Miesiąc: październik 2020

za-duszki

Chyba mi zapożyczyli hasło na te protesty. Jestem pewien, że pisałem przed wyborami prezydenckimi odezwę do Dupy. Żeby pomykał chyżo.

 

Zagadka dla Jarka od mojego imiennika Stuhra:

  • Zaimek osobowy w drugiej osobie liczby mnogiej
  • Imię męskie Piotr po francusku
  • „tak” po rosyjsku
  • I Twoje ulubione: „kłamstwo” po angielsku

No wyszło mi:

Wy-Pierre-да-laj

“lie” napisałem fonetycznie, jakby co. Bo ludzie pomyślą, że języka lengłidż nie znam.

Niestety PAD nie pomknął chyżo, a Jarek pewnie też zostanie. No szkoda.

 

Szanowna i na wieki milcząca Pierwsza Dama przemówiła! Alleluja! Co się stało? Córka, przepraszam, to znaczy, doradczyni Prezydenta RP też się wypowiedziała. Ale jak Kinia coś powie, to już powie. W szkole pewnie miała najlepsze stopnie.

Najciekawsze jest to, że jak pokazują na gazecie PAD-a, to używają zdjęcia, na którym wygląda jak klasyczny dzban tęskniący za rozumem.

A z kolei Kinga pięknie się fotografuje. Taki inteligentny wyraz twarzy ma zawsze. No malowana lala.

A starej nie cierpię. Uważam, że to jakaś zła kobieta jest. Agata! Przecie to się z Babą Jagą kojarzy.

 

A propos prezydentów i prezydentówien. Dziwię się Oli Kwaśniewskiej. Jakieś bluzki z napisami po nie po polsku przywdziewa i atakuje prezydenta.

Olu, a gdzie byłaś, jak tatuś podpisywał konkordat i konstytucję? Matka też się ponoć uniosła u Moniki Olejnik i zaklęła szpetnie. Ale w ustach Prawdziwej Damy taki wyraz to czysta delicja i miód na uszy.

 

Ku wyjaśnieniu: napis na koszulce jest z serialu „Opowieści Podręcznej” i znaczy „nie daj się zgnębić suk…ynom”.

Ale i tak całą rodzinę Kwaśniewskich uwielbiam. Za poczucie humoru.

 

Dziś się zasmuciłem! James Bond umarł! W pięknym wieku. 90 lat! Lubiłem jak Sean Connery się pojawiał na ekranie. Tak ciut seplenił mam wrażenie. Ale robił to uroczo. Odpoczywaj w pokoju. Takich aktorów już coraz mniej.

Ostatnio zasłuchuję się w muzyce z lat 90-tych. I tak rok po roku sobie odtwarzam. Fajne te playlisty. Wszystko wynajdą. Rok 1990 to jeszcze ciągnie latami 80-tymi. Później już wyraźnie słychać powiew dekady końca milenium. Lubiłem wtedy nurt new jack swing. Teraz nie dam rady tego słuchać. Beat na jedno kopyto, teksty dramatyczne. Na początku lat 90. rządzi muzyka z USA, ale później już Europa dochodzi do głosu i to nieszczęsne euro techno, czy jak to nazywali. Jestem już w 1995 roku, czyli matura.

Ostatnio w radio Trujka pan prowadzący Marek Wiernik ładnie podusmował Johna Lydona aka John Rotten i jego różne formacje muzyczne (na przykład Sex Pistols).

3 akordy, darcie mordy.

Fajnie. W punkt. W sumie czemu nie. Punkowa muzyka nie była jakaś wyszukana. Lepsze to i tak od coco jumbo.

 

Przed 1 listopada się zawsze nastrajam grobowo. Dynie wyciąłem już dawno. Wczoraj wyrzuciłem drugą do śmieci, bo też spleśniała od środka. Filmy sobie patrzę. Dziś Fright Night z 1985 roku. Klasyka! Młody chłopiec odkrywa, że jego nowowprowadzony sąsiad jest wampirem. Łapka w górę poszła. Kupa śmiechu. Pamiętajcie, że jak spotkacie wampira i chcecie się ochronić krucyfiksem, to musicie w to wierzyć. Inaczej nie zadziała.

 

Dziś znalazłem artykuł o zmarłych, którzy dają nam znaki. O to u mnie na 100% dają znaki. Chyba pierwsza właścicielka czegoś chce. Choć artykuł mówi o bliskich, którzy nie są już z nami.

Zmarły pojawia się w naszych snach

Hmm, nie wiem. Nie pamiętam w sumie, czy śnią mi się zmarli. Muszę kiedyś się zastanowić jak będę śnił.

 

Migotanie światła lub przygasanie świec

Nie. Głupota jakaś. Nie!

 

Sprzęty elektryczne same się włączają

Tu już takiego stanowczego NIE nie powiem. Zasłona milczenia.

