Miesiąc: sierpień 2020 (Page 1 of 2)

nie dzielny wieczór

A gra mi niezawodny Tom Waits i jego „The Heart of Saturday Night”.

Bo mam taki nastrój. Bo pada.

Nachodziłem się dziś. Fotki i relacja będą później na zagranicznym blogu.

Na koniec łażenia („od tego są nogi, by łazić na nich”) zaszedłem do lokalnego baru. Akurat było parę znajomych osób. To się zajęliśmy konwersacją. Mówię, że co to za durne SMS z tym alertem pogodowym? Cały dzień jest ok, a tu straszą. Po pół godzinie zaczęło kapać. Stwierdziliśmy, że jak to dobrze, że szef w końcu zainwestował w dach nad ogródkiem. Po 10 sekundach lania uciekliśmy do środka. Przemoczeni. Padało w poprzek! Taki deszcz. Błyskało się niemiłosiernie.

 

Grzmotów nie było słychać. Ktoś, kto mieszka wysoko musiał mieć fajny widok na miasto. Po pół godzinie jakby ustało. Pierwsza do domu ruszyła Kaśka. Po 5 minutach – Krzysiek. Jak kolega dał nogę za próg zaczęło lać znowu. Odczekałem 10 minut i stwierdziłem, że jakby nie pada i lecę. Metr od lokalu wdepnąłem w kałużę. Ale faktycznie całą drogę już nie padało.

Ironia losu? Chichot losu? Jak to nazwać?

Także Tom Waits mi tu jeszcze pośpiewa. Może później włączę nowsze dzieła i będzie mi charczał. Zobaczymy.

Ekspres w końcu wyzionął ducha.

sam prezes mnie odwiedził

i coś mi drgnęło w końcu.

Od czego by tu zacząć?

W tygodniu urlopowym dostałem SMS. Że kurier nadjedzie z pakietem startowym na OnkoBieg. Myślę sobie:

Po pierwsze – bez sensu. Przecie nikogo nie ma w domu.

Po drugie – bez sensu. Przecie miałem odebrać pakiet od samego prezesa Stowarzyszenia Sarcoma.

Dzwonię ja ci do Kamila i mu wykładam co i jak. Chłopina się zgodził ze mną i się umówiliśmy na spotkanie i przekazanie pakietu.

Wracam ja ci z wczasów i bęc! Znowu SMS. Znowu jakiś kurier się do mnie wybiera. No nie – myślę sobie. Pan prezes chyba zapomniał.

Ale wczytuję się w treść wiadomości i widzę, że to Wielka Litera nadciąga. A właściwie paczka od niej. Już mam! Przecie ja zamówiłem przedpremierowo dwie książki. Ale one miały trafić do mnie dopiero 26 sierpnia.Paczę na kalendarz i … kurczaczki! Faktycznie jest już 26 sierpnia! Czas zapier…ala jak ta lala.

Kasia Nosowska wydała nową książkę. Poczytam i oddam pewnie moim amerykańskim Ulom. No i to nowe dzieło tego najpopularniejszego obecnie dziennikarza radiowego w Polsce Kazika Niedźwieckiego 😉 dorzuciłem sobie do koszyka. A co!? Lubię pana Marka. Słuchać i czytać.

Także książki są, leżą, czekają. Niestety wkręciłem się teraz w te sensacyje tego seryjnego pisarza Mroza (czy jak on się nazywa). Seryjnego w sensie, że pan pisarz wydaje średnio jedną książkę na miesiąc. Czy coś podobnego. Wkręciłem się w serię o Chyłce. No nie jest to proza najwyższych lotów i troszkę mnie boli, jak czytam, ale cholercia, wciąga! Może dlatego, że w serialu z TVN w rolę pani adwokat Joanny Chyłki wciela się moja ulubiona aktorka Magdalena Cielecka. Lubię tom paniom i już.

Także pakiet mam.

Książki mam.

I pamiętamy. Któregoś września biegamy. Nie pamiętam, kiedy dokładnie, w sensie data, ale w drugą niedzielę września.

I ludzie to są głupie. Kamil mi mówił, że już jakaś pani skomentowała koszulkę. Że gorsza od szmaty do podłogi. Ludzie! Przecie to nie chodzi o koszulki!

Na którymś biegu, kiedy jeszcze wszystko było normalne, jakaś dziewoja zrobiła scenę Kamilowi, że medali zabrakło i ONA NIE DOSTAŁA. Faktycznie, inni brali te medale garściami. Szczerze nie wiem po co. Kamil był w głupiej sytuacji, a ja byłem zażenowany. Bez chwili zawahania zdjąłem swój medal i wręczając jej powiedziałem – proszę. Nie potrzebuję medalu. Wzięła bez dziękuję powiedziawszy. Okazało się, że ten gest jeszcze bardziej spowodował poczucie głupiej sytuacji u Prezesa Stowarzyszenia Sarcoma. No bo jak to, przedstawiciel sponsora bez medalu. Ale jak to mówi mój serdeczny przyjaciel od gry w rzutki Stasio – daj spokój. Niestety Kamil nie dał i domówił mi ten medal.

Także biegamy i pomagamy. Troszkę jestem w głupiej sytuacji, bo wszyscy uczestnicy będą wrzucać fotki i relacje na swoje MordoKsiążki i Instagramy. A ja co? Chyba będę musiał filmiki nakręcić przed, w trakcie i po, i wrzucać na blog. Ponoć Sarcoma ma zaciągać wszystko o hasztagach OnkoBieg. Pomyślimy. No ja przecie nie pcham się przed kamery. Aktor ze mnie kiepski.

