Tag: wordpress (Page 1 of 11)

a po jedenaste …

https://www.youtube.com/watch?v=T6cl_1X9luw

 

Nie dam. Nie popuszczę. Nie dopuszczę. A po złości!

Czyli „oto polska cała nasza”. Ło ho ho ho.

 

Zabierałem się za pisanie od wielu dni. Już nawet miałem wymyślone tytuły wpisu. Ale wszystko padło.

Miało być „jak mag jakiś” albo „straciłem swoją maskę”.

 

Pranie urządzałem. Wrzuciłem swoją białą maseczkę. Bo często piorę, bo prasuję, bo zabijam nań zarazki. Rozwieszam pranie i idę spać. W nocy się budzę w potach. Gdzie jest moja maseczka! – krzyczę. Aaaa. Uprana! – uspokajam się i zasypiam. Budzę się znowu – nie pamiętam, żebym rozwieszał!

Rano wstaję, przeglądam suszarkę i nie ma. Zaglądam do bębna i nie ma. Hm, a może nie włożyłem? – pomyślałem. Ale nie. Pamiętam przecie. Jak wrzucałem maseczkę do prania, to akurat przechodził tatuś Halinki. I jeden oficer też wrzucał. Wysoki – wysoki, taki wysoki, że jak wrzucał to kucał. I jechała taksówka i powóz. I krowę prowadzili…i trąbił autobus. I szły jakieś 3 dziewczynki. Jak wrzucałem maseczkę do skrzynki.

Ale jednak nie było!

Przetrzepałem jeansy. Nie ma. No nic. Trudno. Przepadło. Ale i tak się to w końcu znajdzie – powiedziałem do siebie.

No i jak zbierałem pranie następnego dnia, to jak przetrząsałem t-shirt z Austin, to z rękawka wypadła maseczka! Ta-dah i ło ho ho ho! Taki mag jestem! Mażek właściwie. Bo czary to takie średnie były. Maska się odnalazła. I całe szczęście, bo ta zapasowa jest ciasna. Jak zakładam, to mi się w oczy wżyna.

 

Weekend się udał przepysznie. Barka Wynurzenie i knajpa Makrell. Oj pyszne rybki i inne takie tam. Po głównym napitku zaproponowaliśmy sobie El Classico – wódka z energetykiem, czyli samo zło. Nie było to ani mądre, ani dobre (Nie mieli RedBulla). Ale cóż. Przeżyliśmy. Niedziela była piękna i terapeutyczna. Rower zawsze pomaga na przewietrzenie głowy. Wdarłem się ostatnio na niedokończony jeszcze Most Południowy (im. Zimnego Leszka? Oj coś czuję. Że Matołusz i Dupa mogą zaproponować taką nazwę). Fajny mostek. Szeroki. Ale do Wisły nie da się jeszcze dojechać. Pilnują. A jak nie pilnują, to są ekrany. Ponoć most z najdłuższym dojazdem.

Przed dotarciem do knajpy postanowiłem definitywnie rozstać się z Veturilo. Koszmar. Wiecznie coś nie tak. Albo z wyciągnięciem roweru (czasem), albo z oddaniem (najczęściej). A najbardziej do szewskiej pasji doprowadzają doprowadzały mnie dwie rzeczy:

– nie jesteś na stacji rowerowej (WTF!)

– są wolne stoiska, nie możesz zwrócić roweru (nie ma!)

Także po sobotniej wpadce, pożegnałem się z rowerem miejskim. Hulajnogą będę jeździł!

 

Na piątek na mecz zaprosił kolega do siebie, do knajpy. Przyjdziesz na mecz? – pyta mnie. Ja już wiem, że się nie pyta, kto w co gra, tylko się potwierdza i jeszcze ewentualnie utwierdza – będzie Leszek, czy pijemy piwo?

Był Leszek, fan nie piwa. Tym razem był samogon. A jak się skończył, to i piwem Leszek nie pogardził. A mecz słaby. Chyba. Nie pamiętam.

 

Dziś byłem świadkiem 11-ego przykazania. Nie dam, nie popuszczę, nie będziesz miał lepiej ode mnie.

Stoję na przystanku na Dolnej (w kierunku za miasto, czyli Wilanów). Zatoczka długa, spokojnie zmieszczą się ze 3, jak nie 3 i pół autobusu. Na przedzie zatoczki stoi taxi, a w połowie jakiś dostawczak (tam jest kilka straganów i kioski, także trzeba jakoś zaopatrywać). Podjeżdża jako pierwszy „Pińcet plus”, a za nim pojawia się 116. Gdyby ten drugi autobus chciał, to by się spokojnie zmieścił między 503, a dostawczym. Ale coś kierowca nie chciał się wpasować i tak się czaił, jak czajka jaka. Pierwszy skład zebrał pasażerów i zaczął udawać, że jest taki biedny i nie może wyjechać. Zaczął napierać na taxi. I tak co chwilę – osobówka odjeżdżała na z pół metra, a autobus udawał, że wyjeżdża z zatoczki i się zbliżał do taxi. Żałuję, że nie zacząłem tego nagrywać. Ciekawe, czy policja zarekwirowałaby mi ewentualnie telefon, jak dowód rzeczowy numer 1.

I tak po kilku podjazdach autobus włączył awaryjne, otworzył drzwi i wypuścił pasażerów. Czyli rąbnął w taksi. Oczywiście to było takie kontrolowane puknięcie, po złości. Jak mijaliśmy „wypadek”, to widać było, że nie stało się nic. Ale policja pewnie przyjechała i mandacik pewnie dała. Nie wiem, czemu pan kierowca autobusu taki uparty i zawzięty. Nie dam, nie pozwolę, moje to.

Kierowca taksówki mógł w sumie podjechać za pierwszym razem aż tak daleko, żeby ten nieszczęsny autobus mógł wyjechać. Eh, my Polacy. Tylko tych pasażerów szkoda, bo to skład na Ursynów był. 99% innych linii leci prosto na Sadybę, Stegny, Wilanów i Powsin.

