Miesiąc: październik 2021

freudowski urok

Zygmund się chyba zrewanżował za te moje wszystkie czary-mary i uroki.

Do Wiednia namawiali mnie już w lipcu/sierpniu. Ale ja wtedy mówiłem, że październik to za daleko. Zamkną nas i nigdzie nie polecę. Poza tym, bilet 400 zł plus wydatki na miejscu, to się zrobi … hohohoho … troszkę eurowydatków.

We wrześniu znowu mnie towarzystwo przycisnęło i … spojrzałem na lot i nadal 400 zł. No dobra, lecę, kupiłem bilety.

Teraz siedzę sam na lotnisku, bo Szwedy mi się rozleciały właśnie. Cóż, podsumowując wycieczkę – bilety 400 zł, w kantorze kupione 260 euro, także tyle kosztowały mnie 4 dni.

Ale już Zygmund czar zdążył rzucić! Pisałem, że w niedzielę zachorowałem, że w poniedziałek test robiłem. We wtorek poczułem się super. W środę nie. W czwartek, w dniu wylotu, ok, więc wyleciałem.

W niedzielę jeszcze wyczytaliśmy, że Austria honoruje tylko maseczki FFP2. No dawaj raz dwa na allegro je kupować. Wziąłem te z wentylkiem. Szwedy też. Mnie przyjechały we wtorek dobre, a Szwedom … nie dobre … bez wentylka. Oba modele były FFP2, także nie było dramatu. Po prostu przyjechało koleżeństwu nie to co zamawiali. Czyli peszek.

Na Okęciu chodził panoczek i się pytał po kolei, czy mamy maseczki FFP2. Kilka osób robiło wielkie oczy i mówiło, że nie. Nie było sprawy, rozdawali. Eh! 15 złoty w piach poszło. Mogłem nie kupować!

No to się wszyscy mościmy w samolocie i patrzymy jak stewardessa pokazuje wyjścia awaryjne. Aż tu raptem …

Haben Sie andere Maske ohne Ventil?

Kurczaczki! 4 lata germańskiego w liceum szło jak krew z nosa. Naciągane tróje miałem. Pamiętam jak z Piotrem G. się mordowaliśmy wtedy z panią prof. Gestapczuk, a tu raptem wszystko rozumiem.

Nein – odpowiadam załamany i lekko przestraszony

Ich bringe Sie gleich eine neue Maske – mówi pani

Oh, Danke! – dziękuję miłej pani

 

I te maseczki to straszne cholerstwo, bo są przez głowę zakładane, nie na uszy.

Lecę do Wiednia. Australia czeka!

No i niestety już w czwartek od godziny mniej więcej 17.00 leżałem w łóżeczku. Na szczęście całą aptekę wziąłem ze sobą więc miałem co połykać. W piątek poczułem się zdrowy jak ryba i ruszyłem na miasto. Po południu znowu łóżeczko, znowu poty, kompresy, choroba. W sobotę już ostrożnie, z głową zwiedzałem. Byłem zdrów, jak się okazuje nadal jestem!

Postanowiłem odwiedził dom Zygmunda Freuda. Opinie na mapach google, jak to opinie, jedni w zachwytach, drudzy nie. Moi znajomi odpadli, powiedzieli, że przekonują ich jednogwiazdkowcy. Też tak pomyślałem. 14 euro zaoszczędzone. Ale po małej kawie obok (okazało się, że nikt nie spojrzał w godziny otwarcia i byliśmy 40 minut przed czasem, które postanowiliśmy spędzić na kawie nieopodal) powiedziałem – raz się żyje, nie mamy domy Freuda ani w Wawie, ani w Szwecji. Zero entuzjazmu, tylko – jak chcesz, to idź, zaczekamy.

Poszedłem. I się załamałem. 4 ściany, puste mieszkanie. Jakieś zdjęcia z wystrojem oryginalnym pomieszczeń i gabloty. Ściany białe, gdzieniegdzie były odkryte oryginalne sufity i tynki. No czemu zamalowano to wszystko! Czar mieszkania prysł. Dom pana profesora dużym rozczarowaniem! 3,7 gwiazdki na google maps jednak miał rację bytu. Trzeba było posłuchać. No trudno. Chatę jednak miał fajną, trzeba mu to oddać.

