Tag: Tom Waits

nie dzielny wieczór

A gra mi niezawodny Tom Waits i jego „The Heart of Saturday Night”.

Bo mam taki nastrój. Bo pada.

Nachodziłem się dziś. Fotki i relacja będą później na zagranicznym blogu.

Na koniec łażenia („od tego są nogi, by łazić na nich”) zaszedłem do lokalnego baru. Akurat było parę znajomych osób. To się zajęliśmy konwersacją. Mówię, że co to za durne SMS z tym alertem pogodowym? Cały dzień jest ok, a tu straszą. Po pół godzinie zaczęło kapać. Stwierdziliśmy, że jak to dobrze, że szef w końcu zainwestował w dach nad ogródkiem. Po 10 sekundach lania uciekliśmy do środka. Przemoczeni. Padało w poprzek! Taki deszcz. Błyskało się niemiłosiernie.

 

Grzmotów nie było słychać. Ktoś, kto mieszka wysoko musiał mieć fajny widok na miasto. Po pół godzinie jakby ustało. Pierwsza do domu ruszyła Kaśka. Po 5 minutach – Krzysiek. Jak kolega dał nogę za próg zaczęło lać znowu. Odczekałem 10 minut i stwierdziłem, że jakby nie pada i lecę. Metr od lokalu wdepnąłem w kałużę. Ale faktycznie całą drogę już nie padało.

Ironia losu? Chichot losu? Jak to nazwać?

Także Tom Waits mi tu jeszcze pośpiewa. Może później włączę nowsze dzieła i będzie mi charczał. Zobaczymy.

Ekspres w końcu wyzionął ducha.

dobre rączki potrzebne od zaraz

Lubię zupę tajską. A właściwie lubię zupę z mlekiem kokosowym. Skoro takie mniam i mlask, to pewnie niezdrowe.

Once on the lips, forever on the hips!

Trudno. Nie ma co się hamować, jak jest zachcianka. Raz od wielkiego dzwonu można zgrzeszyć. Krewetków sobie nakupiłem w Lidl, bo coś nawet nie drogo było.

 

To już będzie 6 lat, jak zrobiłem remont mieszkania. To już chyba będzie trzeci raz wspomniane w ostatnich trzech wpisach. Przed metamerfozą pozbywałem się rzeczy, w tym płyt CD. Myślę, że ze 100 krążków poszło na klatkę. I ktoś je sobie wziął.

Teraz mnie znowu naszło, żeby przewietrzyć szafkę z muzyką. Nie słucham CD. Od 7 lat wszystko jest na streamingu. No chyba, że Tom Waits i Marillion. Oni zawsze na CD. Myślałem nawet o tym, żeby tylko ich zostawić, a reszty się pozbyć.

Nie wystawiam już nic na OLX, bo ludzie nie doceniają. Dam na ten przykład zestaw 5 płyt za 20 złotych, to się za chwilę jakiś zapyta, czy za 15 pójdzie. Albo druga – a ile za 4 płyty?

Rower też patrzyłem i wychodziło mi, że za 300 zł mógłbym wystawić. Ale nie chce mi się użerać i opuszczać ceny. Pewnie za jakieś 150-200 by poszedł. To wolę jednak oddać Słodkokwaśnej. Niech ze swoją panią popedałuje w nieznane, do lasu, w siną dal.

Także nie chce mi się z ludźmi użerać. Wole oddać towar w dobre ręce. I właśnie dobrych rąk poszukuję. Jakby ktoś szłyszał, wiedział, to niech powie o mnie i mojej wielkiej akcji oddawania CD.

38 płyt lekką ręką nazbierałem. Waham się jeszcze co do Madonny, Edzi Bartosiewicz i Coma’y. Ale z sentymentu zostają na razie.

No i proszę ile miejsca mi się zrobiło w szafce! Taki spryciula jestem. Istny space saver!

IMG_4794

Uwaga! Zanim dobre rączki dostaną dobrą muzykę, pozwoliłem sobie przesłuchać tych wybrańców. Uczciwie postąpię. Posłucham i jak nic mi nie drgnie, to w dobre rączki.

Zacząłem od A.

Adele – 21

Cholera, chyba zostaje!

Teraz Christina Aguilera i jej retro „Back to Basics”. Cholera, chyba zostanie. Dziewucha nagrała fajny dwupłytowy album. No i miała/(ma?) głos jak dzwon.

Coś czuję, że dobre rączki zostaną puste.

Tak samo mam z szafą. Raz na jakiś czas postanawiam wyrzucić stare ubrania. Albo ubrania, w których już nie pokazuję się.

Nie mam problemu z selekcją. Decyzja jest błyskawiczna. Zostajesz. Out. O, to jak to mam?

Także dosyć szybko na podłodze pojawia się spora kupka ciuchów. I się teraz zaczna.

Ooo, nie chodziłem w tym nigdy, to tak głupio wyrzucać. Założe raz, zobaczę i wtedy ewentualny out

Albo

Ooo, nie, to nie

Albo

Hmmm, trochę już stare i przetarte, ale super wygodne

Albo słyszę

Nieeee, nie wyrzucaj mnie

Nie zdziwię się jak zostanę z tymi płytami, bo wszystko się nagle okaże pięknymi dźwiękami.

Niektóre płyty kupiłem tylko dla jednoego utworu.

Rachel Yamagata – Worn me Down

Shirley Horn – Here’s to Life

Dave Brubeck – Take Five

Candlebox – 10 000 horses

Fatboy – Bad News from Pretty Red Lips

Muzykoterapia – Winobranie

Incarnations – Rebeka

 

Mam nadzieję, że dobre rączki się nie zgłoszą i nie będzie bólu oddawania.

i am a man who walks alone

Drugi wpis jednego dnia!? Koniec świata panie Popiołek.

A tknęło mnie po tym wpisie poweselnym.

Muzyka na żywo. Czy na plus, czy na minus? Miałem kiedyś kilka CD z serii live, bo słyszałem jakiś jeden utwór, albo byłem na koncercie artysty. Niestety płyt się nie dało słuchać już później w domu. To nie to samo. Albo jesteś na koncercie, albo nie słuchaj poźnej na nośnikach.

Kilka nagrań utkwiło mi w pamięci. Lubię i często słucham. Ale tylko kilka.