I ktoś może zapytać, co ja robiłem na przystanku autobusowym? Wracałem z biura. Mam dosyć siedzenia w domu. I jak nigdy cieszy mnie widok jak podążam do starego i śmierdzącego biura. Jeszcze pół roku temu na widok Pałacu miałem złe skojarzenia. A teraz? Proszę bardzo – piękne niebo, pałac i księżyc.

 

Na klatce toczy się wymiana dobrami. Choć w niedzielę myślałem, że coś zdechło. A ta jakieś futro była. Jak rzuciłem okiem niedbale, to myślałem, że

Coś tam było! Może człowiek! Może!

Już miałem zapytać, czy w porządku wszystko. Ale drugi rzut oka stwierdził, że to pies jakiś. A jak się przyjrzałem z bliska, to już wiedziałem, że to futerko ktoś wywalił.

 

I szkoda, że nie mam nadal długich włosów, bo bym se loki nakręcił.

Eh. Zapuszczać?

sam prezes mnie odwiedził

i coś mi drgnęło w końcu.

Od czego by tu zacząć?

W tygodniu urlopowym dostałem SMS. Że kurier nadjedzie z pakietem startowym na OnkoBieg. Myślę sobie:

Po pierwsze – bez sensu. Przecie nikogo nie ma w domu.

Po drugie – bez sensu. Przecie miałem odebrać pakiet od samego prezesa Stowarzyszenia Sarcoma.

Dzwonię ja ci do Kamila i mu wykładam co i jak. Chłopina się zgodził ze mną i się umówiliśmy na spotkanie i przekazanie pakietu.

Wracam ja ci z wczasów i bęc! Znowu SMS. Znowu jakiś kurier się do mnie wybiera. No nie – myślę sobie. Pan prezes chyba zapomniał.

Ale wczytuję się w treść wiadomości i widzę, że to Wielka Litera nadciąga. A właściwie paczka od niej. Już mam! Przecie ja zamówiłem przedpremierowo dwie książki. Ale one miały trafić do mnie dopiero 26 sierpnia.Paczę na kalendarz i … kurczaczki! Faktycznie jest już 26 sierpnia! Czas zapier…ala jak ta lala.

Kasia Nosowska wydała nową książkę. Poczytam i oddam pewnie moim amerykańskim Ulom. No i to nowe dzieło tego najpopularniejszego obecnie dziennikarza radiowego w Polsce Kazika Niedźwieckiego 😉 dorzuciłem sobie do koszyka. A co!? Lubię pana Marka. Słuchać i czytać.

Także książki są, leżą, czekają. Niestety wkręciłem się teraz w te sensacyje tego seryjnego pisarza Mroza (czy jak on się nazywa). Seryjnego w sensie, że pan pisarz wydaje średnio jedną książkę na miesiąc. Czy coś podobnego. Wkręciłem się w serię o Chyłce. No nie jest to proza najwyższych lotów i troszkę mnie boli, jak czytam, ale cholercia, wciąga! Może dlatego, że w serialu z TVN w rolę pani adwokat Joanny Chyłki wciela się moja ulubiona aktorka Magdalena Cielecka. Lubię tom paniom i już.

Także pakiet mam.

Książki mam.

I pamiętamy. Któregoś września biegamy. Nie pamiętam, kiedy dokładnie, w sensie data, ale w drugą niedzielę września.

I ludzie to są głupie. Kamil mi mówił, że już jakaś pani skomentowała koszulkę. Że gorsza od szmaty do podłogi. Ludzie! Przecie to nie chodzi o koszulki!

Na którymś biegu, kiedy jeszcze wszystko było normalne, jakaś dziewoja zrobiła scenę Kamilowi, że medali zabrakło i ONA NIE DOSTAŁA. Faktycznie, inni brali te medale garściami. Szczerze nie wiem po co. Kamil był w głupiej sytuacji, a ja byłem zażenowany. Bez chwili zawahania zdjąłem swój medal i wręczając jej powiedziałem – proszę. Nie potrzebuję medalu. Wzięła bez dziękuję powiedziawszy. Okazało się, że ten gest jeszcze bardziej spowodował poczucie głupiej sytuacji u Prezesa Stowarzyszenia Sarcoma. No bo jak to, przedstawiciel sponsora bez medalu. Ale jak to mówi mój serdeczny przyjaciel od gry w rzutki Stasio – daj spokój. Niestety Kamil nie dał i domówił mi ten medal.

Także biegamy i pomagamy. Troszkę jestem w głupiej sytuacji, bo wszyscy uczestnicy będą wrzucać fotki i relacje na swoje MordoKsiążki i Instagramy. A ja co? Chyba będę musiał filmiki nakręcić przed, w trakcie i po, i wrzucać na blog. Ponoć Sarcoma ma zaciągać wszystko o hasztagach OnkoBieg. Pomyślimy. No ja przecie nie pcham się przed kamery. Aktor ze mnie kiepski.

Także pan prezes do mnie osobiście zajechał. Na śniadanie niby. Ale nie chciał mi ambarasu robić, także pojechaliśmy jeść na miasto. Padło na Srabaksa w Wilanowie, bo na tej mojej Sadybie, to pożal się Boże. Przeczytałem wczoraj w gazetce propagandowej, którą wydaje moja spółdzielnia, że prezes SM Energetyka w wieku lat 69 odszedł. Może nowy prezes coś zmieni. Tu i na Stegnach obok nic się nie dzieje, jeśli chodzi o życie towarzyskie. Same zakazy i ograniczenia. Na samych Stegnach mieszka pewnie z 50 000 ludzi, a jedyna knajpa, która jest czynna do północy, to taki blaszak, do którego strach wejść. Ale jak się wejdzie, to się okazuje, że jest bardzo miło.

Także pojechaliśmy za miasto do Miasteczka Wilanów 🙂 i sobie zjedliśmy bajgla, wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i zrobiliśmy fotkę. A co!