Wiedeń sam w sobie jest … intrygujący. Niezniszczone miasto (wiadomo, ausschluss w 1938 roku, więc Hitler oszczędził) z pięknymi kamienicami. Ludzi niby ciut więcej niż w Waw, ale tego kompletnie nie widać. Nie ma korków, nie ma tłoków, nie ma wrzawy wielkomiejskiej. Spokój i cisza rzekłbym. Warszawa jest o wiele bardziej głośna. Wycieczka mi się podoba, ale jak ktoś mi pokaże za rok zdjęcia Wiednia, to nie wiem, czy poznam. Wiem, że specjalnie tu nie wrócę. Ale będę zachwalał, że warto zobaczyć.

Mam dość sznycli na dłuuuugi czas. Obiecałem moim szwedzkim znajomym, że następnym razem zrobię im schabowego, to porównają. To wiedeńskie, to jakaś popierdułka!

Aha, wszyscy na dzień dobry mówili nam, że kelnerzy w Wiedniu są niemili, chamscy. Nie, nie zgadzam się. Potrenowałem mój niemiecki przy okazji. Bardzo ok ludzie.

Aha, w każdym miejscu sprawdzają paszporty covidowe. W niektórych proszą o wpisanie się na kartkę.

Drugiego dnia trafiliśmy do Gasthaus Poschl. Całkiem z przypadku. Przekonała mnie kolejka przed wejściem. Na bezczelnego weszliśmy nie czekając. Jako że dzień wcześniej był sznycel i wieczorem miał być kotlecik w jakimś pysznym miejscu, to wzięliśmy gulasz i tatar.

No Wiedeń tatarem stoi! Po chwili okazało się, że barmanka z jest Polski, także zrobiło się jeszcze bardziej miło. Okazało się, że miejsce jest jakieś kultowe, bo wcześniej posiadał je austriacki aktor, a później Polak odkupił. Pojedliśmy, popiliśmy dobrego, austriackiego piwka i poszliśmy na chatę się pocić (gorączka mnie dochodziła). Po drodze wzięliśmy 3 ciasteczka – strudel, sacher cake wychwalany pod niebiosa i sernik. Oj oj i oj! Zygmunda urok nadal działał! Żadne nie było za specjalne.

Ale to nic. Prawdziwa katastrofa dopiero miała nastąpić. Poszliśmy do najstarszej restauracji w Wiedniu. Ach, gwiazdek pięć w recenzjach co niemiara. Siadamy, rozglądamy się, no i stwierdzam, że nawet ładna … nora. Wzięliśmy oczywiście tatara i po sznyclu. Jako czekadełko dali nam pieczywo i masło. No cóż, bułką mogłem gwoździe wbijać.

Wjechał tatar. Niestety, to była jakaś kupa. Dzień później kelner z Gasthaus Poschl uświadomił nas, że mogli keczup dodać do mięsa. Fuuuu. Wielki Pe mówi, że keczup jest bardzo be, więc po kiego czorta go dodawać do czegokolwiek?!

Wjechał sznycel. Pierwszy kęs – nic, zero smaku. Drugi kęs – to samo. Odrywam panierkę i ledwo odszukuję mięso. Trzeci kęs, tym razem samego mięsa – nic! Zero smaku!

Szwedy mówią, że pewnie dlatego, że mam fever. Poprosiłem ich, żeby głośniej to powiedzieli, to obsługa na pewno nas nie wywali za drzwi, albo nie zawoła policji. I tak wjechałem na nielegalu, bo niby w ciągu 8 dni przed przylotem oficjalnie zadeklarowałem, że nie miałem żadnych objawów corona wirusa – gorączka, ból gardła, brak smaku i tak dalej.

Sznycel jest bez smakowy i cieńszy niż panierka. Czuję, że jem bułkę tartą! Odsuwam talerz i piję wodę. Oczywiście podchodzi kelner i się pyta, czy coś się stało. Tłumaczę mu więc. Zabrał talerz i jak się okazało na końcu, nie policzył dania.