 

Zapach

Że niby czujemy zapach osoby zmarłej? Nie, naciągane to jest. Skoro ja używam perfum z Abercrombie and Fitch i umrę, to każdy, kto przejdzie się Piątą aleją koło sklepu pomyśli o mnie. Ale to nie będzie znak, że ja jestem gdzieś obok. Ja mam już wybrane osoby, które będę odwiedzał po życiu. Teksas mi się ostatnio bardzo spodobał 🙂

 

Zatrzymujące się zegary

Ponoć nie ma znaczenia jakie zegary. Będą się niby zatrzymywać o godzinie umarcia bliskiej osoby. Uff, całe szczęście, że ja nie wiem, kiedy kto odszedł. 21:37 tylko pamiętam, ale JP2 to żadna moja rodzina.

 

Piosenka

Jeśli nagle wszędzie słyszycie kojarzącą wam się z ukochanym zmarłym piosenkę, gra ją każda stacja radiowa, wydobywa się z głośników przejeżdżających samochodów i w odwiedzanych sklepach, to znak, że próbuje się on z nami skontaktować, przekazać nam, że nie odszedł, że widzi nas i towarzyszy nam w dobrych i złych chwilach. Co za bzdura!

Muszę sobie jakąś piosenkę chyba wybrać.

 

Motyle i ważki

Pośrednikami między światami są anioły, wróżki, elfy, rusałki. Symbolami tych stworków są motyle i ważki. Także jak je widzimy, to możemy mieć pewność, że bliscy są obok. I tu ciekawostką jest, że popularny tatuaż z symbolem motyla czy ważki oznacza, że nasi zmarli nadal są dla nas niezwykle ważni, są przy nas i chronią nas przed złem. Kolejna jakaś bzdura.

Jak śpiewała Kora „szczęśliwe chwile, to motyle”.

 

Pióra

Też jakiś symbol. Czyli kolejna bzdura jak dla mnie.

 

Zmiany temperatury

Aż mnie ciarki przeszły. Często się u mnie mieszkanie wychładza.

 

Brrr. Ale żem się przeląkł. Trzeba uważać na każdym kroku, żeby tylko bliskiego zmarłego nie spotkać.

Jutro 1 listopada. Cmentarze zamknięte. Muszę tylko nie zapomnieć zadzwonić do Taty. Cała rodzina w niedziele rodzona, a szanowny Tatuś w to wyjątkowe święto. Heh, pewnie święty jakiś.

 

Czas odpalić kolejnego horrora!

 

a-psik-us

Jakiś pogubiony jestem. Ni to mam maseczkę nosić cały czas, ni to w parku jestem. Ni to Haloween nadciąga, ni to czas zmieniamy na zimowy.

Pogubionym.

I na dodatek nie zdążyłem pożegnać się z towarzystwami w moich dwóch ulubionych miejscach. Matołusz w panice znowu nas zamknął. Ciekawe czy na wiosnę będzie co zbierać w tej gospodarce? A do kościoła można chodzić? Bo jakoś w orędziu nie usłyszałem.

Na domiar złego, mały wredny wirusek chciał mnie zaatakować. Wedrzeć się chciał. Pewnego wtorku robiłem kroki i mnie deszcz złapał. Wróciłem do domu cały przemoknięty. Nogi, spodnie. Już wtedy wiedziałem, że to się źle skończy.

I się źle skończyło. Od środy temperatura spadła. W międzyczasie miałem dwie teleporady. Uwielbiam polecenie – czy może pan poświecić sobie w gardło i powiedzieć, czy jest czerwone? (piątek). Albo – czy może pan poświecić sobie w gardło i zobaczyć, czy jest biały nalot? (wtorek).

Za pierwszym razem powiedziałem, że nie wiem, czy gardło wygląda na chore, bo nigdy sobie w nie nie zaglądam. A nalot biały był (tylko pani doktór nie pytała o to wtedy), bo jogurt z otrębami owsianymi jadłem. I tak zdychałem sobie ponad tydzień. Sprawdzałem objawy koronowairusa i wychodziło mi, że nie mam żadnych. Ufff. Ale przy drugiej teleporadzie zapytałem pana doktóra kiedy mam zacząć panikować. Kiedy mam stwierdzić, że to nie przeziębienie, a zaraza właśnie.

W poniedziałek – usłyszałem w odpowiedzi – jeśli w poniedziałek panu nie przejdzie, to proszę dzwonić i skierujemy pana na test. Dziś sobota i w sumie, i na szczęście koniec widać. Przeziębienia koniec, nie mój.

A gdybym jednak złapał wiruska, to na szczęście tak łagodnie go przechodziłbym. I w sumie bym wiedział, że mam, to po ozdrowieniu mógłbym krew oddać z przeciwciałami.

Ale kończmyż już o wirusku. Przecie to bestia o 10 rogach i ogonach. Tak przeczytałem dziś na przystanku.

