam go po polsku

Молочная кислота будет в мышцах. Я помню, как я первый раз ходил в тренажёрный зал, потом два дня всё болело.

 

I powiem tak. Pierwszy raz był fajny. Szybko zleciało. Raczej cięższe, niż lżejsze ciężary i obciążenia były. Wszystko mi pokazywał somsiad. Ja się łapię za hantelkę 3 kilo, a ten za 17,5! No ale on chyba urodził się na siłowni. Mnie jeszcze długa droga czeka, żeby za te czarne hantle się łapać.

No i wczoraj tak sobie żyję i patrzę, że nie jest tak najgorzej. Raz czy dwa stęknąłem, jak chciałem po kieliszek wina sięgnąć. Ale ogólnie wszystko dobrze. Dziś mam drugą sesję na siłce.

Ale dziś nie daję rady rąk podnieść. Oj! Mleczna kisłota w myszcach!

wina, wina dajcie

Miałem ciasto puszyste, mokre, jogurtowe z borówką zrobić. Tak mnie z rana naszło. Ale zadzwoniłem do Słodkokwaśnej i powiedział mi, że borówki to najlepiej na surowo jeść. Ma rację. Znalazłem nawet sprytną recepturę. Tylko zabrakło w niej … borówek. Ale pomyślałem sobie, że co ja zrobię z resztą mleka, jak tylko 1/6 szklanki muszę użyć? I cukru w domu też nie mam. Same wydatki. Także za radą kolegi kupie sobie owoc i na surowo zjem.

Ostatnio targają mną dziwne sny. Oczywiście pamiętam niewiele, bom starym już jest i pamięć nie ta.

Ale jeden zapamiętałem. Gotowałem ze Słodkokwaśną zupę. A ingrediencji w garze bez liku. Jakiś tłusty boczuś na mię zerkał. Mówię do kolegi, żeby chrzanu dodał, a ten odsuwa mięsko i pokazuje mi taką niemałą kupkę startego korzenia. Czyli pewnie jakiś żur pichciliśmy. Bon jour!

Co do wypieków, to wzięło mnie mimo tego, że

Once on the lips, forever on the hips

Czyli, że w dupę pójdzie. Stała się rzecz niesłychana! W końcu dotarła do mnie karta multisportu i mogę iść na siłownię! Się umówiłem z sąsiadem, że będziemy uczęszczać. Nieopodal mamy siłkę. No i, dodatkowo, jak szczęście dopisze i uda nam się rezerwację na kometkę zrobić, to zniżka też i tam będzie. Same plusy z posiadania tegoż plastiku!

Także ciasto mogłem w sumie zjeść, bo i tak na siłce je spalę. We wtorek nastąpi powrót do tego miejsca. Po 11 latach przerwy.

 

Wina, wina dajcie, bo na trzeźwo się nie da w tym kraju żyć. O reasumpcji nie będę pisał, bo mnie krew zalewa i strach ogarnia. Mafia PiS rządzi i zrobić z nami może wszystko. „Pan prezes prosi o ponowne głosowanie” – tak powiedział jakiś pan do pani marszałek. Mikrofonów nie wyłączyli. Z tego co mówił prof. Zych w Radio 357, to reasumpcję przeprowadza się wtedy, kiedy zaraz po głosowaniu poseł oświadcza, że się pomylił, a nie po półgodzinnej pogawędce w komnacie. Pan prezes prosi … Zaczynam się bać mego kraju.

Słyszałem, że na Węgrzech jest gorzej. Gazety opozycyjne drukują na Słowacji, bo u siebie to mieliby problemy (nie tylko finansowe). Media są odkupione i w całości w rękach Orbana. Jedynie Axel Springer funkcjonuje. Ale ten szmatławiec nie bawi się w politykę, więc nie jest szkodliwy. Polska drugimi Węgrami? Wałęsa kiedyś chciał nad Wisłą budować drugą Japonię. Hm, no cóż, nie wyszło. Węgry bliżej. Takie dwa bratanki jesteśmy – do kieliszka i do szklanki.

Najgorsze jest to, że nas palcami wytykają za granicą. 5 gwiazdek, 3 gwiazdki zdecydowanie!

Wina dajcie!

