Miesiąc: maj 2013

Rżnąć czy nie rżnąć?

To slaughter or not to slaughter? Oto jest pytanie.

Z domu rodzinnego, oprócz pościeli i dobrego wychowania wyniosłem jedno: Nigdy nie pracować w niedzielę. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

A jaki dziś Dzień Mamy? Dziś mamy niedzielę. Skoro ja urodzony w niedzielę, to stwierdzam, że mogę pracować w ten dzień. Skoro orzeł może, to i ja.

Wczoraj chilloutowaliśmy się na Marymont Kaskada podłączając apple tv oraz oglądając finał Ligi Miszczów. Z tym oglądaniem, to przesadzam, bo siedzieliśmy przy stole, rozmawialiśmy, jedliśmy i nie tylko. Na TV od czasu do czasu rzut oka był. Od wielu już lat nie znoszę, nie kibicuję, nie cierpię germańskiego sportu. Co prawda Trio z Dortmundu polskie grało, ale germański sport zawsze germańskim będzie. Piszczu widziałem, że grał, Kuba raz się przewrócił, więc chyba też grał. Ale Lewy? Jakoś go nie zarejestrowałem. Miliony euro pewnie na wartości swojej stracił po tym finale. I kto go kupi? Bayern? Aufwiedersehen Lewy.

W weekend miałem sobie zrobić udogodnienie w domu. Oczywiście padło na sobotę, bo przecie w niedziele się nie pracuje. Namówiłem Pana na K., żeby podskoczyć do Obi. Zakupiłem elementy potrzebne do wykonania mego zamysłu.

Ale później na jakieś święto szkoły pojechaliśmy, a po powrocie, jak zwykle ścięło mnie z nóg  na 40 min. Hm, od prawie dwóch miesięcy mnie tak ścina z nóg. Mam nadzieję, że to nie cukrzyca.

No i jak się obudziłem, to zrobiło się późno i czas był szykować się do wyjścia.

Dziś miał być odpoczynek, no bo przecie w niedziele się nie pracuje. Ale oczywiście pani inżynier ze Szczecina zaczęła mi tu słać maile, że jak to nie w niedzielę? Przecie to najlepszy czas na pracę. Z naukowcami nie dyskutuję, tezy postawione były przekonujące. Dlatego też na sam przód umyłem zęby i wyciągnąłem skrzynkę z narzędziami. Rżnęło się fatalnie! Po dwóch godzinach efekt został osiągnięty. Zostało tylko pomalować, czy też może polakierować ale w sumie po co? Ani to na widoku, ani to tragedia jak się coś wydarzy.

Zastanawiałem się czy sąsiedzi przyjdą z pretensjami? Rżnąłem, kląłem, wbijałem, waliłem, że aż szło na całą klatkę i na cały pion. Na szczęście nikt do mnie nie zapukał. Hm, może pukał, ale ja nie słyszałem. Ja nie robię scen jak ktoś wierci i wali w niedzielę.

Zrobiłem dziś udogodnienie w moim drugim pokoju.

I potwierdzam – na kaca najlepsza praca!

Lesbanońskie przysmaki, czyli powrót

Pozbierany lekko jestem po powrocie, to piszę.

O ile na 3-4 dni przed końcem pobytu tęskniłem za domem i Warszawą, to później już nie. Chciałoby się zostać jeszcze. Ale wszystko ma swój koniec.

W środę Państwo zabrało mnie na kolacje do lesbanońskiej knajpki na Broadwayu w Fair Lawn – Rose’s Place. Byłem tam rok temu i smakowało mi, więc stąd taki wybór.

Knajpa z serii B.Y.O.B, czyli przynieś własny napój. Sasza poszedł do pobliskiego Shop Rite Liquor, a my z Ulą i młodym weszliśmy zamówić. Za Pana jest prosto zamówić – ma być mięso.

Ja wziąłem kebab w sosie tahini.

