Miesiąc: grudzień 2017

obwin Kanade

Oh. Pisze na laptopie Uli, czyli nie ma polska czcionka. Cholera.

Lubie South Park. Ogladalem namietnie kiedys. Teraz tez chetnie zerkne jak mnie najdzie. Serial nasmiewa sie z Kanady – dumb neighbours from the north. Mieli nawet piosenke o Kanadzie – Blame Canada.

Korcilo mnie, zeby tu zajechac.

Podczas obecnej wycieczki ustalilismy z Ula, ze pojedziemy gdzies. Takie “wsiasc do pociagu byle jakiego”. Bo bilety do LAs Vegas i Salt Lake City nieprzyzwocie drogie. A stamtad juz blisko do fajnych parkow narodowych.

Mielismy pojechac na poludnie – Georgia albo South Carolina. Ale to 10 – 12 godzin autem. Takze padlo na Niagare i Kanade. U polnocnych sasiadow padlo na – Toronto, Ottawe i Montreal.

Co sadze o Kanadzie do tej pory? Jej. Podoba mi sie. Toronto to taki mniejszy, ladniejszy, czystszy Manhattan. Kraj jak na razie rozni sie od USA jednym – czasem maja komunikaty po francusku. Dzis, na wiezy panstwo zagadywalo do czlowieka z obslugi naszej atrakcji po francusku, to ten pan robil oczy jak 5 zlotych. Pieniadze sa smieszne. Wyplacilem troszke, zeby miec. Bo np. za lyzwy moglismy tylko gotowka zaplacic. Skonczylo sie na US dollars ale policzyli nas 1 do 1, czyli bardzo niekorzystnie.

Toronto bardzo ladne. Ale to tylko miasto. Wieza CN Tower, ktora chwali sie, ze jest najwyzszym obiektem na swiecie (?) i majaca pierwsza podloge ze szkla robi robote. Miasto ogromne, z pieknym jeziorem.

O! Mam. Druga roznica. Maja system metryczny. Speed limit 100. Ciezko sie polapac, bo tabliczka identyczna jak w USA ale na szczescie dodaja “kmh”. Odleglosci w km, paliwo w litrach. Jak w domu. Ludzie milsi niz w Nowym Jorku. Ale powiedzialem Uli, ze Nowy Jork, to nie cala Ameryka.

Wyplaciwszy dzis pieniazek. Taki jakis dziwny w dotyku. Plastyk jakis. I ma przeswiatujace okienka.

Reasumujac – fajny, bardzo fajny kraj. Jakby ktos sie pytal, to polecam.

Wodospad Niagara robi wrazenie. Nie zajezdzalismy na strone amerykanska. Od razu do Kanady pognalismy podziwiac wodospad. Takze nie wiem, nie polecam, nie mam zdania na temat amerykanskiej strony.

Co by tu jeszcze? Nie wiem. Dzis wsiedlismy w auto i zawizlem wycieczke do Ottawy, stolicy. Niby na mapie blisko, ale i tak 4 i pol godziny wyszlo. Masakra. I ograniczenie do 100 kmh. Slabo.

Mandaty maja takie: 120 kmh – 95$ (razy 2,75 i mamy PLN). do 130 kmh nie pamietam. Do 140 kmh – 300$. Czyli mozna w sumie gnac do 120 kmh.

Nie wiem czy mam wspominac o pogodzie? Kiedys w Polsce te zimy stulecia sie przezywalo i bylo ok. A teraz minus 24 stopnie i dramat. Rano polecialem do UNIQLO po ciuchy termiczne dla mnie i Uli – kalesony i bluzeczka termalna. Ale i tak w nozki szczypalo. Eh, “Jest zima, to jest zimno”.

pozdrawiam serdecznie. Wuj Matt z podrozy.

i po świętach

Faktycznie katar leczony trwa 7 dni. Jak ręką odjął – minął ścichapęk.

Pogubiony jestem w te dni z tymi dniami. Który dziś jest? Jak się nazywa dzień? 27 chyba, bo 26 wylatywałem. A to środa dziś znaczy? Eh. Nie ważne w sumie. Wolne mam.

