Miesiąc: kwiecień 2020

zarzekam się, że to już ostatni raz

… piszę o naszej klasie. No dobra, może nie ostatni. Umówmy się, że ostatni w tym miesiącu.

Odbieram tyle miłych sygnałów, że tak to było, że skąd ja to pamiętam. 

No ludzie, to dawajcie komentarze, co wy pamiętacie. Będzie wesoło.

Dziś nasza licealna koleżanka, moja wielka fanka bloga, ma urodziny. Także Monia, z okazji … 29 urodzin życzę Ci raz jeszcze wszystkiego dobrego. Nie zmieniaj się, bo cały czas jesteś tą samą Monią, którą pamiętam z lat 90. Uśmiechnięta, otwarta do ludzi, bezpośrednia, rezolutna. Zawsze jak z Tobą rozmawiam, to się uśmiecham. Aha, nie zgadniesz co? Twój tato mnie zagadał na Insta. Chyba najlepsi kumple będziemy. Ale serio, foty ma bardzo fajne. 

To na koniec kilka faktów o klasie C.

Aaaa, Ewa W z domu Z. zadziwia się skąd ja takie rzeczy pamiętam. Zawsze odpowiadam wtedy, że to choroba psychiczna. No bo jak inaczej mam to uzasadnić? Nie mam pojęcia czemu ja pamiętam takie rzeczy. Po prostu zostają w głowie.

Pamiętam jak na wycieczce klasowej do Lądka mieszkaliśmy w jakimś domu PTSM-u. Załamani byliśmy, że jako ostatni weszliśmy i mieliśmy tylko pokoje przy wejściu do dyspozycji. Wiadomo, że najlepsza miejscówka jest na górze, z dala od wejścia, przy którym czuwa opiekun. I się okazało, że Anka poszła na górę, dała nam klucze i poprosiła tylko, żebyśmy drzwi zamykali na klucz na noc. Także imprezy były co wieczór. I na jednym takim spotkaniu Monika ze szklaneczką w jednej dłoni i radiomagnetofonem w drugiej dłoni sobie hasała po pokoju. George Michael wiecznie żywy. A co my wtedy piliśmy? Chyba żubrówka z sokiem jabłkowym. To dziewczyny. A my? Pewnie wódę.

Na jakimś ognisku nasza wychowawczyni powiedziała, że chętnie by się z nami wina napiła. Ale wy nieletni jeszcze jesteście – zakończyła definitywnie wątek i wszelkie nadzieje.

Klasa była wyjątkowa. Jestem pewien, że z powodu tego, że szybko pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę klasową. Jakoś październik 1991. Zakopane. Wielki pokój podzielony na pół. Łóżka piętrowe. W jednej części panie, w drugiej panowie. Pamiętam, że mieliśmy przesiadkę na Wschodniej. Łysy miał ze sobą taką długą fajkę z frędzelkami do palenia … wesołych rzeczy. Ale fajkę normalną też miał. Ciekawe, czy Marszull to pamięta. Ja nie byłem fanem fajki. Tej normalnej. Jakoś nie umiałem jej palić. W drodze do Zakopca się zaopatrzyliśmy w bronksy. No bo dopiero 15 lat mieliśmy. Hmmm, a może to było w drodze do Lądka albo Cisnej? Wtedy też trzeba się było przesiadać w Waw. 15 lat, to chyba jeszcze tak nie podróżowaliśmy? W każdym razie sytuacja była taka, że nadjechał pociąg i ja z Marianem wzięliśmy za uszy wielką torbę z piwem. Oczywiście zabrzęczało nieziemsko. Anka spojrzała na nas z wielkimi oczami pytając „co to?!”. Powiedziałem jej, że puste butelki.

To nie była Cisna. Bo do Cisnej już lepszy alk piliśmy. Powodziło nam się najwyraźniej. Nie wiem kto wpadł na tego drinka. Ale jakaś mieszanka – gin, martini i chyba jakaś woda, bo kolor był transparentny. Oczywiście bardzo istotne były proporcje. Już nie pamiętam jakie. Pamiętam, że napój przygotowywałem z Krychą u niego w domu. I wtedy był też jego brat z Hajnówki Marek. Starszy od nas, także autorytet w każdym temacie, wiadomix. Chyba coś tam popróbowaliśmy przed główną produkcją. Pewnie sprawdzaliśmy proporcje, żeby dojść do optimum.

Na biwaku w Ploskach, to już regularnie wódę piliśmy. Pamiętam, że Popek stawiał jedną butelkę. Daniel aka Łoś (czy na niego też Jasio nie mówiliśmy. Ula mówi, że tak. Chyba tak) suszył koszulę flanelową Krychy w szafie. Kolega się śmiał, że na każdej imprezie ktoś musi oblać mu koszulę. Ktoś rozwalił łbem ścianę, przebijając się do innego pokoju. Rafał Cz. tańczył, śpiewał i puszczał nam na okrągło Queen. Ale co na tym biwaku robiliśmy, to zabijcie, ale nie pamiętam. Tam się jeździło, bo to było blisko, nad Narwią i były domki wypoczynkowe. Czyli taki The Hamptons. 

Na jednej wycieczce w górach się odłączyłem z koleżanką (nie wymienię imienia, bom gentleman jest. Siedziała najczęściej w jednej ławce z Ewą W-Z). Wracaliśmy do naszego ośrodka, bo chyba mieliśmy już chodzenia po szlaku. Idziemy i idziemy. Końca nie widać. Nuda. Same góry dookoła. Kto normalny tyle łazi. Napotkaliśmy jakiś hotel z restauracją. Poszedłem zapytać o drogę. Rozmawiam sobie, wdaję się w pogaduszkę i nagle widzę, jak koleżanka trzyma się za brzuch i daje mi znaki, żeby już szybko iść. Ok, zakończyłem rozmowę, podziękowałem i wyszedłem. Koleżanka mówi do mnie, że musimy szybko uciekać. Po kilku chwilach się zatrzymaliśmy i koleżanka wyjęła spod bluzki lody na patyku. Spotkaliśmy później jeszcze kogoś i im też daliśmy lody.

W jednym ośrodku Krycha z Łysym za gaz mieli płacić. I za światło chciała nas baba policzyć, bo się za długo paliło. Chyba nas wywaliła w końcu, albo Anka sama podjęła decyzję, że spadamy. W każdym razie wspomniani koledzy zostali przepędzeni przez właścicielkę i już obmyślali co dalej będą robić. Czy wracać do Białego, czy co. Chyba Anka postanowiła, że ruszamy dalej, także koledzy nie musieli już zastanawiać się co dalej z nimi. I później znaleźliśmy ten dom PTSM-u. Wcześniej chyba w PTTK-ach spaliśmy. Albo odwrotnie. Eh, fajne to były wycieczki. Bez telefonów komórkowych, bez internetu. Dało się!

