życie

nie dzielny wieczór

A gra mi niezawodny Tom Waits i jego „The Heart of Saturday Night”.

Bo mam taki nastrój. Bo pada.

Nachodziłem się dziś. Fotki i relacja będą później na zagranicznym blogu.

Na koniec łażenia („od tego są nogi, by łazić na nich”) zaszedłem do lokalnego baru. Akurat było parę znajomych osób. To się zajęliśmy konwersacją. Mówię, że co to za durne SMS z tym alertem pogodowym? Cały dzień jest ok, a tu straszą. Po pół godzinie zaczęło kapać. Stwierdziliśmy, że jak to dobrze, że szef w końcu zainwestował w dach nad ogródkiem. Po 10 sekundach lania uciekliśmy do środka. Przemoczeni. Padało w poprzek! Taki deszcz. Błyskało się niemiłosiernie.

 

Grzmotów nie było słychać. Ktoś, kto mieszka wysoko musiał mieć fajny widok na miasto. Po pół godzinie jakby ustało. Pierwsza do domu ruszyła Kaśka. Po 5 minutach – Krzysiek. Jak kolega dał nogę za próg zaczęło lać znowu. Odczekałem 10 minut i stwierdziłem, że jakby nie pada i lecę. Metr od lokalu wdepnąłem w kałużę. Ale faktycznie całą drogę już nie padało.

Ironia losu? Chichot losu? Jak to nazwać?

Także Tom Waits mi tu jeszcze pośpiewa. Może później włączę nowsze dzieła i będzie mi charczał. Zobaczymy.

Ekspres w końcu wyzionął ducha.

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.