Pamiętam jak w 2000 albo 2001, a może 2002 kolega mi puścił DVD Metallici. Miał kino domowe. To taka nowość wtedy była. Wbiło mnie w fotel. Lubiłem wtedy Metallicę, także efekt był. Poza tym kino domowe, to nie to samo co cienkie CD, prawdaż?

Z nagrań koncertowych mogę słuchać namiętnie Toma Waitsa. Pewnie dlatego, że to jest marzenie, które się już nigdy nie zrealizuje. Dziadu już nie jeździ w trasy, a szkoda. Także słucham pana Toma i się cieszę. Mam wszystkie jego płyty studyjne, ale nie znam na pamięć dyskografii. Jak ktoś mi puści, to nie wiem co to i z jakiego albumu. Aż tak świrnięty nie jestem.

Nawet jak zajechaliśmy do San Diego, to Pan z Europy na K. puścił nam Toma i zapytał co to za melodia. Nie wiedziałem. A to było San Diego Serenade. Od tamtej pory już rozpoznaję ten kawałek. I miasto, i piosenka i wspomnienia zacne! Dzięki Marcin. Ponad 9 lat temu … time flies …

Tom waits wypuścił ostatnio kilka albumów z serii live i można się rozkoszować. Na żywo z Austin z lat 70. Na żywo z radia i tak dalej. Lubię. Pan charczy tu i tam. Śmieje się złowieszczo i chyba śpiewa. Tak po swojemu. Ale jest jedna, jedyna płyta, którą kocham. W ogóle, nie tylko jego. Najlepszejsze nagranie z serii live to Nighthawks at the Diner. Mogę słuchać zawsze i wszędzie. Pięknie, relaksująco, wspaniale.

A jeśli chodzi o pojedyncze piosenki w wersji na żywo? To właśnie weselny wpis mnie natchnął do napisania tegoż posta. Wczoraj jak chłopaki bawili się DJ-ów, to pytali każdego:

Co puścić? co puścić?

No i ja im powiedziałem. Ot tak dla żartu. Ot tak nie sądząc, że oni to puszczą i, że my nóżką potupiemy na parkiecie.

To jest piosenka, której słucham tylko w wersji na żywo. Studyjnej jakoś nie zarejestrowałem. Nie wiem czemu. Przecie zgodnie z moją polityką powinienem omijać nagrania live. A tu jednak nie.

Scream for me Brazil!

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that somethings always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone’s always there

 

Aaaaa, bo już pewnie nie będzie wpisu kolejnego. Wspomniałem tu pewne miasto na A. Uleńko, życzę dobrego lotu do domu jutro. Jak dobrze pójdzie i zawitam w Stanach w październiku, to ja z miłą chęcią odwiedzę Austin. Po Twoich zdjęciach na insta wydaje się, że to fajne miasto. Wszyscy mówią o San Antonio, jak wspomnisz Teksas. A mnie się właśnie Twój Austin podoba. Może namówię Ulę z Niu Dżerzej? I wpadniemy większą grupką? Czas pokaże. Widzisz jak muzyka i Tom Waits zbliża?

niegrzeczny jak ja

Hejka! Jak się macie? Bo ja świetnie. Kolejny dzień weekendowy i kolejna pobudka o 6.30.

Wracam ja ci z pierwszej części robót i dzownię do kolegi Arka-Zegarka. Bo dziś finał Ligi Miszczów. 9.51 na cyferblacie, a ten zaspany!

– co taki nie w sosie. Obudziłem?

– bo wstałem niedawno

 

Z Mysiami jestem na wczasach. Wstaję o 7.00, a Państwo śpi jeszcze!

Ludzie! Wyśpimy się po śmierci. Szkoda dnia, szkoda leżeć w łożu. Przygoda czeka.

 

No i tak kursowałem dwa razy na trasie Dom – Legionowo. Za każdym razem wybierałem inną trasę, żeby unikać zapchanych dróg. Ograniczenie na Wisłostradzie do 60 kph i ludzie jadą 60! A nie pada. Wracam Modlińską i jeszcze gorzej. A przy ZOO to już kompletna masakra. Ale dojechałem i zakończyłem dzień pracy. Oczywiście zaczęło padać, grzmieć i błyskać. Ciekawe czy pani prof. ze Szczecina już pod stołem siedzi?

Odkrywszy ostatnio ciekawy serial na Feflix – Safe. Gra Dexter. Tym razem gra tego dobrego. Tzn. na razie dobrego. Dostępny jest 1 sezon ośmioepizodowy. Jestem przy 5 i nie nudzi. A jakoś ostatnio nic mnie nie ciekawiło. Nawet „Suits“ odstawiłem, bo się okazało, że ta czarna rzuciła chyba tego Mike’a i wyszła za mąż tydzień temu za księżnika Harry’ego. W TV ponoć pokazywali. Nawet Wombat z tej kancelarii był na weselu.

Powróciwszy do domu pomyślałem o muzyce. Ale stwierdziłem, że oldschoolowy dziś będę i włączę sobie CD. Otwieram szafkę i patrzę na te moje krążki i nie wiem co wybrać. Marillion? Nie, nie trzeba, już pada.

Padło na Toma Waitsa i jego „Bad as Me“.

No good you say
Well that’s good enough for me

 

Pomiędzy sesjami pracowymi poszedłem po śledzie na wieczór. Koło bloku jakiś cymbał przywiązał psa do trzepaka. I albo smycz za długa i pies się nie mógł powiesić. Albo smycz za krótka i pies się nie mógł położyć. Ludzie to są ćwoki. A Fafik fajny. Szkoda go dla takich durnych ludzi.

A gdyby tak pana przywiązać do trzepaka i niech sobie klęczy, bo nie da rady usiąść?

I jeszcze o Nicki Minaj muszę wspomnieć, bo bije tę Cardi B na głowę. Cardi B ponoć ma ze wszystkimi beefy. Wszyscy zarzucają jej, że jest sztuczna i mówi nie po angielsku. Nowa gwiazdka odpowiedziała na swoim Instagramie i szybko usunęła konto. Ale jak wiemy z historii – w internecie nic nie ginie. Poczytałem jej wypowiedź. Miała laska rację i niech się inni od niej odczepią. Ale przepraszam bardzo, po jakiemu to kurna było?! Po blatino? (Ojciec z Dominikany, matka Trynidad = blatino).