Leciało się w miarę dobrze. Zdrzemnąłem się w samolocie … na 15 minut. I do końca lotu było – sudoku, książka o Ku Klux Klanie w obecnej Ameryce (bardzo ciekawa lektura. Polecam) i Black Jack. Zacząłem grać ze stawką 500$. Przy lądowaniu miałem już prawie 7,5 miliona dolarów. Szkoda, że nie wypłacają.

Na Okęciu miałem ciekawą historię wpadam na terminal i jednym okiem patrzę, że Frankfurt jest w tym, a w tym okienku. Idę. Jakiś stewart pyta się dokąd lecę. Ja odpowiadam, że gdzieś do Niemiec. Frankfurt? Pan kiwa głową i zaprasza. Rozmowa przy okienku:

– dokąd pan leci?

– gdzieś do Niemiec. Frankfurt chyba (w sumie po tylu zapytaniach mógłbym sprawdzić dokąd w końcu lecę)

– Ok. Ten o 6.55?

– tak ten (bo jakoś rano leciałem. 6.55 czy 7.50 jeden pies). Odprawiłem się do Niemiec wczoraj ale na dalszy rejs już nie mogłem – dopowiadam i pokazuje panu boarding pass na telefonie

– Ok. To zapraszam pana do LOT-u

– szczerze zdziwionym głosem – to gdzie ja jestem?!

– lufthansa

– a Ok. To lecę. Dziękuję

I tym o to sposobem o mało co, a poleciałbym do Frankfurtu o godzinę wcześniej i innymi liniami.

We Frankfurcie przeleciałem z bramek A do bramki Z i wsiadłem do drugiego samolotu. Także czasu na zakupy i podziwianie lotniska na szczęście nie było.

Na Newarku jakoś tłoczno. Kolejka do pana oficera i kolejka do wyjścia. Także godzinę zajęło mi wychodzenie. Muszę nauczyć się co robi Ula w pracy, bo już dwie osoby się pytały. Chyba niezbyt prawdziwie brzmi “ehhh ahhh”. Wiceprezydent? Czy dyrektor? Zawsze mi się myli to.

No dobra. Tak jak myślałem wstałem o 5. O 6.30 pobudka i jedziemy autem do – Niagara, Toronto, Ottawa i Montreal. Na sylwestra powinniśmy być z potworem.

Ula mówiła, że jak byli już wcześniej w Kanadzie, to Michał pierwsze co zrobił po wyjściu z auta to zakrzyk do ludzi – BON JOUR KANADA!

Oj. Trzeba język odświeżyć będzie. Je suis polonez ?

podróże w czasie

czy stare dziady robią się sentymentalne?

Nie mam co za bardzo robić w Białym. Zdrowie poza tym nie dopisuje, więc się przechadzam po mieście, żeby nie zwariować w domu.

Kiedyś pisałem, że stolica Podlasia kościołami (katolickimi i prawosławnymi) stoi.

Teraz twierdzę, że to również muralowa stolica świata. Fajnie pomazane są budynki.

Miasto jak miasto. Już opisywałem i obfotografowywałem. Dziś znalazłem w centrum miasta wielki hashtag. Widziałem to na instagramie i myślałem, że to albo żart, albo fotomontaż. Nie. To prawda.

hasztag

hasztag 2

Wypiwszy kawę w kawiarni poszedłem na Koszykową. Olśniło mnie, że tyle razy chadzam po Białym i tam jakoś nie było mi po drodze. Jak byłem obok, to nie wpadało mi do głowy zajść. A często myślę o tej ulicy i o tym miejscu. Koszykowa 13.

Co do kawiarni. Jak wszedłem doń, to przypomniało mi się, że dokładnie rok temu też zaszedłem. Rozmawiałem wtedy z Panem z Europy na K. przez telefon, który właśnie wjeżdżał do miasta, mówiąc mu, że właśnie robię zdjęcie kinu TON i że powinien swoim bąbelkom pokazać ważne w naszym życiu miejsca. I tak gadawszy wszedłwszy do przytulnej kawiarenki (ul. Suraska? Nie. Suraska jest bardziej w centrum. Kilińskiego? To z USC?). W tym roku chciałem zajść na kawę i jak myślałem, który lokal wybrać, to byłem już poza ścisłym centrum i z wielką radością „odkryłem“ kafejkę. Dzień Świstaka czy co? Ciekawe czy za rok też tam wejdę. Zająłem to samo miejsce, mimo że nie było nikogo.

