Tag: weekend (Page 1 of 4)

freudowski urok

Zygmund się chyba zrewanżował za te moje wszystkie czary-mary i uroki.

Do Wiednia namawiali mnie już w lipcu/sierpniu. Ale ja wtedy mówiłem, że październik to za daleko. Zamkną nas i nigdzie nie polecę. Poza tym, bilet 400 zł plus wydatki na miejscu, to się zrobi … hohohoho … troszkę eurowydatków.

We wrześniu znowu mnie towarzystwo przycisnęło i … spojrzałem na lot i nadal 400 zł. No dobra, lecę, kupiłem bilety.

Teraz siedzę sam na lotnisku, bo Szwedy mi się rozleciały właśnie. Cóż, podsumowując wycieczkę – bilety 400 zł, w kantorze kupione 260 euro, także tyle kosztowały mnie 4 dni.

Ale już Zygmund czar zdążył rzucić! Pisałem, że w niedzielę zachorowałem, że w poniedziałek test robiłem. We wtorek poczułem się super. W środę nie. W czwartek, w dniu wylotu, ok, więc wyleciałem.

W niedzielę jeszcze wyczytaliśmy, że Austria honoruje tylko maseczki FFP2. No dawaj raz dwa na allegro je kupować. Wziąłem te z wentylkiem. Szwedy też. Mnie przyjechały we wtorek dobre, a Szwedom … nie dobre … bez wentylka. Oba modele były FFP2, także nie było dramatu. Po prostu przyjechało koleżeństwu nie to co zamawiali. Czyli peszek.

Na Okęciu chodził panoczek i się pytał po kolei, czy mamy maseczki FFP2. Kilka osób robiło wielkie oczy i mówiło, że nie. Nie było sprawy, rozdawali. Eh! 15 złoty w piach poszło. Mogłem nie kupować!

No to się wszyscy mościmy w samolocie i patrzymy jak stewardessa pokazuje wyjścia awaryjne. Aż tu raptem …

Haben Sie andere Maske ohne Ventil?

Kurczaczki! 4 lata germańskiego w liceum szło jak krew z nosa. Naciągane tróje miałem. Pamiętam jak z Piotrem G. się mordowaliśmy wtedy z panią prof. Gestapczuk, a tu raptem wszystko rozumiem.

Nein – odpowiadam załamany i lekko przestraszony

Ich bringe Sie gleich eine neue Maske – mówi pani

Oh, Danke! – dziękuję miłej pani

 

I te maseczki to straszne cholerstwo, bo są przez głowę zakładane, nie na uszy.

Lecę do Wiednia. Australia czeka!

No i niestety już w czwartek od godziny mniej więcej 17.00 leżałem w łóżeczku. Na szczęście całą aptekę wziąłem ze sobą więc miałem co połykać. W piątek poczułem się zdrowy jak ryba i ruszyłem na miasto. Po południu znowu łóżeczko, znowu poty, kompresy, choroba. W sobotę już ostrożnie, z głową zwiedzałem. Byłem zdrów, jak się okazuje nadal jestem!

Postanowiłem odwiedził dom Zygmunda Freuda. Opinie na mapach google, jak to opinie, jedni w zachwytach, drudzy nie. Moi znajomi odpadli, powiedzieli, że przekonują ich jednogwiazdkowcy. Też tak pomyślałem. 14 euro zaoszczędzone. Ale po małej kawie obok (okazało się, że nikt nie spojrzał w godziny otwarcia i byliśmy 40 minut przed czasem, które postanowiliśmy spędzić na kawie nieopodal) powiedziałem – raz się żyje, nie mamy domy Freuda ani w Wawie, ani w Szwecji. Zero entuzjazmu, tylko – jak chcesz, to idź, zaczekamy.

Poszedłem. I się załamałem. 4 ściany, puste mieszkanie. Jakieś zdjęcia z wystrojem oryginalnym pomieszczeń i gabloty. Ściany białe, gdzieniegdzie były odkryte oryginalne sufity i tynki. No czemu zamalowano to wszystko! Czar mieszkania prysł. Dom pana profesora dużym rozczarowaniem! 3,7 gwiazdki na google maps jednak miał rację bytu. Trzeba było posłuchać. No trudno. Chatę jednak miał fajną, trzeba mu to oddać.

Wiedeń sam w sobie jest … intrygujący. Niezniszczone miasto (wiadomo, ausschluss w 1938 roku, więc Hitler oszczędził) z pięknymi kamienicami. Ludzi niby ciut więcej niż w Waw, ale tego kompletnie nie widać. Nie ma korków, nie ma tłoków, nie ma wrzawy wielkomiejskiej. Spokój i cisza rzekłbym. Warszawa jest o wiele bardziej głośna. Wycieczka mi się podoba, ale jak ktoś mi pokaże za rok zdjęcia Wiednia, to nie wiem, czy poznam. Wiem, że specjalnie tu nie wrócę. Ale będę zachwalał, że warto zobaczyć.

Mam dość sznycli na dłuuuugi czas. Obiecałem moim szwedzkim znajomym, że następnym razem zrobię im schabowego, to porównają. To wiedeńskie, to jakaś popierdułka!

Aha, wszyscy na dzień dobry mówili nam, że kelnerzy w Wiedniu są niemili, chamscy. Nie, nie zgadzam się. Potrenowałem mój niemiecki przy okazji. Bardzo ok ludzie.

Aha, w każdym miejscu sprawdzają paszporty covidowe. W niektórych proszą o wpisanie się na kartkę.