No i ta Nicki moja wpadła do SNL na koniec sezonu. Dwa występy na żywo (? albo hmm) bardzo cienkie. Spodobał mi się za to skecz z jej udziałem. 3 przyjaciółki spotykają się w klubie i narzekają jakie to niedobre ludzie na ich drodze pojawiają się. I dla wsparcia i podtrzymania się na duchu śpiewają pisenkę w stylu schola, ognisko, chłopak z gitarą, Bee Gees, Abba, czyli obciach i kaszana. I w pewnym momencie wpada przyjaciółka Nicki, która zmienia nieco tekst piosenki dziewczyn (żeby dopasować ją do swojej tonacji) i zaczyna w swoim stylu wspierać psiapsiółki.

Co będę narratoryzował. Sami zobaczcie (Nicki pojawia się w 2min25sek):

 

Ok, to tyle. Chciałem tylko dać info, że jest ok, wszystko w porządku. Weekendy pracowe aż do 30 czerwca, więc jestem lekko aspołeczny.

Wow, podoba mi się ten Tom Waits!

Hejka!

Koniec i początek

Najnowszy i zarazem ostatni odcinek Dextera spoliczkował mnie i zdegustował panią inżynier ze Szczecina. Ciekawe jaką opinię będzie miał inny fan – Słodkokwaśna.

Epizod finalny zakrawa o pomstę do nieba, jak i cały ósmy sezon z resztą. Zrobili na koniec jakąś brazylijską telenowelę.

Nie chcę nawet więcej o tym pisać, bo lekarz kazał się nie denerwować, a i Słodkokwaśna nie oglądał jeszcze pewnie, więc nie chcę spoilerować. Niech się sam dowie, że Dexter i Debrah giną na morzu w łódce o nazwie „Slice of Life“.

Psychopata się wyleczył. Cud nad cuda. Szkoda Debrahy – najjaśniejszego punktu serialu.

Ostatnie słowa wulgarnej bohaterki:

Go and be fucking happy.

 

Ale jak żyć bez Dextera i przede wszystkim bez Debrahy?

Czy ona była Debrah czy Deborah? Heh, taki fan ze mnie, a nawet tego nie wiem. Cóż, serial się zakończył, łza w oku się zakręciła. Czas ruszyć i być szczęśliwym.

ale tak spieprzyć serial!!!???

 

Na szczęście pojawiła się kolejna seria dwóch spłukanych dziewczyn.

 

Słodkokwaśna podekomendowała nowość – The Blacklist. Hm, z opisu wali zrzynką z The Following, który miał początek rewelacyjny, a skończył się komedią niemożliwą do oglądania. Ale przy pysznym jedzeniu i pysznych płynach, to nawet i Tap Madl był interesujący. Na trzeźwo nie wchodził. Także Czarną Listę stestujemy.

 

Z innych ostatnich nowości chciałbym oświadczyć, że przebiegłem półmaraton!

21 095 km pokonałem w 1h55m57s! Jestem z siebie dumny. Kolejny krok – maraton. Kiedyś. Może kiedyś, bo bieganie mnie znużyło. Nie wiem, czy to ta pogoda, czy osiągnięty cel, ale biegać mi się coraz bardziej nie chce. W pracy jestem na 7 miejscu wśród wszystkich bankowych biegaczy. Mam na koncie 136 pokonanych kilometrów od września. Przede mną, w zasięgu są dwie osoby. Może je przegonię.

W regionie warszawskim króluję i rządzę niepodzielnie. Na drugim miejscu są 3 osoby ze swoimi śmiesznymi 46 kilometrami.

 

Z muzyki – Placebo wraca do łask. Pojedyncze utwory bardzo fajne, całej płyty nie da się znieść. Za monotonne. I tak 7 to już chyba album na takie samo kopyto nagrany.

Muzyczny freak namawia mnie na koncert Foals, ale nie. Zdecydowanie nie. Jakaś rockowa diskoteka. Nie!

Ale za to podsunąłem pomysł na zobaczenie Editors. Nawet Pan K. się zainteresował. To pójdziemy we 3, jak jeszcze bilety będą, jak się ogarnę z kupnem w Empiku, który mam 50 m od pracy.

 

27 października gdzieś w Californi wystąpi pewien pan. Event się nazywa Bridge School Benefit Concert. Kurczę, może coś z tego wyjdzie i Tom Waits ruszy w trasę?

if i can make it here, i can make it anywhere 10 maja 2012

Na wstepie musze zaznaczyc: nie czytalem tego co napisalem, wiec sorki za bledy i glupoty. Po drugie – zdjecia przebralem tylko raz. Nie mam czasu. Moze pozniej to wszystko poprawie.

Zaczynamy:

Ponoc tak mowia. Jesli uda ci sie w tym miescie, powiedzie ci sie wszedzie. Cos w tym jest. Nic dziwnego, ze mowia na to miasto przez duze M.

No niemozliwe sa te autobusy. Dzis czytam na portalu NJ Transit, ze sa jakies kilkudziesieciominutowe opznienia w zwiazku z remontami tunelu i dworca. Pomyslalem sobie, ze pojade wobec tego 175 na Harlem. George Washington Bridge Bus Terminal co prawda 130 kilka ulic wyzej ale co tam. Metro ekspresowe i bede szybciej. Czekam, stoje i … przyjechalo 164, ktore mialo byc albo ciut pozniej, albo duzo, duzo wczesniej. Jade na PABT. Zobaczymy.

Wczoraj sie ogolilem, ale zostawilem sobie blond rudego i rzadkiego wasa. Wygladam jak klasyczny redneck.

Wczoraj uslyszalem Gotye po raz pierwszy. Ale z mojej mp3, wiec sie nie liczy. Dziwie sie, ze tego nie graja czesto. Rekordy bije ta piesn. Numer 1 w kraju, na liscie dance, klubowej i alternatywnej (po raz 10 zreszta, bijac dziewieciotygodniowy rekord The Goo Goo Dolls chyba).

Za to “tonight, we are young, so let’s set the world on fire” lecie non stop.