A co mi drgnęło?

A muzycznie mi drgnęło. Bryndza była jakoś ostatnio. Już nawet z Arkiem-Zegarkiem, jak się spotkaliśmy kiedyś na piwie z nim i z jego szanowną Ulą, to stwierdziliśmy, że ta Sana/Sanah (nie wiem jak się to dziewczę pisze) nie jest taka ostatnia.

Posłuchałem sobie ostatniej płyty Beyonce i stwierdzam, że … nie rozumiem tego. Nie wiem co to jest.

Teraz mega przebojem jest WAP. Cardi B zapowiada drugi album. Singiel bije rekordy popularności na całym wszechświecie. Wzięła sobie do pomocy nową raperkę, która zyskuje na coraz większej popularności – Megan Thee Stallion. Jak śpiewa Miley Cyrus:

I love you Nicki, but i listen to Cardi

No coś w tym jest. No może dlatego, że Cardi jest nowa? A Nicki Minaj już nie taka nowa? Pamiętam początek 2018 roku. Akurat byłem w Stanach. Cardi B już była po swoim mega przeboju Bodak Yellow. Ale szła za ciosem i w pierwszej dziesiątce Billboard’u umieściła jeszcze kilka piosenek i dorzuciła z jeden czy dwa numery jeden. Płytę wydawała właśnie. Wszędzie jej było pełno. No Ameryka potrafi wylansować. Także Cardi B znam, lubię.

No i teraz ten WAP. Wet-Ass Pussy. Matko Boska, co to jest!? Obejrzałem teledysk w osłupieniu. Czy to jest muzyka? Równie dobrze ten teledysk mógłby funkcjonować bez muzyki na wszystkich portalach porno. I właśnie dlatego nazwałem ten gatunek „porn music”.

 

No zdrowe dziewoje z Nowego Jorku i Teksasu 🙂

 

Jak Madonna pod koniec 1990 roku wydawała swój singiel Justify My Love ze skandalicznym teledyskiem, to cały świat krzyknął, że to skandal. MTV w Stanach wycofało emisję obrazka do tej piosenki, a bardziej otwarta Europa pokazywała to po 23. A jako że MTV Europe nadawało z UK, to w PL trzeba było czekać godzinkę dłużej. A co zrobiła Królowa Pop’u? Jako jedyna wydała singiel na VHS i odniosła sukces.

Muzycznie Alanis Morissette w końcu wydała album. Posłuchałem i odłożyłem. Ale panowie w radio zachwyceni. Że dobra to płyta. Posłuchałem znowu i faktycznie. Słucham.

Metallica po 21 latach wróciła do filharmoników z San Francisco. No to w piątek włączyłem i słucham. Pierwszy utwór. Hmmm, pan nie śpiewa. Drugi? To samo. Może to jakaś instrumentalna płyta – pomyślałem sobie. Trzeci utwór? For Whom The Bells Toll. Nie, no tu już James Hatfield powinien ryczeć. Mija minuta i nic. Przewijam do trzeciej minuty i jest! Pan śpiewa. Płyta taka sobie. Chyba jednak wolę „łomot tępy i jak bolą zęby” w wykonaniu tych panów. Ale dla przyzwoitości słucham. Na początku drugiej płyty odzywa się Lars Ulrich i mówi, że wita wszystkich, że to jest druga część koncertu, że wita fanów z całego świata. I jako pierwszych wita fanów z Polski. Miło.

No i zaczyna lecieć muzyka. Matko Boska! Co to jest? Jakieś Gwiezdne Wojny, czy co? Wyłączyłem.

W radio też zachwycali się nową-starą płytą Archive. Panowie na nowo zaaranżowali swoje przeboje. Oj. Wyłączyłem.

Wczoraj w radio pan ekscytował się nowym dziełem Gregory’ego Portera All Rise. I faktycznie. Wróciłem do domu po 22 i sobie włączyłem tego pana i grał mi. Dwa razy. Fajny jazz.

I tu się zbliżamy do mojego drgnięcia. W Muzo Fm pan zaprezentował dwa numery z płyty James’a Dean’a Bradfield’a Even in Exile.  Víctor Lidio Jara Martínez – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, aktywista polityczny. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący.

Wiadomo jak takie zachowanie się kończy, c’nie? Ofiara rządów Pinocheta. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile. Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę.

Ten pan zainspirował pana Bradfield’a. Fajna gitarowa, rockowa muzyka. Ja z resztą zawsze lubiłem Manic Street Preachers, to w sumie nic dziwnego, że wzięło mnie i trzyma. Słucham tej płyty przynajmniej raz dziennie.

 

 

królowa i król

dzisiejsza data jest znamienna w historii muzyki. 16 sierpnia 1958 roku na świat przyszła Królowa. 16 sierpnia 1977 roku ze świata żywych odszedł Król. Choć tak naprawdę to nie wiadomo. Wielu go widziało później.

Byłem w Graceland w ubiegłym roku i byłem pod olbrzymim wrażeniem posiadłości Króla.

Widziałem Królową na żywo w sierpniu 2009 roku i byłem olbrzymie rozczarowany. Ale wielkim fanem byłem. Teraz raczej z przyzwoitości zerknę, co ta pani nagrywa. Ale niestety bez szału.

Fanem Króla nie byłem nigdy, ale jak słyszę w radio, to doceniam.

W 1992 roku usłyszałem „Fever” w wykonaniu Królowej. Stwierdziłem, że beznadziejna piosenka. Później usłyszałem tę gorączkę w innej wersji i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to jest cover. Król też to śpiewał. I czyja wersja fajniejsza?

 

 

 

 

Przejechałem się po mieście. Jakoś nie ciągnęło mnie do lasu i w krzaki. Po mieście chciałem pośmigać. Kilka zdjęć wykonałem. Fajne miasto latem.

 

kamienie milowe, czyli

 

 

…jest nas coraz więcej.