Oczywiście koryto jedzenia. Ula zapytała się wcześniej czy do dań dają zieleninę. Pan kelner odpowiedział, że jest pomidor grillowany. Wydawało się być to za małą ilością warzyw, więc poprosiliśmy o domowy zestaw sałaty. Oczywiście kolejne korytko pojawiło się na stole.

Pan wrócił z winem stołowym oraz 0,375l czarnego Jasia Wędrowniczka. Było pysznie.

Po powrocie do domu pod pretekstem zrobienia zakupów alkoholowych do Polski wymknąłem się do Bottle Kinga. Kupiłem Panu najpyszniejsze, i bardzo znane, francuskie whiskey – Żak Daniels (czytaj z akcentem francuskim). Tylko 42$ za 1,75l, czyli taniej niż w Polsce. Tydzień wcześniej kupiłem zielonego Jacka za 37$, także mogliśmy porównać kolory. Na zielonego padło wcześniej, gdyż nie piłem nigdy i pan sprzedawca zachwalał, że niby lepszy od czarnego. Aha, i nie żadne tam single malt, tylko właśnie najulubieńsze sour mash. Pan się ucieszył z obu zakupów, po czym zawiązał mi oczy. A nie, nie zawiązywał, wyprosił mnie z kuchni na chwilę. Wróciwszy po niedługiej chwili, oczom mym ukazał się widok dwóch kieliszków. Miałem popróbować i zgadnąć, co zielone, a co czarne. Zgadłem. Zielone lepsze, ale czarne tez smaczne.

W czwartek rano pożegnałem się z Państwem i młodym dziękując za gościnę.

Lało, więc wyciągnąłem folie od walizki, która do tej pory służyła jako ochrona na książki, które wiozłem Wybitnemu Warszawskiemu Kucharzowi, czyli WWK SłodkoKwaśna. Walizka była już zabezpieczona od deszczu. Ula zostawiła mi płaszcz foliowy, także byłem kryty. Rozważałem jeszcze założenie reklamówek na buty. Po ulicy nikt nie chodzi, więc ryzyko, ze mnie ktoś zobaczy i wyśmieje było małe. Buty, po przygodach z dnia wcześniej chciałem mieć niezmoknięte, bo to nie radość 18 godzin podróżować z mokrymi stopami. Na szczęście deszcz zelżał i reklamówki poszły w zapomnienie. Przebijanie się przez chodnik z walizką było trudne. Co chwila kałuża lub zostawiony kubeł na śmieci, więc trzeba było walizkę brać na ręce. O 11:39 a.m. przyjechało 164 i zabralem się na Miasto. Przybywszy na PABT wyszedłem na zewnątrz zobaczyć, czy jeszcze pada. Aha, kumulacja na sobotę – 270 milionów $. Wróciłem do budynku i zjechałem do podziemi na Subway.

Na JFK można dostać się albo A albo E linią. A linia lepsza, bo bliżej i nie trzeba długo AirTrainem jechać. Zwróciłem się do pana mister oficera metrowego, jak mogę przejść przez bramkę z wielką walizką. Pan zapytał dokąd jadę. Jak mu powiedziałem, to zaczęła się tyrada informacyjna jak dojechać. Trochę niegrzecznie mu przerwałem i powiedziałem, że wiem jak dojechać, ale nie wiem jak mam przejść przez bramkę.

Pomógł. Robi się tak:

1 zostaw walizkę przed wyjściem „emergency”

2 przejdź sam przez bramkę

3 otwórz drzwi „emergency”

4 nie wystrasz się alarmu, który się uruchamia

5 podziękuj panu misterowi oficerowi subway-owemu uśmiechając się

6 weź walizkę

7 przeprowadź walizkę przez drzwi

8 zamknij drzwi

 

Nie wiem, jak się wyłącza alarm, to nie moja broszka była.