Szacun dla naszej wychowawczyni. My mieliśmy 15 lat, jak zaczynaliśmy, a ona 25. My gówniarze, ale i ona nie taka stara. I bez doświadczenia. Pierwszą klasą jej byliśmy. Respect Anka! Ale my w sumie nic złego nie robiliśmy. Po wódkę do meliny chodziliśmy w grupach, żeby było raźniej i bezpieczniej. Uważaliśmy na siebie.

W Zakopcu to chyba przez okno się wychodziło i wchodziło, żeby Anka nie widziała. Aaaa, na tej wycieczce koleżanka Kaśka A. stoczyła się z Wielkiej Krokwi. Halny jakiś był. Ale skocznia cholera zrobiła wrażenie. Adam Małysz szacun!

I koniec liceum jeszcze wspomnę.

Kwiaty, płacz i pożegnania. Anka prosi Monię czy by była taka miła i złożyła wiązankę pod popiersiem naszego patrona – Adama Mickiewicza, wieszcza. 

Jessssu – a imię jego ile?!?!?! 44!!! Spooky. Ależ zbieg okoliczności.

No i Monia skonsternowana – Ale ja nie wiem gdzie to jest.

Można było to koleżance wybaczyć, bo uczyła się tylko 3 lata w I LO. Ale my też nie wiedzieliśmy. Okazało się, że pod oknami klasy matematycznej jest wmurowane jakieś popiersie, czy też płaskorzeźba z takimi wystającymi prętami, rusztem na właśnie kwiatki. Ha, człowiek w ILO uczył się do samego końca.

Kończę wspominki.

We wrześniu 2019 roku przechodziłem i ulicą Brukową, i ulica Krakowską. To zaszedłem do szkoły. Dużo się zmieniło z zewnątrz.

Tam gdzie była bardacha, czyli palarnia stoi teraz wielka hala gimnastyczna. A ze starej salki gimnastycznej zrobili aulę. Szatnia nowa. Nawet zrobili część z sofami i stolikami. Ciekawe po co?

Wcześniej mieliśmy takie boksy. Drzwi metalowe przesuwane, reszta z jakieś siatki. Oczywiście jak się szło po rzeczy na koniec dnia, to szatnie były zamknięte, kupa ludzi czeka na otwarcie drzwi, a pani woźna tylko jedna. Też pamiętam jedną historię z piwnicy. Ktoś zapytał w zniecierpliwieniu „gdzie ta c..a?”. Pech chciał, że pani woźna akurat stała za kolegą. Odpowiedziała tylko – czekacie do końca przerwy. Dzieci są faktycznie wredne.

Parter też nowiutki. Myślałem, że nic tu po mnie, że szkoły już nie ma. Ale jak zobaczyłem drugą klatkę schodową, to oczy mi wyszły z orbity, pamięć wróciła. Czułem faktycznie i podniecenie ale i też ciekawość, jak to teraz wygląda. Górne kondygnacje nic się nie zmieniły. Te same drzwi, ściany, korytarz. Odniosłem wrażenie, że wszystko jest mniejsze i węższe. Szkoda, że do sal nie można było wejść.

Ludzie, jak macie jakieś uwagi, odczucia, to piszcie tu.

Fotki szkoły – wrzesień 2019.

powiedz cziiiiiiz

czyli ludzie, ludzie, ludzie.

W tej zarazie najbardziej podobają mi się ludzie. Mili, uczynni, życzliwi. Ludzie są z gruntu dobre. Tylko czasem im się zdarza nie myśleć i są wtedy głupie.

Zaraza może trwać, może niszczyć. Ale jedno dobre z tego to właśnie my – ludzie. Choć z drugiej strony, to właśnie my – ludzie dobijemy naszą Matkę Ziemię i się sami wytłuczemy.

W tych ostatnich tygodniach wszyscy zaczęli gotować.

Nawet Pan z Europy na K.! 

I tu już powinien być koniec. Koniec świata. Każdy kto zna Pana z Europy na K. to wie, że on w kuchni równa się implozja! Koniec świata. Oczywiście kolega czasem w kuchni bywa, ale to tylko po bronksa albo lód lub colę. Choć po bronksa to się dzieci przecie wysyła. Po to są – sprzątać, wynosić śmieci, przynieść piwo.

Także tak.

Wyjdziemy z tej pandemii grubsi i z umiejętnościami kulinarnymi.

Dziś wyjąłem prezent urodzinowy od mojego serdecznego przyjaciela Piotrusia P. – 1 000 najlepszych przepisów kuchni włoskiej. Koniec świata!

Dziś dane mi było spróbować chałki Pana z Europy na K. PY-SZO-TA! Lepsza od mojej i lepsza od Słodkokwaśnej. Brawo Panie z Europy na K.

Ja z kolei zaniosłem im sernik, robiąc przy okazji bez mała 8 500 kroków, czyli 85% dziennego wymogu.

Otworzył drzwi Bąbelek, Pani z Europy na K. wzięła blachę, a ja pogadałem z najstarszym dzieckiem. Też była w szoku, że stary gotuje jak ta lala. Usłyszeć pochwałę z ust dziecka – bezcenne. Dobra robota Państwo z Europy na K.

Także powiedziałem im na odchodne, że Olimpia chwali mój sernik i proponuję im szybko go zjeść, a staremu tylko okruchy zostawić. Pan z Europy na K. akurat przebywał na zewnętrzu na rowerowaniu się. Hmm jego strata.

A wcześniej był Piotrek u mnie. Po zakwas i sernik. Wczoraj rozmawialiśmy o kulinariach. I obiecałem Państwu G. zakwas i przy okazji sernik. No to Olimpia rano pognała starego do mnie. I dobrze, od tego się ma starego w domu. Niespodziewanie dostałem od moich serdecznych przyjaciół dżem z czerwonej porzeczki. Własnej roboty. Co za koincydencja! Ostatnio zbiłem słoik maminego dżemu i musiałem kupić w sklepie. Wybrałem BIOdżem truskawkowy. Sprawdziłem skład i nie był on za długi.

Kieruję się jedną zasadą – kupuję rzeczy, które mają na etykiecie maksymalnie 5 składników oprócz przypraw. Jak jest litania, to dziękuję bardzo, ale nic z tego.