Ogniu krocz ze mna? Motyw ognia w modzie. “I’ll set fire to the rain” spiewala nie tak dawno Adele, a teraz ci chca zjarac swiat. Kazik, za Tomem Waitsem, tez spiewal “hej ptaszku, mam wiadomosc zla. Twoj dom sie pali, a dzieci same sa“. Czyli “hey, little bird, fly away home. Your house is on fire and children all alone“.

A propos Adele. Mowia, ze od 63 tygodni, czyli od debiutu, jej 21 nie opuscil top10 najlepiej sprzedajacych sie plyt w USA. I teraz, w zwiazku z niedzielnym dniem matki, oraz faktem braku spektakularnych nowosci, moze po raz 24 byc na szczycie zestawienia najlepiej sprzedajacych sie plyt. Zuszka! Brawo!

Czemu trzesie, jak zaczynam pisac, a przestaje, gdy odkladam dlugopis?

Wyszedlem z dworca, pstryknalem fotke PABT (to najbrzydsze zdjecie to Port Authority Bus Terminal) i zjadlem sniadanie w Subway‘u. Pan zapytal skad ja – polski? Bo zobaczyl na karcie nazwe banku, wydawce karty kredytowej.

Bez ceregieli wbilem sie na 5 aleje i ide w dol zolnierskim krokiem, do Washington Square Park. Teraz przycupnalem sobie w parku przy Flatiron Building.

Park Waszyngtona fajny. Duzo pasywnych ludzi, ale tez i sporo przechodzacych turystow. Wyjatkowo malo dziwadel dzis. Lece pod dom Przyjaciol.

Tak! Washingotn Park, to to miejsce, w ktorym graja w szachy i … jaraja trawe. Uwielbiam Greenwich Village. Niech mi zaden Rumun nie mowi, ze to jakies pedalskie miejsce jest. Urokliwe i z klimatem jak dla mnie. Znalazelm sklepik z muzyka i costam kupilem.

Aha, wyzej, na 5 alei uslyszalem po raz pierwszy oficjalnie Gotye w USA. Juz chyba nie glosuje na to w Trojce.

Teraz przysiadlem na chwile w Father Demo Sq i patrze na mapie gdzie mieszkali Przyjaciele. Jakis starszy pan obok mnie myje zeby.

Zrobilem kilka dziwnych zdjec z nienacka ludziom na ulicy, ale temu panu jakos sie nie odwaze. Dzieli nas pol metra.

Alez tlum sie zlecial na Bedford i Grove Street zobaczyc dom Przyjaciol! Kolejka do robienia zdjec. Miejsce bardzo zaciszne, kolorowe, klimatyczne. Waziutkie chodniki wysadzone drzewami. Pieknie.

Ide w kierunku mostu. Wlasnie uslyszalem Michaela Jacksona! Taki pan lekko po czterdziestce szedl, i nie patrzyl przed siebie, i szturchnal mnie w aparat. Rownoczesnie powiedzilismy “i’m sorry“. pan dodatkowo polozyl dlon na sercu, ale palce mial rozcapierzone (?), czyli nie mowil prawdy. Ale za to jaki glos!? Jak u chlopca! Pozniej Michael Jackson zwrocil sie do policjanta – Spring Street? Pan oficer pokazal w kierunku poludniowym. Michaelowy glos jak nic.

W USA wszystko jest albo na wschod i zachod albo polnoc i poludnie. Latwo i wygodnie. A nie tak jak w Polsce – pojdzie pan prosto, pozniej w lewo i w drzewo.

Maly odpoczynek przy 26 Federal Plaza. Vis-a-vis miesci sie Arome Cafe. Mam lekkie deja vu. Dwa i pol roku temu tez siedzialem tu, popijajac niedobra kawe, i jedzac cup cake‘a, i piszac blog. Nic dwa razy sie nie zdarza. Tym razem nie zaszedlem tam, tylko siedze i po prostu pisze blog.

Most juz tuz tuz, czyli most almost.

Brooklynski Most od strony Manhattanu w restauracji. Widoki slabe i na dodatek zaczal padac deszcz. Brooklyn Bridge Park jakis inny, odmieniony, ozywiony. Kiedys to bylo kawalek trawy i lawki. A teraz sciezki, zadbana zielen, laweczki. Fajnie. Szkoda tylko, ze nad glowa z tylu huk z Mostu Manhattanskiego ogromny.

Ide za drugi most. Slonce wyszlo!

Swiat piekniejszy jest niz brooklynski most

Kwestia gustu.

Zjadlem przepysznego brooklynskiego loda waniliowego i opalam sie w parku, ktory widac w pierwszej scenie ostatniego filmu Romana Polanskiego – Rzez. W koncu otworzyli ten park, bo ile razy tu zachodzilem, to zawsze bylo cos.

Jakis hiszpanski wazon zerka na moje zapiski z telefonem wyciagnietym w moja strone. Pewnie skanuje i tlumaczy w google translatorze.

Musze przerwac przepisywanie, bo wrocil pan i jedziemy do lesbijskiej restauracji. Lebanonskiej? Libijskiej?

Krotko na temat parku po stronie Brooklynskiej – pieknie! Poza tym Manhattan robi wrazenie i za dnia, i za nocy.

Widze, ze maja water taxi. Chcialem sie skusic ale statek odplynal gdzies w kierunku Staten Island albo Ellis Island. A mnie trzeba na Manhattan.

Polozylem sie na trawie, wyjalem mp3 i patrze na wyspe. Czego by tu posluchac? R.E.M. “Leaving New York? Nie! Zbyt dolujace. Tom Waits? Wybierzmy losowo. Everyday i’m shuffling.

John Mayer “Belief”!!! Spooky. On mi sie zawsze kojarzyl z Miastem! Albo ta piosenka albo “Waiting on a World to Change” ma video z NYC!

We’re never gonna win the world

We’re never gonna stop the war

We’re never gonna beat this

If belief is what we’re fighting for

Pozniej bylo:

+ Brodka – nie polubisz mnie, mej koszuli pstrosci. Zblizysz sie o krok, porachuje kosci

+ Will Young “Come on”

+ o prosze jest! Adele “Someone Like You”. A tak za mna chodzi caly wyjazd “Rolling in the Deep”

+ Waglewski, Malenczuk, Fisz, Emade – Wszyscy artysci to wojownicy

+ Mark Lanegan “St Elegy Blues” – ale juz wyszukany specjalnie

+ Tom Waits – tez wyszukany

Znowu taxi wodne plynie. Jednak na Staten Island ludzi wiezie. Nie po drodze mi. Mark Lanegan brzmi na Brooklynie tak samo oblednie jak pod rzeka Hudson. Patrze sobie w niebo i nie widze, zeby lecial samolot. Za to helikopter za helikopterem. Zakaz latanie samolotow nad Manhattanem po 9/11.