Chyba tak nazywała się ta rubryka w białostockim Kurierze Porannym albo Gazecie Współczesnej. Komunikowali wszem i wobec, kto na świat przyszedł i czyim jest dzieciątkiem. Ciekawe co na to RODO?

Wczoraj celebrowaliśmy pojawienie się córki naszego kolegi, brata Arka-Zegarka. Kora nazwą córeczkę. Ładnie. A ze 3 dni temu obchodziliśmy smutną drugą rocznicę odejścia innej Kory.

Śpiewom i piciu nie było końca. Żony od razu ostrzegam – MY MNIC ZŁEGO NIE ROBILIŚMY.

Jakoś po północy odstawiliśmy (śpiącego prawie) tatusia, wprost w ramiona mamusi. Ciekawe co sobie pomyślała? Że ale się zrobiły barany? Czy – jacy mili koledzy, odstawili mi starego do domu?

W bloku młodych rodziców okazało się, że jest jeszcze knajpa czynna, więc postanowiliśmy jeszcze nie kończyć wieczoru. Także z Arkiem-Zegarkiem bronksa strzeliliśmy na leżakach. Ale jakoś szybko się zwinęliśmy. na szczęście. Wyjście udane, ale nadal coś za tą Wolą nie przepadam. Jakoś nie ma ona dla mnie wyrazu i klimatu.

 

Wczoraj zmartwychpowstała pani prof. ze Szczecina zaczęła wypisywać mi maile i ajMasaże. Że ile się dzieje na moim bogu, który wpis polecam, bo za dużo tego.

Renaciu,

po pierwsze – foch! I pozwól, że zacytuję Ciebie – Chcesz w łeb?

Co to za bardzo niemiła postawa? Proszę mnie natychmiast przeczytać, uzupełnić braki. Kolokwium Ci zrobię później. No nieładnie!

Po drugie – jak ja mogę wskazać, który wpis jest lepszy od którego? Sama dobrze wiesz, że rodzice zawsze mają swojego ulubieńca wśród swych potomków. Zawsze któregoś kochają bardziej. A drugiego za karę na wakacje nie puszczą, mniej kasy dadzą. I tak dalej. Jak ktoś zapyta, kogo bardziej kochają, to zawsze wskażą kogoś, c’nie? Ale to w przypadku jak masz ze 2, czy 3 dzieciątka. A ja moich postów naprodukowałem w tym roku ponad 60, także zrozum sama. JAK ja mogę wskazać, który lepszy? Wszystkie moje posty fajne są i basta.

 

I jeszcze jedno. Jak prychasz ze śmiechu nad moim postami, to załóż maseczkę! Bo zarażonych coraz więcej. Rekordowo więcej.

 

wielkanoc

 

Alleluja, pani prof. ze Szczecina z martwych wstała!

Milczawszy ostanio. Wiem. Cóż, najwyraźniej w wielki post nie pisuję.

Rozmawiałem jakiś niedawny czas temu ze Słodkokwaśną (wtedy chyba co na randce byliśmy nad rzeką na barce :-)) i zapytałem się, czy wspomniana pani uczona odzywa się na Fejsie, czy żyje. Okazało się, że coś tam czasem skrobnie. Pomyślałem zadzwonić do koleżanki, ale jakoś nigdy nie był odpowiedni czas. A to praca w domu, a to „07 zgłoś się” oglądam a to to i tamto. I tak ścichapęk słyszę „brzdęk” na moim lapsie. Mail nadszedł. Ze Szczecina. Pani prof. się zapytuje, czy słucham Radio Nowy Świat, co sądzę o nowej stacji. Każdy kto śledzi mój blog i dyskurs pomiędzy mną, a uczoną, to wie, że myśmy Trójkowe słuchacze byli. Listy słuchaliśmy, komentowaliśmy niektóre potwory, to znaczy utwory (Grażka Domowych Melodii oraz Lucy Phere T’love). No i chyba koleżankę też trafił szlag z powodu dewastacji naszego ulubionego radio. Bo pisze mi w mailu, że przez ostatnie miesiące słucha radia z muzykami klasycznymi, w efekcie czego zafiksowała się na śp. Krzysztofie Pendereckim. Przecie każdy wie, że muzyki tego pana nie da się słuchać (w większej, i w mniejszej w sumie, dawce). Także mąż koleżanki postawił ultimatum, że albo Penderecki, albo on.

Chyba wybór padł na starego, bo inaczej by pani prof. nie pytała mnie o Radio Nowy Świat, c’nie?

A co ja, biedny żuczek, myślę o tym nowym tworze?

Ja cały czas kibicowałem Trójce. Słuchałem, bo mimo wszystko nie było innego radio z dobrą muzyką.
Trójka niestety zrobiła się jakaś … śniadaniowa za panowania dyrektora Strzyczkowskiego. Ale słuchałem. Napisałem kiedyś do pani redaktor prowadzącej program o Nowym Jorku. Ucieszyła się i odpisała. Niestety za późno napisałem, więc nie było szans na odczytanie maila na antenie. Ale ja nawet nie liczyłem na to. Nie pomyślałem nawet o tym. I jaka siurpryza! Druga pani prowadząca się również odezwała w podzięce (bo pierwsza uprzejmie doniosła). Fajnie, że był odzew. To miłe.
Kiedyś napisałem do byłej pracownicy radio Anny Gacek, że mam książkę Patti Smith do oddania. Czy nie chciałaby, bo bym dał za darmo. Jej miłość do wspomnianej artystki znana jest od Tatr po Bałtyk. Nawet panie redahtor nie odpisała. Przestałem się interesować losami tej pani. Widziałem raz fragment jej audycji na youtube. To nie to samo.

Pomimo burz i naporów Trójki słuchałem i słucham nadal. Wyłączam tylko, jak za mikrofonem siada nudny pan, z nudną muzyką, z nudną audycją, z nudnym głosem. Piotr Baron.
Odpaliłem Radio Nowy Świat pierwszego dnia. I dopiero wtedy usłyszałem różnicę. A właściwie przepaść między Trójką a RNŚ. Trójkę powinni zasypać. To co teraz jest, to dogorywanie. Brzmi to wszystko jak RMF lub bZdET. Są oczywiście (małe) wyjątki.