Na platformie, gdzie czekałem na pociąg, pojawił się pan oficer i zaczął mi pokazywać palcem, żebym staną po tej stronie. Zaczął tłumaczyć, że A linia ma dwie trasy: do Lefferts i do Far Rockaway. Kazał mi kierować się do pociągu Far Rockaway. Podziękowałem mu i już się nie odzywałem. Sam jest Far Rockaway. Pociąg na JFK jadący ma napisane Howard Beach-JFK Airport. Wczoraj przecież takim jechałem. Pan odszedł i pojawiła się dziewczyna, która zaczęła: don’t listen to him…

Dziewczyna wytłumaczyła, że Far Rockaway jest w remoncie i wszystko zatrzymuje się na Howard Beach-JFK Airport.

Dziewczyna była niezła, bo kilku innym osobom też udzielała informacji. Nieźle.

Na lotnisku pojawiłem się po 2 p.m., czyli na 4 godziny przed odlotem. Na szczęście, po 10 minutach otworzyli check-in i mogłem zrzucić bagaż. Kolejka na odprawę pozawijana i długa, ale po ok. 40 minutach już zakładałem z powrotem pasek i buty.

Niestety ta część terminala słaba – jeden duży sklep duty free i jakieś małe z ekskluzywnymi duperelami. Miejsc na zjedzenie też trzy na krzyż. Dziwne, rok temu było fajniej, a przecież LOT lata z Terminal 1.

Zjadłem nawet dobrą kanapkę za 13$ i poszedłem pod bramkę 10. Przy barze pogadałem z jakimś chłopcem.

– where are you flying to?

– do Warszawy

– ooo, Polak

 

Okazało się, że chłopiec przez 30 lat był w Polsce dwa razy – jak miał 3 i 10 lat. Teraz się z matka wybiera na 14 dni. W planach Kraków i Warszawa. Dobrze po Polsku mówił, ale z akcentem już silnie amerykańskim. Zapytał się jakie taksówki w Wawie ma brać, to mu podałem dwa tanie numery. Co do klubów, to zaproponowałem mu ul. Mazowiecką.

Chłopiec był dobrze zorientowany, bo powiedział, że mamy 40 minut opóźnienia. Aha, okazało się, że mieszka 5 min od Fair Lawn. Ale jakaś dziwna nazwa, nie znałem i teraz już nie pamiętam.

W samolocie jak w samolocie. Szybko zasnąłem. Obudziłem się, jak samolot oderwał się od ziemi, czyli o 7:35 p.m. – 70 później niż było na bilecie. Zawsze coś na tym JFK. Zawsze. Później był standard – jamu, whiskey, książka, Dexter, sen, jamu, lądowanie. Fajna była obsługa w LOT-cie. Większość to Portugalczycy albo Brazylijczycy. Stewardessy ładne.

Mimo opóźnienia i tak wylądowaliśmy o czasie, czyli o 9:35 polskiego czasu. W czwartek o 11:20 a.m. czasu lokalnego (ET) nowojorskiego wyszedłem z domu Państwa. Następnego dnia, o 11:20 a.m. czasu polskiego, wszedłem do mojego mieszkania. 18 godzin podróży zakończone.

Pod taśmą z bagażem zjawiłem się w pierwszej piątce. Bagaż wyjechał jako jeden z ostatnich.

Zostawiłem walizkę, poleciałem do sklepu po coś do jedzenia. Wróciwszy zdrzemnąłem się. O 8 p.m. już przekazywałem paczkę SłodkoKwaśnej. O 1 a.m. wróciłem do domu i zasnąłem.

Obudziłem się dziś o 6 a.m. ale jakoś ani do Lidla nie poleciałem, ani za sprzątanie się nie brałem. Rozpakowałem walizkę i się zdrzemnąłem lekko po 12 p.m.

Wpadł pan K. i się pobawiliśmy air buczkiem i Apple TV. Niestety nie potrafiliśmy ogarnąć opcji oglądania czegokolwiek poza iTunes grającym na lapsie na moim TV. Grrrr. A tak byłoby wygodnie odpalić serial na airbuczku i leżąc na kanapie podziwiać go na TV.

Zaczęło burczeć w brzuchu, wiec poleciałem do sklepu, zahaczając o iStore. Pan wyjaśnił jak działa Apple TV, więc teraz już wszystko pięknie hula.