W radio ostatnio słyszałem od pani redaktor, że jest jakaś akademia dla starszych pań/babć. I tam właśnie edukują nasze seniorki odnośnie żywienia. Pani z radyjka powiedziała o 3 złotych zasadach:

  • nie kupuj czegoś, czego nie było w domu Twego dziadka – hmm, osobliwa rada
  • nie kupuj czegoś, co w składzie ma coś, czego nie ma w Twoim domu lub nie wiesz co to – mądre. Adoptuję tę mądrość
  • nie kupuj czegoś co ma więcej niż 5 składników oprócz przypraw – czyli jestem w domu

Pani jeszcze dodała – i nie muszę wspominać, że unikamy soli kuchennej. 

Ja soli kuchennej używam do:

  • ziemniaków, jak gotuję. A że gotuję je od wielkiego dzwonu, to znaczy, że nie używam za często
  • ogórków małosolnych, które robię raz do roku albo jeszcze rzadziej
  • pieczenia pieczywa, które zacząłem piec podczas zarazy.

Ogólnie zamiast soli używam sosu rybnego i/lub sojowego jasnego. Mam w domu słoiczek soli kuchennej, którą kupiłem ze 3 lata temu? Jakoś tak.

No i tak się wymieniamy jedzeniem. Kto by pomyślał?

Na Wielkanoc zaniosłem Państwu z Europy na K. sernik. Nie zdążyłem wrócić do miasta, a już ajMasaż zabrzęczał, że pyszne ciasto. Szybko musieli wsuwać znaczy. Przecie Sadyba graniczy z ich miejscowością.

Wtedy zrobiłem sernik z 1 kg sera. Moja tortownica ma 22 cm średnicy. Kurna. Przez tę cholerną szkołę TVP, to ja już sam zgłupiałem, czy dobrze mówię. Średnicy? Najdłuższa cięciwa. Dwa razy promień. Nie obwód? Także ok. 22 cm … ŚRE-DNI-CY.

W przepisach pani miała 24 cm. I u mnie się niestety sernik o mało co nie wydostał z foremki bo urósł strasznie. 

Teraz zrobiłem o połowę mniejszy, ale dałem brzoskwinię.

To już donoszę jak go zrobiłem, bo moje serdeczne przyjaciółki się dopytują.

Aha, dziś nastawiłem chleb. Dodałem do mąki razowej i pszennej ciut mąki z zielonego groszku. Nie za ładnie wygląda chleb. Jak glut jakiś. Mam nadzieję, że coś z tego będzie.

0,5 kg wiaderka sera do sernika 

1 budyń waniliowy lub śmietankowy. Mnie się udało kupić „bez cukru”

3 żółtka

3 białka. Ubić

75 g cukru, czyli 15 łyżeczek małych

100 g masła. W temperaturze pokojowej. Żeby już takie miękkie było

2-3 łyżki wiórków kokosowych

Kilka herbatników

Puszka brzoskwiń – ja użyłem z 5 połówek. Coś koło tego. 

1 truskawka opcjonalnie – później zdradzę po co

Polewa:

Tabliczka białej czekolady. Ja dostałem za oddanie krwi. Także taka jest najlepsza. Krewka taka

200 ml śmietanki 30%

Łyżka masła

2-3 łyżki wiórków kokosowych

Brzoskwinie odsączyć i pokroić w kostkę. Będzie się później lepiej kroić. A mokre brzoskwinie zrobią papkę z ciasta i herbatników. Ja odsączyłem na sitku i jeszcze ręcznikiem papierowym się wspomogłem.

Rozgrzać piekarnik – 190 stopni C.

Tortownicę wysmarować masłem i położyć papier do pieczenia. Ale tylko na dno. Na papier ułożyć herbatniki. Wzór dowolny.

Masło miksuję z cukrem i dodaję żółtka.

Odkładam mikser, bo tego ciasta nie należy długo i za dokładnie mieszać. Biorę do ręki silikonową łopatkę. Bo mam akurat taką. Z Ameryki. Ze sklepu Sur la Table. Mój ulubiony sklep w Stanach. Nie tylko w kategorii „dom, kuchnia, gotowanie”, ale w ogóle.

Dodaję twaróg, budyń i ze 2-3 łyżki wiórków. Mieszam.

Dodaję stopniowo ubite białka. Mieszam krótko, jak już całą pianę z białek dodam.

Wylewam na herbatniki i do pieca.

Piekę tak:

Środkowa półka; góra-dół.

190 stopni przez 25 minut

150 stopni – 35 minut

120 stopni – 40 minut

Jeśli używacie turboobiegu, to 15 stopni mniej.

Jak się skończy piec, to wyłączyć piekarnik i zostawić na 15 minut. Nie otwierać! 

Po tym czasie stopniowo uchylać drzwiczki piekarnika.

Tym razem otworzyłem za szybko. Placek urósł i zaraz opadł i popękał. Także cierpliwości trzeba. 

Koszt ciasta – 15 zł? Ale pamiętajcie, że czekoladę miałem gratis.

Sernik zalewamy po wystudzeniu.

Polewa. Ja zrobiłem błąd ale w sumie na dobre wyszło. Użyłem bowiem całego opakowania śmietanki. Dzięki temu polewa nie zastygła na amen. Była taka bardzo gęsta. W sumie mi to pasowało bardziej, niż przebijanie się przez skorupę czekolady.

Także śmietanka z masłem do rondelka. Jak się wszystko rozpuści, to dodać połamaną czekoladę. Wyłączyć gaz i mieszać do rozpuszczenia czekolady. Zostawić do wystygnięcia. 

W tym czasie pokrojonymi truskawkami pozapychać/pozaklejać pęknięcia.

Jak polewa zacznie zastygać, to szybciutko na sernik. Wygładzić można. Posypać wiórkami. Oo, następnym razem posypię migdałami! Nowość taka będzie.

Smacznego!

Jeśli używacie 1 kg twarogu do sernika, to ja dałem 5 jaj, 2 budynie (jeden waniliowy, drugi śmietankowy), 200 g masła, 150 g cukru. Piec można troszkę dłużej. Wiadomix, im wyższy sernik, tym więcej w piecu. Aha, zamiast brzoskwiń dałem pokrojone figi suszone i żurawiny.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Oh, podoba mi się ten word mac-owy. Po polsku rozumie. I błędy ładnie poprawia. W tamtym Word-zie office’owym ni chu chu nie kumał. Jakiś niegęsi był. I często jakieś byki były na blogu. Teraz mam nadzieję, że będzie ok. Ale za to excel mac-owy to porażka. Unikajcie. Nie mogę objąć tego. Niby wszystko podobne i przyjazne. (Prawie) te same klawisze skrótów chodzą ale nie zawsze. Eh. Na szczęście oneDrive ma opcję pracy na plikach office online. Także nie muszę kupować pakietu za 209 zł/rok (ze zniżką pracową).