Uderzyły mnie niedawno dwie rzeczy w Trujce. Dobry pop broni się sam, a te panie są ikonami popu – powiedziała pani młoda redaktor prezentując Miley Cyrus i wspomniając Taylor Swift.

Wczoraj pani redaktor (nie wiem czy inna, czy ta sama, one dla mnie brzmią tak samo) ekscytowała się nowym, niespodziewanym dziełem Taylor Swift. Rzuciła nawet, że jeśli duet artystki z Bon Iverem nie otrzyma żadnych komercyjnych i znaczących nagród, to będzie to duże niedopatrzenie. Wydaje mi się, że w starej Trójce nigdy bym czegoś takiego nie usłyszał. Nie mówię, że to jest złe, po prostu inne. I albo trzeba będzie się przestawić, albo zmienić częstotliwość w radyjku.
W Radio Nowy Świat lubię wszystko oprócz tej pani Beaty z porannych audycji publicystycznych. Jakoś rano nie przyswajam gadania. To jest czas na muzykę z jakimś fajnym komentarzem. Z kolei, dzięki nowej stacji, Manna zacząłem słuchać. W końcu jakoś daję radę i nie mam alergii na tego pana. Dobrą muzykę puszcza, trzeba mu to przyznać.
Podoba mi się audycja Kuby Badacha pt. Badafonia. Ma to w środy od 19 do 21. To jest jego debiut w eterze i idzie mu super. Fajne jest to, że muzyk mówi o muzyce. Ma inne spojrzenie niż redaktor/dziennikarz muzyczny. Inaczej widzi, inaczej słyszy.

Wczoraj liznąłem audycję naszego wybitnego jazzmana Marka Napiórkowskiego pod nazwą Napiór w Eterze. Ta sama historia jak powyżej. Lubię słuchać muzyków mówiących o muzyce.

 

Dużym atutem jest pasmo Próbny Lot dla młodych talentów. Czasem się zastanawiam, czy oby na pewno są to osoby, które dopiero zaczynają przygodę z mikrofonem. Ciekawe rozmowy, ciekawa muzyka. Nie znam szczegółów tego formatu. Czy oni są już na stałe? Czy trzeba będzie kogoś eliminować?

Także Renata, jak już z tego krzyża się zerwałaś, to włączaj radyjo i mów co sądzisz. Aha, odkryłem aplikację literaki. Jakbyś chciała przegrać ze 2000 razy, jak to bywało drzewiej, to daj znaka*. Cmok.

 

Dziś kolejny rekord wzrostu zakażeń w Polsce. Brawo my, Polacy.

Z tydzień temu stoję w kolejce na bazarze. Maska na buzi, półtora metra za ostatnim kolejkowiczem. Czuję, jak jakaś torba ociera mi się o tyłek mój. Se zerkam przez ramię – starszy pan. Maska na buzi, ale nie na nosie. No, dobra, niech mu będzie – pomyślałem – przecie nie będę robił scen, jak jakiś stary dziad. Oczywiście chodziło o maseczkę nienaciągniętą na nos, a nie o jego torbę na moim tyłku. Robię pół kroku przed siebie i czekam w kolejce. Nagle pan zaczyna prychać, kaszleć, kichać. Obracam się i widzę, że pan już bez maseczki używa sobie w najlepsze.

– proszę się cofnąć, albo założyć maseczkę – mówię stanowczo

Pan się nachyla do mnie i dopiero wtedy widzę, że ma aparat słuchowy.

– panie, cofnij się pan, albo załóż maseczkę – powtarzam

– aaa, dziękuję – odpowiada

Dziękuję? chyba przepraszam – pomyślałem lekko bity z pantałyku.

Pan się ciut wycofał i zakrył twarz.

Nie wiem, co ludzie sobie myślą? Że nie ma wirusa? Że na wakacje wyjechał? I gdzie jest policja albo straż miejska? Jak przejeżdżałem przez bulwary i się okazało, że ten wytatuowany idol Quebonafide ma jakiś występ, to musiałem zejść z roweru. Nie dało się przez tłum przejechać. Dzieciarnia rozentuzjazmowana i piszcząca gromadziła się bez maseczek nie zachowując dystansu. Policja przechadzała się patrząc … w drugą stronę.

 

 

 

 

 

 

* Żart oczywisty. Na początku naszej znajomości „klepałem” równo panią profesor ze Szczecina. Było 2000 coś do 800 na moją korzyść. Ale teraz myślę, że to uczona by lała mnie na kwaśne japko.

do onkobiegu. gotowi? start

wpis będzie zawierać wszystko. Ale przede wszystkim reklamę pewnego projektu.

Kamila poznałem w 2011 roku. Jest ode mnie 2 lata młodszy, czyli ma … 27 lat. 🙂

W wieku bodajże 17 lat dostał w prezencie narty. Dzień przed wyjazdem w góry dostał diagnozę – mięsak. Nigdy na tych nartach nie pojeździł.

Ten rak jest wykrywalny późno, więc jest groźny. Kamil mi kiedyś powiedział, że % wyleczeń jest niski. Jemu się udało. Podczas leczenia poznał swoją żonę, więc coś dobrego go spotkało przy ul. Roentgena. No i pięknie nazwał swojego syna – Maciej!

Kamil, to człowiek wiecznie uśmiechnięty, pozytywny, optymistyczny. Postanowił, będąc już wyleczonym, założyć stowarzyszenie Sarcoma. Pomaga innym.