Drugiego dnia trafiliśmy do Gasthaus Poschl. Całkiem z przypadku. Przekonała mnie kolejka przed wejściem. Na bezczelnego weszliśmy nie czekając. Jako że dzień wcześniej był sznycel i wieczorem miał być kotlecik w jakimś pysznym miejscu, to wzięliśmy gulasz i tatar.

No Wiedeń tatarem stoi! Po chwili okazało się, że barmanka z jest Polski, także zrobiło się jeszcze bardziej miło. Okazało się, że miejsce jest jakieś kultowe, bo wcześniej posiadał je austriacki aktor, a później Polak odkupił. Pojedliśmy, popiliśmy dobrego, austriackiego piwka i poszliśmy na chatę się pocić (gorączka mnie dochodziła). Po drodze wzięliśmy 3 ciasteczka – strudel, sacher cake wychwalany pod niebiosa i sernik. Oj oj i oj! Zygmunda urok nadal działał! Żadne nie było za specjalne.

Ale to nic. Prawdziwa katastrofa dopiero miała nastąpić. Poszliśmy do najstarszej restauracji w Wiedniu. Ach, gwiazdek pięć w recenzjach co niemiara. Siadamy, rozglądamy się, no i stwierdzam, że nawet ładna … nora. Wzięliśmy oczywiście tatara i po sznyclu. Jako czekadełko dali nam pieczywo i masło. No cóż, bułką mogłem gwoździe wbijać.

Wjechał tatar. Niestety, to była jakaś kupa. Dzień później kelner z Gasthaus Poschl uświadomił nas, że mogli keczup dodać do mięsa. Fuuuu. Wielki Pe mówi, że keczup jest bardzo be, więc po kiego czorta go dodawać do czegokolwiek?!

Wjechał sznycel. Pierwszy kęs – nic, zero smaku. Drugi kęs – to samo. Odrywam panierkę i ledwo odszukuję mięso. Trzeci kęs, tym razem samego mięsa – nic! Zero smaku!

Szwedy mówią, że pewnie dlatego, że mam fever. Poprosiłem ich, żeby głośniej to powiedzieli, to obsługa na pewno nas nie wywali za drzwi, albo nie zawoła policji. I tak wjechałem na nielegalu, bo niby w ciągu 8 dni przed przylotem oficjalnie zadeklarowałem, że nie miałem żadnych objawów corona wirusa – gorączka, ból gardła, brak smaku i tak dalej.

Sznycel jest bez smakowy i cieńszy niż panierka. Czuję, że jem bułkę tartą! Odsuwam talerz i piję wodę. Oczywiście podchodzi kelner i się pyta, czy coś się stało. Tłumaczę mu więc. Zabrał talerz i jak się okazało na końcu, nie policzył dania.

Pamiętam 2016 rok. Ja, pan od Państwa z Europy na K., Ula z NJ i jej chłopaki i Floryda. Rozstaliśmy się w Everglades i ja z Panem od Państwa z Europy na K. ruszyliśmy do Naples, miasteczko dla bogatych emerytów. Poszliśmy do jakiejś knajpy sportowej o wysokiej ocenie. Po drodze mijaliśmy salony maserati i innych luksusowych aut. Pamiętam, że wziąłem cziken wings, a kolega … hm nie pamiętam. Podbija pani po chwili z pytaniem jak nam smakuje. Uśmiechnięta cała, bo przecie taki to dobry lokal. A jej niestety mówię, że to jest kompletnie nie ostre, jest kwaśne, nie da się tego jeść. Pani mina zrzedła. To był chyba pierwszy raz, kiedy oddałem jedzenie. I chyba ich pierwszy raz, kiedy ktoś im oddał talerz.

I teraz mnie trafiło. Dwa ohydne dania w jednym miejscu! Koszmar. Freud rzucił urok na mnie!

W sobotę było ciut lepiej, ale tylko ciut. Skusiłem się na zwiedzenie domu Mozarta. Och! Pomyłka. Fajna chata, ale znowu 4 pomalowane na biało ściany (z jednym wyjątkiem). Młodo zszedł Amadeusz. 35 lat. Z 6 dzieci tylko dwoje przeżyło niemowlęctwo. Oj, słabe geny, słabe.

Na lunch wróciliśmy do Gasthaus Poschl, do naszej Polki. Wzięliśmy tym razem sznycla z pure ziemniaczanym.

Mmmm, mniam i mlask! Kelner (ten od wyjaśniania sprawy wyglądu tatara z wieczora poprzedniego) okazał się też mówić po naszemu, z bardzo silnym akcentem. Babcia sobie dziadka skądś wzięła i taki miks wyszedł. Ale fajnie, że wnuka po polsku nauczyli.

Na kolację miała być tatar-uczta w El Gaucho. Rezerwacja dopiero na 21.30 zrobiona, takie oblegane miejsce.

Długo się nie naradzaliśmy – wszystkie trzy rodzaje tatara zamówiliśmy – klasyczny, z krewetką i ostrym majonezem i fois gras.

Hm, najlepsze tatary w jakie jedliśmy w Austrii, ale daleko im do naszych. Knajpa fajna. Mięsna. My już mieliśmy dosyć jedzenia, szczególnie tak późno. Siedziałem przodem do punktu, w którym chłopiec mięso czyścił, kroił, klepał. Także widać było jak to selekcjonują.

Dziś taki chil out zrobiliśmy. Pochodziliśmy po mieście do 12.30 i uciekliśmy na lotnisko. Szwedy miały lot o 15.40, a ja o 18.05. Niektóre Szwedy miały złote członki i wolny wstęp do lounge z osobą towarzyszącą, a ja? A ja mogłem sobie kupić takie wejście przy robieniu check-in, ale nigdy nie kupowałem tego, więc zignorowałem. 35 euro oszczędzone. Na lotnisku okazało się, że koszt jest ciut wyższy – 39. Ale i tak wydatek mi się zwrócił. Więcej bym wydał siedząc gdzieś w knajpie przy bramkach.