Koszykowa 13. Nie wiem od kiedy tam moi rodzice wynajmowali domek ale spędziłem tam pierwsze lata mego życia. W styczniu 1980 przeprowadziliśmy się na wieś na Białostoczek. Podwórko było duże, po lewej stały pomieszczenia gospodarcze z budami dla dużych psów. Po prawej jakiś taki domek, w którym mieszkaliśmy. Mama twierdzi, że szczury biegały, ale ja tam nikogo nie widziałem. Dom Państwa stał zaraz za wejściem na posesję. Starsze małżeństwo. Nie pamiętam pani ale pan był łysawy i w okularach. Nie pamiętam też czy mieli dzieci. W budach przesiadywałem często i obgryzałem z pieskami kości. Pieski były większe ode mnie. Chyba gdzieś jest fota jak pies zagląda do wózka ze mną, a obok stoi kochająca siostra. Ten domek wydawał się być ogromny, choć rodzice twierdzą, że to była mała kuchnia i pokój, w którym spaliśmy we 4. Pamiętam gwiazdkę tam. Siostra oddała mi banany, bo nie wiedziała co to i nie smakowały jej. Dobra siostra. Często pilnowała nas moja chrzestna o lat 15 starsza, czyli fiu bzdziu miała w głowie. Gotowała nam obiad (butla gazowa) i jak skończyła, to po prostu zdmuchnęła ogień. Mama wróciwszy z pracy znalazła nas śpiących i z przerażeniem odkryła, że śmierdzi gazem. Do tej pory wypominam to mojej chrzestnej, a ta do tej pory pali się ze wstydu.

 

Nie chciałem dochodzić do Chrobrego, więc zawróciłem się następną ulicą, której nie kojarzyłem. Ul. Wiktorii. Po środku stoi spalony dom a przed nim informacja z serii „Szlakiem Bojar“. W tym domu często bywał marszałek Józef Piłsudski, żeby wzmacniać i tworzyć partię – PPS. I ten budynek miał wykopany tunel do budynku przy ulicy … Koszykowej. Nie znałem tej opowieści? Może jak byłem mały i jadłem kości z psami, to Piłsudski się gdzieś obok wygramoliwywał z tunelu? A to ci historia!

Wiktorii

Przedszkole było obok, na ul. Staszica. A może to był żłobek i przedszkole? Mam zdjęcia i jakiś duży byłem i chyba z siostrą tam chodziłem, więc chyba przedszkole. Pamiętam mój pierwszy dzień. Chyba trzymałem się za nogę mamy albo kaloryfera drąc się wniebogłosy. Strasznie jakiś dramatyczny byłem. Jak krew pobierali, to nie było takiego w mieście, co by nie słyszał o tym fakcie. Darłem się jak stare prześcieradło. Pamiętam jedno oddawanie krwi w szczególności. Dwie panie pobierające – stara i młoda. Do młodej pusto, do starej – kolejka. Bardziej doświadczona wbijała igłę jakby przy taśmie produkcyjnej stała. Tato chyba nie miał czasu i wziął mnie do młodej. O maryjo ile wrzasku było. Oczywiście nie bolało, ale drzeć się zawsze musiałem. A teraz? Proszę bardzo – honorowym dawcą krwi jestem.

przedszkole

Ten drewniany kościółek to powiem tylko tyle, że komunię tam miałem. Ogólnie nie chadzam do tych przybytków już.

komunia

A na Sokólską 3 wprowadziliśmy się w styczniu 1980 roku. Z okna było widać las i błota. Wspomniana chrzestna wyganiała nas na dwór się bawić, a my z siostrą mocno trzymając się poręczy na klatce darliśmy się, że nie, bo nie ma gdzie i czym się bawić. W końcu znalazłem zabawę. Skończyła się ona zgubiniem sandała w kałuży.

sokólska 3.jpg

No nic, wigilia o 16.00. Eh, pamiętam jak do drugiej babci się szło. Zostawiało się auto w PGR przy szosie i szło przez pola po kolana brodząc w śniegu. I wyglądało się tej pierwszej gwiazdki na niebie z wypiekami na twarzy.