Od 12 lat, w drugą niedzielę wrześniową biegaliśmy wokół Instytutu Onkologii w Warszawie. Raz w roku, przez godzinę, na wrotkach, na wózkach, o kulach, na nogach, z językiem na brodzie przez 60 minut robiliśmy okrążenia, żeby zdobyć frotki. Każdy mógł pomóc. Impreza zyskiwała na popularności z roku na rok. Miałem zaszczyt kilka razy wesprzeć tę inicjatywę.

W tym roku Onkobieg może mieć wymiar światowy. Wiadomo czemu. Polacy wszystkich krajów, łączcie się!

 

Szczegóły są tu: https://onkobieg.pl

Bardzo proszę o zapisywanie się i udział. 13 września między 7 a 13 trzeba się przebiec i wrzucić na media społecznościowe foto (opcjonalnie chyba). Ja to wrzucę wpis na blog, bo mediów nie mam.

Wpisowe 50 zł przez PayU. Można dać więcej. Tylko nadwyżkę proponuję przekazać bezpośrednio na rzecz stowarzyszenia, wpisując w tytule przelewu „darowizna”. I w przyszłym roku będzie można odliczyć od podatku.

 

Konto bankowe Sarcomy: http://www.sarcoma.pl/o-nas-w-skrocie/

 

Można przekazać darowiznę ze strony www onkobiegu. ale to się zrobi przez PayU i nie będzie można odliczyć od podatku.

 

Rozmawiałem dziś z Kamilem i mówił mi, że jest jakieś zainteresowanie w Kanadzie. Od razu pomyślałem o koleżankach w USA. I też się da to zrobić. 12 września można pomóc. Przecie w Teksasie polskie między 7 a 13, to ichnie miedzy 0 a 6 rano. Kto normalny by biegł o tak wampirze porze. A jak im wprowadzą godzinę policyjną? To nici z pomagania. Kamil dla chętnych z Ameryki stawia warunek – przynajmniej 20 osób musi się zebrać, z czego jedna dostanie zbiorczą paczkę i rozda innym. A w przesyłce – medal, frotki, koszulka, torba na zakupy. Mikołaj we wrześniu!

 

Pomagajmy z każdym krokiem!

 

 

Kamil, jeśli coś przekręciłem, albo o czymś nie napisałem, to napisz komentarz pod artykułem.

tańczę polskie tango

 

Miałem pisać wczoraj. Ale nie udało się bo …

– nie było jakoś czasu

– wpadło mi do głowy „Moje serce to jest muzyk”

 

Przechadzałem się po bazarze i gdzieś usłyszałem Ewę Bem śpiewającą. I przepadłem. Do końca dnia nuciłem sobie

Moje serce to jest muzyk,
Który zwiał z orkiestry,
Bo nie z każdym lubi grać.
Żaden mu maestro nie potrafi rady dać.
Moje serce to jest muzyk improwizujący,
Co ma własny styl i rytm,
Ale gdy gorąco kocha
Wtedy gra jak nikt
.

A mnie się Taco bardzo podoba nowy. Bo tekst ma fajny. Bo dźwięki ma jakieś inne niż normalnie. A rok temu na moim odtwarzaczu często grało „Człowiek z dziurą zamiast krtani”. No płodny artysta.

 

Po tym bazarze tak się przechadzałem szczęśliwy, gdyż z apteki wracałem. Nabyłem opaskę. Koleżanka mnie zainspirowała. Siedzieliśmy ostatnio na dworzu i jej komary nie cięły. Pochwaliła się czerwoną, sprężynkowąopaską wokół kostki. Ale czemu wokół kostki, to szczerze nie wiem. Najważniejsze, że opaska działała! A, w aptece w Best Mall’u kupiłam – poinformowała mnie Ania.

 

I wczoraj byłem w galerii handlowej i zaszedłem do apteki po tran, który się okazał w super cenie promocyjnej. No to skoro taka oszczędność, to pomyślałem, że dam szansę opasce. Pani magister sięga do szafki i widzę, że w ręku ma opaskę, ale … różową. O, nie! – pomyślałem – tylko nie różową. Na szczęście pani miała w garści różne kolory. Padło na niebieską, która będzie podkreślać kolor oczu mych.

Wczoraj był debiut. Siedzę z Agą i z Rafałem u nich na Ursynowie w Coco i mówię, żeby usiąść na zewnątrz. Akurat się stolik zwolnił. O kurczaczki! Latające krwiopijczynie w trymiga nadleciały do nas. Aga na szczęście miała Mugga, a ja założyłem swoje zabezpieczenie. Czy ja wiem? Początek był masakryczny. Nie mogłem się opędzić. Już się wystraszyłem, że jakiś przyciągacz na komary kupiłem, a nie repelent. Ale po chwili się uspokoiło. Także działa.

 

 

 

Wracawszy do domu zauważywszy manifest z administracji. Z pieczątką i podpisem jakiegoś pewnie magistra. Czyli należy się ustosunkować i przestrzegać. Eh. Same „uprzejmie prośby” ze strony tej instytucji.

Dziś nadszedł dzień w kuchni. Pan od mięsa miał w końcu kaczkę. Rozebrał mi ją ładnie. To się teraz maceruje. Jutro pieczenie.

W sklepie zauważyłem ośmiornicę w cenie promocyjnej. To wziąłem. W piątki zazwyczaj jem mięso. Zrobiłem wszystko-co-mam-w-lodówce risotto. Z ośmiornicą w roli głównej. Nawet pyszne. Mięso nie było gumowe. Nieźle.

Ale najważniejszym daniem była premiera w moim wykonaniu – cytrynówka. Kolega mi zdradził przepis. Sprawdzony. Postanowiliśmy zrobić cytrynówka challenge. Zobaczymy. Na razie kumpel z żoną zakończył 10-dniowy detoks i pojechał na wczasy. Ale jak wrócą? To kto wie. Mój napitek będzie na pewno inny, bo użyłem brązowego cukru. I chyba też mniej słodki będzie, bo ten cukier jakiś mniej słodki jest. No zobaczymy. Ciekawskim jest szalenie.