Wiedeń ok, fajna wycieczka. Język trochę brzydki, ale jak się okazało poradziłem sobie całkiem, całkiem. Angielskiego nie za dużo używałem. Wydaje mi się, że ludzie bardziej wyluzowani, niż Niemcy. Ale to może takie moje wrażenie.

 

Zdjęcia Wiednia tu

 

 

pukając do piekieł bram

czyli mój kolejny pierwszy raz.

Dobry kebab piecze dwa razy – słyszałem ten bon mot często w żartach Słodkokwaśnej.

Dziś się przekonałem co to znaczy. Ale nie było to ani dobre, ani nie był to kebab.

Umówiwszy się wczoraj na spotkanie we włoskiej knajpie. W związku z tym, że w Boże Ciało też byłem w podobnej jadłodajni, to nie chciałem brać znowu pizzy.

– to jest bardzo pikantne – słyszę z lewej strony, kiedy wspominam, że może makaron bym wziął

– tak, nasz znajomy kiedyś to wziął i nie zjadł – słyszę z prawej

– hm, to może wezmę i zobaczymy – pomyślałem sobie – pikantne-srantne

Przychodzi dziewczynka po zamówienie. Mówię, na co się zdecydowałem i oddaję kartę.

– a z jakim makaronem? – pyta kelnerka

– spaghetti może nie, ale tagliatelle? – decyduję się w tonie pytającym.

– dobrze. Ale wie pan, że …

– to danie jest bardzo pikantne? Tak, wiem – ucinam wypowiedź

Razgawor trwa. Piwo na stole. Inne mają wino, wody, kawy i takie tam.

W końcu jest! Talerz zdaje się witać ze mną będąc położonym przede mną.

Hm, paćka jakaś. Makaron w sosie czerwonym. Ale jem i o jeżu! Pikantne do nieskończoności!

Powiem tak. Sztuką jest wyostrzyć danie tak, żeby podkreślało albo przynajmniej zostawiało smaki dania. Nie sztuką jest napieprzyć sosu tak, że mordę pali. Bramy piekieł chyba widziałem, bo ognie piekielne już buchały w paszczy. Cholera, nie zjem tego – płaczę w myślach.

Jak na złość wszystkie oczy na mnie – i jak? Smakuje? Ostre? – słyszę zewsząd. Głos znajomych słyszę jakby zza światów. Czyżbym był już w tym piekle?

– Noooo, pikantne jest – mówię

– a nie mówiliśmy – słyszę wtór chóru anielskiego

– no, pikantne. Nawalone sosu i już. Nie czuć nic innego – kończę opis dania

Stwierdziłem, że będę jadł powoli. Zacząłem przysłuchiwać się dyskusjom, mądrze kiwałem głową. Czasem coś wtrąciłem. Jakbym żywo zainteresowany był. A tak naprawdę szukałem kelnerki, żeby ją poprosić albo o KIELISZEK WÓDKI, albo o ŁYŻKĘ ŚMIETANY, co by to cholerstwo załagodzić lub uśnieżyć. A może i uśmierzyć? Jeden pies. Każdy zabieg byłby zbawienny.

Zapamiętałem jednak, że z alkoholi w karcie widziałem tylko wino, piwo i aperol. A o śmietanę to wstyd prosić. Co ja jestem? Dziecko, że nie zjem dania? No to jem i popijam wszystko zimnym piwem, co oczywiście powoduje, że ogień piekielny rozpływa się po całej mej paszczy.

Siedzę więc twardo. Łzy płyną, pot się leje, ale jem. Po malutku, Więcej nawijam makaronu na widelec, niż jem. Rozmawiam, przytakuję i skubie mój dań. No nawalili tego Mad Dog sosu zdrowo. Nie żałowali. Na szczęście danie stało się bardziej zjadliwe, kiedy ciut ostygło. Widziałem światełko w tunelu. Im zimniejsze, tym bardziej wchodziło. Uffff, zjadłem. Ust nie czułem do końca spotkania.

Zapomniałem o tym kulinarnym nieporozumieniu do dziś rana. O jeżu. Takie niedobre jedzenie, a cholera paliło … z pięć razy.

Unikać proszę sosu Mad Dog (w dużych ilościach).

 

 

czy ja wiem, Bolek?

A może byśmy tak, najmilsi, wpadli na dzień do … Nałęczowa?

No to wpadliśmy. Ja chciałem odwiedzić Bolimowski Park Krajobrazowy, ale nie słyszałem aplauzu. Kazimierz odrzuciłem w trymiga. Kto normalny jeździe tam w długi, słoneczny weekend? Pierdyliard Polaków. Padło na Nałęczów. Hmmmm. I cóż, że ja tam byłem już? Gdzie Polaków 4, tam 5 opinii – chyba tak to leciało.

Ale w tym Nałęczowie to myśmy byli ze … ho ho ho … sto lat temu. Początek millennium pewnikiem. Renata z nami była, więc chyba z gór wracaliśmy. Bo w niedalekim Lublinie byliśmy z Gochą-Bambochą.

I chyba nocowaliśmy wtedy w tym kurorcie złamanych serc. Jakiś pensjonat nas ugościł. Pamiętam, jak się śmieliśmy z Renatą z tych małych drzwiczek przy każdym łóżku. Za nimi były dwa wentyle. Żartowaliśmy, że pewnie tędy tlen podają, jak w nocy nerki wycinają. Także spać było nam tam strasznie.

Nałęczów wtedy oblecieliśmy bez zapamiętania. Także może i temu zgodziłem się na ten wojaż teraz.