Przez czas niemocy mej sporo czasu spędziłem z Netflixem. Horrory pooglądałem. Oj różne. Straszne, śmieszne, debilne, strasznie durne. Lubię te filmy grozy. Bawią mnie, relaksują. Dziś poleciałem na farmę dyń po owoc do wycięcia. Właśnie. Czym jest dynia? Owocem czy warzywem? W Polsce to chyba się jako warzywo traktuje. W Stanach jako owoc. Dziwne. Tak samo jak imbir. W moim Carrefourze jak chcę zważyć korzeń, to muszę klikać w owoce. A gdzie indziej widziałem, że to warzywo. Dziwne.

Farma dyń była taka sobie. Ale było to najbliższe mego domu miejsce i nie widziało mi się jechać dalej. Ceny warzywa oscylowały między 4 a 5 zł. Waga? Nawet do 11 kg. No raczej nie chciało mi się wydawać 55 zł. Wybrałem zieloną dynię za 4 zł/kg. Wyszło w sumie 20 złociszy.

W domu wbiłem nóż i zacząłem wykrawać. Coś mi nie poszło. Oczy chyba za nisko dałem. Ok, w poniedziałek kupię drugą i zrobię sobie house of haloween. Może zaproszę jakieś sąsiadki i będą psoty albo psikusy?

Aha, moja dynia jest eko. Zamiast świeczki włożyłem taki łańcuszek ledowy. Żeby tylko nie zapomnieć wyłączyć na noc, bo jak się przebudzę i spojrzę, to zawał murowany! Także wirusek mnie nie wykończy, tylko jakieś warzywo.

Co do sytuacji w kraju? Hmmm, trzeba koniecznie w totka wygrać i spieprzać stąd. Wstyd na cały świat.

wieża radości, wieża …

… strachu

 

Lubię te moje haj-faj. Małe zgrabne, miło życie umila. Pięknie i donośnie gra. Dziękuję szalenie panie z Europy na K. za sugestię. Dobry wybór. Jedyny minusik, to strasznie wolne włączanie się.

Dziś mnie wieża postanowiła wystraszyć.

Ale zaczęło się to wszystko od naigrywania się z horrorów. Najpierw próbowałem patrzeć na LIVED albo DEVIL (nie pamiętam dokładnie, bo od tyłu było albo DEVIL, albo LIVED). O maryjo! Co za dramat. Wszystkie straszności działy się w windzie podczas gaśnięcia światła. Stoją ludzie, cyk, gaśnie światło, wrzask, pyk, nastaje jasność i leży. Cały we krwi, rozharatany, poźgany. Reszta towarzyszy drze się. Łapka w dół.

Od wczoraj zabrałem się za serial o nazwie „Straszny dwór w Bly” (również nie pamiętam tytułu). Strasznie nudny, strasznie niestraszny, strasznie się wlecze akcja. Na dodatek z akcentem brytyjskim mówią (ale to akurat nie aż takie straszne). Po dwóch odcinkach porzuciłem. Muszę wejść, dać łapkę w dół i odhaczyć z mojej listy. Brrr.

Poszedłem wczoraj spać wcześnie. Pół godziny przed godziną duchów. I śpię. Śpi mi się nawet nie najgorzej. Nagle słyszę coś. Otwieram oczy i nasłuchuję. Ok, wieża się wyłączyła z prądu i lekko hałasuje. Ale do sprzętu jest podpięty telefon i niestety daje sygnały dźwiękowe i świetlne, że przestaje się ładować. Piekarnik sygnalizuje zresetowanie zegarka. Blin!

No dobra, nie ma światła – stwierdzam i próbuję zasnąć.

Po kilku króciutkich chwilach słyszę, że światło wraca.

Światło! Nosisz je w sobie.

Światło! Nie zgaśnie choćbyś chciał

 

Nie wiem czemu przypomniał mi się pierwszy dorosły przebój Kukulii Natalskiej.

Jak się wszystko włącza, to wieża sygnalizuje głośniej swoją inicjalizację, a telefon to już wariuje. Nie kumam tego Samsunga. Jak ktoś mnie o coś prosi, żeby w tym telefonie zrobić (np. wysłać wizytówkę), to jak dziecko we mgle jestem. iPhone jakiś prostszy i bardziej intuicyjny. Ale to tylko moje zdanie.

No dobra, światełka pogasły, dźwięki ustały i …

tak jeszcze z 5 razy w ciągu krótkiego czasu.

Wstałem o 5.14 czasu warszawskiego! Nie powiem w jakim stanie. Bo niewyspany to za mało powiedziane.

Okazało się, że ruter się zresetował i zaczęło się odszukiwanie ustawień, haseł i tak dalej. Na szczęście poradziłem sobie i znowu mam łaj-faj w domu.

Loguję się do pracy. Bateria w telefonie 0%. Skrrrrt

trajektoria zdrowego rozsądku

Matołusz się wypowiedział ostatnio: My poruszamy się po tej trajektorii zdrowego rozsądku, którą podpowiadają nam najlepsi w kraju i zagranicą epidemiolodzy i wirusolodzy.