Pamiętam 2016 rok. Ja, pan od Państwa z Europy na K., Ula z NJ i jej chłopaki i Floryda. Rozstaliśmy się w Everglades i ja z Panem od Państwa z Europy na K. ruszyliśmy do Naples, miasteczko dla bogatych emerytów. Poszliśmy do jakiejś knajpy sportowej o wysokiej ocenie. Po drodze mijaliśmy salony maserati i innych luksusowych aut. Pamiętam, że wziąłem cziken wings, a kolega … hm nie pamiętam. Podbija pani po chwili z pytaniem jak nam smakuje. Uśmiechnięta cała, bo przecie taki to dobry lokal. A jej niestety mówię, że to jest kompletnie nie ostre, jest kwaśne, nie da się tego jeść. Pani mina zrzedła. To był chyba pierwszy raz, kiedy oddałem jedzenie. I chyba ich pierwszy raz, kiedy ktoś im oddał talerz.

I teraz mnie trafiło. Dwa ohydne dania w jednym miejscu! Koszmar. Freud rzucił urok na mnie!

W sobotę było ciut lepiej, ale tylko ciut. Skusiłem się na zwiedzenie domu Mozarta. Och! Pomyłka. Fajna chata, ale znowu 4 pomalowane na biało ściany (z jednym wyjątkiem). Młodo zszedł Amadeusz. 35 lat. Z 6 dzieci tylko dwoje przeżyło niemowlęctwo. Oj, słabe geny, słabe.

Na lunch wróciliśmy do Gasthaus Poschl, do naszej Polki. Wzięliśmy tym razem sznycla z pure ziemniaczanym.

Mmmm, mniam i mlask! Kelner (ten od wyjaśniania sprawy wyglądu tatara z wieczora poprzedniego) okazał się też mówić po naszemu, z bardzo silnym akcentem. Babcia sobie dziadka skądś wzięła i taki miks wyszedł. Ale fajnie, że wnuka po polsku nauczyli.

Na kolację miała być tatar-uczta w El Gaucho. Rezerwacja dopiero na 21.30 zrobiona, takie oblegane miejsce.

Długo się nie naradzaliśmy – wszystkie trzy rodzaje tatara zamówiliśmy – klasyczny, z krewetką i ostrym majonezem i fois gras.

Hm, najlepsze tatary w jakie jedliśmy w Austrii, ale daleko im do naszych. Knajpa fajna. Mięsna. My już mieliśmy dosyć jedzenia, szczególnie tak późno. Siedziałem przodem do punktu, w którym chłopiec mięso czyścił, kroił, klepał. Także widać było jak to selekcjonują.

Dziś taki chil out zrobiliśmy. Pochodziliśmy po mieście do 12.30 i uciekliśmy na lotnisko. Szwedy miały lot o 15.40, a ja o 18.05. Niektóre Szwedy miały złote członki i wolny wstęp do lounge z osobą towarzyszącą, a ja? A ja mogłem sobie kupić takie wejście przy robieniu check-in, ale nigdy nie kupowałem tego, więc zignorowałem. 35 euro oszczędzone. Na lotnisku okazało się, że koszt jest ciut wyższy – 39. Ale i tak wydatek mi się zwrócił. Więcej bym wydał siedząc gdzieś w knajpie przy bramkach.

Wiedeń ok, fajna wycieczka. Język trochę brzydki, ale jak się okazało poradziłem sobie całkiem, całkiem. Angielskiego nie za dużo używałem. Wydaje mi się, że ludzie bardziej wyluzowani, niż Niemcy. Ale to może takie moje wrażenie.

 

Zdjęcia Wiednia tu

 

 

kwarantanna

hejka kochani. Od niedzieli jestem na kwartannie. To znaczy byłem … chyba.

Absurdy polskiego systemu.