Z radości zaszedłem jeszcze do Empik-u i zakupiłem najnowszy Riverside. Pięknie gra.

A do jedzenia co kupiłem? Heh, przysmaki takie, jakimi raczyliśmy się w Fair Lawn – zupa miso i mango. Czyli niby jest tak jak w tej Ameryce, ale czegoś mi jednak brakuje…

 

NYC w 360 stopniach

Po to właśnie brałem fisz-aj. Po to właśnie robiłem takie zdjęcia.

Plus, znudziło mi się robienie zwykłych zdjęć Miastu. Mam ich pewnie ok. 20 000 sztuk.

Zdjęcia mojego autorstwa, a panoramy składał Wybitny Warszawski Fotograf – Marszull, czyli WWF Marszull.

raindrops keep falling on my head

Dziś jak na złość 164 przyjechało przynajmniej o 7 za wcześnie.

Rano obudził mnie deszcz. Pochmurno, leje i jak nie grzmotnie! Od razu ochota przeszła na Miasto. Na wszelki wypadek sprawdziłem pogodę. Hm, w Mieście nie ma padać, przynajmniej do 6 p.m. Ale weź tu wyjdź z domu. I jeszcze tak zachwalana przeze mnie bateria od aparatu padła.

Państwo zostawiło mi auto na wszelki wypadek. Jeśli nie Miasto, bo deszcz, to może auto. Pan nie zamknął okna więc siedzenie kierowcy mokre. Pewnie dlatego zostawili mi pojazd. Ale można podłożyć ręcznik i jechać.

Po 9 a.m. przestało padać. To jadę. Poczekam aż bateria się naładuje i w drogę. Albo zdążę na 10:39 a.m. albo na 11:39 a.m. A może dziś 175 złapać i na Harlem zajechać? W planie wejście północne do Central Parku.

Wyleciałem z domu z nadzieją jednak na ten 164 o 10:39 a.m. Grrr, nie doczekałem się, mimo że od 10:30 miałem na oku ulicę, po której kursują autobusy. No nic, jestem w 175 w drodze na Harlem.

Most Georga Washingtona od strony Fort Lee przywitał mnie deszczem. Nie jest dobrze.

Wsiadłem w A linię na 175th ulicy i na stacji 125th street przesiadłem się na C, żeby na 110th ulicy wysiąść.

Przestało nawet padać. Park fajny, taki mały lasek. Można się powspinać. Podoba mi się. Niestety 10 minut później lunął deszcz. Parasolka ochroniła tylko głowę. Cały mokry, z chlupiącymi butami szukałem jak opętany daszku, mostku, żeby się schować. W końcu coś znalazłem. Zobaczyłem na mapie gdzie jestem. OK, blisko alei ze stacjami metra. Na telefonie sprawdziłem jeszcze raz weather.com. Pięknie! Ma padać do 3 p.m. (było przed 1 p.m.).

Postałem chwilę, aż deszcz lekko zelżał i popędziłem do metra i na dworzec. Strasznie niekomfortowe uczucie chodzenia w mokrych jeansach i butach i skarpetach. Jak na złość autobus jechał do domu prawie półtorej godziny.

Piękne pożegnanie Miasta. Nie dobre Miasto.

Mała Rosja nad Morzem

Dziś padło na Małą Rosję nad Morzem, czyli Brighton Beach. Kolorowo i rosyjsko. Pstryknąłem parę fotek po wyjściu z metra linii Q i dostałem się na deptak. Ludzi jakoś mało. Sezon przecie zaczyna się 1 maja. Na plaży sporo się buduje albo restauruje, co chwilę jakieś tabliczki, żeby trzymać się z daleka.

Kieruję się w stronę Coney Island. Karuzele też jakieś martwe. W sumie początek tygodnia, to może dlatego ludzi nie ma. Pamiętam pierwsze dni września 2009 roku. Ludzi było od groma, nawet tych opalających się i brodzących w wodzie.