Wesołych Świąt wszystkim. Pamiętajcie, że karp pojawił się na stołach w latach 40. XX wieku, bo bieda w kraju była i władze postanowiły wyhodować u nas. A choinka, to też jakiś germański wymysł.

chała-dzielnik

Wydaje mi się, że rodzice chcą mnie zamrozić. I mieć na zawsze?

W moim pokoju w Białym jest zimno jak w psiarni. Zawsze zimą jest problem w tej komnacie. Nie wiem co się stało. Jak byłem mały, tzn. młodszy, to pokój wydawał się większy, ciepło było. A teraz? Nogi wystają mi do przedpokoju, zimno jak w psiarni (o czym już pisałem).

Dziś spałem w opakowaniu, bo mnie szlag trafił. I tak jestem zalany (jak to kiedyś koleżanka z pracy powiedziała do naszego zakatarzonego szefa, który nie pije), a za 3 dni wakacje. Nie widzi mi się spędzanie wczasów w chorobie i niemocy. Rano powiedziałem, że albo ja, albo tato odpowietrza kaloryfer. Ponoć tak słabo grzeją, bo w sumie nie jest zimno. To ciekawe kiedy w Białymstoku grzeją? Jak jest -20 stopni? Eh te wschodnie standardy. Kaloryfer odpowietrzony. Nadal letni. Cholerne 4 (ostatnie) piętro.

Jakiś czas temu pani hematolog dała mi tran i witaminę B, bo cośtam we krwi nie halo jest. Dramatu nie ma ale lepiej dmuchać na zimne. Olej z rekina ponoć udoparnia. Taaaa, ostatni raz idę profilaktykować się i zapobiegać. Przeziębionym jest i końca nie widać.

Wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota. Hm, piąty dzień kataru, a jakby z dnia na dzień gorzej nie lepiej. Ale jeszcze 2 dni i powinno przejść. Bo niby leczę się. Gdybym tego nie robił, to wiadomo – cały tydzień byłby nos zapchany.

Wczoraj zabrałem Bąbelki na Gwiezdne Wojny. Faktycznie kilka scen mocno nawiązuje do starych części. Ale reszta to takie Opowieści z Narni, Bond, Karate Kid. Ale ogólnie fajny film. 3D ma tylko plusy jak statki latają i pociski lecą. A tak, to można sobie ten efekt darować. Niech moc będzie z Wami.

Czas zapakować podarki, tzn. czas pomóc Mikołajowi.

dom na kołach część 1

czyli Grzyby kontra Łódź, czyli burdel na kółkach.

 

Z 10 lat temu poznałem zespół łódzki L’Stadt. Bardzo mili i sympatyczni młodzieńcy. To było akurat po wydaniu ich pierwszej, krótkiej płyty. Długa historia krótko – byłem na ich koncercie w Białym w Klubie Metro. Po niecałych 40 minutach Łukasz powiedział do nielicznej publiki, że w sumie to zaśpiewali już wszystko to, co mieli w repertuarze i mogą zagrać … raz jeszcze. Tak też się stało. W tym klubie po koncercie razem z menago zespołu i chyba kilkoma członkami posłuchaliśmy płyt winylowych. Hm, dobre płyty to były. Bazaru nie ma.

Диджей, дай нам звук (Бас)

Jakiś czas temu. Kwiecień to był, czy to był maj? Jakoś wiosną, Słodkokwaśna przysłał mi wiadomość, żebym Grzybów posłuchał. Z 10 razy odsłuchałem. Wciągnęło od razu. Mijały miesiące i nastał 11 listopada, czyli imieniny Marcinów (i Macieja). Ekstraordynaryjnie wymyśliliśmy z Marcinem Ka, że kupimy Marcinowi eS aka Słodkokwaśna bilet na koncert Griby, który odbędzie się 10 grudnia w Progresji. Nie chcieliśmy kolegi samego puszczać, więc sobie też sprezentowaliśmy wejściówki.