Także pan prezes do mnie osobiście zajechał. Na śniadanie niby. Ale nie chciał mi ambarasu robić, także pojechaliśmy jeść na miasto. Padło na Srabaksa w Wilanowie, bo na tej mojej Sadybie, to pożal się Boże. Przeczytałem wczoraj w gazetce propagandowej, którą wydaje moja spółdzielnia, że prezes SM Energetyka w wieku lat 69 odszedł. Może nowy prezes coś zmieni. Tu i na Stegnach obok nic się nie dzieje, jeśli chodzi o życie towarzyskie. Same zakazy i ograniczenia. Na samych Stegnach mieszka pewnie z 50 000 ludzi, a jedyna knajpa, która jest czynna do północy, to taki blaszak, do którego strach wejść. Ale jak się wejdzie, to się okazuje, że jest bardzo miło.

Także pojechaliśmy za miasto do Miasteczka Wilanów 🙂 i sobie zjedliśmy bajgla, wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i zrobiliśmy fotkę. A co!

A co mi drgnęło?

A muzycznie mi drgnęło. Bryndza była jakoś ostatnio. Już nawet z Arkiem-Zegarkiem, jak się spotkaliśmy kiedyś na piwie z nim i z jego szanowną Ulą, to stwierdziliśmy, że ta Sana/Sanah (nie wiem jak się to dziewczę pisze) nie jest taka ostatnia.

Posłuchałem sobie ostatniej płyty Beyonce i stwierdzam, że … nie rozumiem tego. Nie wiem co to jest.

Teraz mega przebojem jest WAP. Cardi B zapowiada drugi album. Singiel bije rekordy popularności na całym wszechświecie. Wzięła sobie do pomocy nową raperkę, która zyskuje na coraz większej popularności – Megan Thee Stallion. Jak śpiewa Miley Cyrus:

I love you Nicki, but i listen to Cardi

No coś w tym jest. No może dlatego, że Cardi jest nowa? A Nicki Minaj już nie taka nowa? Pamiętam początek 2018 roku. Akurat byłem w Stanach. Cardi B już była po swoim mega przeboju Bodak Yellow. Ale szła za ciosem i w pierwszej dziesiątce Billboard’u umieściła jeszcze kilka piosenek i dorzuciła z jeden czy dwa numery jeden. Płytę wydawała właśnie. Wszędzie jej było pełno. No Ameryka potrafi wylansować. Także Cardi B znam, lubię.

No i teraz ten WAP. Wet-Ass Pussy. Matko Boska, co to jest!? Obejrzałem teledysk w osłupieniu. Czy to jest muzyka? Równie dobrze ten teledysk mógłby funkcjonować bez muzyki na wszystkich portalach porno. I właśnie dlatego nazwałem ten gatunek „porn music”.

 

No zdrowe dziewoje z Nowego Jorku i Teksasu 🙂

 

Jak Madonna pod koniec 1990 roku wydawała swój singiel Justify My Love ze skandalicznym teledyskiem, to cały świat krzyknął, że to skandal. MTV w Stanach wycofało emisję obrazka do tej piosenki, a bardziej otwarta Europa pokazywała to po 23. A jako że MTV Europe nadawało z UK, to w PL trzeba było czekać godzinkę dłużej. A co zrobiła Królowa Pop’u? Jako jedyna wydała singiel na VHS i odniosła sukces.

Muzycznie Alanis Morissette w końcu wydała album. Posłuchałem i odłożyłem. Ale panowie w radio zachwyceni. Że dobra to płyta. Posłuchałem znowu i faktycznie. Słucham.

Metallica po 21 latach wróciła do filharmoników z San Francisco. No to w piątek włączyłem i słucham. Pierwszy utwór. Hmmm, pan nie śpiewa. Drugi? To samo. Może to jakaś instrumentalna płyta – pomyślałem sobie. Trzeci utwór? For Whom The Bells Toll. Nie, no tu już James Hatfield powinien ryczeć. Mija minuta i nic. Przewijam do trzeciej minuty i jest! Pan śpiewa. Płyta taka sobie. Chyba jednak wolę „łomot tępy i jak bolą zęby” w wykonaniu tych panów. Ale dla przyzwoitości słucham. Na początku drugiej płyty odzywa się Lars Ulrich i mówi, że wita wszystkich, że to jest druga część koncertu, że wita fanów z całego świata. I jako pierwszych wita fanów z Polski. Miło.

No i zaczyna lecieć muzyka. Matko Boska! Co to jest? Jakieś Gwiezdne Wojny, czy co? Wyłączyłem.

W radio też zachwycali się nową-starą płytą Archive. Panowie na nowo zaaranżowali swoje przeboje. Oj. Wyłączyłem.

Wczoraj w radio pan ekscytował się nowym dziełem Gregory’ego Portera All Rise. I faktycznie. Wróciłem do domu po 22 i sobie włączyłem tego pana i grał mi. Dwa razy. Fajny jazz.

I tu się zbliżamy do mojego drgnięcia. W Muzo Fm pan zaprezentował dwa numery z płyty James’a Dean’a Bradfield’a Even in Exile.  Víctor Lidio Jara Martínez – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, aktywista polityczny. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący.

Wiadomo jak takie zachowanie się kończy, c’nie? Ofiara rządów Pinocheta. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile. Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę.

