Uncategorized

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Oh, podoba mi się ten word mac-owy. Po polsku rozumie. I błędy ładnie poprawia. W tamtym Word-zie office’owym ni chu chu nie kumał. Jakiś niegęsi był. I często jakieś byki były na blogu. Teraz mam nadzieję, że będzie ok. Ale za to excel mac-owy to porażka. Unikajcie. Nie mogę objąć tego. Niby wszystko podobne i przyjazne. (Prawie) te same klawisze skrótów chodzą ale nie zawsze. Eh. Na szczęście oneDrive ma opcję pracy na plikach office online. Także nie muszę kupować pakietu za 209 zł/rok (ze zniżką pracową).

Ale ja nie o pakietach. 

Ja o czym innym!

Ta zaraza to jakaś … zaraza. Ludzie zaczęli gotować. Ludzie? Co ja mówię! Nawet pan z Europy na K. pichci. 

Ale po kolei.

Wczoraj wrzuciłem taki niewinny pościk o liceum. Taki wycinek, jeden motywik z naszych 4 lat edukacji. Niby maleńki kamyczek, a lawina poszła!

Pisałem o naszej native speakerce. I słuchajcie. Wczoraj wygoogle’owałem ją i wysłałem maila, czy to ona. Jeśli nie ona, to sorki. I to była ona. Tak, mieszka w New Hampshire. Ma starego z jakiegoś kraju po Jugosławii, dwie nastoletnie córki. Była raz w Polsce znowu. Po naszemu nie mówi, ale ma tę słowiańsko-bałkańską melodykę w domu. Polskę i polski bardzo mile wspomina.

Szkoda, że po niej dostaliśmy takie nieporozumienie jak Virginia. Ja z tych lekcji u niej pamiętam, że jakaś baba przepłynęła kanał LaMansz. No i te jej „special expressions”. Brr. Grr. A to ci (nieprzyjemna) historia – it’s a pretty kettle of fish. Nie moja broszka – it’s not my cup of tea. Boże, kto tak mówi? Chyba w Australii!

Stop that awful record. But darling this is Sylvia (something) singing – ten początek dialogu też pamiętam.

Także pani od angielskiego się odezwała.

Podczas zarazy coś się ludziom w głowę stało, bo wszyscy zaczęli gotować. Ja zorganizowałem parę wyzwań. Na kanapkę, na zupę. Oczywiście oba czelendże wygrałem, ale największym zainteresowaniem cieszy się „chałka czelendż”.

I dziś do mnie napisała Ewa W. de domo Z.! Ta Ewa z liceum. Co jej ciotka nas uczyła historii. Oj też niezła postać, opoka białostockiej edukacji. W sumie po latach oceniam, że babka była z jajem. Ciekawe jak przetłumaczyłaby to Viriginia – a lady with an egg? Nie, pewnie i na to jest jakieś special expression. Aaaa, z Viriginią było ciężko coś sobie samemu pomóc, bo skubana prowadziła swój prywatny dzienniczek z ocenami. Także dopisywanie w dzienniku nie przynosiło skutku i było ryzykowne. Bo łatwe do wyłapania. No ale kto by dopisywał na nielegalu oceny w dzienniku? Aha, moja 3 lata rocznikowo starsza siostra mówiła mi co z kim przejdzie. Także można było sobie dopomóc u tej pani od dyktanda z chemii i u pani profesor od biologii. Ależ naiwna była pani Jergieniew. Ale też przeginała – dużo osób po mat-fizie idzie na medycynę. To będę was jak biol-chem traktować. Kurna! Ja nie wybierałem się. I chyba tylko Rafał L. i Mariusz aka Pies poszli zaglądać w dziurki (stomatolog i ginekolog. Ponoć ginekolog, nikt chyba tego nie zweryfikował w końcu). A Rafał się okazał spoko kolesiem na naszym reunion w 2005 roku. Także z tej biologii miała odchyły. Na szczęście nauczyliśmy się szybko, żeby klasówki pisać zawsze po drugiej klasie mat-fiz (czyli po” B”). Oo, Popek chyba do nas dołączył po roku czy dwóch w biol-chem.