Kto ty jesteś? Polak mały (Polak mały)
Jaki znak twój? Torba z białym (torba z białym)
Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym (na strzeżonym)
W jakim kraju? W tym popierdolonym (uh)
Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu (zamek z piachu)
Czym zdobyta? Propagandą strachu
Czy ją kochasz? Bardzo, mówię szczerze
A w co wierzysz? W nic nie wierzę!

 

rozebrać się do rosołu

Po ponad 4 godzinach bulgotania słońce zajrzało przez okno. Szybko pogasiłem palniki, zasłoniłem rolety i włączyłem wiatrak.

Nalałem sobie talerz zupy i siadłem do stołu. Uf, jak gorąco. Pot mnie zlał. Takżem rozebrał się do rosołu. Ale bez sensacji proszę mi tu. Żadnych bezeceństw. Przyzwoity byłem. Nie do takiego rosołu.

Rosół na kaczce okazał się pyszny. Aż sam się dziwię, bom zawsze sceptyczny jest wobec swoich dań. Pozwoliłem sobie na dwa talerze.

Ryba w sosie też niczego sobie. Ale czuję, że to chyba koniec pichcenia w tym tygodniu. Za gorąco będzie.

Włączam internety i widzę, że ktoś śmiał zażartować sobie z naszego Sebastiana, prezydenta Wolski. Po angielsku ponoć rozmawiali. No wyuczony ten pan. Brawo Sebastian.

Oczywiście oprócz znajomości języka obcego, nie mój prezydent posiada również bystrość, inteligencję i poczucie humoru. Zorientował się, że to prank. No co za wspaniały i błyskotliwy prezydent. Dobrze chyba jednak wybrali Wolacy. Będzie chyba kupa śmiechu przez kolejnych 5 lat. Ciekawe czy nasz kraj przetrwa, czy do cna go roz…..

szum zebrany

Jakoś mnie na kaczkę wzięło. Nie, nie z powodu wyborów. A na temat tych elekcji, to muszę powiedzieć jedną rzecz. Śmieszą mnie komentarze, że Trzaskowski taki lider, że partię zakłada, że tłumy za nim pójdą, że ma poparcie. Hm, otóż, myślę, że wątpię. PO pokazuje dobitnie, że kiepskich ma strategów. Kolejne wybory przegrane. A co do majora Warszawy, to niech ktoś w końcu przejrzy na oczy i zauważy, że spora część ludzi głosowała przeciwko Anżejowi, a nie na pana Rafała.

I ta kaczka chodzi za mną i chodzi. Kwak. A to się chyba wzięło od tego, jak mój kolega z pracy Michał powiedział, że lubi pichcić, i na pytanie, co najbardziej mu wychodzi w kuchni, wspomniał właśnie kaczkę. No i się zaczęło. Ślina zaczęła mi lecieć. Odwiedziłem wczoraj ze 3 sklepy. W Carrefourze mieli i w Auchan też. Ale akurat tam to bym nie chciał kupować. Michaś już mi wytłumaczył, jak upiec ptaszka i jakich owoców użyć. Mam wszystko oprócz kaczki. Ale dziś jestem już po słowie z szanownym panem od kaszanki i mam się dowiadywać w piątek lub w sobotę. Jak nie będzie, to we wtorek przywiozą. Eh! Mlaaaaask!

Na dodatek wczoraj kolega Stasio, jak reperowałem jego Kindla, pokazywał zdjęcia upieczonych kaczych ud. Za długo trzymał w piecu. Receptura mówiła 80 min. Oj, to nawet ja wiem, że jak na ten typ mięsa i taki kawałek, to zdecydowanie za długo.

Kolega ma problem z e-czytnikiem. Nie może się zalogować. Jest połączony z wi-fi, ale jak chce się zalogować, albo pójść na zakupy, to ma komunikat, że nie ma dostępu do internetu. Wysłałem go wcześniej do serwisu, ale tam powiedzieli mu, że amazon blokuje czytnik, jak się długo nie używa. Problem z tym, że kolega nie zna angielskiego, jest już w pewnym wieku i nie rozumie za bardzo problemów związanych z tego typu sprzętem. Także odniósł wrażenie, że go spławili. Mnie się też tak wydaje. Mój kindle też polegiwał w szafce długo będąc nieużywanym. I za każdym razem, jak włączam, to działa.

Próbowaliśmy różnych sieci wi-fi i nic. Ja próbowałem się zalogować na jego kindlu i … dupa. Nada. Nic! Wczoraj właśnie się spotkaliśmy i zacząłem przeglądać amazon. Znalazłem chat z ekspertem. Po prawie godzinie i zmianie doradcy dowiedzieliśmy się, że kindle był kupiony na germańskim amazonie i tam powinniśmy szukać pomocy. Laska, która nas na początku obsługiwała jakaś mega nieogarnięta. Co chwilę prosiła, żebym przesunął palcem z góry do dołu po ekranie i wybrał „przywróć ustawienia fabryczne”. Za każdym razem jej mówiłem, że nasz kindle jest nietykalski i się nie da tak zrobić. No coś nie mogła załapać. Za trzecim razem dotarło doń. To tak jak i ze mną i moimi kolegami. Trzy razy trzeba coś powiedzieć nam, żebyśmy wbili do główki.

Wszedłem na germański amazon i tam dostałem komunikat, że nie ma pomocy telefonicznej w sprawie kindla. W sumie nie podali też jakiego rodzaju pomoc jest dostępna. Powiedziałem koledze, żeby poszedł do innego serwisu i zobaczymy co powiedzą. Spróbuję jeszcze na swoim czytniku pozwolić się zalogować koledze. Jak przejdzie, to znaczy, że jego sprzęt jest faktycznie uszkodzony.

Jeśli ktoś miał podobny problem, to szalenie jestem ciekaw rozwiązania problemu. Dziwna ta sprawa z kindlem. Prawie jak archiwum x.