A nie! Water taxi skrecila jednak i plynie na Ellis Island. Jakos nie mam zyczenia statuy od dolu ogladac. Mam kupe zdjec z promu Staten Island Ferry.

Tom Waits ma dzis swieto. Zaspiewal mi dwa razy – “Jockey full of Burboun” oraz “Bad As Me“. Zachmurzylo sie. A myslalem, ze tylko Marillion ma taki negatywny wplyw na aure.

Przez most wracalem juz predko. Nie wiem co jest ale zawsze mam z tego miejsca kilkaset zdjec. Tym razem w drodze powrotnej juz nie pstrykam.

Udeptanym dzis jak nigdy. Juz 15 km na liczniku, a ja chce jeszcze. To teraz Wall Street i Battery Park.

W drodze powrotnej rozgryzlem water taxi. Przeplywa tylko atrakcyjnie obok statuy. Sa cztery trasy na Manhattan – do Battery Park wlasnie, na 34 ulice od strony Hudson river, co mi kompletnie nie po drodze, oraz 2 na East River. Niestety najblizsza taksowka jechala na 34 ulice, a do Battery Park bedzie dopiero za godzine.

Przed wejsciem na most, w drodze powrotnej kupilem sobie jeszcze solonego precla (nie bylo innego) oraz wode Poland Spring. Otrzepalem cala sol, bo nie dalo sie tego jesc. I ot, caly moj lunch. Kompletnie nie chce mi sie tu jesc. Ale w koncu wypadaloby. Nawet chocby pieprzonego solonego precla.

Jakims polskim lalkom zrobilem foty. W parku z kolei ja poprosilem jakiegos, jak sie pozniej okazalo, Brazylijczyka o zdjecie. Wzdluz nabrzeza sa lawki. Minalem kilku blogujacych, bo tez cos w zeszytach zapisywali.

Zejscie z mostu na Manhattan przypomnialo mi ostatni raz jak tu zszedlem. Wrzesien 2009.

In New York. Conrete jungle where dreams are made of

Czyli dyzurne samochody przejezdzajace co chwile i grajace najglosniej jak sie da te piesn. Jak sie pozniej okazalo piosenka roku wg mnie. Jaj Zet i Ala Keys.

No fumar dentro del parque

Damn!

Oblecialem Wall Street i wrocilem pod ex-dwie wieze. Faktycznie dobrze Pani mowila. Wzbite sa jakies nowe budynki. Ale one sa jakby ciut obok. Aha, to chyba na razie tylko jeden budynek jest. Mozna na necie sledzic postepy.

Ostatnia fajka i w metro, i w autobus, i do domu.

Do widzenia Miastu!

Patrzę sobie na niebo i widzę jak leci samolot

A czyż nie mówili, że stamtąd Jezus nadszedł?

Z ząbkami piranii śnię o tobie…

Nie, nie zwariowałem. Zanuciłem sobie Marka Lanegana. Dwie jego piosenki z ostatniej płyty. Kto wie, ten wie co to.

Pan K. powiedział, że czytał, że to taki Tom Waits. Czyżby mój sen zrobił projekcję i wiedział, że przy okazji koncertu Marka wspomniany będzie Tom? Czytałem ten artykuł dziś.

Nie, nie byłem przekonany, że to Tom Waits, albo że to jakiś jego młodszy brat. Ale i po wczorajszym koncercie, i po przeczytaniu artykułu, i po odsłuchaniu dwóch ostatnich płyt, mam wciąż Toma Waitsa przed oczyma. Coś w tym jest, czy po prostu tęsknie za zobaczeniem Waitsa na żywo? Może zadzwonię do niego jak będę w Mieście, to na jakiś lunch wyskoczymy?

ale czy ten Mark nie jest łudząco podobny do Waitsa? jakby tak być koślawym na jedno oko…

Eh.

Wracając do 19 marca roku tego.

Support na szczęście nie był przerażający. Ale też nie powalający. Brzdąkanie w stylu grunge. Pomyślałem nawet, że Kurt Cobain żyje. Ale melodie ich to już nie dla mnie. Już mnie taka muzyka nie bawi. Creature with the Atom Bomb. No nazwa zespołu pasowała jak ulał. Dokładnie tak wyglądali. Pioseneczki mieli tak rozbudowane, że jak po 10 minutach brzdękania wokalista wydał głos, to aż się zdziwiłem, że ktoś tam na scenie jest i śpiewa.

W porównaniu z koncertem w Szkocji panowie rozgrzewający szybko zakończyli swój występ.

Pan Mark wyszedł wczoraj na scenę i już. Żadnego przymilania się. Żadnej miłości do tłumu. Stał sobie przy mikrofonie i śpiewał. Raz czy dwa głowę na prawo przekręcił. „Senk ju wery macz” z raz powiedział i już. Postawa typu take it or leave it. No prawdziwa gwiazda rocka. Szacunek.

Co mnie uderzyło w tym koncercie? Ano to, że pan śpiewał piosenki. Proste, rockowe piosenki. Bez żadnych ozdobników i fajerwerków. Prosto znaczy dobrze. Podobało mi się. Urzekło mnie do tego stopnia, że już zaemailowałem do Uli, że zobaczyć go w Nowym Jorku nada. Kanieczna!

Myślałem, że dEUS był OK. Ale teraz stwierdzam, że było widać przepaść w klasie artysty. A może po prostu i łagodnie rzec wypadałoby, że różnicę, inność?  Belgowie byli poprawni, dobrzy ale w porównaniu ze zmęczeniem i doświadczeniem Marka Lanegana wypadli faktycznie jak taki efekciarski Coldplay. Czyli dobrze mi się zdawało, że Proxima była za mała dla nich, albo oni za wielcy na Proximę. W Belgii wyprzedają koncerty w halach na kilkanaście tysięcy osób, więc to w Warszawie było jakimś mikro-występem. Może dlatego się nie zmieścili do polskiego klubu?