Ten pan zainspirował pana Bradfield’a. Fajna gitarowa, rockowa muzyka. Ja z resztą zawsze lubiłem Manic Street Preachers, to w sumie nic dziwnego, że wzięło mnie i trzyma. Słucham tej płyty przynajmniej raz dziennie.

 

 

z cukierem puderem

Chcesz gofra z cukierem puderem? – zapytała się rezolutnie mamusia swego bąbelka.

Myślałem, że się przesłyszałem. Osłupiłem się przez chwilę. Gdybym miał popełnić wiel-błąd we wspomnianym zdaniu, to raczej gofer przysporzyłby mi ewentualne trudności lub wątpliwości. Gdybym i ewentualnie podkreślam.

Kiedyś była historia o psie, który jeździł koleją. A ja w swoim pensjonacie bawię się z pieskiem, który liże wszystko w zasięgu swego języka. A że to stary, słodki, poczciwy jamniczek, to dużego zasięgu nie ma. Na dzień dobry, jak przyjechałem, Fafik oblizał mi buty i łydkę. No słodziak jest.

Wczoraj się spotkaliśmy na kolacji z towarzystwem w Kapiodoro w Rucianem-Nida. Bo znajomi chwalili i chcieli raz jeszcze iść. Ponoć kuchnie przeróżne i wszystko smakowite. Pizza, zupa tajska, krewetki, lasagne.

Na przystawkę wziąłem sobie śledzia w oleju, a Pan z Europy na K. w śmietanie. Niemal jednocześnie stwierdziliśmy, że „twój lepszy”. Także zdania są podzielone.

Dziś wróciłem tam, gdyż w Słowiczówce – Mazury od Kuchni w Ukcie należy robić rezerwacje. Także obszedłem się smakiem, ale jutro już mnie przyjmą. No jakieś wybitne oceny na google’u. Dziś wziąłem dawno niejedzone okonki. Swego czasu na Al. Wilanowskiej, na granicy Stegien i Wilanowa był bar Okoń i tam były okonki. Zajadałem się. Ale rok temu lub dłużej lokal się zwinął! Szkoda. Także dziś był powrót do okonków. Mniam.

Zapytałem się pani kelnerki w Kapiodoro jakie mają piwo. Tym razem rowerem podjechałem, to mogłem się uraczyć trunkiem z pianką. Ucieszyłem się jak dziecko kiedy usłyszałem Guinness na końcu wyliczanki. Cena mniej mnie ucieszyła – 20 zł. Ale zamówiłem, bo lubię to piwo. Pani chyba też nie mogła uwierzyć własnym uszom, bo błagalnym głosem zapytała – czy moge panu narysować coś na piwie? Jak można odmówić ładnej buzi, c’nie? Dobrze, że pani nie zrobiła literówki, albo dobrze, że nie potrząsnęła kuflem jak szła do mnie. Mogłoby wyjść life’s a bitch.

Zanim tu przyjechałem, to w głowie i na mojej liście rzeczy do zrobienia w Ukcie miałem spływ Krutynią. Przez ten cały czas jak tu jestem, pozycja ta spadała w moim rankingu. Rower mnie bardziej wciągał. Ale dziś, czekając na śniadanie, zrobiłem rekonesans. Rzeka płynie 200 m od domu, więc daleko nie było. I dałem się namówić na spływ.

W domu wczasowym, ze względu na panującą cholerę, dżumę, czy inne cholerstwo, na śniadanie należy się zapisywać. Jeden pokój na raz je. Reszta czeka. Zagapiłem się w czwartek i wylądowałem dziś o 9 rano w grafiku. A jak każdy wie, ja na wczasach czasu nie marnuję. Taki ranne ptaszysko jestem.

Także zapisałem się na te kajaki. Żar się przecie miał lać z nieba, więc aktywność akuratna. Z Krutyni do Ukty przemierzaliśmy. 60 zł taka przyjemność. 4 godziny wiosłowania.

Początek spływu oczarował mnie. Co za sceneria. Prawie jak Everglades na Florydzie. Tylko bez tych aligatorów. Ale białe i szare łabędzie nam towarzyszyły tu i tam. Przy Młynie trzeba było się przeprawić nogami, z kajakiem w ręku. Zaoferowałem starszym Państwu, że im pomogę, a pan pomoże mi. Na szczęście jakiś młody chłop się pojawił i we trzech przenieśliśmy dwie łodzie. Przy wsiadaniu zaliczyłem upadek. Na szczęście byłem na taką ewentualność przygotowany. Wziąłem ze sobą taką torebkę, która nie przepuszcza wody. Także hajsy i telefon suchy. Gorzej z mapką spływu w mojej kieszeni. Ale po co ten szkic? Każdy płynie w dół rzeki. Nie da się zgubić. Sceneria nadal była urokliwa. Także pyś się cieszył.

Miałem kilka razy problemy z wyprzedzaniem. Bo za blisko podpływałem i nie przewidywałem manewrów innych. Ale zabawnie było. Raz zaliczyłem dzwon z młodą parą i wylądowaliśmy w trzcinach. A jedna parę dwa razy wyprzedzałem i dwa razy przydzwoniłem. Aż się i oni uśmieli.

 

 

Moi znajomi ze Stegien często bywają w okolicy, bo koleżanka Basia jest z Mrągowa. Także o wszystkim mnie uprzedziła i poinformowała. Jak będziesz płyną Krutynią, to w Rososze mają pyszne placki ziemniaczane – doradziła.