Maria od fizyki lubiła burdy (katalogi z modą) przeglądać. Także dostała raz czy dwa na biurko. Widziałam to już – powiedziała i była dupa blada. Trzeba było innego klucza użyć. 🙂

Czemu żeśmy zrobili klepsydrę dla Gejografa? Za całokształt? Czy, że zdenerwował nam koleżankę Izę? Pamiętam, że Ula z Basią poszły do domu pogrzebowego przy kościele św. Rocha (tego białego) i wzięły klepsydry. A u mnie w domu je wypisywaliśmy kolorowymi mazakami. To znaczy moja siostra wypisywała, bo przecie nas mogliby po charakterze pisma poznać. Taka to była rozkminka wtedy. Pała ten nasz pan profesor był. Na żartach się nie znał. Poleciał z płaczem do Anki (naszej wychowawczyni) się poskarżyć. Anka oczywiście powiedziała, że kto jak kto, ale jej dzieci tego nie mogły zrobić. My oczywiście oczęta jak aniołki i chóralnie – ależ oczywiście, że nie.

Pan gejograf skończył jakoś marnie. Nawet w „Uwaga TVN” o nim było, bo SMS-ami próbował nagabywać dorosłego chyba już ucznia z liceum wieczorowego. Chyba korepetycji chciał mu udzielać. A jak wiemy, to nie jest etyczne, żeby twój nauczyciel udzielał korków, nieprawdaż?

Aha, bo ja o Ewie pisałem. No i koleżanka mnie obserwuje na IG i widzę też, że pilnie patrzy na moje insta story (tak jak moja siostra zresztą, ale moja siostra nie ma konta, więc z partyzanta mnie podgląda). Tak, chałka uzależnia. Moja siostra zaczęła robić. Moja mama. I teraz czytam Di-eMa (DM) z wyznaniem, że kiedy po raz pierwszy zobaczyła moją chałkę, to nie mogła o niej przestać myśleć. I tak dalej, i tak dalej. Do tej miłem i osobistej wiadomości Ewcia dołączyła fotkę swojej pięknej chałki. Szacunek! Myślę, że wygrałaby chałka czelendż. Ale jako, że za późno zgłosiła się do konkursu, to prym w tych bułach wiodę ja. Tak nieskromnie powiem. Cóż, mój blog, moje decyzje.

Zadzwoniłem dziś do Piotrka od rowerów i mebli z pytaniem, czy jemu na głowę się coś przypadkiem nie rzuciło. Na szczęście nie. Ale jego szanowna małżonka uśmiecha się o zakwas, bo widziała na IG, że mam i że używam. Ludzie, ten internet to błogosławieństwo jakieś! Karierę można zrobić na nim. Milionów się dorobić.

Aaaa, z innych ludzików z naszej klasy wspomnę Bartka. Bo wspomniałem język angielski i naszą wychowawczynię. Bartek miał dryg do języków. Najlepszy był z całej klasy. Z angola nie do zagięcia. I kolega robi w jakiejś firmie w Poznaniu. Firma niemiecka, więc kolega i niemiecki zna. Pamiętam, że w liceum uczył się japońskiego z angielskich podręczników. Szatan lingwistyczny.

Krzysiek N., to chyba na studiach, tak przynajmniej fama niosła, pisał scenariusze do teledysków … disco polo. No cóż, z Białegostoku jesteśmy. I kolega chyba skończył w agencji reklamowej jako copywriter. Fajnie.

I znowu nasza native speakerka. Piszę wczoraj do Uli, że zagadałem naszą lektorkę. A Ula się pyta dlaczego ją. I że w sumie też ostatnio o niej pomyślała. Dziwne i ciekawe. Wielkie umysły myślą podobnie – Great minds think alike – ciekawe czy Virginia zna to powiedzenie. Nie wiem czy to legenda miejska czy nie, ale ponoć jak pojechała z uczniami na wycieczkę do Londynu, to nikt jej nie rozumiał. Niesamowite. Jak ja byłem pierwszy raz w Londynie, to też nie rozumiałem. Tylko, że ja nie rozumiałem rodowitych Brytoli. Także wstyd pani Virginia. Ale to pewnie legenda.

Jeszcze mi się przypomina Iwona M. Mieliśmy informatykę z Bujnowską. I katowaliśmy edytor tekstowy. Chyba TAG się nazywał. Pani profesor kazała jakiś tekst wpisać, na którym później będziemy pracować – buforowanie, kopiowanie, wklejanie, numerowanie i takie tam. Pierwszy raz miałem taki poważny Pe-Cet przed oczyma. To siedzę i stukam z językiem wywieszonym na brodzie. Tak mi prędko szło. Nagle słyszę – Matulka! Historia polskich kapel punkrockowych?!

– no co? Przecież miał być dowolny tekst – odpowiedziała Iwona.