Jedyne w Polsce uzdrowisko kardiologiczne. To temu na sercu jakoś lżej było. Wieńcóweczka mi się chyba cofnęła. Oooo, przecie ja się wdałem w rodzinę mamy, to tak jak dziadek, pewnikiem na zawał po sześćdziesiątce zejdę. Od strony papy to same raki jakieś. Ufff.

Nie przepadam za zwiedzaniem tego typu miejsc. Zbyt dużo ludzi na metr sześcienny. Przytłacza mnie to. Mam chyba ludziowstręt.

Igor, choć zobaczysz wiewiórkę!!! Widzisz jaka ruda kitka!? Tam z dziupli wystaje – jakaś madka do swego bachorlęcia woła. Zapraszam do Nowego Jorku. Od razu się odechce wiewiórek, hehehehehehe. Szare, namolne gryzonie.

Także park zdrojowy no taki turystyczny. Lekko mnie męczył. I w tym zieleńcu właśnie przeczytałem mądrość Bolesława Prusa. Czy ja wiem z tą prawdą? Ludzie ogólnie powinni się poprawić, lepsze powinny ludzie być. Bez względu na wizytę w Nałęczowie. Ale dajmyż szansę pisarzowi. Byłem tam i zaczynam się obserwować, czy zmiany idą na lepsze.

I taka iskierka się w głowie pojawiła. Myśl krotochwilna, która przeszła w dywagację i rozkminianie – kto mieszkał w Nałęczowie? Bo coś mi się zdawało, że parę osób tu zawitało.

Prus musiał być, skoro pomazał baner ogrodzeniowy swym apoftegmatem (muszę chyba wyrzucić ten słownik wyrazów bliskoznacznych). Żeromski silnie mi się konotuje z Nałęczowem.

Szybki risercz w google i już mamy! Ewa Szelburg-Zarębina! Oprócz niej: Prus, Żeromski, Iłłakiewiczówna, Parandowski, Nałkowska, Witkiewicz, Przybyszewski, Sienkiewicz.

Dom Stefana Żeromskiego jest ciekawym miejscem. Taki raczej malutki. Do muzeum, do śordka nie wchodziliśmy, bo tylko 1 osoba na raz mogła wejść. Poza tym takie to małe pomieszczenie, że oplotłem je wzrokiem przez drzwi. Także, jakby ktoś pytał, to byłem i widziałem. Domek i wnętrze to taki … Świdermajer.

Domek stoi nawet na sporej działce. Jest i studnia, i kapliczka ze zwłokami syna Adasia (l. 19), i tabliczki z życiorysem mistrza.

Ten Żeromski to dziany kolo był. Szałas w Zakopanem, miejscóweczka na Zamku Królewskim w Warszawie, domek w Nałęczowie i latarnia morska na Wybrzeżu. Szanowna małżonka listy pisała z Paryża i Włoch, że jest z synkiem, że tęskni, że wraca. No kto bogatemu zabroni.

Dziecko pierworodne im zeszło młodo (1899-1918; gruźlica), w wieku lat 19. A zasłużone w wojnie dziecię to było. W harcerzach się udzielało. Ciężko pracowało.

W tamtych czasach, jak to mówi kolega pan doktór, nie było za wiele medykamentów, więc się wysyłało w góry, nad morze, po lepsze powietrze. No niestety, nie zadziałało.

Ja akurat Żeromskiego lubiłem czytać. Prusa w sumie też. Także domek Stefka polecam.

 

Ogólnie Nałęczów podobał mi się ze względu na architekturę. Ciekawe i różnorodne wille.

Niektóre znajome mogą spodziewać się widokówki z podróży. I nie, nie ma takiego miasta Teksas!

Oj. Wstawka! Muszę w końcu przetestować opcję envelo. Ponoć stukam życzenia lub inny przekaz na komputerku i to wszystko się drukuje koło tej osoby i jest jej doręczane. Nie ma marnowania czasu na te podróże po świecie. Zawsze słyszę – do Stanów 6 dni roboczych idzie. A później jedna Ula po 3 tygodniach wrzuca na instastory przesyłkę, a druga Ula z bliższego stanu pyta – kartka? Jaka kartka?

Wielkie BUUUU robię dla Poczty Polskiej – Polish Lost Office. 8 zł w piach!

I tak, jestem fanem wysyłania kartek do ludzików. Taki Lost Art of Communication.

Kiedyś wysłałem pani prof. ze Szczecina widokówkę, bo szalenie lubi otrzymywać. Bodajże ze stolicy USA. Koleżanka szczerze ucieszyła się oznajmiając, że to jej najdalsza kartka. Szkoda, że z Vancouver nie doszła. Widać amerykańska poczta nie lepsza. Smutna mina.

 

Wracawszy do domu zajechawszy jeszcze do Puław (i niech mi teraz statystyka wpisu nie mówi, że nie używam imiesłowów. Używane są i to czynnie. Dorzucam jeszcze stronę bierną).

Pałac-muzeum Czartoryskich bardzo na plus. Głównie dlatego, że park jest spory i można się zgubić. W sumie, to i ludzi było mniej, więc przyjemność zwiedzania większa.

Zaciekawił mnie fakt, czemu pawie nie uciekają, jak są puszczone luzem? A bażanty trzymane w klatkach są. W sumie takiego bażanta można by skubnąć. Szczególnie tego kolorowego, bananowego. I właśnie! Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś pawia jadł. Bażanta tak, ale pawia nie. Może ktoś jadł kiedyś i mu nie zasmakował, zaszkodził wręcz. Temu się mówi puścić pawia.

Królewskie ptaki wydają odgłos równie irytujący co papugi, ale ogony mają cudne, majestatyczne.