I parkując tam zaliczyłem epicką wywrotkę. Nie było miejsca na plaży na kajak, więc postanowiłem wysiąść w wodzie i kajaki innych rozepchnąć i wstawić mój. Fikołek był spektakularny, kajak się obrócił. Jacyś kolesie przy stoliki nieopodal zaśmieli się. Spoko, to już drugi raz – poinformowałem ich.

Placki rzeczywiście rewelacja. Warto było podpłynąć.

Później spływ był mało malowniczy i kosztował mnie sporo zdrowia. Jeśli ktoś będzie się wybierał na spływ po Krutyni, to polecam Krutyń – Rosocha. Wystarczy atrakcji. Ponoć wcześniej płynęło się przez jezioro Krutyńskie, ale 2 lata temu zrobiono z niego rezerwat. Rzeka czysta. Widać było dno i roślinki. Śmieci też się pojawiały. Mama Darka (Ci od pensjonatu) mówi, że co dzień płyną kajakami i zbierają śmieci. Niewiarygodne, że ludzie są takie dzbany. Przyniosłeś ze sobą, zabierz ze sobą.

Co do muzyki, to euro disco chyba wraca do łask. Wszędzie słyszę te chamskie bity z lat 90. Oprócz tego inne, młodsze szlagiery w tej manierze. Sporo mi zajęło, żeby zorientować się, że jakaś dziewczynka szlachtuje wielki hit In the End z repertuaru Linkin Park.

Wczoraj do lokalu Kapiodoro przyjechałem pierwszy, więc zgodnie z prośbą innych zająłem stolik na zewnątrz. Niestety karaoke się zaczęło. Niestety to było diso polo karaoke. Na szczęście my zajęliśmy się sobą i muzyka aż tak nie przeszkadzała. I na wielkie na szczęście ta część karaoke skończyła się prędko. Później nastąpiło coś dziwnego. Dwie dziewczyny zaczęły śpiewać na przemian. Jednej ludzie zaczęli bić brawo. Britney Spears hit Toxic dziewczynka zaśpiewała w takiej jazzującej aranżacji. Pięknie. Wszystko dobre kończy się szybko. Przy mikrofonie pojawił się pan, który mniej więcej śpiewa tak jak ja, albo jak pan z Europy na K. A, przynajmniej, mi trzeba dużo alkoholu, żebym zaczął śpiewać.

O, i tak jakoś śpiewająco poradziłem sobie z tym wpisem.

 

teatrzyk zielona gęś przedstawia

 

 

Ruciane-Nida i okolice.

Przygotowałem się na wyjazd. Poszperałem w necie „miejsca, które warto zobaczyć”. I cóż, czar prysł. Jakaś wieża ciśnień po prostu została minięta. Cel jest po prawej stronie – powiedziała pani z map. Wyłuszczarnia Nasion też blado wygląda. Ale co na mnie zrobiło wrażenie – lasy, natura oraz Prawosławny Klasztor Staroobrzędowy.

Będąc w okolicy zajechałem również do Leśniczówki Pranie, w którym przebywał Konstanty Ildefons Gałczyński. Jedno co mnie uderzyło, to to, że pan zmarł w wieku 48 lat, a wyglądał na duuuuużo więcej. I w ogóle tak mi się wydaje, że kiedyś ludzie wyglądali poważniej na swój wiek, niż teraz. Photoshop? Kult młodości? Edyta Górniak zbliżająca się do 50 wygląda czasem jak swoja córka (której nie ma).

Skansen nawet wart był odwiedzenia. W jednym z pomieszczeń odtworzono warszawski pokój mistrza.

Pedałując po okolicy postanowiłem obfotografować miejsca, które … mijam. Wojnowski Festiwal Fotografii mnie zaciekawił. Foty różne, o różnej tematyce, stylistyce. Najbardziej ujął mnie street photo oraz obrzędy i zwyczaje, czyli śluby, komunie i tym podobne.

W Klasztorze akurat przebywała germańska wycieczka rowerowa, także nie dane było mi zrozumieć co pan mówił. Przewodnik dodatkowo zasłaniał, także przepraszam za kadry. Miejsce interesujące.

No i chyba czas na ten spływ po Krutyni. Bom stojąc na mostku widział przepływających.

Ale dziś jeszcze Mrągowo. Rybki muszę zamówić. Węgorz wędzony i coś jeszcze wybiorę. I na obiad do znajomych do Maradek, do „Słomy z butów”. Wieczorem chyba do Państwa z Krzyży chyba zajrzę, bo mieliśmy do pysznej restauracji w Rucianym-Nida na kolację pójść.

 

wszyscy Maję znają i kochają?

Nienawidzę żółto-czarnej bladzi. Ukąsła mnie, jak wracałem na rowerze od towarzystwa.

W 2007 roku jak jeździliśmy szukać miejsca na regaty o Puchar Prezesa, to byliśmy tu i tam na Mazurach i Warmii. Teraz widzę, że pamiętam te miejsca! Te skrzyżowania. Uktę pamiętam!

Dzień zaczął się pysznie! Państwo G. sprezentowało mi pomidorki z własnej plantacji. Jednak potrafią złapać aluzję. Py-szo-ta!

Kanapków se narobiłem.

Dziękuję i się upominam o więcej.

Pan podjechał z opóźnieniem przed 11 pod blok i podstawił mi auto. Rower wszedł cały. Bez rozkręcania.