 

Jutro to dopiero będzie rekord. Dziś się rano wybrałem do sklepu i widzę wianuszek aut. Myślę sobie, że pewnie do Sadyby Best Mall’a coś rzucili. Ale patrzę dalej, że jakieś zamieszanie przy skrzyżowaniu wcześniej. Pewnie dzwon – myślę sobie. A nie. Obok mnie jest centrum badania wiruska. Drive-thru taki. Na parkingu dodatkowo postawili ambulans i ludzie bez aut czekali na wymaz. Nie było tego wcześniej.

Jutro rusza godzina dla seniorów.

Jutro ponoć Wawa w czerwonej strefie.

Panie Matołuszu niech pan nie …. o zdrowym rozsądku. Sasina proszę spacyfikować, bo się, delikatnie mówiąc, błaźni. W sobotę niefortunne, a właściwie idiotyczne, gratulacje dla Igi Świątek, a dziś coś lekarzy poddenerwował.

A propos naszej młodej Mistrzyni, to ktoś w radio zasugerował, że gdyby panienka wyszła za Piątka, to nazywałaby się Iga Świątek-Piątek. Hehehehehehe. Dobre.

 

Muzycznie coś mi drgnęło. Stevie Nicks i jej „Show them Way” opętało mnie. Nie bierzcie się za to, bo przepadniecie jak ja. Jak nie słucham piosenki, to oglądam teledysk. Cudo, ale tą panią trzeba lubić. Ja lubię i ją, i Fleetwood Mac. Teledysk wymowny. Wybory idą. Świetne nowe odcinki Saturday Night Live. Rewelacyjne otwarcie pierwszego prowadzącego nowego sezonu – Chris Rock’a.

 

Prezydent Trump jest w szpitalu na covid. Moje wyrazy współczucia dla … covidu. No w Polsce by to chyba nie przeszło. A może by przeszło, bo jakaś Dupa mogłaby tego nie zrozumieć.

Maya Rudolph świetnie parodiuje sentorkę Kamalę Harris, ewentualną, nową wiceprezydentkę Joe Bidena.

 

Można chyba włączyć napisy i tłumaczenie na polski (jeśli ktoś sobie winszuje).

 

W piątek byłem na koncercie. No niestety słaby występ, bo Tomek postanowił na sentymentalną nutę grać. Towarzystwo przy stoliku już było zrobione jak przyszedłem, więc słaby klimat. Jakaś koleżanka muzyka postawiła nam na stole swój telefon i robiła streaming na żywo na Fejsie. Co chwilę dzwonił jej telefon. Wyświetlało się ICE. W przerwie mówiliśmy rudej właścicielce, że jakiś zimny drań dzwonił. Aaaa, to matka. Opiekuje się dziećmi – mówi dziewczyna. Zimna matka? – pytam, ale już mnie nie usłyszała. Kolega wtrącił, że to chyba In Case of Emergency. Ok. Ice Ice Baby.

Nadeszli koledzy, trzeźwi koledzy i postanowiłem do nich się dosiąść. Też byli wielkimi fanami koncertu, więc postanowiliśmy wejść do środka i pograć w rzutki. Wieczór się toczył. Po skończeniu wszystkich atrakcji usiedliśmy na dworze i rozmawiamy. W pewnym momencie słyszę jakieś dźwięki. Dziwię się i mówię do Pawła:

– słyszysz? Chyba jakiś dzik ryje

– aha – mówi po chwili kolega wytężając słuch.

Wstajemy, rozglądamy się. Niestety naszym oczom ukazał się przykry widok. Ruda leżała nogami na chodniku, a twarzą w trawie i ryła. To znaczy … rozmawiała z Ralfem przez wielki biały telefon (cockney, czyli londyński angielski: Talking to Ralph Thru the Big White Phone).

Zaalarmowaliśmy stolik Rudej. Szybko ją zgarnęli i posadzili na ławce. Później, niefortunnie stałem w kolejce do toalety i ona była przede mną. Weszła. Mija 5 minut więc pukam,

– zajęte – mówi laska

– ok – na szczęście wiem, że nie zasnęła

Mija kolejne kilka minut. Pukam.

– zajęte – słyszę

– wiem. To cały czas ja – odpowiadam

Zero reakcji. Po chwili znowu słyszę, że Ruda rozmawia z Ralfem. Zawiadomiłem kolegów, żeby ogarnęli koleżankę. Na szczęście właścicielka pozwoliła mi skorzystać ze służbowego wychodka. Ufff.

Przykry widok pijana kobieta. Ale laska już na dzień dobry czuła się swobodnie. To jak skończy było do przewidzenia. Dzieci u zimnej matki, chłopak z gitarą, to można pójść w tango.

Eh.

 

I na koniec wisienka.