 

Wracając do Michałów, to w sobotę Państwo z Europy na K. zaprosiło do się. I dziękuję im serdecznie, bo gdyby nie ta inwitacja, to okazałoby się, że w tygodniu ubiegłym zjadłbym mięso ZERO RAZY! Uf. Udało się na szczęście. Pani z Europy na K. kiełbaski i szyneczki nakroiła. A ich termomix zrobił nam pyszne drinki na bazie rumu. Mlask. No i ich bąbelek, a mój BFF, Michaś zrobił nam przepyszną chałkę! Dziecko ma talent. Tak smakowitego wypieku nie jadłem dawno. Jego chałka była o niebo lepsza, niż buła, którą upiekł jego ojciec w kwietniu. Brawo Michał!

Wracając do kaczki. Przeglądałem sobie przepisy różne i w kilku z nich było, że rosół można nastawić z szyi i korpusu. No to przepadłem. Właśnie zebrałem szum. Zupka się pichci.

Zaszedłem na bazar. Na szczęście była porcja rosołowa z kaczki. U pań w warzywniaku kupiłem gigantyczną włoszczyznę i duże jaja. I zadałem sobie jeszcze bobu, bo lubię ogromnie. Co do jajek, to nie wiem skąd biorą, bo nie zawsze mają. Raz jak byłem, to jedna z właścicielek, pani Tereska, powiedziała, żebym przyszedł jutro, to będą te duże. I panie zawsze zakładają gumkę na jajka, żeby nic nie wypadło i nie pękło. Lubię u nich robić zakupy. Dobra. Pytanie. Czy rosół z kaczki też mam gotować 5 godzin? Czy ze 2 godziny wystarczą? Już mnie ssie na samą myśl tej pysznej zupki. Dobrze, że nie jest gorąco i słonecznie, to może jeszcze z godzinę popyrkać mi zupka.

 

Jakby kto znał jakiś przepis albo dobry pomysł na stek z zębacza, to chętnie. Planuję przydusić go w warzywach z sosie ze skorupiaków. Jakieś inne, ciekawe propozycje?

 

Wczoraj jakiegoś debila strąbiłem pod robotą. Idiota zapieprzał na rowerze po chodniku. W ostatniej chwili go zauważyłem i udało się zahamować na początku zebry. Za nim jechał kolejny artysta na hulajnodze. Cyklista nawet nie wzruszył się. Poleciał dalej. Mam wrażenie, że nie słyszał mnie nawet, bo słuchawki miał w uszach. Za to koleś na hulajnodze mi nawrzucał. Ale jako że był po mojej prawej, to go nie słyszałem. Na skrzyżowaniu z Sienkiewicza zatrzymałem się, żeby przepuścić pieszych na przejściu. I podjeżdża artysta na hulajnodze. Odkręcam szybę i się uprzejmie pytam, czy chciałby mi coś powiedzieć. Ojej, jak się nasłuchałem. Że szanujmy się, że od lipca kierowca ma obowiązek się zatrzymać i przepuścić ludzi na przejściu i takie tam idiotyzmy. Pozwoliłem mu skończyć i się zapytałem, czy tu jest ścieżka rowerowa? Znowu usłyszałem, że powonieniem go przepuścić, bo są czasem takie wyjątkowe sytuacje, a nie tylko przepisy i przepisy. Dzieciak mnie wkurzył nie na żarty. Postanowiłem zakończyć dyskusję bulletpointami:

  • Po pierwsze, zatrzymałem się i przepuściłem
  • Po drugie, to nie jest ścieżka rowerowa i się nie przejeżdża po przejściu
  • Po trzecie, trąbiłem na rowerzystę

Dzieciak się chyba w końcu zreflektował.

Ludzie rzeczywiście nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa i zagrożenia. Idiota na rowerze naprawdę jechał bardzo szybko. Co w ogóle jest dziwne, bo tam przy Filharmonii jest dosyć mało miejsca na chodniku.

Tydzień temu inna cyklistka na mnie wpadła. Wracałem nogami do biura od Marszałkowskiej, czyli szeroki bardzo chodnik. Po mojej lewej szła kobieta. Odległość między nami była duża. Ale ja zacząłem schodzić w jej kierunku i kierunku wejścia do budynku. Jakaś dziewucha postanowiła przejechać między nami. Ale nie spodziewała się, że „szpara” między mną, a innym pieszym szybko zmaleje. I przyładowała mnie w łokieć. Na szczęście laska z roweru nie spadła. Odwróciliśmy się oboje i panna na mnie spojrzała z pretensją. Chyba naprawdę zacznę gonić i zrzucać z rowerów.

3 lata temu miałem kraksę. Jechałem wolno. Dziewoja na veturilo jechała z naprzeciwka. Zagapiła się, a właściwie to nie patrzyła przed siebie, tylko na to co się dzieje na bulwarach, i nasze kierownice się szurnęły. Jak leciałem przez kierownicę, to usłyszałem tylko – dobrze, że ma kask. Pamiętam tylko moment odrywania się od roweru. Następne co do mnie dotarło, to fakt, że leżę na ziemi. Koziołka nie pamiętam. Mądry ten mózg. Dziewucha na miejskim rowerze po prostu stanęła w miejscu. Nic się jej nie stało. To wtedy właśnie ekran mojego telefonu poszedł w drobny mak. 600 zł w piach. A właśnie. Coś mandatu nie widzę. Może faktycznie, jak się wypełni nie niebieskim, to anulują. Oby.

Także bezpieczeństwo przede wszystkim. Kaski na łby i zachowujmy dystans. Z rowerem na ulicę, a nie na chodnik.

i po wyrobach

kacze pióro!

Blisko było.

Kolejne 5 lat z Budyniem, DługoPiSem, Sebastianem, Anżejem i jego … Damą. Kolejne 5 lat tej pyzatej, kretyńsko uśmiechniętej facjaty.

 

Ale wyciągam pozytywy. To ostatnie 5 lat tego pana. Mam nadzieję, że przepadnie po 2025 roku, tak jak jego poprzednik Bredzisław K.

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