Swego czasu Ula z Teksasu mnie atakowała, że jej pięknie Disturbed gra. Cover Simona i Garfankela The Sound of Silence. Piękna wersja. Powiedziałem jej, że znam, że z Ulą z NJ katowaliśmy to w 2018 roku. Wsiadam do auta, podpinam telefon i …

W drodze na urlop mijałem Nogawkę, Zgon i Spychów (ten od Juranda). Największe wrażenie zrobiła na mnie Ostrołęka. Jezu, jakie smutne, bez wyrazu miasto. Brrr.

Ale ogólnie fajne mamy te nazwy miejscowości. W Ameryce byłem już dawno temu. A Moszna? Przejeżdżałem kiedyś.

A czemu Ukta? A bo mój znajomy Dariusz ma tu pensjonat. Rodzinny jakiś biznesik. Miał szczęśliwie wolny pokój na 4 dni, to skorzystałem. I tu szczęście niepojęte.

Okazało się, że 2 dziewczyny z badmintona też są w okolicy. Felipe znalazł i zabukował. I namówił Państwo z Europy na K. Także dziś odwiedziłem. Narobiłem zakupów, rozpaliłem grill i zjedliśmy. Mniam. Kiełba w gębie. Miło spotkać przyjaciół na wyjeździe.

Już się namówiliśmy na jutro. Ale to już autem podjadę, bo, mimo że tylko 16 km, to jednak wyznaję zasadę „zero zaufania dla kierowców” i na rowerze nie czuję się bezpiecznie.

Ukta mnie urzekła. Widać pruski dryl, pruską architekturę. Jest różnica między wschodnią fantazją.

Jutro jadę zamówić węgorza i spływam Krutynią.

Przepraszam, że wpis bez ładu i składu, ale wstałem o 5.53 i dopiero teraz siadłem …

Bayern prowadzi …

Szczęście łatwym jest …

 

mój jest ten kawałek podłogi

Uwaga, wpis jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia. Będą wulgaryzmy.

 

 

Ten tydzień zaczął się chujowo. Bo napisać, że zaczął się źle, to tak jakby nic nie napisać. Przed 10 rano byłem już wkurwiony.

A przecie od piątku mam wolne! Cały ten tydzień. Powinno być radośnie, beztrosko, szczęśliwie.

Od rana zaczęła koleżanka z Krakowa wydzwaniać. Przez ostatnie dwa tygodnie, to ja ją poszukiwałem, żeby zrobić jej służbowo dobrze. A koleżanka telefonu najpierw nie odbierała, a później stugębna plotka doniosła, że na urlopie była (szkoda, że asystenta nie ustawiła sobie w outlooku).

Jak każdy wie, jam jest po mat-fizie i bardzo sobie cenię równania, a szczególnie takie jedno:

Urlop = nie praca

Także nie wiem czego chciała koleżanka. Nie interesuje mnie to do następnego poniedziałku. Telefonu nie odebrałem, nie oddzwoniłem.

Ale to nie ten epizod był przyczyną mojego uniesienia, wzburzenia.

Wstaję z łóżka i postanawiam zrobić śniadanie. Jako że ostatnie dwa dni Polska świętowała, to w mojej lodówce tylko światło jest. A jak wiemy powietrze i światło nie leży w moim porannym menu. Pierogów z truskawkami sobie narobię. Od czegoś się ma ten zamrażalnik – pomyślałem.

Jak już wypłynęły na wierzch, to sięgnąłem do suszarki po szpachelkę do wyławiania rzeczy z garów. Przy okazji postanowiłem chwycić talerz, co by dwa razy do suszarki nie sięgać. Obok sztućców suszyła się pękata butelka. Wczoraj stwierdziłem, że zachowam ją, bo taka fajna, pękata jest. Przydasie taki. Generalnie butelek i słoików nie zbieram. Teraz postanowiłem zrobić wyjątek. Pół dnia wczoraj moczyłem, żeby odkleić łatwo etykietę. Wieczorkiem wyszorowałem i nieobetykietykowaną włożyłem do suszarki.

Pech chciał, że jak wyciągałem szpachelkę, to zaczepiła się butelka. Talerz poszedł w kawałki. Taki wyglądający jak slajs pizzy kawałek został mi tylko w ręku. Reszta wleciała do zlewu. Butelka uderzając o talerz zmieniła trajektorię lotu ze zlewu na podłogę. Jakoś się nie martwiłem tym, że butelka się rozbije, tylko taka to by ironia losu była. Człowiek chciał, zadbał i nic z tego. Kiedyś jak moździerz uciekał z najwyższej półki, to w płacz wpadłem. Moja podłoga! Moja podłoga – tak wołałem. Okazało się, że mojego gresu nie da się pobić. Moździerz pękł na pół. Teraz zginam się, żeby pozbierać większe kawałki i patrzę, że w ręku mam kawałek podłogi! O nie! Pani w radio mówi – do 10 zostały 3 minuty. A ja już wkurwiony. Załamałem się, bo przecie ostatnie płyty gresowe poszły na renowację łazienki w roku ubiegłym. Przecie Pan z Europy na K. oddał mi dwie wyglądające-jak-moje płyty. Ale szybko się uspokoiłem. Stwierdziłem, że najwyżej będzie inny kolor. Wzorek sobie taki zrobię na podłodze. Nie musi być idealnie. To nie muzeum, to chata, w której mieszkają ludzie. Ale na nowo niepokój nadszedł. Przecie teraz weź szukaj fachowca na taką pierdułkę? Pewnie trzysta się należeć będzie. Postanowiłem po chwili pojechać do sklepu i kupić taśmę malarską i coś do szpachlowania dziur. Jak wyschnie to się pomaluje na szaro (i będzie licować z resztą podłogi. Czyli byłoby idealnie) albo białe będzie (najwyżej będzie konweniować z kolorem mebli. Czyli nie tak najgorzej).