No dobra, czas ruszyć dalej, w stronę Coney Island, baby.

Heh, wszystkie atrakcje chyba się renowują. Akwarium do 25 maja zamknięte. To pewnie dlatego lunapark taki nieożywiony.

Toaletę przydałoby się znaleźć.

Dużo rosyjsjo-mówiących ludzi. Co krok. W sumie blisko mają.

Faktycznie, im dalej w Coney Island, tym więcej życia. Pootwierane gastronomie, ludzie siedzą pod parasolkami.

W związku z restauracją plaży szybko wsiadłem w N linię i pognałem na Manhattan. Znowu godzina z głowy.

“Pardon our appearance” mnie dziś prześladuje. Nawet Times Sq rozkopali.

Do budki ze zdjęciami znowu kilometry ludzi.

Na placu zamontowali wielki telebim i ludzie mogą się oglądać z chodników … i robić sobie zdjęcie. Hm, ja nie zrobiłem sobie.

W samym środku Times Sq jaka stara pani topless próbowała grać na gitarze i pozować do zdjęć dla turystów, pokazując środkowe palce. Niestety widok ohydny.

Próbowałem znaleźć mój uluniony Rogue Pub na Hell’s Kitchen. Wszedłem w 47th ulicę i szedłem w stronę 9 alei. Nie było. I tak doszedłem do dworca, zaglądając w kolejną ulicę. A może ten pub na 49th ulicy był? Jutro sprawdzę dokładniej.

Oh, jakiś wazon i lalka wcięli się przede mną w kolejkę na autobus! Siedzę sobie po drugiej stronie korytarzyka. Ale każdy wie, że siedzący też stoi w kolejce!

Wazona ominąłem i stanąłem przed nim. Nie powiedział ani słowa. Lalka fajna, więc przepuszczam bez słowa. No chyba, że zagadam “how u doin’?”

Dziś tylko 6,5 km. Czas chyba powoli odpoczywać od chodzenia.

O, i koło Empire State Building znalazłem niezły sklep. Wszystko od 3 do 10$. Kupiłem sobie okulary-lustra za 3$+tax.

Aha, i oczywiście 2 kupony na Power Ball – 222 miliony $ jutro losują.

Wielki Piątek po raz drugi, czyli Polski Top Wszech Czasów

Dziś nic nie robię. Zrobiłem rano zakupy wielkanocne w 3 sklepach: arabskim, rosyjskim i Shop Rite.

Później wyskoczyłem na drogę nr 4 do Famous Footwear ale nie było moich butów.

Wróciłem i ogarniam airbuczka z pomocą eksperta w postaci SłodkoKwaśnej. Mam już w końcu polską czcionkę. Już wiem co będę (mógł) oglądać w samolocie. Dextera! Końcówka 6 sezonu i początek 7. Cholera nie za bardzo nie pamiętam co było w tym sezonie. Chyba siostrę mu awansowali na kapitana. A co z mordercą? Aha, ten taki biblijny świr. Już kojarzę.

W Trójce leci Polski Top Wszech Czasów. Garek Mrechuta! Jej, nigdy nie przepadałem za nim.

Później zrobię zupę rybną na bazie miso soup. Zupa bez nazwy, bo będzie wariacją – zupa miso, dymka, 2 rodzaje ryby, eskalopki, grzyby mun, może dorzucę algi. Tofu niestety nie ma, ale i tak by już się nie zmieściło. Państwo dziś cały dzień nie je, więc muszę się najeść przed ich powrotem, żeby nie drażnić.

Mój dom murem podzielony … – na którym to miejscu? 7, czy 8?

Ciekawe jak tam Irena Santor, na którą głosowała pani inż ze Szczecina. A właśnie, pani naukowiec na Czechy pojechała. Jakieś dramatycznego maila napisała w nocy mego czasu, że jakieś deszcze niespokojne potargały sad i nie wie jak się zapakować. Heh, pewnie jak to przeczyta, to sprostuje mnie.