Na uboczu parku pan rzucał bumerangiem sobie. Bum, bum, bumerang, wraca bumerang.

Także wyjazd się udał. Długi weekend bardzo odświeżający. A to dopiero środek laby. Co dalej?

 

Bum, bum, bumerang
Bumerang
Zastanów się nim rzucisz

Czym chciałeś zranić zaboli ciebie
Szybko wracają rzucone kamienie
Los czasem szorstki jest
Lecz sprawiedliwy
I nigdy się nie myli
Los nigdy się nie myli
Trzeba cierpliwym być

Bum, bum, bumerang
Wraca bumerang
Więc pamiętaj, że znajdzie cię
Bum, bum, bumerang
Bumerang

Liczy się każdy gest
I każda mina
Niech unosi nas endorfina

ćpamy się?

A może szczepimy się gdzie możemy?

Wyskoczyłem sobie na długi weekend. Wyjazd z serii „a może by tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady”. Ale nie, nie góry tym razem wybrałem. Pojechałem w górę mapy. Po drodze zatrzymałem się na kawę i nie tylko. Uderzyły mnie ogłoszenia w toalecie stacji paliw BP w okolicach Lubonia Kujawskiego.

 

 

Hm, albo faktycznie ćpuny tu maja raj, albo punkty lotne/mobilne Narodowy Program Szczepień zorganizował.

Dziwne.

W sumie w domu strzykawkę mam. Ale igły już nie. Jak byłem mały to miałem komplet. Już nawet nie pamiętam do czego używałem. Chyba do ładowania pióra wiecznego (jestem fanem pisania tym przyrządem. Do tej pory to robię). Kupowałem atramenty w różnych kolorach i uzupełniałem później zbiorniczki w piórze (zielony atrament jest dziwny, a czerwony kuje w oczy). A później były już takie pisadła, że można było albo wymienić nabój, albo bez strzykawki ładować.

Ale igły miałem w domu. Teraz to nawet nie wiem gdzie kupować. Pewnie w aptekach mają.

Także zostawmy ćpunów w spokoju.

Odwiedziłem Wielkiego Pe. Owieczki zrobiły sobie długi weekend i biwakują pod namiotem. To znaczy baran ze swoimi nowymi dziewczynami biwakuje.

Od lewej: Bee, peruwiańska owieczka i lama

Powiem tak, ogolone zwierzątka już nie wyglądają tak przemiło. A owieczka na dodatek, po tym jak została madką, się … szarogęsi! Non stop meczy. Czegoś albo chce, albo żąda atencji. Maleństwo przy mamusi też coś zameeeeczy czasem (nota bene słodko to robi). Do paśnika leci Madka Polka pierwsza. Nawet nie pozwala mi wysypać pyszności, łeb do wiadra wkłada. Jak już mają dane, to pierwsza żre i pozostałe zwierzątka przegania. No jaka wredna … krowa!

Chyba zaczynam się przychylać do decyzji Wielkiego Pe – zażynamy owieczkę.

Ponoć trzeba odczekać z 6 miesięcy, żeby maleństwo podrosło i już obyło się bez cyca.

Czyli jakoś w listopadzie wpadam na … owcobicie! Już zapowiedziałem, że jestem żywo zainteresowany (świnki i cielaczki widziałem jak się pozbawia żywota, ale owieczki jeszcze nie) i koniecznie ma mnie kolega zawiadomić o terminie. Będzie smacznie.

Baranek miał iść pierwszy pod nóż, bo się izoluje, patrzy spode łba, podrywa inne owieczki i w nosie ma starą i maleństwo. Na zdjęciu właśnie baranek biwakuje z lamą i peruwiańską owieczką.

Dziwna ta rasa peruwiańska. Maleństwo Mee i Bee ma 2 i pół tygodnia i już się zrównało wzrostem z prawie jednolatką z Peru.

Ostatnimi dniami w wyścigu „pod nóż” owieczka zaczęła wieść prym przez to swoje … bycie nieznośną. Także baranek ocaleje.

La Familia wygląda tak:

Nad morzem wieje. Mocno wieje. Aż mi włosy zwiało (nie każdy w sumie wie, że była u pani fryzjer wizyta).

W kawiarenkach ludzie są. Biznes gastro wraca na właściwe tory. Na deptakach też można spotkać turystów. Kupują kramowy chłam, kebaby i lody. Właśnie! Może ktoś chce koszulkę z napisem Mielno? Albo kapelusz? Albo poduszkę? Badziewi tu bez liku.

Latem musi tu być strasznie. Plaża jest krótka, więc pewnie nie da się przejść. Obok w Łazach krajobraz jakby bardziej stonowany, bez tych kolorowych jarmarków. A może to tylko takie (mylne) wrażenie zza kierownicy.

Aha, na razie nie zauważyłem strasznych cen. Zupa pho z krewetkami 26 zł, kaczka na półmisku od 28 do 32 zł. Ryb jakoś nie odnotowałem. Kebabski rządzi.

Ale, hm, ciastko, duży lód i 2 czarne kawy za 62 zł? To tak jakby po warszawsku.

Także wracam w dół mapy i zobaczymy co dalej. Piękna nasza Polska cała. Rzepak się żółci na polach. Ładny widok.

szczepcio i tońcio

zaszczepiłem się koło domciu. Eh, prawie szybka akcja. Gdyby nie …

Pani omdlała, jak ja już miałem zostać dziabnięty. Wyprosili wszystkich i była reanimacja. Co chwilę ktoś otwierał drzwi od salki i widziałem postępy w cuceniu kobiety.

Najpierw „halo halo wszystko dobrze”.

Później widzę jak młoda pomoc medyczna trzyma kroplówkę.