Wyskakuję na rower i mnie olśniewa, że maseczka, którą sobie tak pieczołowicie przygotowywałem do zabrania została na stole. Kolejny kamyczek do mojego porannego wkurwu. Ale przypomniałem sobie, że nieopodal pani się chwali w jakimś tekstylnym sklepie napisem – Maseczki bawełniane 10 zł. I tak miałem zamiar kupić sobie drugą, bo jedna, to jednak za mało. Fajna jest, ale niestety sznurki są sznurkami, a nie gumkami i się jakoś dziwnie zakłada. No nic, przyjdzie się przyzwyczaić.

 

Przy okazji postanowiłem oddać rower do serwisu. Byłem już w 4 lokalach zajmujących się dwoma kółkami i każdy prychał, że chyba z choinki się urwałem. Mój dziadek z osiedla rzekł:

Panie, przyjdziesz pan za tydzień, to Cię dopiero do kolejki zapiszę.

Ten nad Wisłą (no nie lubię go. Jakiś taki niesympatyczny jest. Taka srala-mądrala), mi mówi, że jak w piątek dam, to może na wtorek lub środę będzie.

A jeszcze w takim jednym na osiedlu, chłopiec mnie zgrzał, bo srala-mądrala jeszcze większa.

– czy jeździ pan na jednym, czy na dwóch, czy na trzech łańcuchach? – pyta

– nie rozumiem pytania. Na tym łańcuchu jeżdżę – mówię

– jak jeździe pan na dwóch lub trzech, to łańcuch jest szybko do wymiany i kasetka też

– kasetka i łańcuch są nowe. Ile kosztuje zwykły przegląd roweru? Podejrzewam, że nic nie dzieję się z nim, trzeba go tylko przesmarować

– 130 plus mycie, bo widzę, że brudny. Mycie 40. No i ewentualnie koszt części

– dziękuję, do widzenia

A niech se głupszego od siebie szukają. Plus u nich był taki, że zrobiliby z dnia na dzień.

Dziś mijałem jeszcze jeden warsztat (koło siedziby TVN) i jak kończyłem pytanie o ewentualny przegląd, to sam parskałem śmiechem, niedowierzając, że ktoś jest w stanie mi to zrobić „od ręki”.

Ale. Bo zawsze jest jakieś „ale”. Wczoraj rozmawiałem ze znajomym. Też rowerzysta. I podpowiedział mi dwa adresy. Dolna i Belwederska (coś koło 20 minut na nogach od domu. Czyli rzut beretem). Ten drugi serwis od razu odradził. Ale na Dolnej poleca. Właśnie! Przecie jak ja nieswoje dzieci ze szkoły odbierałem, to przecie mijaliśmy ten serwis. Czemu mi do głowy on nie przyszedł wcześniej. Dzwonię i się umawiam szczęśliwy, bo mają czas i możliwości. Pan nawet obiecywał, że dziś zrobią. I zrobili. Super.

A ten przegląd to gapa jestem. Miałem zrobić przed moimi wczasami, ale zawsze coś. Mam jeszcze czas – mówiłem sobie. Ale jak zacząłem szukać tydzień temu, to mina mi zrzedła szybko.

Także rower załatwiony. Podłogę jutro sobie zaszpachluje. Urlop pełna parą czas zacząć.

A propos wolnego czasu. Rozmawiałem z Ulą z NJ. I ta mi mówi, że mogę sobie czasoprzestrzeń zrobić, bo mam podarowany czas. Brakowało mi tylko przestrzeń zdobyć. Ręce rozłóż – mówi mądrze koleżanka. To teraz mam space-time continuum! Yay!

królowa i król

dzisiejsza data jest znamienna w historii muzyki. 16 sierpnia 1958 roku na świat przyszła Królowa. 16 sierpnia 1977 roku ze świata żywych odszedł Król. Choć tak naprawdę to nie wiadomo. Wielu go widziało później.

Byłem w Graceland w ubiegłym roku i byłem pod olbrzymim wrażeniem posiadłości Króla.

Widziałem Królową na żywo w sierpniu 2009 roku i byłem olbrzymie rozczarowany. Ale wielkim fanem byłem. Teraz raczej z przyzwoitości zerknę, co ta pani nagrywa. Ale niestety bez szału.

Fanem Króla nie byłem nigdy, ale jak słyszę w radio, to doceniam.

W 1992 roku usłyszałem „Fever” w wykonaniu Królowej. Stwierdziłem, że beznadziejna piosenka. Później usłyszałem tę gorączkę w innej wersji i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to jest cover. Król też to śpiewał. I czyja wersja fajniejsza?

 

 

 

 

Przejechałem się po mieście. Jakoś nie ciągnęło mnie do lasu i w krzaki. Po mieście chciałem pośmigać. Kilka zdjęć wykonałem. Fajne miasto latem.

 

czerwony m

Nie, ja nie o tym, że jakiś komuch jestem. Wczoraj Maciuś zrobił bardzo durną rzecz. Jak zwykle z resztą. Znowu mi się na opalanie wzięło. Zajechałem na plażę nadwiślańską i się kąpałem w słońcu. Cały czas patrzyłem na się i twierdziłem, że nic mnie nie bierze. No do czasu. W domu zaczęło piec. Patrzę w lustro i widzę Red Devil’a.