Kult na 8, bo TSA “51” na siódmym.

No właśnie jak pogoda w Polszy? U nas słonecznie i ciepło. Nie za gorąco ale ciepło, w sam raz dla mnie.

Strasznie drogie żeberka i cziken łings w USA, Ula mnie uświadomiła. Aż się zdziwiłem. Przecież to takie klasyczne, flagowe i amerykańskie!

Na święta będzie karkówka w musztardzie i miodzie oraz biała kiebasa zapiekana w kapuście kiszonej. Może jeszcze coś ze schabu zapodam. Garniry klasyczne – kartoszka, ogóry kiszone i małosolne, grzybki, czyli maszrumy.

Wieża radości, wieża samotności na szóstym – hm, mieszane uczucia co do tej piosenki. Lubiłem, nie lubiłem, może w sumie grać. Wolę “Spotkanie z…”.

Zgubiłem rachubę, bo SłodkoKwaśna zadzwonił.

Gdzie oni są i “Biała flaga” Republiki. Które to miejsce? Sądząc po czasie emisji pewnie 1 lub 2. Stawiam, że drugie, bo na 1 będzie “Dziwny jest ten świat”.

Wykrakałem. Republika na drugim, a pan Czesiu na pierwszym.

Power Ball

165 milionów dolarów nikt nie wygrał. My też nie. Ale ja trafiłem trójkę, czyli 7$. Dobry prognostyk na nowa kumulacje – 191 mln $ (po podatkach 127 m $). Tu jest tak, że wygrana wypłacają w całości (oczywiście w mniejszej kwocie) lub w ratach. Mamy wykupione 5 kuponów na Power Ball i z jeden na jakiś inny lotek, gdzie można wygrać ponad 100 m $. Oczywiście nie wierze, że ktoś wygrywa te szóstki, ale cóż, są wakacje, jest zabawa.

Dziś przeczytałem, że jeden z duetu Kriss Kross OD-ed. Szkoda. fajny hit dzieciaki miały w 1992 – Jump!

W planach miałem Central Park i jego północną stronę. Ale udeptany jestem po Bostonie, wiec zmieniłem plany. Pogoda cudna, to wybrałem się do reklamowanego przez Ule Highline Park. To taki park zrobiony wzdłuż nieczynnej już kolejki. Nowy deptak, dookoła zielono. Podziwiać Miasta nie ma co na razie, bo widać tylko tyły budynków. Park jest zrobiony na takiej kładce, coś około 10 – 15 m nad ziemia. Zaczyna się tuż za 10 aleja od 30th ulicy. Ciągnie się przez 17 bloków. Można było w sumie coś na lunch wziąć, ale Whole Foods dopiero po zejściu z kładki napotkam.

Dużo ludzi – turystów. Ciekawe czemu oni zdjęcia robią? Tzn. nie dlaczego, ale jakim obiektom. Cyknąłem parę tylko dla pokazania, że nie ma co fotografować. Ale kładka fajna, polecam.

No i po Highline. Dzis tylko pozytywne mysli, wiec znajduje ten parczek bardzo milo. Polecam, zdecydowanie. Zdjec w sumie troche napstrykalem, wiec jest co ogladac poza flora. W miedzyczasie jacys chinscy grajkowie plumkali, ale nie grali oni dla mnie, czy tez nie byla to muzyka, na ktora czekalem, wiec szybko minalem ten sektor. Naprawde sprytnie wymuyslili ten park. Jestem pod wrazeniem.

Zadzwoniła Ula i w 30 minut z 12th ulicy i 10 alei poleciałem do Bryant Park (40th ulica i 6 aleja), gdzie biuro Pani. W parku zapomnij o miejscu, więc wybraliśmy turecka knajpkę. Ja krewetki grillowane z szaszłykiem z warzyw, a Ula sałatkę z kalmarów. Do tego humus z pysznym chlebkiem. Mniam!