Za trzecim razem nic nie widziałem, bo postawili parawan.

Chłopiec stojący na straży co chwila informował wszystkich, żeby dobrze wypełnić ankiety i że jeszcze chwilkę trzeba zaczekać.

– ale wszystko w porządku z tą panią? – pytam?

– tak, tak. Wszystko dobrze. Akcję serca jej robią – rezolutnie odpowiada młody medyk

 

Hm, nie znam się, ale wydaje mi się, że akcja serca jest daleko od „wszystko dobrze”.

Po 20 minutach pani została dokładnie osłonięta parawanami i zaczęto nas wpuszczać.

Nic nie poczułem.

Po południu spojrzałem na telefon na apkę „health”, czyli zdrowie i się przeraziłem! Niepodobnością było to, co zobaczyłem. Co się ze mną stało tego dnia do tej pory. Taka sytuacja ma bardzo rzadko miejsce! Aplikacja pokazała mi bez mała 4 000 kroków zrobionych! Jeszcze z 6 tysięcy mi brakowało do dziennego wymogu. Trzeba iść – myślę sobie. Ale zauważyłem, że mnie ręka zaczyna dawać się we znaki. Boli jakby. Takie uczucie, jak siostra w podstawówce mnie lała (z pięści w ramię). Zły znak.

Mimo wszystko wychodzę i się przechadzam. Z kroku na krok czuję, jak mnie rozbiera. Oj nie. Weekend w łóżku.

Przeszedłem się koło instytutu, który robi testy na i szczepi przeciw covidowi.

Gazy techniczne spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w tej szopie nie szczepią!

Może w końcu dokończę film na Netflix. Mam znowu fazę na horrory. I teraz tak w transzach oglądam „Unforgettable”. No obraz niezbyt wysoko oceniany, ale ja lubię. Taki klasyk.

Stary rozwodzi się z całkiem całkiem blond żoną. Wszystko na miejscu mająca ex. Tylko wredota jej jakoś na ryju wyłazi (tak mówiła na początku obecnego millennium moja koleżanka z pracy Ula o naszej mobberce, tzn. pani kierownik). W sumie ta blondi przez większość filmu jakaś nadymana chodziła, więc troszkę jej to urodzie zaszkodziło. Wydaje mi się, że miała problem z alkoholem (ale niskokalorycznym).

No i tej byłej, (nie)szanownej już małżonce zaczął gul chodzić, jak zobaczyła z kim prowadzi się jej ex-stary. No i do tego mamuśka tej blond piękności dorzucała do pieca i tej swojej biednej córce kołki ciosała, krytykowała na każdym kroku. Damą być chyba miała córka mamusi. No i prawie jej wyszło, bo blond ex-żona tego chłopca nawet bardzo dystyngowana była. Mówiła pełnym zdaniem, umiała sztućców używać przy stole, konno jeździła. Nie wiem tylko, czy znała francuski.

Mamusię chyba gra też blond piękność, bo któraś z oryginalnych Aniołków Charliego. Ale to stare dzieje, więc się mogę mylić. Dla mnie aniołki to Cameron Diaz, Drew Barrymore i Lucy Liu.

Nie muszę pisać chyba co była żona zaczęła wyprawiać. Zaczęło się od „hej, zostańmy dobrymi psiapsiółkami. Zapraszam na lunch”.

Później w ruch poszły niewinne kłamstewka i intryżki (małe intrygi). Była też zabawa w „co innego mówię i zachowuję się przy nowej narzeczonej, a co innego przy byłym mężu”. Także klasyczne gierki wrednej … plaży (beach).

Szlag panią trafił, jak na telefonie swojej następczyni zobaczyła AjMasaż z gratulacjami … ślubu. Jakiś stary AjFołn, bo dzisiejsze modele pokazują tylko, że jest wiadomość od danej osoby. Nie pokazuje się już treść na zablokowanym ekranie. Ale nie o to chodzi. To był punkt zwrotny. Blondi wtedy osiągnęła maksymalny poziom zazdrości i minimalny dystynkcji.

No w sumie się nie dziwię. Bo jakby się okazało, że moja ex-żona przygruchałaby sobie nie byle kogo, tylko Rosario Dawson, to też bym chyba zaczął jakiś horror.

Także film polecam, jakby ktoś nie miał co robić, albo źle się czuł po szczepionce. Jak ktoś nie reflektuje, to zawsze może sięgnąć po niezawodne klasyki klasy B – Ślimaki i Maglownica. Ale tych filmów nie da się oglądać na trzeźwo, a jak wiemy po iniekcji nie można spożywać płynów % przez 3 dni.

https://www.youtube.com/watch?v=40iP9nILXoA

 

gryzę się …

… i się tnę.

Ugryzłem się w środę w lewy polik (od środka). W czwartek przegryzłem bąbelka na prawym poliku (afta jakaś, czyli też we w środku). A dziś coś pod językiem sobie dziabłem. Chyba grzanka z suchara mnie załatwiła. No gryzę się jak nic.

W weekend obierałem sobie warzywka i jak to mam w zwyczaju, obskrobałem sobie paluszka. U nasady palca wskazującego lewej ręki też mam jakieś cięcie.

Weekend minął sympatycznie. W piątek u Słodkokwaśnej zjedliśmy pyszne kanapeczki japońskie z ryżem.

Mniam i mlask. Ta z burgerem i podwójnym serem obłęd. Ta z bawetką (bavette) też spoko.

Dodatkowo kolega zaśpiewał viral pt. Jebać PiS. Tekst bardzo prosty. Dodaliśmy również, parafrazując imprezę urodzinową Piaska – i Konfederację. Śpiewak obchodził 50-tkę i Nergal (gość zaproszony) wrzucił na insta story taki to ich wybryk. Piasek chyba w TVPiS robotę przez to stracił. Dobry ten kolega.