 

Lubię tę piosenkę. A ta wersja na żywo jest cudna. Żywe instrumenty, rewelacyjna aranżacja. I dziewczynka fajnie śpiewa i ma ciekawe teksty. Ze 2 lata temu miała też interesujący debiut „New Rules”. Oj taka młoda, a tak źle trafia na chłopaków. Wtedy jakiś łobuz, teraz jakiś znowu ją zostawił.

Usłyszałem ten utwór będąc u Arka-Zegarka. Przeglądaliśmy internety. Mnie i koledze się bardzo spodobało. Żonie Urszuli nie, bo zapytała, co w tym fajnego. Spiorunowaliśmy ją wzrokiem. Jak to co? Wszystko!

 

Aha, zrobiłem przepyszny sos kurkowy. Ale dałem pół kostki masła i duży kubek śmietany, to co miało nie smakować. Wiadomo, że tłuszcz przenosi świetnie smak. A śmietana też swoje doda. Mniam!

zły w oczach

To był bardzo wzruszający, emocjonalny weekend! Łzy w oczach miałem.

Przede wszystkim pogoda nie była taka ostatnia.

Zaczęło się w sobotę. Iga Świątek podbiła Paryż. Mistrzyni turnieju Wielkoszlemowego French Open/Roland Garros.

Jeździłem sobie dookoła Lasu Kabackiego.

Polecam tę ścieżkę. Można w kilku miejscach wyrżnąć w drzewo. Taki slalom gigant. Ale kask na głowie, pyś się cieszy i jazda. Zjechałem do baru koło 15.30 i co ja patrzę! Nasza Iga wygrywa 3-0. Zamówiłem grilla, piwo, skorzystałem z toalety i siadam. Oj! 3-3. Chyba pecha przyniosłem naszej. Ale oglądam. Piękny pierwszy set. Jak ona gra! Drugi set to chyba już kontuzja albo zdeprymowanie przeciwniczki. Co prawda na początku drugiej partii Amerykanka urodzona w Moskwie przełamała Igę, ale kolejnych 6 gemów padło łupem Polki. Ależ dziewczyna gra odważnie. Nie boi się. Zmienia tempo. Ręce same zaczynały bić brawo. Po ostatniej piłce łzy mi napłynęły do oczu.

Szkoda, że Radwańska nie wygrała takiego turnieju. Ale cóż, ona nie miała nigdy siły. Technicznie była genialna. Potrafiła taktycznie dobić przeciwniczki. Tylko jak się nie ma siły, to łatwiej dobiec do piłki. Poza tym trafiła na generację bum-bum, czyli Siostry Williams, Azarenka i Szarapowa. I też chyba niefortunnie się stało, że została przy tym swoim trenerze Wiktorowskim. Ale nie ma co gdybać. Radwańska rozsławiła Polskę. Szkoda, że olała totalnie reprezentowanie kraju podczas Igrzysk w Londynie i Pucharu Davisa. Ale nazwisko w świat poszło. Na US Open 2009 roku zamawiając picie i jedzenie pan zapytał skąd jesteśmy. I jak usłyszał Poland, to od razu skumał Radwańska.

Mam nadzieję, że teraz Iga będzie taką samą ambasadorką. Fajnie! Do przodu, po swoje! 19 lat i taki sukces.

Wzruszające również były gratulacje od legend tenisa, od Naomi Osaki (mistrzyni US Open 2020, była numer 1), od męskiego numeru 1 Novaka Djo-covida, od Lewego, od Radwańskiej.

Wiem, że może nie wszyscy się interesują tenisem, ale trzeba zaznaczyć, że to co zrobiła Iga Świątek jest wyjątkowe.

– jest najmłodszą zwyciężczynią turnieju od 1992 roku (Monika Seles była ciut młodsza, a jakie osiągnięcia ma pani Seles każdy wie)

– jedyna nastolatka od 1997, która wygrała ten turniej

– jest najniżej notowaną zawodniczką, która wygrała turniej od czasów wprowadzenia oficjalnego rankingu (1975)

– wygrała turniej bez straty seta (kilku osobom to też się udało. Rafa Nadal zrobił to wczoraj po raz 3 lub 4)

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w całym meczu więcej niż 5 gemów z naszą Igą

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w secie więcej niż 4 gemy

– tylko dwie przeciwniczki (na 7) zdołały uniknąć wyniku 6-1 w secie.

– jest pierwszą Polką, która zdobyła tytuł wielkoszlemowy w singlu (wśród Polek i Polaków)

I tak w ogóle, to miło się jej słucha po angielsku. Nie dość, że fajny akcent, to jak na 19 lat, mądrze mówi. Jest skromność i ta dziewczęcość. Brawo Iga!

 

W sobotę wieczór zostałem zaproszony do Słodkokwaśnej. Żeberka i tatar. Uf, prosto, nie trzeba było stać przy garach za bardzo. Ale jak zwykle, dań wyjechał na stół koło północy. Do dziś boję się na wagę stanąć. Całą niedzielę pościłem. Dopiero koło 20 poszedłem na pizzę do Segmentu. Robert akurat coś eksperymentował przy plackach i postawił mi na stole … gwiazdę.

