Tag: deszcz

nie dzielny wieczór

A gra mi niezawodny Tom Waits i jego „The Heart of Saturday Night”.

Bo mam taki nastrój. Bo pada.

Nachodziłem się dziś. Fotki i relacja będą później na zagranicznym blogu.

Na koniec łażenia („od tego są nogi, by łazić na nich”) zaszedłem do lokalnego baru. Akurat było parę znajomych osób. To się zajęliśmy konwersacją. Mówię, że co to za durne SMS z tym alertem pogodowym? Cały dzień jest ok, a tu straszą. Po pół godzinie zaczęło kapać. Stwierdziliśmy, że jak to dobrze, że szef w końcu zainwestował w dach nad ogródkiem. Po 10 sekundach lania uciekliśmy do środka. Przemoczeni. Padało w poprzek! Taki deszcz. Błyskało się niemiłosiernie.

 

Grzmotów nie było słychać. Ktoś, kto mieszka wysoko musiał mieć fajny widok na miasto. Po pół godzinie jakby ustało. Pierwsza do domu ruszyła Kaśka. Po 5 minutach – Krzysiek. Jak kolega dał nogę za próg zaczęło lać znowu. Odczekałem 10 minut i stwierdziłem, że jakby nie pada i lecę. Metr od lokalu wdepnąłem w kałużę. Ale faktycznie całą drogę już nie padało.

Ironia losu? Chichot losu? Jak to nazwać?

Także Tom Waits mi tu jeszcze pośpiewa. Może później włączę nowsze dzieła i będzie mi charczał. Zobaczymy.

Ekspres w końcu wyzionął ducha.

żeby życie miało smaczek …

Raz ogórek, raz kabaczek.

 

Nie, ja nie o LGBT i innych bezeceństwach. Nie mówmyż o debilu. Chłop i tak ma przed sobą trudny czas. Pakowanie. Wiem, kilka razy się przeprowadzałem. Tyle tego się jednak zbiera, że okazuje się, że całe życie to nie jeden, a od groma pudeł i worków. Także WyPAD 2020.

Ja nie o ideologii, a o ludziach. O koleżance z pracy, co mi o tej porze roku przynosi dary. Przeprowadziła się Dorota na wieś ze swoimi chłopakami i sobie przy domu grzebie, kopie, sadzi, piele. I natura oddaje jej jak szalona! Dwa dni temu przyniosła mi wór szczypioru, rukoli, sałaty. A rok temu dostałem jeszcze gigantyczne ogórki, cukinie i miętę. Także czekam na resztę zielonego.

W sklepie mym czasem się zapytuję pana Wojtka z rybnego, czy ma jakieś łby i kręgosłupy rybie. I jak czasem ma, to kupuję. I dwa dni temu sobie nawarzyłem rosołu rybnego. Piękny. Taki zawiesisty, z drobinkami mięsa łososia. Mlask.

Raz zrobiłem zupę z sałaty i się zakochałem. Piękna zieleń wychodzi po zblendowaniu. A smak!?

Rok temu Dorota zaproponowała, żebym zmiksował ogórki świeże. Mlask!

Teraz zrobiłem zupę zieloną ze szczypiorem, rukolą i sałatą. Py-cha!

 

Dziś chyba wykorzystam mleczko kokosowe, bo coś długo stoi i martwię się, czy nie zepsuje się. I krewetki dodam. Jest tak gorąco, że pranie schnie w okamgnieniu, a krewetki rozmrażają się ciut dłużej.

 

Czekolady nie dostałem. Odrzucili mnie z poboru honorowego krwi. Niestety krwinki białe w ilości 3 800 zdyskwalifikowały mnie. Minimum to 4 000. Cholera. Blisko byłem. Pan doktór na moje pytanie, jak naturalnie mogę podnieść te leukocyty, odpowiedział, że są dwie metody: wysiłek dzień przed oraz … przeziębienie.

No kurczaczki, przecie dzień przed ewentualną donacją wysiłkowałem się jak nigdy. Wiktorię z Panem G. nad chłopakami odniosłem epicką! I nawet krwinka mi nie drgnęła?

Przeziębiać się nie zamierzam.

Mam czas 2 tygodnie do ponownego podejścia. No nic, wizja darmowej komunikacji jako honorowy krwiodawca oddala się. Pal licho czekoladę, w taki upał się i tak by roztopiła. I w drodze powrotnej deszcz mnie zlał!

 

piszesz mi w liście, że kiedy pada, kiedy

… nasturcje na deszczu mokną.

Hmm, chyba nigdy nie widziałem nasturcji. A może widziałem, tylko nie wiedziałem, że to to.

Nas w Turcji też jeszcze nie widziałem. A bym bardzo chętnie zobaczył. Mało brakowało, a bym odwiedził. Ale bilet jakoś drogi był i jakoś samemu się nie chciało. Ale mam Turcję na uwadze.