Nie potrzebuję twojego numeru, sama do mnie zadzwonisz

Ludzi dużo. Zaskakująco dużo. Różnych, młodych. Ale wydawało mi się, że jeden z naszych kompanów był jednak najstarszy w tym towarzystwie. Wiadomo stary dziad.

Koncert zaczął się źle. Łomot, hałas, nie słychać było co oni „śpiewają“. Ale cóż. Ich płyta „burdel na kołach część 1“ krótka. Niecałe 40 minut. Zaśpiewali zatem … raz jeszcze. Na bis. Nie ma bazaru. Tym razem było lepiej. Dużo lepiej.

Мы двигаемся в такт, ты мой, ты мой человек

Koncert trwał godzinę. Równo godzinę. Fajne grzyby. Interesujące, że młodzi śpiewali z zespołem. Chyba dużo Ukraińców było.

 

Odliczanie zacząłem do mojego wyjazdu. Jeśli dziś jest 13 grudnia, to za 13 dni o tej porze, będę gdzieś się przesiadał w Europie albo właśnie opuszczał ląd i wlatywał nad wodę.

Idziemy z Ulą na bal polonijny! Będzie ciekawie. Obiecuję rozbić zdjęcia i pisać na blogu na bieżąco. No chyba, że nie będę. Kiedy my na balu byliśmy z Ulą? Połowinki? A tańczylim ostatnio pewnie na czyimś weselu. Eh, stare, dobre czasy. Szalone czasy. Teraz to człowiek już stateczny. Nie pali, dba o zdrowie i takie tam.

Właśnie, 347 dni bez papierosa.

Dawno nie było fot. A bo za dużo pstrykam. Na instagramie jest wszsytko na bieżąco.

Dziś mnie zaintrygowała ozdoba świąteczna w centrum w kształcie syrenki warszawskiej.

IMG_1938

A ostatnio oddałem się kulinariom i 3 palce sobie pociąłem. Postanowiłem już nigdy nie ostrzyć noży. Dwa palce załatwiłem podczas mycia. Odkładałem talerz do zlewu i się palec mi omsknął po ostrzu noża. Delikatnie. Ale wystarczyło naciąć. A trzeci palec sobie odkroiłem jak drobno kroiłem dymkę. Mam już wprawę. Po ucięciu lub nacięciu należy powiedzieć stanowcze i głośne, choć stanowcze jest najważniejszym okrzykiem, „kurwa mać!“, odłożyć wszystko i ścisnać na parę chwil. Założyć plaster i już. Dramatu nie ma. Uśmiechamy się.

A tak poza tym, to u mnie nic nowego. „Żona, dwójka dzieci“.

live from new york, it’s saturday night

uwielbiam ten program. Ponad 40 lat na antenie (43. sezon zaczął się niedawno). Najdłużej emitowany na żywo szoł komediowy wszech czasów. Różne losy miał ten program. Miał wzloty i upadki. Lepsze i gorsze sezony. Dużo gwiazd z tego programu zaczynało kariery (m.in. Eddie Murphy, Jimmy Fallon).

Jadą po wszystkim równo. Nie ma tematów tabu. Śmieją się z siebie (teraz Trump jest tematem numer 1), śmieją się z innych (z nas, Polaków również). Skecze mają o różnej maści. Kręcą również trailery wymyślonych przez siebie filmów. Ogólnie żarty, żarty i raz jeszcze żarty. Nawiązują do bieżących wydarzeń nie tylko lokalnych, ale i światowych. Ciężko czasem zrozumieć żart, bo nie wiem o co chodzi z doradcą Trumpa albo kim jest dana osoba.

Zasada programu jest prosta – gość prowadzący szoł, śpiewak, skecze.

Host co tydzień jest inny. Zależy od tego kto jest akurat na topie, czyj film właśnie wszedł do kin, jaki inny sukces ktoś właśnie osiągnął. Także sportowcy, aktorzy, celebryci, czasem piosenkarze mogą pełnić rolę gospodarza. Raz nawet Trump (rok temu, kiedy trwała kampania prezydencka) pełnił tę zacną funkcję.