Ooo, Bujnowska chyba też Iwona miała na imię.

I pamiętam jeszcze z tej informatyki program MIZAR. Ponoć jakiś koleś z UW w Białymstoku go wymyślił. Miałem to później na matmie na Uniwerku. Masakra program do udowadniania różnych rzeczy. Na końcu się zawsze pisało „Hence thesis”. Podchodziła Bujnowska, wciskała jakiś klawisz i wyskakiwała lista błędów – logicznych, srakich i owakich. Masakra. Ni chu chu nie kumałem tego. Druga część klasy miała informatykę z Bujnowskim i on chyba lepiej tłumaczył, bo do pana z Europy na K. jeździłem na samo doszkalanie się, a on był w innej grupie.

Muszę wspomnieć pierwszy dzień pierwszej klasy. Wleciałem do klasy i od razu na koniec, do ostatniej ławki pognałem. Patrzę, a tam jakiś skinhead się mości. Pytam się go czy on chciał do mat-fizu, bo ja nie. Kolega rzekł, że też nie. No to załamka. 4 lata z matmą i fizyką. Klops. Wszedł zastępca dyrektorki i się pyta, kto chce się przenieść do innej klasy. My od razu ręce podnieśliśmy. Jesssu, na szczęście nie było miejsc i zostaliśmy w tym mat-fizie. I się okazało, że moim pierwszym kolegą z ławki w liceum był Słodkwaśna. Co za historia. 

Fajnie zrobili z tymi naszymi dwiema klasami mat-fiz. Obie klasy miały angielski ale jeśli chodzi o drugi język obcy, to część osób miało rosyjski, a część niemiecki. I tak się działo, że na ruskim i na niemcu mieliśmy ludzików łączonych z klasy B i C. Super pomysł. Mogli nas od razu podzielić na mat-fiz z niemcem i angolem i mat-fiz z ruskim i angolem. Dzięki temu mogłem po miesiącu przenieść z ruskiego na niemiecki nie zmieniając klasy. Zamienił stryjek marchewkę na kijek. Później z Piotrkiem na jakieś korki chodziliśmy, bo ta German była zdrowo trzepnięta. Nazywała się Lerman (Lehr – uczyć, Mann – człowiek. Ale ona nie była człowiek).

I z takich głupot przypomina mi się moment, kiedy Maria kazała nam napisać referat o planetach. Przypominam, że nie było internetu, nie było wikipedii. Była encyklopedia. Pani profesor zbiera prace. Wpada Ewka B. i wręcza referat. Masz bibliografię? – pyta Maria. Nie, nie. Ja Saturn – odpowiada nasza koleżanka. Prawdziwa historia.

O Rafale Cz. pisałem już kiedyś. To dzięki niemu nie możemy znieść Queen’u.

Kto pamięta Grześka Kraskę? On chyba nie dokończył z nami. Mucha też musiała odejść. Krzysiek N. przeszedł do humanistycznej, także ja go spotykałem na niemcu. A nie! Te klasy łączone, to byliśmy my – jedna klasa mat-fiz i klasa A – humanistyczna. Pomieszało mi się. Czyli drugi mat-fiz, klasa B, chyba w całości miała ten sam drugi język. Chyba niemiecki, bo coś mi się prof. Karolak przypomina (do niej na korki z Piotrkiem chodziliśmy. Krótko, ale chodziliśmy. Chyba tylko raz byliśmy, przed jakimś ważnym zaliczeniem u prof. German). 

Ciekawe co ludzie robią z naszej klasy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Jak w 2005 roku zbieraliśmy ludzików na spotkanie po latach, to założyliśmy nawet adres mailowy i każdy mógł napisać parę słów. Pyta się Łysy naszego kolegi Marka D. – co u Ciebie Marek słychać? Przypominam, że 10 lat się nie widzieliśmy. I Marek tak rezolutnie odpisuje – a nic nowego – żona, dwójka dzieci, praca na uczelni. No rozbawił nas. Ale tak sympatycznie rozbawił.

Trzeba chyba jakiś reunion znowu zrobić. Jakiś sentymentalny jestem w tej zarazie. Jakie to my mamy rocznice? 25 lat od matury tego maja. Ale nie można się gromadzić. 29 lat od początku liceum. O matko! Za rok będzie 30 lat! A ja wtedy będę miał znowu 29. Czyli to prawda, co niektóre osoby mówią – znamy się dłużej niż żyjemy.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.