W sobotę odwiedziłem nikogo, na siłowni też nie byłem. Po północy wracałem od nikogo i w niedzielę obudziłem się z gorączką oraz ściskiem w gardle. Szybko skonsultowałem się ze znachorem z luxmed. Pan dochtór zapytał, czy mogę zdjęcie gardzieli zrobić. Chwileczkę – rzekłem i poszedłem do łazienki. W jednym telefonie zapaliłem latarkę i zaświeciłem w jamę ustną, a drugim próbowałem zrobić fotkę. Nie dało się za bardzo, bo albo świecę, albo robię fotkę. Zdjęcie z flashem też nie wychodziło. Wysłałem to co miałem. Pan doktór powiedział, że nic nie widzi. To nie mogę – odpowiedziałem. Medyk zaaplikował medykamenty i już.

W związku z tym, że w czwartek lecę do Wiednia i nie chciałem narażać tych osób, których nie widziałem w sobotę (przymrużenie oczka), to postanowiłem zapisać się na test covidowy.

Zadzwoniłem do koleżanki z Poznania, co ją niby stary zaraził w środę, bo on grał w tenis z kolegą, który okazał się być pozytywny. Trafiło nią. Powiedziała, że w środę czuła się jak po pierwszej dawce szczepionki – bardzo chorobliwie. Postanowiła pójść na test. Także wiedziała co i jak postępować.

Wszedłem na zaufany profil i klikam. Ok, dostałem SMS z potwierdzeniem terminu i miejsca. Następny dzień o 8:10 ale na … Pradze-Północ. O Marysiu! O tej porze, to makabra przez całe miasto jechać. No ewentualnie do metra, do drugiego metra i z Wileniaka nóżkami. Klikam w odmowę i wybór innego terminu. Kuj-pom, małopolska – taki miałem wybór. No kurczaczki! Nie wierzę, że w całej Warszawie jest tylko jedno miejsce i jeden termin! – pomyślałem. No może nie do końca tak pomyślałem, bo parę kurew poleciało w zdaniu. To znaczy kurczaczków i jeżów. Cofam się i wybieram pierwotną opcję. Bolt na szczęście w 20 kilka minut za 30 złociszy dowiózł. Komunikacja miejska odpadła, gdyż bardzo nie czułem się na siłach tak podróżować.

 

W niedzielę wieczorem zadzwonił automat z Sanepidu.

Jeśli nazywasz się (tu moje imię i nazwisko) wciśnij 1

Jeśli nie jesteś tą osobą, wciśnij 2

Jeśli chcesz jeszcze raz odsłuchać wiadomość wciśnij 3

Wciskam 1

Nie wybrano żadnej opcji

Wciskam 3

Jeśli nazywasz się (tu moje imię i nazwisko) wciśnij 1

Jeśli nie jesteś tą osobą, wciśnij 2

Jeśli chcesz jeszcze raz odsłuchać wiadomość wciśnij 3

1

Nie wybrano żadnej opcji

1

Nie wybrano żadnej opcji

A srał na was pies. Rozłączam się.

 

Koleżanka wspomniana powiedziała, że kazano jej ściągną apkę Kwarantanna domowa i udostępnić … galerię zdjęć. Powiedziała, że w życiu, gdyż ma tam propagandę na obecną władzę. Nieudostępnienie galerii = nieuruchomienie apki = nie dobrze.

Ok, rozumiem, że miałbym za pośrednictwem takiej apki wrzucać Państwu Polskiemu zdjęć udawadniających, że o tej porze jestem w domu i się kwarantannuję, ale udostępnianie galerii?! W życiu. To jest gwałt na mojej prywatności!

Koleżanka dostała wynik na drugi dzień. Był negatywny, więc postanowiła nie zaprzątać sobie głowy tematem kwarantanny.

 

Inna koleżanka powiedziała, że jak Sanepid nie kontaktuje się ze mną, to ja mam obowiązek sam się na kwarantannę zapisać. Poczytałem sobie mądrości na stronie „gov” i zauroczyło mnie zdanie. Coś w stylu – możesz pobrać obowiązkową aplikację Kwarantanna Domowa. Hm, skupiłem się na słowie „możesz”, a nie „obowiązkowa”. Mogę, ale nie muszę. To nie muszę. Taka logika w chorobie.

W poniedziałek znowu zadzwonił automat z Sanepidu. Tym razem po wybraniu 1 usłyszałem, że jestem na kwarantannie i mam pobrać aplikację. Hm, po chwili przyszedł SMS.