Ale ja nie o pakietach. 

Ja o czym innym!

Ta zaraza to jakaś … zaraza. Ludzie zaczęli gotować. Ludzie? Co ja mówię! Nawet pan z Europy na K. pichci. 

Ale po kolei.

Wczoraj wrzuciłem taki niewinny pościk o liceum. Taki wycinek, jeden motywik z naszych 4 lat edukacji. Niby maleńki kamyczek, a lawina poszła!

Pisałem o naszej native speakerce. I słuchajcie. Wczoraj wygoogle’owałem ją i wysłałem maila, czy to ona. Jeśli nie ona, to sorki. I to była ona. Tak, mieszka w New Hampshire. Ma starego z jakiegoś kraju po Jugosławii, dwie nastoletnie córki. Była raz w Polsce znowu. Po naszemu nie mówi, ale ma tę słowiańsko-bałkańską melodykę w domu. Polskę i polski bardzo mile wspomina.

Szkoda, że po niej dostaliśmy takie nieporozumienie jak Virginia. Ja z tych lekcji u niej pamiętam, że jakaś baba przepłynęła kanał LaMansz. No i te jej „special expressions”. Brr. Grr. A to ci (nieprzyjemna) historia – it’s a pretty kettle of fish. Nie moja broszka – it’s not my cup of tea. Boże, kto tak mówi? Chyba w Australii!

Stop that awful record. But darling this is Sylvia (something) singing – ten początek dialogu też pamiętam.

Także pani od angielskiego się odezwała.

Podczas zarazy coś się ludziom w głowę stało, bo wszyscy zaczęli gotować. Ja zorganizowałem parę wyzwań. Na kanapkę, na zupę. Oczywiście oba czelendże wygrałem, ale największym zainteresowaniem cieszy się „chałka czelendż”.

I dziś do mnie napisała Ewa W. de domo Z.! Ta Ewa z liceum. Co jej ciotka nas uczyła historii. Oj też niezła postać, opoka białostockiej edukacji. W sumie po latach oceniam, że babka była z jajem. Ciekawe jak przetłumaczyłaby to Viriginia – a lady with an egg? Nie, pewnie i na to jest jakieś special expression. Aaaa, z Viriginią było ciężko coś sobie samemu pomóc, bo skubana prowadziła swój prywatny dzienniczek z ocenami. Także dopisywanie w dzienniku nie przynosiło skutku i było ryzykowne. Bo łatwe do wyłapania. No ale kto by dopisywał na nielegalu oceny w dzienniku? Aha, moja 3 lata rocznikowo starsza siostra mówiła mi co z kim przejdzie. Także można było sobie dopomóc u tej pani od dyktanda z chemii i u pani profesor od biologii. Ależ naiwna była pani Jergieniew. Ale też przeginała – dużo osób po mat-fizie idzie na medycynę. To będę was jak biol-chem traktować. Kurna! Ja nie wybierałem się. I chyba tylko Rafał L. i Mariusz aka Pies poszli zaglądać w dziurki (stomatolog i ginekolog. Ponoć ginekolog, nikt chyba tego nie zweryfikował w końcu). A Rafał się okazał spoko kolesiem na naszym reunion w 2005 roku. Także z tej biologii miała odchyły. Na szczęście nauczyliśmy się szybko, żeby klasówki pisać zawsze po drugiej klasie mat-fiz (czyli po” B”). Oo, Popek chyba do nas dołączył po roku czy dwóch w biol-chem.

Maria od fizyki lubiła burdy (katalogi z modą) przeglądać. Także dostała raz czy dwa na biurko. Widziałam to już – powiedziała i była dupa blada. Trzeba było innego klucza użyć. 🙂

Czemu żeśmy zrobili klepsydrę dla Gejografa? Za całokształt? Czy, że zdenerwował nam koleżankę Izę? Pamiętam, że Ula z Basią poszły do domu pogrzebowego przy kościele św. Rocha (tego białego) i wzięły klepsydry. A u mnie w domu je wypisywaliśmy kolorowymi mazakami. To znaczy moja siostra wypisywała, bo przecie nas mogliby po charakterze pisma poznać. Taka to była rozkminka wtedy. Pała ten nasz pan profesor był. Na żartach się nie znał. Poleciał z płaczem do Anki (naszej wychowawczyni) się poskarżyć. Anka oczywiście powiedziała, że kto jak kto, ale jej dzieci tego nie mogły zrobić. My oczywiście oczęta jak aniołki i chóralnie – ależ oczywiście, że nie.

Pan gejograf skończył jakoś marnie. Nawet w „Uwaga TVN” o nim było, bo SMS-ami próbował nagabywać dorosłego chyba już ucznia z liceum wieczorowego. Chyba korepetycji chciał mu udzielać. A jak wiemy, to nie jest etyczne, żeby twój nauczyciel udzielał korków, nieprawdaż?

Aha, bo ja o Ewie pisałem. No i koleżanka mnie obserwuje na IG i widzę też, że pilnie patrzy na moje insta story (tak jak moja siostra zresztą, ale moja siostra nie ma konta, więc z partyzanta mnie podgląda). Tak, chałka uzależnia. Moja siostra zaczęła robić. Moja mama. I teraz czytam Di-eMa (DM) z wyznaniem, że kiedy po raz pierwszy zobaczyła moją chałkę, to nie mogła o niej przestać myśleć. I tak dalej, i tak dalej. Do tej miłem i osobistej wiadomości Ewcia dołączyła fotkę swojej pięknej chałki. Szacunek! Myślę, że wygrałaby chałka czelendż. Ale jako, że za późno zgłosiła się do konkursu, to prym w tych bułach wiodę ja. Tak nieskromnie powiem. Cóż, mój blog, moje decyzje.

Zadzwoniłem dziś do Piotrka od rowerów i mebli z pytaniem, czy jemu na głowę się coś przypadkiem nie rzuciło. Na szczęście nie. Ale jego szanowna małżonka uśmiecha się o zakwas, bo widziała na IG, że mam i że używam. Ludzie, ten internet to błogosławieństwo jakieś! Karierę można zrobić na nim. Milionów się dorobić.