Sobota minęła leniwie. Się po mieście się przeszedłem się. Bo słonecznie było. Ale pioruńsko zimno. Miałem do Piotrusia G. dołączyć na sanki, bo kolega z dziećmi się bawił przy moście Śląsko-Dąbrowskim. Ja też przy tym moście byłem, tylko z drugiej strony. Pędziłem do domu, bo zimno, bo siku się chciało.

Wyjście z domu w sobotę było w stylu Pan-Hilary-Gdzie-Są-Moje-Okulary. Guzdram się, zbieram. A już buff do zakrywania twarzy naciągnięty na szyję. Czapka zarzucona na łeb. Słuchawki!? Gdzie są moje słuchawki!? Biegam po pokoju i szukam. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że …

Na mieście postanowiłem podbić do pewnego muralu. Słoneczko jednak mocno dawało. Ale mam już 4 pory roku.

Dziś smutna wiadomość – odszedł Pan Ryszard Szurkowski. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, w 2006?, w 2005?, grałem z kolegami z pracy w tenisa. Bo do jakiejś sekcji sportowej się zapisałem i mieliśmy rozgrywki międzyzakładowe. Było nas 3, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały (tenisowy) świat. Nie udało się.

Każdy wie, jak się gra w tenisa we 3. Słabo. Także koledzy pykają, a ja się kręcę i rozglądam. Na korcie obok zobaczyłem samotnego pana. Staliśmy w sumie obok siebie. I pan zaproponował skrzyżowanie rakiet, bo jego partner nie dotarł. Od razu poznałem pana Ryszarda. Musiał mieć wtedy coś koło 60 lat. Już stałem przy linii końcowej, już zamachiwałem się rakietą, jak partner naszego mistrza wpadł spóźniony. No i nie skrzyżowałem rakiet, nie zagrałem.

O panu Ryszardzie znam jeszcze jedną dykteryjkę opowiedzianą przez brązowego medalistę olimpijskiego z Barcelony, pana Kajetana Broniewskiego (kajaki). Mówił, że kiedyś w większej grupie poprosił mistrza o przejażdżkę na rowerach. Jadą sobie i jadą. Amatorzy poprosili o zaprezentowanie poziomu olimpijskiego. Pan Ryszard powiedział, że odliczy do trzech i rura. Jak powiedział, tak i zrobił. Pan Kajetan powiedział, że nawet przez chwilę nie dotrzymali mu … kroku (można tak powiedzieć w tym przypadku?).

Ponoć Trumpowi chcą zrobić impeachment. W sumie jest za późno, ale chcą się zabezpieczyć przed ewentualnym, kolejnym startowaniem tego pana w wyborach. A taki impeachment uniemożliwi to.

I taka refleksja.

Z Korą się spotkałem. Z panem Ryszardem się spotkałem. I z Trumpem też. Hmm.

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

ten kraj nie jest dla wszystkich, czyli

… this country is not for everybody

 

Każdy kto mnie zna, albo śledzi mój blog od Dziękczynienia 2015 wie, że jestem fanem country!

A to wszystko dzięki Adele i jej potężnemu przebojowi Hello! Podróżując naszym Jeep’em Cherokee z Miami na Key West z Panem z Europy na K. poznawaliśmy amerykańskie radio. Adele hit leciał wszędzie co chwilę. Postanowiliśmy postawić na radio satelitarne i wybraliśmy … country. I to było to. Do tej pory mam folder z tą muzyką w mojej muzycznej bibliotece. Wtedy dwa hity rządziły Cam „Burning House” i nasz ulubieniec George Strait i jego „Cold Beer Conversation”.

Dziś odkryłem, że Chris Stapleton wydał swój 4 album – Starting Over. Lubię go. Uwielbiam jego głos. To takie inne country mam wrażenie, nie dla każdego.

Rok temu podróżowałem autem do Kansas City i po Teksasie. Najpierw miało być południe Stanów i zabawa z koleżanką Ulą w Austin. Ale bilety lotnicze były drogie, więc przełożyłem wizytę na następny tydzień. Także najpierw zajechałem do Kansas City. Na sam przód moim oczom ukazał się olbrzymi billboard reklamujący koncert Chrisa Stapleton’a. Wydarzenie miało się odbyć dokładnie … za tydzień. Cholerne bilety. Gdyby lot do Teksasu nie był taki drogi, to byłbym w dniu koncertu w Kansas City i pewnie bym się wybrał na brodacza. Szkoda. On pewnie nie wie co to Polska. Choć nie, teraz już każdy wie, co to i gdzie to! Przecie Polska, to dziś kraj nie dla każdego. Wczoraj wracawszy do domu z biura zauważyłem od groma radiowozów na Ujazdowskich przy Pięknej (czyli w prostej linii od Sejmu).

Dziś czytam, że społeczeństwo zbulwersowane zachowaniem milicjanta, co brutalnie popchnął jakiegoś kolesia. Hmmm, nie pamięta wójt, jak cielęciem był. Za czasów rządów PO cała Polska się śmiała z nieudaczności policji. Że nie potrafi kogoś z plaży wyprowadzić, że ojca, głowę rodziny, nie potrafi z auta wyciągnąć. Że dwa biedne policjanty uwiesiły się na, bądź co bądź, zdrowym byku. Dopiero jak gazem tatusia potraktowały, to cośtam cośtam się udało. I wszystko na oczach płaczącej żony i przerażonych dzieci. Albo że jak strzelali, to chyba nic nie trafiło w cel. Padaczka, a nie policja.