Czytam również jak przygotować się do badania. Na dwie godziny przed mam:

– nie palić

– nie rzuć gumy

– nie myć zębów

– nie jeść

– nie pić

– nie płukać gardła

 

Wstałem o 6, wypiłem szklankę wody i zacząłem zbierać się na wymazik. O 8.10 pani wsadziła mi patyczek w jedną dziurkę nosa mówiąc, że będzie bardzo nieprzyjemne uczucie. Po czym wsadziła ten sam patyczek w drugą dziurkę mego nosa. Po zabiegu powiedziałem do niej śmiejąc się i mówią odkrywczo – faktycznie nieprzyjemne uczucie!

Pani dała karteczkę z informacją jak i skąd pobrać wyniki, które będą dostępne od 24 do 72 godzin. Szybko przeliczyłem, że 72 godziny miną o 8.10 w czwartek. Samolot mam po 10, to zdążę do Wiednia polecieć, jeśli wynik będzie negatywny.

Po wyjściu zastanowiło mnie po co te wytyczne przed badaniem, skoro z nosa jest pobierany materiał?

Zadzwoniłem do koleżanki z Poznania i mówię, jak mi poszło. Załamałem się, jak mi powiedziała, że czas leci od momentu trafienia próbki do laboratorium. U niej to było przed 18.00. O kurczaczki! Przecie w najgorszym scenariuszu nie będę mógł wyjść z domu na samolot, bo będę cały czas na kwarantannie. Już myślałem naskrobać mail do Austrian Airlines, żeby się na piątek przepisać. Ale postanowiłem zrobić to dopiero w środę. Koleżanka dostała swój wynik po ponad 23 godzinach od trafienia próbki do laboratorium. No to czekam.

Przed 20.00 wszedłem ot tak na stronę i zobaczyłem, że są wyniki!

Nie wykryto RNA wirusa SARS-CoV-2 (wynik ujemny)

Vienna’s calling! Lecę!

Szybkie info do kilku osób, których w sobotę nie widziałem (przymrużenie oczka), żem zdrowy jest i już walizkę zacząłem odkurzać i przewodniki po Wiedniu przeglądać. W Australii (przymrużenie oczka) byłem tylko raz. Na nartach. Kupiliśmy skipass na lodowiec na 3 dni, a pojeździliśmy … jeden. Drugiego dnia wiało bardziej niż w Kieleckiem, a trzeciego nawaliło śniegu i zamknęli drogi. Cóż na bakuganach też się fajnie zjeżdża.

Na szczęście szybką inną górkę nieopodal odkryliśmy i już jak ludzie pozjeżdżaliśmy na deskach. Także to będzie mój drugi raz w Austrii. Stolica tym razem. Sznycla już mamy zarezerwowanego, bo ktoś nam doradził zrobić rezerwację w restauracjach na weekendowe dni.

Wracając do tematu pobrania obowiązkowo aplikacji Kwarantanna Domowa, to pan od Państwa z Europy na K. mi uświadomił pewną rzecz. Jak ja mam na swój telefon pobrać cokolwiek? Przecie ja wciąż używam …

I tej wersji się trzymam. Ten z jabłkiem pożyczyłem dużo wcześniej od sąsiada, żeby zrobić zdjęcie mojej Nokii (przymróżenie oczka). Dziś już mu mogę oddać, bo przecie negatywny jestem. Także policja niech mnie odwiedza. Wczoraj, wracając z testu zajrzałem do pani Agi z warzywniaka. Za włoszczyzną poszedłem. Wiadomo, na chorobę najlepszy rosół. Wracam z siatką do domu, a tu przede mną Strażnik Miejski! O kurczaczki! Już mnie namierzyli – myślę sobie. Postanowiłem założyć kaptur, szybko pana prześcignąć i wbiec do mieszkania. Jakby dzwonił domofonem, to bym odebrał. Ale pan już przy domofonie stał. Ogólnie z kwarantanny jest się zwolnionym, jak się na test jedzie. Ale ta siatka!? Por mi wystawał. Pomyślałem, że powiem mu, że wracając z testu, sąsiadka mi na ogrodzenie, pod moim blokiem, zawiesiła siatkę. Ale patrzę na domofon, a tam … nie mój numer. Ufff.