Aaaa, z innych ludzików z naszej klasy wspomnę Bartka. Bo wspomniałem język angielski i naszą wychowawczynię. Bartek miał dryg do języków. Najlepszy był z całej klasy. Z angola nie do zagięcia. I kolega robi w jakiejś firmie w Poznaniu. Firma niemiecka, więc kolega i niemiecki zna. Pamiętam, że w liceum uczył się japońskiego z angielskich podręczników. Szatan lingwistyczny.

Krzysiek N., to chyba na studiach, tak przynajmniej fama niosła, pisał scenariusze do teledysków … disco polo. No cóż, z Białegostoku jesteśmy. I kolega chyba skończył w agencji reklamowej jako copywriter. Fajnie.

I znowu nasza native speakerka. Piszę wczoraj do Uli, że zagadałem naszą lektorkę. A Ula się pyta dlaczego ją. I że w sumie też ostatnio o niej pomyślała. Dziwne i ciekawe. Wielkie umysły myślą podobnie – Great minds think alike – ciekawe czy Virginia zna to powiedzenie. Nie wiem czy to legenda miejska czy nie, ale ponoć jak pojechała z uczniami na wycieczkę do Londynu, to nikt jej nie rozumiał. Niesamowite. Jak ja byłem pierwszy raz w Londynie, to też nie rozumiałem. Tylko, że ja nie rozumiałem rodowitych Brytoli. Także wstyd pani Virginia. Ale to pewnie legenda.

Jeszcze mi się przypomina Iwona M. Mieliśmy informatykę z Bujnowską. I katowaliśmy edytor tekstowy. Chyba TAG się nazywał. Pani profesor kazała jakiś tekst wpisać, na którym później będziemy pracować – buforowanie, kopiowanie, wklejanie, numerowanie i takie tam. Pierwszy raz miałem taki poważny Pe-Cet przed oczyma. To siedzę i stukam z językiem wywieszonym na brodzie. Tak mi prędko szło. Nagle słyszę – Matulka! Historia polskich kapel punkrockowych?!

– no co? Przecież miał być dowolny tekst – odpowiedziała Iwona.

Ooo, Bujnowska chyba też Iwona miała na imię.

I pamiętam jeszcze z tej informatyki program MIZAR. Ponoć jakiś koleś z UW w Białymstoku go wymyślił. Miałem to później na matmie na Uniwerku. Masakra program do udowadniania różnych rzeczy. Na końcu się zawsze pisało „Hence thesis”. Podchodziła Bujnowska, wciskała jakiś klawisz i wyskakiwała lista błędów – logicznych, srakich i owakich. Masakra. Ni chu chu nie kumałem tego. Druga część klasy miała informatykę z Bujnowskim i on chyba lepiej tłumaczył, bo do pana z Europy na K. jeździłem na samo doszkalanie się, a on był w innej grupie.

Muszę wspomnieć pierwszy dzień pierwszej klasy. Wleciałem do klasy i od razu na koniec, do ostatniej ławki pognałem. Patrzę, a tam jakiś skinhead się mości. Pytam się go czy on chciał do mat-fizu, bo ja nie. Kolega rzekł, że też nie. No to załamka. 4 lata z matmą i fizyką. Klops. Wszedł zastępca dyrektorki i się pyta, kto chce się przenieść do innej klasy. My od razu ręce podnieśliśmy. Jesssu, na szczęście nie było miejsc i zostaliśmy w tym mat-fizie. I się okazało, że moim pierwszym kolegą z ławki w liceum był Słodkwaśna. Co za historia. 

Fajnie zrobili z tymi naszymi dwiema klasami mat-fiz. Obie klasy miały angielski ale jeśli chodzi o drugi język obcy, to część osób miało rosyjski, a część niemiecki. I tak się działo, że na ruskim i na niemcu mieliśmy ludzików łączonych z klasy B i C. Super pomysł. Mogli nas od razu podzielić na mat-fiz z niemcem i angolem i mat-fiz z ruskim i angolem. Dzięki temu mogłem po miesiącu przenieść z ruskiego na niemiecki nie zmieniając klasy. Zamienił stryjek marchewkę na kijek. Później z Piotrkiem na jakieś korki chodziliśmy, bo ta German była zdrowo trzepnięta. Nazywała się Lerman (Lehr – uczyć, Mann – człowiek. Ale ona nie była człowiek).

I z takich głupot przypomina mi się moment, kiedy Maria kazała nam napisać referat o planetach. Przypominam, że nie było internetu, nie było wikipedii. Była encyklopedia. Pani profesor zbiera prace. Wpada Ewka B. i wręcza referat. Masz bibliografię? – pyta Maria. Nie, nie. Ja Saturn – odpowiada nasza koleżanka. Prawdziwa historia.

O Rafale Cz. pisałem już kiedyś. To dzięki niemu nie możemy znieść Queen’u.

Kto pamięta Grześka Kraskę? On chyba nie dokończył z nami. Mucha też musiała odejść. Krzysiek N. przeszedł do humanistycznej, także ja go spotykałem na niemcu. A nie! Te klasy łączone, to byliśmy my – jedna klasa mat-fiz i klasa A – humanistyczna. Pomieszało mi się. Czyli drugi mat-fiz, klasa B, chyba w całości miała ten sam drugi język. Chyba niemiecki, bo coś mi się prof. Karolak przypomina (do niej na korki z Piotrkiem chodziliśmy. Krótko, ale chodziliśmy. Chyba tylko raz byliśmy, przed jakimś ważnym zaliczeniem u prof. German). 

Ciekawe co ludzie robią z naszej klasy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Jak w 2005 roku zbieraliśmy ludzików na spotkanie po latach, to założyliśmy nawet adres mailowy i każdy mógł napisać parę słów. Pyta się Łysy naszego kolegi Marka D. – co u Ciebie Marek słychać? Przypominam, że 10 lat się nie widzieliśmy. I Marek tak rezolutnie odpisuje – a nic nowego – żona, dwójka dzieci, praca na uczelni. No rozbawił nas. Ale tak sympatycznie rozbawił.

Trzeba chyba jakiś reunion znowu zrobić. Jakiś sentymentalny jestem w tej zarazie. Jakie to my mamy rocznice? 25 lat od matury tego maja. Ale nie można się gromadzić. 29 lat od początku liceum. O matko! Za rok będzie 30 lat! A ja wtedy będę miał znowu 29. Czyli to prawda, co niektóre osoby mówią – znamy się dłużej niż żyjemy.

hej hej, tu en bi jej

jej! Pamiętam ten zakrzyk. Szalone lata 90.