Na szczęście po ubiegłorocznych smażeniach kupiłem sobie spray na oparzenia. To się posmarowałem. Dziś coś tak lekko poszczypuje. Boczek mnie najbardziej boli. Nauczyłem się, że lepiej się nie opalać w okularach przeciwsłonecznych.

Wczoraj poleciałem do Segmentu na mecz. Byłem pewien, że Bayern rozjedzie Barcę 7-1. No pomyliłem się. Nie jestem fanem germańskiego sportu, ale Messiego i Barcy organicznie nie znoszę. Przed meczem przeszła po chodniku demonstracja. Ciut za restauracją jest ambasada Białorusi. Już w czwartek widziałem, że policja pilnuje. Brama i płot była pomazana na czerwono. Wczoraj strasznie dużo ludzi szło. Z kilka dobrych minut. Kierowcy przejeżdżający obok dodatkowo trąbili. Także wyglądało to tak, jakby Legia wygrała czy coś (wygrała. Zdemolowała Bełchatów w 1/32 Pucharu Polski).

Po proteście część ludzi siadła na pizzę i piwo. Z jakąś panią zagadałem, какая ситуация в Беларуси? Лукашенко еще президент или нет? No pani zaczęła lamentować, że rodzina tam, że internet i telefony wyłączyli, że nie wie co z nimi, że pałkami milicja gwałci. Pochwaliła społeczeństwo białoruskie. Że nie wandalizują, że nie niszczą mienia. Nic z tych rzeczy, są pokojowi. Nie to co Ukraina. No pani być może nie zna pokojowych protestów w USA po zabójstwie pana Floyda. Tam szabrownictwo i demolka szła pełną para.

Pani zrozpaczona prosiła o pomoc Polaków i Unii Europejskiej, bo sami nie dadzą rady. No ma rację. Wydaje mi się, że tym razem nastąpi koniec rządów Łukaszenki. Nie zdziwię się, jak jego lud go przepędzi, albo zgotuje mu ten sam los co Rumuni pewnej rodzinie. No i pani dodała, że Putin to taki sam … jak Łukaszenka. Ja wtrąciłem jej w zdanie brakujący wyraz na C (ten od skrótu HWDP). My nie chcemy do Putina – zakończyła pani.

No ciekawym jest jak to się jednak potoczy. Ciekawym.

Żar jest w Wawie. Człowiek się gotuje. Odpaliłem rower i sobie kręcę przy rzece. Tu widoczek, tam widoczek. I świat się chyba przekręcił ciut, bo kiedyś zachody słońca na moście Siekierkowskim obserwowałem o 20.30. Teraz biegnę po moście i bęc! 20.13 jest i już po balu. Następnego dnia przyjechałem rowerem. Wpadłem w ostatniej chwili.

Dla jeżdżących po prawej stronie rzeki. Przy tej kładce przy porcie praskim jest leciutka masakra. Jakieś remonty, ale jest już lepiej niż było. Ciekawe co zbudują? Przy Gdańskim też jakieś wykopki.

Dobra, lecę się przesmarować sprayem, bo jak kładę rękę na klatę, to lawa!

Czerwony jak cegła – to już teraz wiem, czemu nie znoszę tej piosenki.

 

he he

W ostatnim wpisie ja o Frelach i proszę, dziewczyny wydały drugą płytę o tytule „he he” właśnie. Jak to mówi mój znajomy, muzyka taka słodko-pierdząca. Dziewczyny śpiewają po śląsku, po polsku. Ogólnie miłe to dla ucha, ale nie będę czarował, że to jakaś ważna płyta. Nie.

 

Wczoraj po wygranej kometce podbiłem do kolegi od pizzy. Okazało się, że skubany sobie kupił …

 

Fajny rower. Taki trochę popsuty! Gdzie jest prawy widelec? Zaproponowałem mu, żeby odblaski z kół zdjął, bo jakoś nie przystoi.

 

Ogólnie mi nie do śmiechu.

Nie każdy wie, ale planowałem na początku lipca wyskoczyć do Bejrutu. Miałem zapłacić kaskę w styczniu, ale jakoś się ociągałem. Ja, lipiec, Bejrut? Przecie umarłbym. Pamiętam jak pani Słodkowkaśnej opowiadała mi o Azerbejdżanie. Pięknie prawiła. Pytam się jej, czy dałbym tam radę. A ona na to – Maciusiu, umarłbyś. Każdy wie, że 25 stopni to dla mnie już granica między gorąco, a piekło.

Film z eksplozją oglądałem kilka razy. Kompletnie nie dowierzając temu co widzę. Niewyobrażalna siła, skala zniszczeń. I „na szczęście” tylko 145 śmiertelnych ofiar. Pokazywano symulację, jakby to było, gdyby w centrum Warszawy taka eksplozja miała miejsce. W Wilanowie mogło by dojść do zniszczeń, a w Legionowie niektórzy mogli by mieć wybite szyby w oknach. Straszne. Zastanawiam się, czy jakiejś cegiełki nie wpłacić.