Jak tak okrzepłem na siedzeniu, to odeszła mnie ochota na dalsze chodzenie. Zmęczenie dało za wygrana. Pokręciłem się miedzy 5 aleja, a Madison Ave i poleciałem na dworzec.

Chciałem Panu prezent kupić – jego ulubioną whiskey. Ula zdradziła, że musi być sour mash. To już byłem w domu. Poleciałem na 40th ulice przy Madison Ave, do zareklamowanego alko-sklepu. Faktycznie ładny sklep z dużym wyborem. Ale Bottle King nieopodal domu Państwa ciekawszy. Kupiłem zielonego Jacka Danielsa sour mash. Galon czy ileś tam. Jak się Panu nie spodoba, to własnoręcznie mu do gardła wleje.

MasaUciech’s czyli ja w Bostonie

Zabukowałem się jednak do Bostonu. A tak mi się nie chciało jechać. Bilet kupiony w megabus.com, czyli w takim naszym polskibus.pl. Ceny od 1$, klima, wi-fi, itd. Nawet te same modele autobusów, tylko w innej kolorystyce. Przystanek na 34th ulicy między 11 a 12 aleja. Tak daleko na zachód jeszcze nie bylem. Jedziemy wzdłuż rzeki Hudson River. Mijamy jakieś muzeum z wielkim lotniskowcem przy brzegu.

Tyle na razie. Podziwiajmy zachód Manhattanu. Północ też.

Pokój mam 632.

Po 10 km siadłem w pubie. Zamówione fish&chips oraz Guinness.

Z Manhattanu wyjeżdżaliśmy Amsterdam Ave. Przy północnym rogu Central Parku skręciliśmy w 7th, która zmieniła nazwę w Adam Clayton Powell Jr Blvd. Już byliśmy w Harlemie i zaraz po – na Bronxie.

Zawsze chciałem zobaczyć północne wejście do Central Parku. Teraz widzę, że ciekawie tu, więc może w końcu przejdę cały park.

Po ponad 4 godzinach z jednym postojem w Wendy’s gdzieś w stanie Konetikat dojechaliśmy do Bostonu.

Wg mapy googla do hostelu przy 40 Berkeley St miałem 28 minut. Zaszedłem w 15. W drodze pomógł mi telefon. Przemknąłem przez słabą moim zdaniem China Town i trafiłem na część miasta z “awaria światła”. Aż się bałem aparat wyciągnąć na robienie zdjęć.

Hostel jak hostel. Mały pokój i małe łóżko. Ale przynajmniej można się ruszyć. Szybki rekonesans toalety i łazienki oraz przegląd otrzymanej w recepcji makulatury. Mapa uproszczona z narysowanymi wszystkimi atrakcjami.

Wpierw poszedłem pod sławną już bibliotekę bostońska. Dużo ekip tv, dużo turystów, dużo pamiątek na cześć ofiar i poszkodowanych.

Pokręciłem się po tej części miasta i przeszedłem przez Harvard Bridge. Zaraz za nim byl MIT – Massachusetts Institution of Technology. Na Harvard nie poszedłem. Byłem w drodze ale zobaczyłem mapę kampusu i było mi szkoda czasu. Wzdłuż rzeki doszedłem do Longfellow Bridge i wszedłem w przeuroczą Charles Street.

Doszedłem do Boston Public Garden i Boston Common. To taki niby Central Park tutejszy. Dużo ludzi aktywnych grających w rożne sporty i pasywnych, leżących na trawie.

Moje wrażenia dotychczasowe:

– jak się przechodzi na światłach?! Nie wiadomo o co chodzi. Samochody jada, a piesi idący w tym samym kierunku maja czerwone. Jak jest zielone dla pieszych to wzdłuż i wszerz. No nic, ja chodzę po nowojorsku,

– rowerzyści są w odwrocie,

– od groma biegających! Za chwile wyprą pieszych z chodników. Za chwile będą domagać się swoich praw,

– kilka osób powiedziało mi, ze Boston to bardziej europejskie miasto. Coś w tym jest.