Łamiąca wiadomość – SERNIK MI PĘKŁ!

Właśnie teraz. Za szybko drzwiczki otwarto. Szkoda. Będzie bez polewy.

I ten bon mot, vivat, czy też nazwany przeze mnie zakrzyk wykrzykiwał pan Włodzimierz Szaranowicz. Poznałem pana redaktora w, bodajże, 2007 roku na imprezie korporacyjnej. Eh ten głos! Bardzo sympatyczny pan ze szklanego ekranu. Nawet w kibelku (w tej części, gdzie się ponoć ręce myje, nie w sekcji „PiSuar”) udało mi się osobiście z nim zamienić kilka słów.

A właśnie, ciekawe czy ten mały kmiot dyktaturę wprowadzi? Cesarstwo Polskie ze stolicą przy ulicy Nowogrodzkiej.

Liceum mi się ostatnio wspomina. Nie wiem czemu. A może, że w czasach tej zarazy kontakt mam z ludźmi z klasy C? Może.

A ostatnio Netflix wypuścił serial „Ostatni Taniec” o Michaelu Jordanie. I my, klasa C w liceum numer 1 w Białym, tak jak nieziemski/kosmiczny* (niepotrzebne skreślić) Air Jordan zdobyliśmy 6 tytułów w czasach naszego liceum.

Ha, jak to? Ktoś może zapytać. Takie tumany byliśmy? Nie. Nikt na świecie nie wie, że rządy pani Złockiej wydłużały czas dwukrotnie. Co za baba to była. Pedagog z powołania. Tylko jej te dzieci przeszkadzały w karierze i osobistym rozw(b)oju. Nie lubiła ekstrawagancji. Nasz kolega Łysy miał u pani na pieńku. Mojej siostrze wetknęła pałąk od klucza w wielkie koła kolczyki, ciągnąc pytając co to. No pani dyrektor jak ta lala. Ponoć z klerem trzymała. Pamiętam jej syna. Z rok lub dwa starszy. Jakiś taki duży koleś. Pamiętam, że można było na jakąś wymianę do USA pojechać. Dwa warunki należało spełnić – jakaś zajebista średnia ocen oraz angielski lepszy od Szekspira. I właśnie jej syn pojechał. Więcej go nie widziałem w szkole. Mnie się nie udało z dwóch powodów. 

Dopiero w 2007 poprawiłem sobie średnią i poziom znajomości języka na tyle, że wpuścili bez gadania.

Liceum było fajne z jednego tylko powodu – spotkałem cudownych ludzi, z którym się przyjaźnię, lubię, jestem w kontakcie do dziś. Fajna to była klasa.

Nauka jak nauka. Nauczyli pewnie by wszędzie. Ciało pedagogiczne też było osobliwe – Historyczka Zakrzewska, Gejograf, Polonistka Anka, Parchata (matma), Maria (fizyka), Jergieniew (biologia), Viriginia (angielski – everything by heart u niej było). W pierwszej klasie mieliśmy native speaker’kę – Catherine Peebles. Ponoć znała kogoś, kto znał Dave’a Grohl’a z Nirvany. Helo! W 1991 roku Nirvana to jak Zenek Martyniuk dziś (taka paralela). Ze dwa lata temu zagadałem na Instagramie naszą lektorkę z USA. Gdzieś na Wschodnim wybrzeżu (New Hampshire) się udziela. W jakieś academic poszła. Ale nie odezwała się, bo jakieś mało ruchliwe konto miała. Chyba założyła i zapomniała o nim. Trudno.

Oooo i te trzy czarownice od chemii – Adamczyk, Dobrzyńska i Zubrycka (chyba). Dobrzyńska przez 45 minut (pardon) napierdalała jakieś dyktando i trzeba było non stop notować. Ta Zubrycka to w sumie coś pokazywała – jakieś czary mary, czy też alchemię. Adamczyk też w sumie dobrze uczyła, tylko osobowość pedagogiczna wątpliwa. A z tej fizyki, to ja nic nie pamiętam. To znaczy pamiętam, ale nie było to związane z fizyką. Może bardziej ze … ślusarstwem. A klasa mat-fiz byliśmy. No i miszcz prof Han od wu-efu. Kiedyś biegaliśmy dokoła Magdalenki (tak się nazywała ta górka?) i na śmietniku był napis – Han huj. Chyba Paweł F. powiedział – o jest błąd. A Bartek W. – Han przez Ce Ha się pisze?

No i ten wu-ef. Nie wiem kto wpadł na pomysł, że wystawiliśmy drużynę w kosza. W drugiej klasie mieliśmy szczęście, że to był maj, pachniała Saska Kępa i klasy czwarte już były wolne po maturach. Także nie tacy straszni ci przeciwnicy. W trzeciej klasie – to wiadomix – rządziliśmy. W czwartej klasie było najtrudniej, bo młodzi atakowali. Ale za każdym razem nam się udawało. Wydaje mi się, że z dwóch powodów – zajebisty fan base oraz skład drużyny.

Co do naszego dream teamu, to chyba tylko Pieta miał pojęcie co się z piłką robi. No i może jeszcze pan z Europy na K. Skład uzupełniali – ja i Tomek. Czasem Kraszan chyba grał z nami. Tego nie pamiętam. Ale pamietam, że olbrzymim wsparciem była Monia. Mieliśmy krótką ławkę. Hmmm, właściwie, to nie mieliśmy w ogóle rezerwowych. Także Monia siłą rzeczy musiała z nami grać. A grała jak Jordan w spódnicy! Bo trenowała coś amatorsko. W Instalu, czy też we Włókniarzu. I Pieta też trenował. Także mieliśmy w składzie dwa Jordany. Jeśli jeden może wygrać ligę NBA, to dwa Jordany mogą wygrać w liceum w Białym. I tak też było. Nie wiem czy mogę pisać co robiliśmy podczas przerw między połowami. Hm, naradzaliśmy się strategicznie w kiblu, jarając szlugi.  

Eh te lata 90. Szał był na NBA. Można polemizować, kto jest GOAT (Greatest Of All Time), ale bezsprzecznie, to Air Mike wyniósł koszykówkę na kosmiczny poziom. Magic Johnson? Hmmm, Jordan miał lepszy czas. Lepszy PR, lepszy marketing. Nikt nie wiedział co to NIKE wcześniej. Firemka od butów i ciuchów. To MJ ich wypromował.