Szczęśliwy z wyniku zasnęło mi się szybko. Ale jakieś durne sny miałem.

Najpierw byłem sam w Azji. I próbowałem przejść przez ulicę. Jezdnia była szeroka na ze 100 metrów! Po drugiej stronie reklam i neonów od groma. Nie widziałem jakie jest światło. Uderzyło mnie to, że ulica była pusta! Żadnych aut. A przecie wszyscy co byli na przykład w Wietnamie mówili, że przejść przez ulicę ciężko. Stoję jak głupi i czekam. Raptem widzę, że jakieś turystki postanowiły przejść przez jezdnię. To ja za nimi. I coś mi się ciężko szło. Postanowiłem zdjąć buty i iść boso. Ale to jakoś niebezpiecznie i niehigienicznie. Postanowiłem znaleźć sklep z klapkami! Ale zaczęło padać i wsiadłem do autobusu. Obok mnie siedziała rozwalona na siedzeniu mulatka, a jakiś czarnoskóry młodzieniec lubieżnie na nią zerkał.

Później byłem nie wiadomo gdzie. Ni to motel amerykański, ni to polski akademik. Byłem u kumpla na nie wiadomo czym. Ni to impreza, ni to oglądanie meczu. Co chwilę wychodziłem na fajkę! Kupiłem sobie paczkę i postanowiłem całą ją spalić, żeby na drugi dzień nie kusiło. Przecie ja nie palę już prawie 5 lat. Jarałem jeden za drugim. Zdziwiłem się nawet, że nadal umiem palić to świństwo. I podczas jednego takiego wyjścia okazało się, że gdzieś mnie poniosło i nie umiałem wrócić do mieszkania kumpla. Spotkałem za to sąsiadkę Anię i sąsiada Marka. Kolega powiedział, że idzie do domu, bo żona czeka, a koleżanka – że za chwilę wróci. Ok – powiedziałem i poszedłem z powrotem do kumpla. No i nie mogłem trafić. Ten niby hotel zamienił się na akademik. Zaglądałem do kilku pokoi, które wydawały mi się, że to tu. Ale w prawie wszystkich było ciemno i ludzie już spali. W jednej komnacie świeciło się światło i był jakiś człowiek. Wyszedł do mnie na korytarz i powiedział, że … Legia gra.

Chwilę pokonwersowałem i stwierdziłem, że jestem na piętrze. A przecież kolega mieszkał na parterze. Zszedłem na dół i … obudziłem się.

Co za dziwne sny!

Aha, postanowiłem wziąć przykład koleżanki z Poznania i olać Kwarantannę.

Maseczki FFP2 przyjechały. Czas odebrać z paczkomatu. Austria ma takie wymogi. Zwykłe szmaciane nie są wskazane. To lecę!

uf, w końcu, nareszcie

Adele wydaje płytę. W końcu! 19 listopada debiut.

Adele dziś wypuściła singla. Nareszcie! O północy czasu UK.

Adele piosenka na szczęście nie ujęła mnie. Uf!

Nie będzie katowania nową pieśnią.

Ale dzisiejsza premiera „Easy on me” przypomniała mi wycieczkę na Key West. Florydzka wycieczka samochodowa. Dzień po Thanksgiving 2015 roku z lotniska w Miami wyjechaliśmy jeepem Cherokee na cypelek.

Wtedy też zacząłem słuchać country.

A dlaczego to wszystko piszę dziś i pamiętam? Bo wtedy w radio amerykańskim katowano nas aktualnym przebojem Adele. Hello zapowiadało trzeci album Brytyjki – 25.

Ciekawe czy tym razem też tak zajadą nową piosenkę artystki. Szkoda, że nie będzie mi dane tego sprawdzić w USA.

W końcu kupiłem angosturę. Małe, a drogie cholerstwo. Czas zacząć robić w domu whisky sour. I tu … pech. Nie umiem. Nie smakuje tak jak w barze. Jakiś cienki mi wychodzi. Peszek. Wysłałem fotę do sąsiadki Ani, a ta mi od razu napisała – więcej lodu! No tom dodał. Ale nadal jakiś taki nie taki.