Jedno jest pewne. Proxima to nie jest miejsce na koncerty. Co prawda nie było wczoraj aż tak fatalnie, jak 8 marca, ale do efektu WOW było bardzo daleko.

Tout est noir, mon amour (wszystko czarnym jest, kochaniutka)

Tout est blanc (wszystko jest białe)

Je t’aime, mon amour (kocham cię, kochanie moje – no prawie jak Maanam)

Comme j’aime la nuit (jakżesz lubię noc)

 

Czyli lekcje francuskiego nie poszły na marne. Fajny jest ten „Gravedigger’s song”. Przy odsłuchaniu płyty na sam przód rzucił mi się “St Louis Elegy”. Ostatnio radio często przypominało „Gray Goes Black”. Pieśń Grabarza jakoś mnie nie urzekała. Do wczoraj, do wysłuchania wersji live. Najjaśniejszy punkt w tym dość mrocznym występie.

Teraz słucham sobie wszystkich jego solowych płyt. Powracam też do duetów z Isobel Campbell. „The Best of” Screaming Trees też jest gdzieś obok. Muszę jeszcze tylko The Queens of The Stone Age odszukać i przesłuchać. Udzielał się trochę Mark Lanegan. A tych projektów to ze czterdzieści – aż się samo ciśnie na usta.

Hm, When Your Number Isn’t Up z płyty „Bubblegum” łudząco przypomina tego Waitsa…jakby tak człowiek był przygłuchy na jedno ucho…

Z ostatniej chwili – niestety Screaming Trees wylatują aż poza kosz. No młodziutki wtedy był. I głos jakiś taki…

Taki jestem rozkoncertowany, że wyszukałem sobie koncerty w en-Y-cee.

Florence and The Machine – nie, bardzo dziękuję. Zdecydowane nie

Bruce “Boss” Sprongsteen – no musiałbym na głowę chyba upaść, żeby wydać 300$

The Cranberries – tak o 20 lat za późno

Mark Lanegan – myślimy, myślimy. Szukamy też okazyjnych cen biletów

Nino Katamadze Tato-ma-gazę – ha, wszyscy o niej już zapomnieli, a tu dziś mi Ula o niej przypomniała. Szkoda, że koncert w dniu, kiedy będę już podziwiał z góry nocną panoramę Miasta. Ceny też niczego sobie. Ceni się!

Jakoś nic więcej ni przykuło mojej uwagi. Madge ze swoją cyrkową trupą wybiera się do Miasta jakoś na jesień. Marillion na lato się zapowiedzieli. No może co jeszcze się pojawi w tak zwanym międzyczasie.

I tak a propos i tych koncertów, i mego lotu (tak, tak, to już za 38 dni), i opowieści koleżanki pracującej w LOT-cie, że limity bagażu się pozmniejszały, odkryłem, że jako członek programu  Miles+More przysługuje mi inny, większy limit bagażu! Choć raz się do czegoś ten program przydał.

Odkryłem właśnie coś. Urzekł mnie niedawno duet Beth Hart i Joe Bonamassa w piosence „I’ll Take Care of You”. To polecam również płytę z 1999 roku Marka Lanegana. Utwór drugi jak i sam tytuł płyty nie wymaga już podawania. Zdecydowanie inna wersja. I głos jakiś łagodny i młody. Pieśń napisana przez Brook’a Benton’a. No proszę, człowiek się uczy całe życie. Mam też nadzieję, że nikt teraz nie sprawdza na wikipedii kim był pan Benton oraz na jujubie jego piosenek. Chociaż to „Rainy Night In Georgia” brzmi inaczej niż reszta jego … szlagierów (?)

 

Czyżby to był już ten wpis, który ustawi mi nowe cele dotyczące liczby wpisów?

Co trzyma ludzkość przy życiu

Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym.

Może (cytując bohatera dzisiejszego wpisu):

“Mankind can keep alive thanks to its brilliance (…) Mankind is kept alive by bestial acts”

Miałem durny sen. Wyraz durny jest durny, nieprawdaż?

A zaczęło się wszystko chyba od tego, że wczoraj rano dowiedziałem się, że mam performance przed 80 ludźmi. Z 90% osób w życiu na oczy nie widziałem. Poszło mi nieźle, jak mówi koleżanka, ale po występie, w ciągu godziny wypaliłem ze 3 papierosy i serce dalej waliło. Grr, co za niepotrzebna sytuacja. Ale stres jakiś zdrowy. Przynajmniej człowiek wie, że żyje. Czyżby to trzymało mnie przy życiu? Wcześniej miałem podobne wystąpienie w lutym, gdy robiłem odprawę dyrektorom przed spotkaniem noworocznym z klientami. Ale to było takie małe nic. Kilka zdań i do roboty.

I to wszystko się ponakładało. Do tego chyba doszła albo tęsknota, albo niespełnione marzenie się odezwało.

Śniło mi się, że organizowałem spotkanie noworoczne z klientami. Osobliwa była ta noworoczność, bo było dziwnie za jasno i za ciepło. Miejsce spotkania też ekstraordynaryjne – skrzyżowanie ulic. W punkcie centralnym stało pianino a ludzie byli pousadzani z tyłu na specjalnie przygotowanych ławkach. Oczywiście, jak to organizator ma w naturze, latałem tu i tam, żeby dopilnować wszystkiego, żeby wszystko grało, żeby nie było wpadki. Usiadłem zmęczonym w końcu na ławeczce w pierwszym rzędzie i tylko dane mi było pobić brawa. Występu nie widziałem.

To kolejna jakaś paralela do lutowego spotkania, bom i wtedy naprawdę nie widział gwiazdy. Czekaliśmy z koleżanką na pewną gwiazdę z korporacji, która miała się spóźnić z 10 minut. 10 minut to zabrakło mu do półtoragodzinnego spóźnienia.

Czyli kolejna rzeczywistość odbija się we śnie. Dziwne są te sny.

Gwiazdą mego sennego koncertu był Tom Waits. Prawda, że nienormalny jestem. Miałem z nim okazję zamienić kilka słów. Chociaż nie wiem, czy to była wymiana. Zapytałem się czy mogę zdjęcie z nim zrobić, a on tylko swoje kły wyszczerzył i zrobił pozę. Zapytałem się również bardzo przytomnie – czemuż to, a czemuż nie koncertujesz?