No i te mecze koszykówki się oglądało po nocach. Magia, świat, kosmos – tak to wyglądało w polskiej TV. Później dane mi było oglądać na żywo mecze NBA. Dwa razy. Czar prysł. Jak byłem w Stanach to jak byłem akurat w knajpie, to patrzyłem na ekran TV. No ok. Szoł nadal jest. Ale to już nie to samo.

Aaaa, nasz kolega z liceum Kraszan, który po ukończeniu 2 fakultetów na Uniwerku Warszawskim wyjechał do rodziców do Chicago, powiedział mi, że zajmował się remontem domu Jordana. Jakiś basement mu robili.

Ostatnio widziałem na insta jak młody bąbelek podczas konferencji prasowej z okazji US Open 2017 zapytał Szwajcara Rogera Federera, dlaczego nazywają go GOAT’em, bo w Szwajcarii nie ma za dużo zwierzątek. 

Tu wtrącić muszę, że wg mnie pan Roger jest najwspanialszym sportowcem wszech czasów. Nie tylko w tenisie, tylko w ogóle – zjawisko, klasa, skromność, osiągnięcia, talent, inteligencja. To on wyniósł tenis na wyżyny popularności. Mistrz wybrnął z gracją z odpowiedzią na to pytanie. Ale rezolutny bąbelek zadał drugie pytanie. Tym razem, jak sam podkreślił, NA SERIO. 

Czy mógłbyś jeszcze pograć przez 8-9 lat i jak zostanę pro to będę mógł zagrać z Tobą?

Jak tylko pojawisz się w tourze ATP, to wrócę dla Ciebie na kort.

Wracając do NBA i tego serialu na Netflixie. Pamiętam te wszystkie finały Chicago Bulls. Pamiętam wkład Steve’a Kerr’a, Paxsona, Pippena, Rodmana i Kukoca. Tam się chyba też przewinął jakiś starszy, czarnoskóry zawodnik – Robert Parish? Eh, hej hej tu en bi jej.

1991 finał z LA Lakers i starcie z Magic Johnsonem.

1993 finał z Phoenix Suns i starcie z Charlesem Barkleyem

1997 i 1998 z Utah Jazz i starcie z Karlem Malonem i Johnem Stocktonem

1992 (z Detroit Pistons) i 1996 (z Seattle Supersonic) chyba nikt nie pamięta. Żarcik.

Nie mam za bardzo czasu w czasie tej zarazy. Udało mi się odpalić raptem 10 minut pierwszego odcinka „Ostatniego tańca”. Jej, łzy w oczach miałem. Tak dokładnie ja pamiętam te lata! 

ja chcę do ludzi!

izolacja jakoś idzie, ale najbardziej brakuje mi kontaktów międzyludzkich i spotkań. Wczoraj miałem kilka „widzeń”.

Najpierw zawiozłem Słodkokwaśnej torbę z rzeczami. Oczywiście nie było mowy o wchodzeniu do domu. Przez bramkę się widzieliśmy. Nawet pani Słodkokwaśnej wyszła na mnie popatrzeć. Nie widziałem się z koleżeństwem już z 10 lat chyba. Pamiętam, że 13 marca byłem u nich – pojedliśmy i pooglądaliśmy (tzw. Walenie Konia było, czyli oglądanie ciągiem serialu o koniu zwanym BoJack). Muszelki wtedy jedliśmy? Czy to nie wtedy? Napożyczyłem wtedy od pani Słodkowaśnej książek o losach (nad)komisarza Adama Nowaka autorstwa Tomasza Konatkowskiego. Bo jeszcze wcześniej, przypadkiem dostałem jedną książkę tego pana. Wziąłem sobie Olgę noblistkę Tokarczuk i właśnie tego pana. Nie, zdecydowanie nie da się czytać pani Olgi. Męczarnia! I już w ogóle zauważyłem, że w ostatnim czasie (długim), czytałem kilka pań noblistek i niestety efekt ten sam – Matko bosko! Co to?! Także już postanawiam stanowczo – nigdy więcej pań noblistek.

I ten Tomasz Konatkowski mnie wciągnął. Pierwsza część – Przystanek Śmierć (zabijcie ale nie mam głowy do tytułów) urzekła mnie. Wciągnęła. Nie pamiętam kiedy ostatnio nie mogłem się oderwać od książki. Świetenie autor pokazuje Warszawę. Druga część – Wilcza Wyspa troszkę mnie zmęczyła. Myślałem, że nie dokończę, że rzucę w czorty. Ale jakoś poszło. Nie ma takiego miasta – uf, wszystko wróciło na właściwe tory i raz dwa przeleciałem. Teraz zabrałem się za Bazyliszka. W między czasie odkryłem, że autor jest na IG, także raz na jakiś czas coś do siebie piszemy. Pan pisarz też (chyba) fanem dobrej muzyki jest (gdyż ponieważ jego bohatyr jest) oraz dobrej whisky. Także normalny ludzki człowiek. Dobra, koniec dygresji o literaturze.

I na tym ostatnim spotkaniu u Słodkokwaśnej dowiedzieliśmy się, że od następnego dnia, czyli 14 marca nasz rząd zamyka knajpy. Jej. To już prawie miesiąc bez restauracji. Zarazo odejdź!

No i wczoraj podjechałem na dwór do koleżeństwa. Chwilę pogadalim. Słodkokwaśna dał suchą bułę w prezencie. Kazał na masełku podsmażyć. Podsmażywszy! Mniam! Dzięki za suchą chałę Marszull.

Zauważyłem, że wszyscy teraz gotują albo pieką. Zaraza jakaś z tymi kulinariami. Dziś przeczytałem, że banana bread mega popularny się zrobił w Polsce. Nie wiem, nie ciągnie mnie. Wolę prędzej chałkę upiec, niż banana. 

Ja wróciłem do pieczenia chleba. Idzie mie nie za dobrze, ale też nie źle. Dziś był drugi bochen nastawiony i wyszedł lepiej niż pierwszy. Z oliwkami piekłem tym razem. Także może się wyrobię do czasu końca pandemii.

Pan z Europy na K. upiekł babkę ziemniaczaną według przepisu Słodkowaśnej. I się jeszcze mnie zapytał jak się robi zupę cebulową (akurat tego dnia ja zrobiłem zupę krem z cebuli). Każdy kto wie i się zna, to wie, że Pan z Europy na K. pichci „podobno raz na milion, raz na milion świetlnych lat”. Koniec świata z tą zarazą. Ludzie głupieją.