Oglądałem też filmik z finiszu Tour de Pologne. Kibic kilka metrów od tego zdarzenia stał i kręcił. Aż mnie odrzuciło od komputera, jak ten cyklista uderzył w barierki. Holender Dylan Groenewegen powinien być zdyskwalifikowany dożywotnio za takie zachowanie. Ponoć kolarze jakieś oświadczenia podpisują, że są świadomi wypadków podczas zawodów. Dodatkowo oskarżyłbym organizatorów TdP za to nieszczęście. Czy w naszych czasach jest tak ciężko ustawić pneumatyczne bariery? Ponoć prędkości mogły dochodzić do 80 kmh. Koszmar. Na szczęście poszkodowany pan Fabio będzie żył.

Kraksa mniej więcej na 50 sekundzie i powtórka na 3 minucie i 30 sekundach. Brrr. A za bandą jeszcze człowiek stał i tory biegły.

 

Wydawało się, że kilka dni temu ten rekordowy przyrost zakażeń w Polsce to dużo. 640 przypadków. A nie. Dziś kolejna bariera przełamana. 726 nowych przypadków. W sumie mamy już 49 515 zakażeń od początku zarazy. Gonimy Portugalię (52 061) i Gwatemalę (54 339). Nigeria i Bahrajn tuż za nami. Jaki ten świat mały.

A ta Ameryka rozpędzona, jakoś zatrzymać się nie może.

Na 17 wylosowanych powyżej stanów, nie byłem tylko w Luizjanie. Eh, czyżby 2021 też bez Ameryki był? Gdzie ja urlopy będę teraz spędzał? Na zatłoczonych plażach nadbałtyckich? W kolejkach na Rysy albo Śnieżkę (dziś pisali, że nie można było wejść na szczyt, tyle ludzi)? Koniec świata panie Popiołek.

Ale może nie bądźmyż tacy tragiczni. Piątunio za rogiem.

Dziś na ten przykład miałem orgazmy kulinarne. No może nie orgazmy, ale był mlask i mniam.

Na sam przód umówiłem się z kolegą na ramen. Danie jemu nieznane. A kolega świata lizną. Na każdym kontynencie nogę postawił. Każdym.

Akurat mieliśmy szczęście, bo sam właściciel był i opowiedział nam o każdym daniu. Wzięliśmy te zawiesiste wersje. Na koniec pracownik rzekł, że jeśli to pierwszy raz kolegi, to powinien te czyste rameny kosztować. A jakaś frelka siedząca w środku pochwaliła danie mówiąc „jakbym w Japonii była”. Także polecam. Shiso Ramen ul. Koszykowa 31. Lokal dostał ode mnie 5 gwiazdek i miłe słowa. To był mój chyba 4 ramen w życiu. Deklasacja kompletna. Brawo!

 

Później zaproponowałem coś słodkiego. I wybór padł na taki jakiś podlaski przybytek. Widziałem kilka razy już na tablicy przed wejściem (jak mijałem, a często ich mijam) jakieś smakołyki z przymiotnikiem „podlaski”. Weszliśmy. Lokal cały w ziołach. Jest tez sklep. Wszystko mają. Zupy, przetwory, herbaty, przyprawy.

My na deser wzięliśmy … doniczkę oraz przysmak pokrzywowy. Do tego kawa lawendowa i z topinamburem, który pachniał jak u … dentysty. 49 zł za taką deseczkę. Kwiatek w tej doniczce nie do końca mi podszedł, ale ogólnie mniam i mlask był. I do tego 5 gwiazdek i miłe słowa od lokalnego przewodnika Maćka na mapach google.

Zapytałem się frelki za ladą o co chodzi z tym „podlaskim”. Okazało się, że są z Podlasia, z Ziołowego Zakątka … z Korycina. Powiedziałem jej, że wiem, gdzie jest Korycin. Byłem parę razy. Nawet raz udało mi się (razem z Bartkiem) ugasić pożar i zapobiec spaleniu tej miejscowości (dawne czasy liceum). Pytam się jej o sery i truskawki. Koryciny – poprawiła mnie frelka. W prostej linii na wschód od Warszawy, przy Grodzisku – dodała. Aha. Nie znam – rzekłem inteligentnie.

Zdjęcia mają fajne tego zakątka. Trzeba chyba kiedyś podjechać i sprawdzić. Domek w Pniu wygląda super!

 

Ale żem se smaka narobił pisząc ten post. Może Olimpię weźmiemy na ramen? Koleżanka dziś zjechała do Słodkowaśnej i będziemy się z nią bawić w ten weekend. A z Olimpią zawsze jest zabawa i kupa śmiechu. Kolega poznał koleżankę na Fejsie. Olimpia napisała kilka lat temu, że będzie w Waw i albo nie ma gdzie mieszkać, albo nie wie gdzie się przespać. No i Słodkokwaśna zaproponował – wbijaj do nas. Także wbiła do nich i się poznali(śmy). Zawsze jak przyjeżdża z UK, to nam jakieś drobiazgi przywozi. Raz dostałem sól wędzoną i cheddar.

A koleżanka zajmuje się … o to zabawna historia. Pytam się jej kiedyś jaką profesją się para. Food poisoning odpowiedziała. Przytaknąłem w zrozumieniu, żeby nie wyjść na ignoranta i wieśniaka z małego kraju na Wschodzie Europy. Dopiero później zatrybiłem, że to food positioning. Czyli takie układanie i aranżowanie jedzenia na stole, talerzu i czym tam jeszcze. To się chyba właściwie nazywa food styling. Polecam jej zdjęcia, bo są pyszne.

Mam nadzieję, że Olimpia nie ma mi za złe, że pokazuję kilka postów z jej Instagrama.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