A teraz? Milicja za brutalna – krzyczy społeczeństwo. Ja jestem za tym, żeby była. Nie łażę, nie narzucam się, to nie ma podstaw, żeby jakiś milicjant mnie brutalnie pchał. Ale chcę, żeby społeczeństwo czuło respekt przed stróżami prawa, ale też, żeby miało wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. A z tym gorzej.

Poza tym widać, że koleś spokojnie nie przechodził, także nie wiadomo, czy była jakaś pyskówka, czy wcześniej nie było próśb ze strony milicji, żeby pomykał chyżo. Nie dziwię się stróżom prawa. Jest ich dużo mniej. Tłum napiera, a co ma robić milicjant? Ankietę? Przepraszam, pan przechodzi z tragarzami, czy przyszedł protestować? A może kamieniem w policję rzucić? Bez sensu. Nie ma co się w tańcu … ceregielić. Jak się zachowujesz niewłaściwie, to się spodziewaj, że ktoś cię może popchnąć, że możesz niefortunnie upaść.

Polska, to dziś nie jest kraj dla każdego.

Chris Stapleton, to nie jest country dla każdego.

 

Chyba już powinienem zakończyć ten wpis i odejść. Dobrego piątku i weekendu wszystkim.

 

 

madonna może sobie śpiewać

Bitch, i’m madonna.

 

Ja niestety ani królową, ani królem popu nie jestem.

Niefortunnie się do selfie ustawiłem i wyszło, co wyszło.

 

 

Dziwka jakaś, bitch! Wyjaśniam, że dziś pojechałem na grzyby. Przejeżdżałem przez ulice i Praw-dziwka, i Muchomora.

Wczoraj pyszności jadłem u Słodkokwaśnej. Pastrami kanapka (mlaaaaaask) oraz karaś smażony (nacięty, żeby się małe ości wysmażyły. Było mniam).

 

Do tego Alcorythm, żeby dziś było cacy (polecam serdecznie ten napój). I do tego pani Słodkokwaśnej narobiła kapusty kiszonej (z octem). Nawet słoik do domu dostałem, ale już dziś zrobiło się pół słoika. Chyba dzieci zjadły.

Polecamy ze Słodkokwaśną film na Netflixie – White Boy Rick. Z Matfiu Makonahy (nie pamiętam jak się on pisze. Matthew McConagh… no nie wiem). Film jest o najmłodszym informatorze FBI. Zwerbowali chłopca jak miał … 14 lat. Detroit w 1985 roku wyglądało koszmarnie. Bałbym się tam mieszkać. Bardzo fajna kreacja młodej, brytyjskiej aktorki, która zagrała ćpunkę, siostrę młodego informatora.

Widziałem też Trailer Park Boys/Chłopaki z Baraków. Nie wierzyłem co ja paczę! Absurdalne, durne, ale … wciągające.

 

W sobotę poszedłem dookoła Jeziorka Czerniakowskiego. Lubię tam spacerować. Za każdym razem coś nowego odkryję. Zauważam, że pandemia spowodowała, że ludzie gromadnie spacerują tam. Nie ma galerii handlowych, to trzeba coś robić. Wcześniej na moich spacerach mijałem z jedną, dwie osoby. Teraz co chwila dzień dobry mówię.

 

Dziś pyszny rower. Pogoda akuratna. Niestety na mojej trasie od groma pieszych. Wcześniej spotykałem jeden rower i jednego człowieka. Teraz za bardzo nie było okazji, żeby się do 20 km/h się rozpędzić. Także drzewa były mijane bezpiecznie.

Muszę się przyznać, że wykorzystałem dziś dzieci Państwa z Europy na K. Wiedziałem, że Pan z Europy na K. pojechał na włości, więc dzwonię do szanownej małżonki. Okazało się, że jednak z nim się włości. To do dzieci dzwonię. Najpierw do mojego BFF-a. Oczywiście nie odbiera, bo pewnie nie słyszy. Na szczęście starsze dziecię odebrało i się umówiłem. W oponki chciałem dmuchnąć, bo Pan z Europy na K. ma taką sprytną pompkę. Podbijam do dzieci i mówię, że trzeba nadmuchać koła do 3,5 atmosfer. I tak żartem mówię do Bąbelka, żeby brał się za robotę. I co ja paczę!? Młody zaczyna mi wentyle odkręcać. Niestety trochę ciężka robota, bo sporo powietrza uszło, zanim mój BFF założył końcówkę pompki. Licznik pokazywał 2 atmosfery (nie wiem w jakiej jednostce pokazuje). Na szczęście siostra Bąbelka włączyła się do akcji i koło nadmuchane. Poprosiłem o kawę i młody zajął się ekspresem. A często bywało tak, że jak Pan z Europy na K. pytał się, czy chcę kawę, to mówił – to se zrób.

Piję sobie i konwersuję ze starszym dzieciem i oczywiście, jak zawsze, kawę wylałem. Pewnie pytacie się, czy zmyłem podłogę? Ha, nie!

Dobre są te dzieci. Takie pomocne. Może trzeba sobie załatwić jakieś? Ponoć w kapuście można znaleźć. Przejeżdżałem dziś koło pola kapusty. Nie było.

 

Nienawidzę prasować, to miałyby co robić. Toaletę bym nauczył sprzątać. Jak kamień z kabiny prysznicowej usunąć. I takie tam inne. Dobrze by było, gdyby miały 18 lat, to po fajki i po bronksa mogłyby same pójść. A jak byłyby młodsze i miało przynajmniej z metr 20, to do lodówki mogłoby sięgać, po piwo. Sama wygoda i korzyść te dzieci. Ooooo, i przecie 500+ dają!

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