Popróbowaliśmy i stwierdziliśmy, że chyba nie. To nie jest dobry czas na takie wypieki. Choć te rożki wypełnione słonym serem fajne. Zamówiłem sobie pizzę z serii „Wiesz co, zjadłbym pizzę, ale nie wiem jaką”. I super w Segmencie jest to, że właściciel już wie, jak mi dogodzić. Jego drugi pizzer też jest kreatywny, ale jemu trzeba podpowiedzieć z czym ta pizza miałaby być lub nie. W sumie sytuacja jest win-win. Bo ja smacznie się najadam, a oni eksperymentują. I tym razem zjadłem nowość, która się pokaże za niedługo w menu. Mniam i mlask!

Na koniec pan właściciel podsunął mi talerzyk z rybkami. Czy znam – pytał się. Bo brat przywiózł z Białostockiego. No znam – mówię mu – Czasem robię sam. Kolega nie znał. Ale te rybki takie nie w moim smaku. Ciut za słodka zalewa. Kolega też chyba fanem nie został, ale wszystko ze słoika wyjadł.

Okazało się, że Polska gra. Choć gra to może za dużo powiedziane. Przynajmniej wyglądali lepiej niż w meczu z Holandią. Restauracja Segment jest fanem Legii i polskiej reprezentacji. I to tyle w temacie futbolu.

Tatar został przyrządzony z mięśnia sercowego. No kawał klocka. 1,8 kg. Po oczyszczeniu już tylko 1,4 kg. Ale 6 zł za kilogram, także żadna strata. Tatar pyszka. Polecamy serdecznie. Bardzo delikatne mięso. Na grubych okach trzeba mielić.

Żeberka takie jakieś ciut przy suche miejscami. Ale lepsze niż te moje z 7 marca.

I polecamy serdecznie alcorythm. Może nie będę mówił do czego to służy, bo wyjdziemy na jakichś alkoholików, ale sprawdzony to produkt. Działa. W niedzielę samopoczucie bardzo dobre. I wydaje mi się, że w sobotę, jakoś ciut po północy, pani Słodkokwaśnej zasugerowała, że mnie do bramki odprowadzi. Zróbcie w końcu ten domofon! Żeby nie trzeba było się fatygować z gośćmi do wyjścia.

 

Także w niedzielę obudziłem się objedzony. Rower był krótki, bo jakoś nie za bardzo było ciepło, jak się pędziło na dwóch kółkach. Ale za to spacer po lesie był jak ukojenie. Jesień polska w połączeniu z promieniami słonecznymi jest bajkowa na łonie natury. Fajne kolory.

To była niedziela jak się zowie.

 

A dziś przeczytałem, że, od wiosny 2021, po 110 latach Czesi przestają produkować Lentilky. Powodem jest zmiana receptury i opakowania – informuje czeska stacja Radiožurnál. Germania będzie teraz to robić. To już nie będzie to samo. Łzy w oczach!

 

j j

Dziś się wietrzyłem na rowerze. Ładna pogoda, trzeba było korzystać. Wczoraj w sumie też jeździłem. Fajnie, w miarę ciepło, ale piździ jak w kieleckiem. Jak jechałem na południe, to 11 kmh na liczniku tylko. Czyli wrażenie, jakby się w miejscu stało. Więcej nie dałem rady. Wczoraj był tour de Las Kabacki. Bardzo przyjemna pętelka, bo nie wieje i fajnie się śmiga między drzewami. A dziś pojechałem wzdłuż Wisły. Przed Mostem Północnym zawróciłem, bo rurociąg leżał. Oczyszczalnia ścieków Czajka. Zawróciłem i do domu pognałem już przez Nowe i Stare Miasto. Przy Łazienkach na Ujazdowskich zauważyłem piorun i zachmurzenie. Chyba tak szybko nie pędziłem przez miasto. Kompletnie nie widziało mi się pedałowanie w deszczu. Prawie bym zdążył. Ale na Stegnach wsiadłem już w autobus, bo zaczęło kapać dużymi kroplami. Taka to dziś przygoda była.

A zdjęć sobie przy okazji porobiłem. Widzę, że za każdym razem jak jestem na Starówce, to ludzi coraz więcej. Kiedyś w słoneczną pogodę w czerwcu było pusto. Jakby miasto wymarło. A teraz? Ludzi sporo.

Wczoraj bawiłem się u Arka-Zegarka. Ledwom się dodzwonił. Powiedziałem koledze, że albo zmieni imię, albo ja go muszę przechrzcić w swoim telefonie. Ta durna Siri nie potrafi wybrać numeru.

– hey Siri, call Arek G….

– Irek?

– no. Arek

– Jarek

– no you stupid, call Arek G….