O, i ta leżąca plaża (lying beach) Hilary Clinton równie zaszczyciła swą osobą SNL.

Nie można również zapomnieć o występach urzędujących POTUS-ach i FLOTUS-ach. Barack Obama z Pierwszą Damą był i sobie żartował.

Także nie byle kto tam się pokazuje. Jedna zasada jest tylko – poczucie humoru, dystans do siebie. Żadnych fochów. Wokół gospodarza tworzy się kilkanaście skeczy i już. Program rozpoczyna się zawsze (ok, prawie zawsze. Pamiętam wyjątek po zamachu w Paryżu rok temu. Zamiast otwierającego skeczu, członek ekpiy zaśpiewała „Halelujah“. A może to było z okazji śmierci Leonarda Cohena? Nic to. Chodzi o fakt, że rzadko, ale zdarzają się nieotwierające skecze). Na koniec „wstępniaka“ gospodarz sam lub z członkami ekipy krzyczą:

LIVE FROM NEW YORK, IT’S SATURDAY NIGHT

Gość muzyczny śpiewa przeważnie 2 piosenki. I to też jest ktoś, kto akurat jest na topie, wydał płytę, dostał nagrodę. Ed Sheeran był, Taylor Swift tuż po debiucie płyty była dwa tygodnie temu. Także nie byle kto, a gwiazdy pierwszej klasy.

Dygresja – Madonna prowadziła szoł, ale nie kojarzę, żeby śpiewała? Nie dziwne to w sumie, bo zasada jest jedna dla śpiewających gości – ma być na żywo. Półplejbek dopuszczalny przy ruchliwym i męczącym układzie scenicznym wykonawcy. A jak wiemy Królowa Popu głos ma jak dzwon 🙂

I kilka dni temu dowiedziałem się, że Showmax robi SNL Polska – polska edycja amerykańskiego programu.

Prowadzący – ten aktor od Szopena i Papieża. Piotr Adamczyk?

Śpiewaczka – Daria Zawiałow. Hm. No ok, jest na jakimś topie, reedycję płyty wydała niedawno. Ale na pierwszy odcinek ona? No nie wiem.

Trzymałem kciuki za szoł, bom fan. Wiedziałem, że zadanie sprowadzenia SNL do Polski to mission impossible.

Około miesiąca amerykańska ekipa pracowała z polską. Plus – to mało znane twarze (przynajmniej dla mnie) w ekipie. Oczywiście jest kilka gwiazd.

Obejrzałem pierwszy odcinek.

Plusy? Niestety brak.

Największy minus dla Showmaxa za niepotrafienie udostępnienia tego bez przygód. Wiesza się. Blokuje. Trzeba resetować przeglądarkę. Za drugim razem tak się zawiesiło, że ostatnie 5 minut zostało mi jeszcze do zobaczenia.

Gospodarz – słabo. Niby naturalnie ale za bardzo wpatrzony w oryginał. Gdzieś pędził. Wiedział, że ma powiedzieć coś śmiesznego, więc mówił. Wypadało to nieśmiesznie. Za bardzo chciał, żeby dorównać do oryginału.

Weekend Update – kompletnie bez wyrazu prowadzący.

Skecze – tematyka może i dobra – nabijanie się z Prezesa i (Stra)szydła. Byli i Lewandowscy. Ale wszystko to jakieś nieśmieszne, sztuczne, na siłę, nienaturalne.

https://www.youtube.com/watch?v=Dlqb4-Jn-CY

I najbardziej kłujące w uszy:

NA ŻYWO Z WARSZAWY. TO JEST SNL POLSKA

 

No, ok. Jakie miasto, taki okrzyk. Blado wypadło. Choć nie. Ten otwierający, tytułowy okrzyk, to była jedyna rzecz, która mnie zniesmaczyła i rozbawiła zarazem.

 

Trzymam kciuki. Pierwsze koty za płoty. Mam nadzieję, że będzie lepiej. Bo gorzej chyba nie.

Może poluzować warkocze i aż tak bardzo nie starać się robić amerykańskiego szoł. W Polsce jesteśmy. Róbmy po naszemu.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