Odbyłem podróż po kilku winnicach w Polsce i jestem … zachwycony, zaskoczony, ujęty. Się biznes rozwija i toczy. Na sam przód zajechaliśmy do Wojtka i Joanny i ich Winnicy Milanowskiej. Oj, bardzo ładny teren. Zadbany i z różnymi atrakcjami (hamak, sauna, basen, ognisko). Wojtek (bo Joanny nie było) się nami zajął, pokazał winnicę, winiarnię i zaczął częstować. Powiedział, że po jego winach nie ma kaca. Prawdo to. Potwierdzam. Kupiłem u niego ze 4 butelki. Śniadanie nam dał i pojechaliśmy dalej.

Malina ma taki domek na wzgórzu z przepięknym widokiem. Czułem się jak w Toskanii. Oprócz kilku krzaków winogron ma krzaki owocowe, warzywne ogródki i sad. Domek jej mnie urzekł. Na jednej ścianie ma dziurę jak po pocisku armatnim. I na to zainstalowana od zewnątrz szyba. Fajny efekt.

Wojtek i Malina okazali się być przesympatycznymi ludźmi. Wieczór upłynął na opowieściach, śmiechach, konsumowaniu wyjątkowych win i dań. Szkoda, że wszystko dobre się kiedyś kończy.

Winnica Płochockich to już nie przelewki. Robi ogromne wrażenie. Ponoć z 6 hektarów. Największa winnica, to Winnica Turnau Solaris koło Szczecina. Ze 33 ha!

Basia Płochocka nas oprowadziła. Niekończące się rzędy krzewów. I jako nieliczni mieli krzaki nasadzone tarasowo. Degustował głównie Wielki Pe, bom prowadził. Dali nam nawet spróbować wina robionego metoda gruzińską, czyli w takim wielkim dzbanku ze spiczastym dnem. Wino wychodzi czerwone, ale o kolorze pomarańczowym. Nie mój klimat. Ale nabyłem 3 butelki – białe, różowe, czerwone. Wielki Pe mówił, że Basia i Marcin Płochoccy to już autorytety i często Basia udziela się w różnych grupach, na rożnych kursach jako ekspert. Odniosłem wrażenie, że dosyć z dystansem nas potraktowała. Ale może to mylne odczucie, bo w sumie Wielki Pe z branży jest, to nie trzeba wykładać jak chłop krowie na miedzy.

Winnica Nobilis jakoś najmniej mnie urzekła. Pani matka obrywała liście, także jej syn nas oprowadzał i degustację przeprowadził. Pani właścicielka nawet sympatyczna, bo kilka zdań z nią zamieniliśmy. Pani jest uczona i wykłada w Lublinie i dlatego może odniosłem wrażenie, że bardzo chemicznie do swojej uprawy podchodzi. Chemicznie i analitycznie.

Widziałem więc 4 winnice i każda była inna. Podobało mi się. Ale do piątego miejsca już nie chciałem jechać. Głód wziął górę.

Wina dajcie!

W konsekwencji zwiedzania winnic wylądowałem w Sandomierzu

i Zamościu.

Ciekawe miasta. Urokliwe. Och! I przez Szczebrzeszyn przejeżdżaliśmy! Mam fotki z dwoma chrząszczami, które wyglądają jak … koniki polne. Chrząszcz nie wydaje dźwięku, więc jak ma brzmieć w trzcinie? Trzciny też w sumie nie spotkaliśmy.

Pod Szczebrzeszynem usiedliśmy w lokalu zarekomendowanym przez Słodkokwaśną. Pyszka jedzenie. Obok knajpy było Muzeum Skarbów Ziemi i Morza. Nie zdążyliśmy odwiedzić, bo do 16.00 było otwarte. Ale co mnie urzekło, to częste “meee” dochodzące z nieopodal! Podszedłem, a i owszem. Ojej! Jakie słodkie Mee i Bee i Maleństwo. Takie umaszczone na modłę sarenki. Brązowe i gładkie. Mamusia meczała, a tatuś leżał z dzieciątkiem. Słodki widok. Mówiłem nawet Wielkiemu Pe, żebyśmy buchnęli te zwierzątka i powiększyli jego trzódkę. Ale nie chciał.

W Zamościu widziałem słynny punkt szczepień, który dzień, czy dwa przed naszym przyjazdem podpalił idiota, antyszczepionkowiec. Ludzie! Żyjcie i dajcie żyć. Nie szczepisz się? Twoja wola. Ale po kiego czorta niszczyć punkty szczepień.

Coraz częściej myślę o tym, żeby wyjechać z tego kraju. Tylko dokąd?

Wina, wina dajcie!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