Słodkokwaśna w końcu mi zakomunikował, że otwiera swoje kanapeczki Banh mi. W końcu! Nareszcie! Będę chodził, bo najlepsze na świecie to kanapeczki są. Jadłem w kilku miejscach, to mam porównanie. I teraz jestem pewien, że jak zamówię „na ostro”, to będzie właśnie tak!

Mniam!

A w Warszawie tygrys na rowerze jeździ po porannych ulicach. Na szczęście to jakiś pluszak. Uf!

 

 

jak mi się nie chce

zasiadałem ja ci już do bloga od jakiegoś czasu. Ale tak mi się nie chce. Ale jak mi czas gdzieś pędzi. Pewnie się starzeję, bo jak głosi książka – czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy. Dziwna sentencja. Przecie my się starzejemy od momentu przyjścia na świat.

Miałem naskrobać coś wcześniej, ale nie wyszło. 1 października miałem napisać, że 20 lat w banku mi właśnie mija. A wczoraj przejeżdżałem obok mojego pierwszego pracodawcy. Co prawda pracowałem w Auchanie 15 miesięcy, ale cały czas pamiętam ten czas i miło go wspominam. Eh, czas pędzi.

Strasznie się rozbudował i zabudował ten sklep. Kiedyś z ulicy było widać. Teraz już nie bardzo. A halę powiększali, kiedy jeszcze ja pracowałem u Francuza. Myślałem, że przy okazji na kawę wpadnę do Rudej Ewy, ale napisała mi, że na Ursynowie teraz pracuje. No nic. Innym razem.

Miałem też strzelić tytuł „piąte przez dziesiąte” 5 października, ale jakoś nie wyszło. Jak mi się nie chce.

Już nawet nie wiem, gdzie byłem i co robiłem. Wpadłem do Bee i Mee na chwilę. Oj było pysznie. Mee chyba mnie bardzo polubiła, bo daje się dotykać! Szok. Reszta trzódki jakaś spękana nadal. Myślałem, że pomogę przy winobraniu, ale Wielki Pe dopiero w ten weekend zabrał się za winogrona. A w ten weekend, to ja jakoś nie mogę. Eh, babie lato nadeszło. Słońce i pogoda!

Obejrzałem sobie kilka odcinków Makłowicza w podróży. Padło na Skanię, Goteborg i jakiś środkowy stan w Szwecji. Akurat szwedzkie towarzystwo przyjechało do Polski na wycieczkę, więc na bieżąco mogłem zweryfikować prawdę z ekranu. Kiwali głową, że tak, że mlask, że pycha. Tylko mi się oblizywali.

Pewna Norweżka w szwedce dźgnęła Dunkę finką – takie skandynawskie zdanie.

I nauczyłem się, że na Goterborg mówi się Jotieboj. Dziwny ten szwedzki. Niderlandzki jeszcze gorszy.

Dopiero jak pan Robert M. zawitał do Vastmanland, to się Szwedom oczka otworzyły. A co to? Nie znam tego! Nie jadłem nigdy. Ha! Pamiętam, jak kiedyś w Dzień Dobry TVN albo innym morning show kamera odwiedziła miasto na B. we wschodniej Polsce. I tam pani pod Ratuszem jakieś napoje białostockie zaczęła wychwalać. O-o! a co to!? Nie znam tego! Nie piłem nigdy! – tak krzyczałem do szklanego ekranu.

I podczas tych podróży kulinarnych po Szwecji odkryłem gravlaxa. To znaczy, znałem ten dań wcześniej, ale w innym wydaniu. W Stanach Katia kiedyś na urodziny nam przedstawiła łososia w soli i cukrze. Spodobało mi się szalenie i od tamtej pory sobie przyrządzam. A tu pan Makłowicz upstrzoną w rybką w burakach częstował nas. Lubię kolor ten, więc dań mi się ogromnie spodobał i zaintrygował. Postanowiłem sobie zrobić. I w czwartek był ten dzień. Postudiowałem ja ci receptury i wybrałem dwie – w soku z cytryną i w soku z pomarańcza. Byłem pewny, że to w soku z buraka się robi, ale będąc w nowo otwartym Lidlu, sięgając po sok, postanowiłem sprawdzić, jak się robi gravlax. Uffff, było blisko. Butelka z sokiem już w rękach była. To się buraka starkowanego kładzie na rybę! Nigdy nie podobał mi się pomysł gotowania łososia w soku z cytryny, ale ten akurat przepis mnie zaintrygował … wykończeniem dania skropieniem wódką. Mlask!