Święta za pasem. Postanowiłem nagotować sobie jedzenie. Niestety ja w domu, Rodzice w domu, siostra ze swoimi chłopakami w domu. Nie ma co się narażać. W moim menu świątecznym będzie:

– jajka w majo! – nie wiem czy ktoś to wie o mnie, ale ja uwielbiam jajka w majonezie!

– żurek, a właściwie biały barszcz. Ale to prawie jeden pies. Ponoć zupy się różnią tylko zakwasem

– sernik! Postaram się przebić najlepsze serniki świata autorstwa mojej Mamy. Oczywiście nie mam szans, bo nigdy nie udało mi się zbliżyć do maminych smaków. Eh te mielone! Te buraczki! Te ozorki! Także challenge sobie stawiam. Cheesecake challenge. Sernikowe wyzwanie. 

Aha, dziś, jak nastawiałem rosół na bon żur, czyli biały barszcz, to sobie palca obrałem. Połamała mi się obieraczka do warzyw i kupiłem nową. Jakaś taka nieleżąca mi w ręku jest. I mi się dziś nożyk omsknął jak igła po winylu i sobie palca obrałem. Auć. Także żurek/biały barszcz będzie … palce lizać. Dobra, koniec tej dygresji kulinarnej.

Także ucieszyła mnie wizyta u Słodkokwaśnej i jego Pani. Radości mi dała. Miło zobaczyć ludzi, których się lubi i zna po 10 latach niewidzenia! Wiadmix, że jeden tydzień w czasach zarazy to jak 3 lata. Także 3 i pół tygodnia, to 10 lat, c’nie? Sami policzcie.

A tego samego dnia, tylko kilka godzin później, widziałem się z Panią z Europy na K. i jej Bąbelkiem, czyli moim BFF-em.

Bądąc w sklepie na zakupach zobaczyłem whisky Gelnmorangie w dobrej cenie. Tak się składa, że z Panem z Europy na K. (i z jego żoną i ze Słodkokwaśną) znamy się dłużej niż żyjemy, to od razu zakomunikowałem przyjacielowi o promo. „Kup mi dwie” – odpisał. 

Umówiliśmy się, że podjadę do domu i zostawię pod drzwiami. Tak też zrobiłem. Ale przy okazji zadzwoniłem do drzwi i do Pani z Europy na K. na telefon. Także drzwi odkryły mi dwie osoby – Pani z Europy na K. oraz Bąbelek, mój BFF, syn Państwa z Europy na K. Chwilę pogadaliśmy w odległości 3 metrów. A Pani koleżanki, to nie widziałem chyba z 12 lat. Tak, bo ostatni raz widzieliśmy się u mnie z okazji moich 29. urodzin, czyli 4 tygodnie temu.

Jakżem się ucieszył tymi spotkaniami. A dziś rząd mnie dobił, bo poprzedłużał te zakazy. Kiedy my się spotkamy znowu? Ja chcę do ludzi! Idź precz zarazo!

paranoja jest goła

Jestem taka, jestem taka zmęczona
Bolą mnie ręce, boli mnie cała głowa
Tyle dzisiaj, tyle się dzisiaj stało
Boli mnie serce, boli mnie całe ciało

O mały włos, a zatytułowałbym ten wpis „Parchata”. Na cześć mojej pani prof. matematyki z liceum. Ale aż tak źle ze mną jeszcze nie jest. Rano się grzebię i z nudów nigdy nie wiem co zapuścić do słuchania. Dziś iMusic zaproponował „przypływ energii! Mix”. Ok. Jeddziemy z miksem.

Już sobie w głowie układam post, tytuł się wyklarował – wiadomo – PARCHATA.

Aż tu nagle Kora śpiewa „jestem taka zmęczona…”. Kurcze, jaka to była dobra muzyka, jaka dobra wokalistka.

Ostatnio słyszałem Kasię Lins i jej „hit” o nazwie „Rób tak dalej”. Zabij, nie rozumiem, co ona śpiewa w pierwszej linijce. Już nawet podejrzewałem, że to w jakimś języku. Ale jednak nie. Brrr. Dziecko drogie, jak Kora śpiewa, to słychać każdy wyraz. Ucz się!

Moja pani profesor Parchanowicz, jeśli już jej z nami nie ma, to na 100% przewraca się w grobie. A jeśli jeszcze jest, to chyba nie ma internetu, bo świat się nie zawalił. Choć z drugiej strony, hmmm, świat się właśnie wali. Czyżby?

Praca z domu, nauka w domu. Wczoraj poszło po sieci na większą skale info o super lekcjach matematyki przygotowanych przez TVP. Ja z rozrzewnieniem wspominam „Pi i Sigma, dwa matematyczne znaki”. Cóż to było za fantastyczne nauczanie przez zabawę oraz … zabawa przez naukę. Z dzieciństwa wspominam jeszcze książkę „Przygody z Machefim” (Ma-tematyka, Che-mia, Fi-zyka). 

Widzialem dwa odcinki nauczania w TVP. A nie 3! 

– liczby parzyste – nie skumałem idei

– potęgowanie liczb ujemnych – filmik chyba już usunięty: https://www.youtube.com/watch?v=pq2Jyvs5BZE

– obwód vs średnic – filmik chyba już usunięty: https://www.youtube.com/watch?v=FGU8iMnZQUw

w moim cudownym miksie same mądre piosenki. Teraz Muniek i T’Love śpiewają:

o jaki jestem rozpieprzony, rozpieprzony

Jak ulał pasuje do filmików o królowej nauk.

Moja pani profesor po czymś takim podeszłaby do tej pani nauczycielki (nazwijmy ją Zosia) i powiedziałaby:

Zosieńko, a nie myślałaś o zmianie klasy na ogólną? Chyba mat-fiz nie dla Ciebie

W sumie po takim zdaniu uczeń wyjścia nie miał. Albo pała w dzienniku, albo inna klasa. Kilka osób wybrało inne klasy. Taka żyleta była Parchata. Ale jedno trzeba jej przyznać, matmy nauczyła fest. Do tej pory wiem ile to jest 2+2. Choć na pierwszym roku marketingu tłumaczyli, że to może być 3 (zmarnowane szanse) lub 5 (efekt synergii).

0=0

16-12-4 = 20-15-5

4x(4-3-1)=5x(4-3-1)

4=5

2+2=5

Pamiętaj cholero, nigdy nie dziel przez ZERO – to kolejna myśl matematyczki, ale tym razem z podstwówki.

Także jeśli chcecie rzetelnej matematyki, to polecam Matplanetę, w szczególności Wilanów i Mokotów. Basieńka wymiata! Wiem co mówię, bo siedziałem 4 lata ławkę obok i widziałem!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