Nie odpowiedział. Ale za to jego ludzie zaczęli mnie uświadamiać, że ależ i owszem – Tom ma właśnie trasę po Europie. Za chwilę koncert w Dusseldorfie i w Czechach.

Tu nastąpiła jakaś dziwna przerwa we śnie.

Kolejny obraz, to ja i największy fan Toma Waitsa podróżujący po Californii. Zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpce przy drodze na kawę, obiad, czy co tam jeszcze. Widocznie nie było to istotne. Ważne było to, że zrobiliśmy tam postój, bo zadzwoniłem wcześniej do Toma Waitsa i zapytałem go czy nie chciałby się spotkać z nami. Chciał!

Czy ktoś mi może wytłumaczyć ten sen? Wiem, że zobaczenie koncertu tego pana, to moje marzenie. Napisałem też co mogło wywołać specyfikę tego snu. I co? I to dlatego?

Rano od razu poinformowałem największego fana pana Toma Waitsa o tym co mi się przytrafiło. Jakimś smutnym tonem odpisał, że sprawdzał ostatnio czy pan nie koncertuje. Ale przy takich okolicznościach zaproponował mi wyszukania informacji o ewentualnym tournee. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem,… Nie, wróć. Drugą rzeczą jaką rano w pracy zrobiłem, to sprawdzenie news’ów na stronie artysty i na wikipedii, czy Tom Waits przypadkiem nie ruszył w trasę. Nie ruszył……

na koniec taka mała ódka to artysty:

They told me you were no good.

I know you’ll take care of all my needs.

You’re the same kind of bad as me

fin de l’année

pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań – chciałoby się zanucić. Ale nie pada i nic nie dzwoni. Zamiast tego jest fajny grudzień. To znaczy do przedwczoraj był. Zaczęło wiać. A tak, to lata-ło się w cienkiej kurtce i jakimś niegrubym sweterku. Hm, kurtka podszyta wiatrem – tak zawsze mówi moja mama, jak ocenia mój strój wierzchni przed wyjściem. Coś w tym jest, bo wczoraj to wiatr podszył tą moją kurtalenkę na wskroś. Brrr.

Ale nie o tym. Te dzwonki, i te sanie mają po prostu zapowiedzieć koniec roku. W sumie to sam tytuł już zdradził o czym będzie.

Google opublikowało Zeitgeist 2011, czyli zestawienie haseł, które najczęściej ludzie wpisywali do przeglądarki.

U mnie by to wyglądało chyba tak – wikipedia, kurnik, onet, hotmail (chociaż jak się ma CzarnąJagódkę, to na hotmaila już raczej tak często nie wchodziłem)

Googlowy duch dziejów uchwycił również ludzi i wydarzenia zyskujących na popularności w wyszukiwarce Google w Polsce i na świecie w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W Polskich wynikach podium zajęły Adele, Amy Winehouse i Maja Sablewska. W wynikach globalnych króluje Rebecca Black – autorka “najgorszej piosenki świata”, czyli “Friday”.

Pamiętam to coś. Billboard o niej wspominał. Nawet chciałem zobaczyć co to i kto to. Po 7 sekundach wyłączyłem wystraszony strasznie. Koszmar! Czyli ludzie lubią takie dziwolągi.

W polskich wynikach muzycznych wyszukiwań triumfuje Yugopolis z Maciejem Maleńczukiem i ich “Ostatnia nocka”. Trochę jak Wysocki, mam wrażenie, to brzmi. Nawet mi się podobała ta pieśń, ale zdecydowanie pamiętam, że dosyć krótko, więc na moich TOP-ach nie znajdzie się. Polscy internauci byli także zainteresowani między innymi Varius Manx, Kayah oraz disco polo.

Nie wiedziałem, że Varius Manx jest jeszcze taki popularny?

Kayah? Hm, jak zobaczyłem ją w jury programu „Dlaczego i po co oni znowu śpiewają?”, to się wystraszyłem. Baba jaga do straszenia dzieci. Strasznie jej „zabiegi” na twarz nie służą. Ludzie to są straszne.

Disco polo? Hm, ja tam czasem lubię popatrzeć. W tym roku podesłałem link pani inż. ze Szczecina z teledyskiem Tomka Niecika i jego „Czterech Osiemnastek”. Oczywiście chodzi o koła do samochodu. Pani inżynier była osłupiała i oniemiała. Ja tam lubię czasem disco polo pooglądać. Dziwię się wtedy, że ludzie mają naprawdę dziwne gusta i skłonności i nie wstydzą się robić z siebie pośmiewiska nagrywając żenujące teledyski. Zapewne jest duża rzesza odbiorców, która pozwoli się ze mną nie zgodzić. No cóż, ich prawo.

W zestawieniach dla całego świata Rebecca Black zajęła pierwsze miejsca zarówno w kategorii Najbardziej zyskujące – Ludzie, jak i w Najbardziej zyskujące – Rozrywka. Internauci interesowali się także Ryanem Dunnem (czyżby to ten z Jack Assa, co jakoś głupio zginął w drugim półroczu tego roku?), Amy Winehouse i Adele.

Dwie najbardziej pożądane piosenki – przynajmniej pod względem tekstów piosenek – to “Price Tag” Jessie J oraz “Super Bass” Nicki Minaj.

Nicki Minaj wszyscy się ekscytują. Wszyscy z nią robili i nadal chcą robić fituringi. Ponoć nawet sama Królowa Pop’u zamierza z nią kolaborować na swojej przyszłorocznej płycie. Cóż, ta raperka nie nagrywa swoich piosenek dla mnie, żeby nie powiedzieć dosadnie, że to kupa. Ale nie powiem. Nie rozumiem po prostu jej twórczości i nie rozumiem fascynacji tą panią. Ludzie to są dziwne.

W sumie to samo o Jessie J mógłbym powiedzieć. Tylko z małą wstawką – pani napisała wielki przebój dla tej małej z Hannah Montana i kilka pomniejszych szlagierów. Cóż, to nie są piosenki, na które czekałem i czekać raczej nie będę w 2012r.