Jest ryba z frytami. Porcja słuszna. Szkoda, że piwo jakieś przymałe. Pinta! Ciekawe ile daje się tu napiwku? I czy od jedzenia tylko? Czy od wszystkiego?

Fajnie graja w pubie. Black Sabbath, Nine Inch Nailz “Head like a hole”, a teraz “Smells like …” Nirvany. Mam nadzieje, że nie zagrają… Nie kończę bo nie chce zapeszyć. No dobra, mała podpowiedz: niestety Aerosmith jest z Bostonu.

O Jesssu, wykrakałem! N’Sync! No nie! Bye Bye Bye. Zaraz po nich był Justin Timberlake i Bieber.

Co do napiwku to dam 15%. I tak więcej tu nie przyjdę. Muzykę puszczają nienajlepsza. Rachunek wyszedł 26,90$, dałem 30$. To ile to %?

Coś jest w tym mieście. Jest europejskie. Ale jak ktoś zapyta w jaki sposób jest europejskie, to nie odpowiem. Trzeba tu przyjechać i samemu zobaczyć.

Odczuwam zmęczenie łażeniem. Niepotrzebnie siadłem. Ale soki trawienne już do gardła podchodziły. No nic. Pomału będę kierował się w stronę hostelu. Może jakiś sklep znajdę po drodze, to kupie ambrozje do pokoju.

Oczywiście poszedłem w druga stronę. Przy ulicy Hannover postanowiłem twardo, że wracam. Ściemniło się. Miasto bardzo ładnie oświetlone i podświetlone. Przeszedłem dziś cale miasto.Co będę robił jutro do 15? Ponad 13 km zrobione. Idę spać.

Hostel niestety porażka. O ile hałas zza okna mi nie przeszkadza, to zza ściany już tak. Myślałem, że sąsiad demoluje pokój. Dopiero jak wsłuchałem się, to rozróżniłem co jest otwieraniem szafek, a co przewracaniem się na łóżku. Posłanie koszmarne. Poduszka wpada w szparę miedzy ścianą, a materacem. Każdy ruch, to głośny odgłos sprężyn. Nie wyspałem się. Prysznic rano wydawał się bardziej ożywiony niż ja. Ale zapach mego ciała wygrał i wszedłem za zasłonę. Flip flop kupić można było za 2$. Jak znalazł pod prysznic.

Czegóż się można było spodziewać za 84$. Za 200$ można było znaleźć coś bardziej wyszukanego. Nie ma co marudzić. Żyję i mam się dobrze, wyśpię się w autobusie.

Zadzwoniła rano Ula, to ja poprosiłem, żeby kupiła mi bilet na 12 lub 13 godzinę. Do 15 to ja nie mam już co tu robić. Plus, byłbym późno w Mieście, a w Fair Lawn jeszcze później.

Pochodziłem po Bostonie. 6,5 km, czyli na Boston poświeciłem 20 km. Poszedłem do Hannover Street. Ulica już nie w takim splendorze jak w nocy. Trzymałem się głównie nabrzeża i poszedłem na bostońskie picie herbaty, które akurat było przy South Station, skąd odjeżdżał autobus.

W amerykańskim autobusie wi-fi na tabletach działa tak samo słabo jak w polskimbusie.pl. Szlag mnie trafił, więc nie mogłem ani oddać biletu na 3 p.m., ani sensownie pomailować. Właściwie to net działał 15 sekund.

Do Miasta wjechaliśmy o 4 p.m. Ale przebijanie się do 28th ulicy zajęło nam prawie godzinę. Na Harlemie ciemno, na Upper West Side widno. Ot taka ciekawostka.

Zdążyłem na 5:18 p.m. do Jasnego Zieleńca i jestem.

Widzialem w Stanach:

Nowy Jork

Philadelphia

Princeton

San Francisco

San Diego

Las Vegas

Los Angeles

Washington

Boston

Moja top 3, to NYC, Boston, San Francisco. Pierwsze miejsce bezsprzecznie dla Miasta, pozostałe – w dowolnej kolejności.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