Zrobiłem tak jak kazali. I dziś spróbowałem. Pobawiłem się jedzeniem. Słoneczko sobie zrobiłem na śniadanie. Muszę przyznać, że w soku z pomarańczy jednak bardziej mlask i mniam zrobiłem!

A co do Lidla, to muszę donieść wszem i wobec, że modły moje zostały wysłuchane. Od kilkunastu lat jeżdżąc po Wawie w oko rzucał mi się ten sklep. Lidlu tu, Lidla tam, tu obok tego i tak dalej. Zazdrościłem i wołałem – dlaczego na Sadybie nie ma! Jest tylko jakaś marna Biedra!

Śmiałem się, że do Lidla napiszę, żeby otworzyli na mojej dzielni. Ale nie napisałem, bo aż tak źle ze mną nie było jeszcze. Co sobota leciałem na ul. Alternatywy i szopingowałem się. Akurat w weekend dojazd zajmował bez mała 12 minut. Później jeszcze odkryłem Lidla obok tu, obok tam i ciut dalej za rzeką. No jeździło się do sklepu po całej Warszawie południowej. Ale zawsze jak gdzieś widziałem Lidla to zazdrościłem mieszkańcom i tak sobie płakałem – kiedy to, a kiedy będzie Lidl u mnie.

I tak sobie ostatnio przechadzałem się po dzielni Stegny (sąsiedzkie osiedle) i cóżem ja uwidział! Naklejki lidlowskie na nowym apartamentowcu! Nawet z sąsiadami się radowaliśmy i tydzień temu ciekawiliśmy się, kiedy będzie otwarcie. Cwana gapa jestem i szybko odpaliłem apkę Lidla i sprawdziłem najbliższy sklep. Był, pokazał się, już jest w ich lokalizacjach. Ale niestety przez najbliższe 7 dni przy godzinach otwarcia stało: zamknięty. W czwartek postanowiłem skoczyć do sklepu na granicy Stegien/SnD/Ursynów. Ale coś mnie w drodze podkusiło. Zaglądam ja ci w apkę, a tam … otwarte. Mój Lidl w końcu otwarty. Od 6 rano! Pędzę.

I faktycznie jest, stoi. Upstrzony balonikami. Ludzi nie za tłumnie. Zakupy były przyjemne. Na końcu dali kawę gratis. Pani coś nie chciała mi dać balonika, ale i tak bym nie wziął. Mam Lidla pod domem!!!

Życie jest dobre!

W tygodniu wybrałem się do biura … trzy razy. Postanowiłem, że będę się teraz ładnie(j) stroił. Już mam dość jeansów i t-shirtów. Wyciągnąłem z szafy spodnie nienoszone ze 3 lata. Nie zakładałem ich, bo opinały mój tyłek dosyć ciasno i bałem się, że przy kucnięciu lub usiądnięciu pękną mi na tyłku. Dodatkowo kiedyś usłyszałem w radio, że podczas lockdownu ludzie przytyli średnio 5 kg. No to wiadomix, że żadne portki mi na tyłek teraz nie wejdą. Ale, bo zawsze jest jakieś „ale” postanowiłem spróbować. Zawsze muszę sprawdzić, czy się uda. Zawsze można powiedzieć, że się nie da. Wolę spróbować i zobaczyć, czy da się, czy nie. Nawet wiem, że wódkę z red bullem da się długo pić.

Wsadzam ja ci lewą nogę, prawą. ZAPINAM zamek i … GUZIK i … ta-da!

 

Życie jest bardzo dobre!!!

 

Dobra, jest sobota. Czas na siłownię. O jeżu, jak mi się nie chce iść!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