Porzucam googlowe zestawiania, bo jakieś one nieatrakcyjne dla mnie są.

Może o muzyce jeszcze? Tym razem amerykański tylko i wyłącznie rynek. Bo na nim się chyba najlepiej znam. Nagród Grammy to w USA przyznają w prawie 100 kategoriach, także i Billboard opublikował najlepszych w zilion kategoriach. Chyba robią to po to, żeby każdego nagrywającego artystę docenić. Zawsze każdy z nich może powiedzieć – hej, jestem najlepszym artystą w kategorii najlepsza piosenka bez tekstu (zapewne Britney Spears albo Rihanna tak mogą powiedzieć). Albo – hej, nagrałem najlepszą piosenkę, której nikt nie słyszał.

Adele rok to był. Bez dwóch zdań. Nie tylko pewnie w USA ale i na całym świecie. Udała jej się ta płyta. Przy czym artystka na język nie choruje i nałogowo pali papierosy. Też mi sensacja. Brytyjka za wielką wodą jest w singlach topową artystką, ma najlepszą piosenkę, ma najlepszą cyfrową piosenkę (czyli najwięcej ściągnięć), ma najlepszą piosenkę w kategorii Adult Pop Song. Album „21” również najlepszy fizycznie, jak i cyfrowo. Brawo!

Z „ciekawszych” podsumowań:

Top New Artist – Wiz Khalifa – lubiłem jego „Black + Yellow”. Bardzo sprytny numer.

Radio Songs – szczekający Pitbull – brrr.

Uncharted Artists – Traphik. Ooo, to chyba coś z serii „nagrałem płytę, najlepszą płytę, której nikt nie słyszał.

Przechodzę do cięższych gatunków:

Rock Songs – Foo Fighters „Rope” – może być

Rock Albums i Alternative Albums i Folk Albums – Mummford and Sons “Sigh no More” – to chyba 2009 albo 2010 rok! Czyli nie wiadomo, co sie komu, kiedy spodoba.

Alternative Songs – Foster the People „Pumped up Kicks” – gdybym robił swoje rankingi, to też pewnie wysoko by się znaleźli.

Hard Rock Albums – Foo Fighters „Wasting Light” – mnie jakoś ten album nie porwał.

I na koniec Japan Hot 100 – AKB48 “Everyday, Katyusha” – super! Mam wszystkie ich płyty.

Dziwią mnie podsumowania roku. Nic ciekawego nie dzieje się pod koniec grudnia, więc wszyscy jakieś rankingi tworzą, żeby ocenić jaki ten 2011 rok był. Po co się rozpisywać, jak można wypunktować i wszystko jasne. A ludzie też chętnie się emocjonują i wspominają, jak takie TOP-y widzą.

A ja nie wiem, czy piosenka, którą lubiłem od 13 stycznia do 24 maja jest lepszą piosenką roku, niż ta, którą usłyszałem wczoraj i bardzo mi się podoba i zapewne podobać mi się będzie do 31 grudnia?

Dlatego ja mogę ewentualnie powiedzieć co mi się podobało bez żadnych numeryzacji.

Z albumów:

Zdecydowanie Amos Lee i jego „Mission Bell”. Dalej: Adele „21”, John Porter „Back In Town”. A teraz doszli jeszcze: Will Young “Echoes” i dEUS “Keep you close”.

A pamiętam też, że w ciągu roku zachwycałem się: Sorry Boys „Hard Working Class” (jutro widzę ich na żywo w Hybrydach), Fatboy „Overdrive”, Jamie Woon „Mirrorwriting”

Z piosenek:

Jane’s Addiction „Irresistible Force”, Lunatic Soul “Wanderings”, Blackfield “Wavin’”, Gotye + Kimbra “Somebody that I Used to Know”, Pustki “Lugola”, John Waite “Evil”, Kasabian “Days are Forgotten”, Sorry Boys “Chance”, Paatos “Precious”, Kate Bush “Lilly”, PJ Harvey “Glorious Land”, Kanye West “Runaway”, Jamie Woon “Night Air”, Death Cab for Cuties “You’re a Tourist”, Cuba de Zoo “Grób”, K.D. Lang “Water’s Edge”, Tom Waits “Bad as Me”, James Blake “Limit to Your Love”, Beth Hart + John Bonamassa “I’ll Take Care of You”, Yes “We Can Fly”.

I weź tu wybierz najlepszego i weź tu stwórz ranking. Ciekawe o czym zapomniałem?

Na pewno nie zapomniałem o Myslovitz – największa porażka roku. „Art Brut” gramatyczna i muzyczna porażka.

Cytuję: który z nich to jest, ten prawdziwy świat, mój, twój, jej, wasz, ich, jego też, więc chyba nasz.

Nie dość, że koszmarna piosenka, to jeszcze mam zawsze wspomnienie Grace Jones „Sunset, Sunrise”:

Is it yours, is it mine, is it ours to divide. It’s not yours, it’s not mine, it belong to us.

 

Może niech ten rok już skończy? Jeszcze tylko trzeba sylwestra zaplanować, a tak się nie chce nic robić. Najbardziej, to bym w domu posiedział i może choć raz obudził się 1 stycznia bez tupotu białych mew?

Właśnie na VH1 pokazują „Best Clips of 2011 Weekend”. Ojej! Przynajmniej będzie powód, żeby książkę poczytać.

Jeszcze parę słów o sporcie. Ale nie wiem po co? Manchester United nie przeszedł fazy grupowej w tej edycji Ligi Mistrzów. Ale jak to się mówi? – po nocy zawsze przychodzi dzień? I znowu pewnie Barcelona wygra, eh!

Na szczęście siostry Williams odgrażają się, że są głodne gry, a młodsza z nich – Serena wyraźnie zaznaczyła, że chce zdobyć tytuł pierwszej rakiety świata. Czyli tytuł, który jej się słusznie od prawie dekady należy (gdyby nie kontuzje i prawie śmierć). U panów – mam nadzieję i czekam na powrót króla Rogera na top. Zobaczymy….

Chyba w styczniu kolejny sezon „Czystej Krwi”…

Oj, na TVP1 skoki narciarskie. Śnieg mają. Ale fajnie! Zapomniałem już jak śnieg wygląda…

Jakiż to, a jakiż będzie ten 2012?

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