– calling Daniel G…. (brat Arka-Zegarka)

– no. A-R-E-K

– REK?

Cierpliwość się skończyła. Umyłem ręce i zeskanowałem twarz. W kuchni akurat pracowałem i kończyny górne były w użyciu, także sterowanie głosem byłoby wybawieniem. Ale nie było.

Się szczęśliwie umówiliśmy i spotkaliśmy. Kolega zaproponował babkę ziemniaczaną, a ja boczek. Chyba Arkadiusz krokodyle łzy wylewał nad tarkowanymi bramborami, bo się okazało, że dwie blachy w piach! Jedna z cebulką, druga z boczkiem. Przesolone jak cholera. Mam wrażenie, że na kilo ziemniaków poszło kilo soli. Arek się załamał. Mówił, że pierwszy raz coś mu się tak przesoliło. Żona Urszula powiedziała, że z kapustą kiszoną i śmietaną to nawet nawet. Hmmm, kapusta kiszona? Wiadomo w naszym wieku kiszone dobre na jelita. Albo koleżanka … Choć nie słyszałem, żeby o kolejnym dziecku mówili. Czyli jednak konsumuje kapustę dla lepszej perystaltyki jelit i odporności. Jesień nadeszła. Wirusy szaleją. Trzeba się bronić i chronić.

I tak sobie siedzieliśmy. Do picia zaproponowałem rum z kolą, sokiem pomarańczowym i sokiem ananasowym. Zgodnie stwierdziliśmy, że z tym ostatnim smakowało nam najlepiej. Mlask.

A boczuś? No cóż, prosta klasyka. Kilo boczku, łyżeczka soli, pół łyżeczki cukru. Smarujemy skórę i do pieca. Na spód wkładamy blachę z wodą. Nad nią ruszt z boczkiem (skórą do góry). 180 stopni i 60 minut. Góra-dół, bez turboobiegu. Później jeszcze 15 min grzałka z góry i jest! Chrupiący boczek. Dzięki Słodkokwaśna za przepis.

Wybiliśmy z głowy małżonki programy typu Twoja Twarz Brzmi Znajomo i posłuchaliśmy radia Nowy Świat. Dużo JJ w ciągu jednej godziny leciało.

JJ? Oh, pamiętny road trip na West Coast z Państwem z Europy na K. Vegas, Wielki Kanion, Park Joshua Tree, San Diego, LA, zachód słońca w Malibu, Santa Barbara, Mojave, Vegas. Eh! W Las Vegas oczywiście wiadomo co było grane. W naszym hotelowym kasynie MGM Grand troszkę kasy puściliśmy. Ale później się przenieśliśmy do innego domu hazardu. Ja w kieszeni miałem tylko 100$, ale później los się uśmiechnął i zrobiło się 1 000. Black Jack. Przy stole siedziała para i koleś z Serbii albo z jakiegoś innego kraju post-Jugosłowiańskiego. Dziewczyna jak usłyszała, że my Polacy to zaczęła zachwyt.

– ojej. Ja jestem pół-Polką! Mój tato jest Polakiem

– a znasz Polski?

– nie.

– a tato gdzie się urodził?

– tu. Jestem Kate Kabanoski, z Orange County. A to mój chłopak JJ (czytaj: dżej dżej)

– ssup! – przywitał się JJ. Oczywiście stylówkę miał odpowiednią do inicjałów.

 

I gra się jakoś wesoło kręciła. Jak się każdy z nas dorobił, to nam stół zamknęli.

Poszliśmy z Panem z Europy na K. do knajpy/kasyna (tam wszystko ma kasyno. Nawet na lotnisku) Hooters. Eh, to już nie to samo. Z opowieści słyszeliśmy, że kelnerki powinny być inaczej ubrane. Niestety nie były eksponowane hooters.

Później wylądowaliśmy w innym kasynie i z tego 1 000$ zrobiło się dużo mniej. Dużo, dużo mniej. Miałem o 6 rano tyle w kieszeni, że w sumie, to nic nie mogłem za to kupić.

Cóż, raz się żyje. Do Vegas już nie wrócę. A przynajmniej do kasyn w Vegas. Śmierdzi i jest jakoś … smutno. Ludzie żyją nadzieją, że za chwilę wygrają milion. Złudna to nadzieja.

Co do JJ. To właśnie w radio grali pewną panią. Mówię do znajomych, że chyba rocznica śmierci była jej. I że któryś z tych dwóch jakoś niedawno obchodził też rocznicę zejścia. I faktycznie, wiki pokazała, że 4 października mija 50 lat od śmierci Janis Jolin. Parę tygodni wcześniej, 18 września, Jimmy Hendrix się pożegnał. A 3 lipca już 1971 roku – Jim Morrison. Wielka Trójka dołączyła do Klubu 27 w ciągu niecałego roku. Smutny czas.

Oh Lord, won’t you buy me a color TV?