Właśnie piję pierwszą kawę po odkamienieniu. Hmm, albo jeszcze jest za rano, albo coś się nie wypłukało za dobrze. Muszę wygrzebać butelkę z płynem do odkamieniania z kosza na śmie(r)ci i poczytać, czy fatalne jest spożycie. To znaczy, czy śmiertelne. Głupio by było zejść ze świata ubitym przez odkamieniacz. Odkamienienie takie by było. Odkamieniowanie?

Ludzie skarżą się na pogodę. Druga połowa maja i zimno.

Zacytuję klasyka – jest zima, to jest zimno.

Nawet przysłowie mówi – w majcu, jak garncu.

Ja nie narzekam. Pogoda jaka jest, taka jest. Nie przeszkadza mi. Najpierw świat grzmiał, że sucho, że musi popadać. To niech popada. A zimno mi nie jest.

Pogoda mi nie przeszkadza.

Ale do szewskiej pasji doprowadza mnie ta durna wbudowana aplikacja Weather w moim telefonie. Aj! Ale to jak. Patrzę na ekran – nie pada do końca dnia. To idę biegać. Lecę. Obmyślam trasę biegnięcia. Na 3 kilometrze – KAP. KAP. KAP. No dobra „re-routing”, bo jak się rozpada, to do domu będzie daleko. Także nowa trasa wokół domu już jest zaplanowana. Po krzaczkach, na uboczu, wokół jeziorka Czerniakowskiego. Fajnie, zielono. Tylko gałązki drzew i krzewów po pysku mnie smyrają. 

Kiedyś deszcz mnie zaskoczył podczas biegania. Oj, lało jak z cebra. Pamiętam, że rękoma odciągałem koszulkę od ciała, bo jakoś się za bardzo kleiła do ciała i się ciężko biegało. Także teraz wiedziałem, że trzeba biegać z przyczajki, blisko domu. Jak zaleje, to do domu dwa kroki.

Oooo, od dziś zakaz sprzedaży menthalowych papierosów. Nigdy nie lubiłem. Wiatr w gębie.

1 236 dni bez papierosa.

Także każdy się zgodzi, że dobrze jest wiedzieć na zaś, co nas czeka na zewnątrz, nieprawdaż?

Wczoraj wyszedłem zrobić 10 000 kroków. Ściemnia się, czarny horyzont. Rzucam okiem na mój Weather – czysto.

Z krokami mam tak, że co dzień muszę zrobić przy najmniej 10 000 kroków. Nie ma zmiłuj. Gdy wiatr i deszcz, ja idę. Gdy pada śnieg i dzwonią dzwonki sań – ja idę. 10 000 kroków raz mi się wydaje, że to sporo, a raz się dziwię, że już doszedłem.

Mam taką traskę: Sadyba – pałac w Wilanowie – Sadyba. I już jest dyszka.

Maciek jak sobie coś do łba wbije, to nie ma zmiłuj.

Nie pamiętam kiedy nie wyrobiłem dziennej normy. Chyba jak latam, bo wtedy ciężko.

Czasem mi się zdarzy 9 9989 kroków i już jestem cały zły, że nie doszedłem do końca. 

I tak się wybrałem wczoraj. Przez chwilę wahałem się czy ubrać kurtkę p-deszcz, czy może ciepły polar? Rzucam okiem raz jeszcze na ekranik. Ok, polar będzie w sam raz. Gdzieś na kroku numer 6 600 poczułem KAP, KAP. A właściwie zobaczyłem to po kałuży mijanej. Odpalam telefon. Aj! Ma kapać. 30% szans, że będzie padać za godzinę. Grrrr. Postanowiłem przysiąść w lokalnej knajpce i przy piwie pomyśleć o tym co dalej. Jak się rozpadało, aż zmarzłem i musiałem wejść do środka. 

Nie mam nic do deszczu. Ale wolałbym wiedzieć o takich niespodziankach meteorologicznych. Lubię deszcz. Mam kilka ciuchów p-deszczowych. Można się zabezpieczyć. Z cukru nie jestem. Mam nadzieję, że nie urosnę. 186 cm w zupełności mi wystarcza. Także moje zirytowanie do aplikacji Weather jest spore. Ale powoli nauczam się zachowywać dystans do niej i robić tak zwany „double check” na imgw.pl

Przeczytałem kiedyś mądrość pewną związaną z deszczem. Make life harder sparafrazował poziom wpisów premierówny Tuskówny, która prowadzi(ła) blog Make life easier. Nie czytałem nigdy jej blogu, ale sądząc po opiniach, pani Kasia Tusk dawała na swoich stronach (PO)rady.

Jeśli nie chcesz zmoknąć podczas deszczu, weź parasol.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