Arek się wczoraj mnie pytał, czy nie chciałbym kupić telewizora. Nie, po co?

jeszcze 12!

Zapyta Bóg w swym niebie,
Co dałem mu od siebie

 

Szok. W szokum jest. Jak ten czas … gna. 12 tygodni do końca roku. Przecie nie tak dalej jak wczoraj bawiłem u siebie gości z okazji wigilii Dnia Kobiet. A tu już 40-ty tydzień roku! 12 do końca. Czas zaplanować sylwestra. Pewnie wybiorę się na jakiś bal … maseczkowy.

Oficjalnie ogłaszam, że rok 2020 jest najgorszym rokiem żywota mojego. Jezus, jak nas mały, wredny wirusek załatwił.

 

Wczoraj miałem awanturkę z gówniarą w autobusie. Ładna dziewczyna, młoda ale głupia. Skończyło się na 112. Dziewoja usiadła koło mnie bez maseczki (ramię w ramię siedzieliśmy). Poprosiłem ją uprzejmie, że albo zakrywa usta i nos, albo się przesiada. Oczywiście dziewczyna miała zaświadczenie o trudnościach w oddychaniu, co oczywiście automatycznie wywołało u mnie serdeczne współczucie. Obok starsza pani zaczęła jej wykrzykiwać (niepotrzebnie), że jest po 3 zawałach i brak maseczki jest zagrożeniem nie dla dziewczyny, ale dla innych. Gówniara zaczęła być bardzo niemiła dla seniorki. Pani też nie ma maseczki. Przyłbica nie chroni – takie argumenty lalka miała. Zapytałem się jej, czy zdaje sobie sprawę, że rozmawia ze starszą osobą i wypadałoby okazać choć minimum szacunku. No dziewoja się rozkręciła. Poprosiłem ją jeszcze, żeby nie mówiła w moim kierunku. Chyba studiuje prawo ta mała, bo zaczęła gadać jak papuga. Do mnie zaczęła się rzucać, że ja też nie mam maseczki. Hm, powiedziałem jej, że mam zasłonięte usta i nos (miałem buff). Ale ledwo nos zasłania! – wykrzyczała. Przestałem z dzieckiem dyskutować. Poinformowałem, że poproszę sanepid o rozstrzygnięcie tego sporu. Nie miała nic przeciwko. Oczywiście w sanepidzie nikt nie odbiera.

– może ja zadzwonię, bo widzę, że ma pan problemy – zaoferowała się

– nie bądź taka mądra. Poradzę sobie – rzekłem, sprawnym ruchem wybierając polskie 911.

 

Pod 112 pani wzdechnęła i powiedziała, że takie sytuacja należy zgłaszać do nich. Ale jeśli jesteśmy w jadącym autobusie, to mam podejść do kierowcy i zgłosić brak zakrywania ust i nosa. Kierowca, jeśli ma czas i możliwości, zatrzymuje pojazd i wzywa służby. Machnąłem ręką, a gówniara wysiadła na przystanku Metro Politechnika.

Szczerze się dziwię, że nie ma nigdzie patroli. Jedyny jaki widziałem, to u mnie na Sadybie … przy jeziorku Czerniakowskim. Czyli przestrzeń, dystans, a nieroby łaziły i kiwały palcem, jak kto bez maseczki był (to był początek pandemii).

 

Później, wczoraj, jakiś mądry pan (może ten nowy minister) mówił przez radio, że mamy się absolutnie zasłaniać i żadne choroby i zaświadczenia nas nie zwalniają z tego obowiązku. A jeśli ktoś ma astmę, to tym bardziej ma zakrywać otwory gębowe.

Na tę całą sytuację w autobusie machnąłbym ręką, ale gówniara sama się o to prosiła. Gdyby nie zaczęła tak się rzucać do tej starszej osoby, to bym dał spokój.

 

Od dziś największy powiat w Polsce ma status czerwonej strefy. Przecie tydzień temu odwiedzałem Mamusię i Tatusia! To ja im tę zarazę przywlokłem? Powiat białostocki to między innymi Choroszcz, Supraśl, Tykocin, Wasilków, Dobrzyniewo, Zawady. Byłem tam! To ja im taki los zgotowałem?

 

A ponoć Mokotów od dziś na żółto. Oj.

A propos podlaskiego. Wczoraj zrobiłem serniczki po raz trzeci w życiu – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Już wiem, że serniczki tylko u Mamy. Oczywiście placki są banalnie proste, ale strasznie się ciasto lepi do rąk. Więcej zostało na łapie niż na patelni. A poza tym, Mamusia robi bardziej kształtne, trójkąciki takie robi albo owale. U mnie wyszło czort wie co. Ale w smaku nawet smaczne.

A pamiętam, że kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej, to nienawidziłem tych serowych placków. Długie zęby na nie miałem. A tera? Voila! Jadłbym.

 

Trudno nie wierzyć w nic

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