Tag: spacer

gryzę się …

… i się tnę.

Ugryzłem się w środę w lewy polik (od środka). W czwartek przegryzłem bąbelka na prawym poliku (afta jakaś, czyli też we w środku). A dziś coś pod językiem sobie dziabłem. Chyba grzanka z suchara mnie załatwiła. No gryzę się jak nic.

W weekend obierałem sobie warzywka i jak to mam w zwyczaju, obskrobałem sobie paluszka. U nasady palca wskazującego lewej ręki też mam jakieś cięcie.

Weekend minął sympatycznie. W piątek u Słodkokwaśnej zjedliśmy pyszne kanapeczki japońskie z ryżem.

Mniam i mlask. Ta z burgerem i podwójnym serem obłęd. Ta z bawetką (bavette) też spoko.

Dodatkowo kolega zaśpiewał viral pt. Jebać PiS. Tekst bardzo prosty. Dodaliśmy również, parafrazując imprezę urodzinową Piaska – i Konfederację. Śpiewak obchodził 50-tkę i Nergal (gość zaproszony) wrzucił na insta story taki to ich wybryk. Piasek chyba w TVPiS robotę przez to stracił. Dobry ten kolega.

Sobota minęła leniwie. Się po mieście się przeszedłem się. Bo słonecznie było. Ale pioruńsko zimno. Miałem do Piotrusia G. dołączyć na sanki, bo kolega z dziećmi się bawił przy moście Śląsko-Dąbrowskim. Ja też przy tym moście byłem, tylko z drugiej strony. Pędziłem do domu, bo zimno, bo siku się chciało.

Wyjście z domu w sobotę było w stylu Pan-Hilary-Gdzie-Są-Moje-Okulary. Guzdram się, zbieram. A już buff do zakrywania twarzy naciągnięty na szyję. Czapka zarzucona na łeb. Słuchawki!? Gdzie są moje słuchawki!? Biegam po pokoju i szukam. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że …

Na mieście postanowiłem podbić do pewnego muralu. Słoneczko jednak mocno dawało. Ale mam już 4 pory roku.

Dziś smutna wiadomość – odszedł Pan Ryszard Szurkowski. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, w 2006?, w 2005?, grałem z kolegami z pracy w tenisa. Bo do jakiejś sekcji sportowej się zapisałem i mieliśmy rozgrywki międzyzakładowe. Było nas 3, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały (tenisowy) świat. Nie udało się.

Każdy wie, jak się gra w tenisa we 3. Słabo. Także koledzy pykają, a ja się kręcę i rozglądam. Na korcie obok zobaczyłem samotnego pana. Staliśmy w sumie obok siebie. I pan zaproponował skrzyżowanie rakiet, bo jego partner nie dotarł. Od razu poznałem pana Ryszarda. Musiał mieć wtedy coś koło 60 lat. Już stałem przy linii końcowej, już zamachiwałem się rakietą, jak partner naszego mistrza wpadł spóźniony. No i nie skrzyżowałem rakiet, nie zagrałem.

O panu Ryszardzie znam jeszcze jedną dykteryjkę opowiedzianą przez brązowego medalistę olimpijskiego z Barcelony, pana Kajetana Broniewskiego (kajaki). Mówił, że kiedyś w większej grupie poprosił mistrza o przejażdżkę na rowerach. Jadą sobie i jadą. Amatorzy poprosili o zaprezentowanie poziomu olimpijskiego. Pan Ryszard powiedział, że odliczy do trzech i rura. Jak powiedział, tak i zrobił. Pan Kajetan powiedział, że nawet przez chwilę nie dotrzymali mu … kroku (można tak powiedzieć w tym przypadku?).

Ponoć Trumpowi chcą zrobić impeachment. W sumie jest za późno, ale chcą się zabezpieczyć przed ewentualnym, kolejnym startowaniem tego pana w wyborach. A taki impeachment uniemożliwi to.

I taka refleksja.

Z Korą się spotkałem. Z panem Ryszardem się spotkałem. I z Trumpem też. Hmm.

paluszek obrany

Czyli zimne nóżki.

Wszem i wobec ogłaszam, że mam serdecznie w … nosie diety. Tydzień po badaniu wątroby robiłem nowe testy. I też był lipidogram. I się okazało, że cholesterol poniżej górnej granicy. No musiałem się wcześniej czegoś nażreć!

Także tak, nie jem smażonego i mięso raz na jakiś czas. Czyli żadne lekkostrawne diety mi nie groźne.

Dziś mnie naszło na zimną nóżkę. Nakupiłem 3 kopyta świńskie i 1 golonkę. 6 godzin gotowania. Długo. Tak długo, że zapomniałem na koniec czosnku dorzucić. Ale wyszły … mam nadzieję. 2 słoiczki zawekowałem na zaś, a reszta w foremki na teraz. Kilka pojemników bez mięsa (bo wyszło). Będzie mam nadzieję jedzone.

Zimne nóżki robiłem wcześniej 3 razy – pierwszy, jak na tamten moment zdecydowanie ostatni i jak mi się wtedy wydawało o jeden raz za dużo. Ale dziś postanowiłem dać szansę i po raz … drugi się za to wziąłem.

Ale dramat nastąpił, bo obierając cienką marchewkę obrałem sobie palca. Dosyć mocno. Ech, skórka mi odstaje i wygląda to jak skrzele rybie. Krwawienie zatamowane szybko (przyciśnięta ranka, palec do góry, powyżej serca). Ale później parę razy się zaczepiłem swoim skrzelem. A to jak rękę do kieszeni wkładałem albo jak szaty przydziewałem. No pech. Skończyło się plastrem.

Druga straszna rzecz, ekspres do kawy w końcu ode mnie odszedł. Nie pomaga reanimacja w formie wyłączenia go z prądu na dwa dni oraz przepłukanie sitek. Biedak już nie ciągnie.

Kupiłem sobie kawiarkę w Tchibo, bo akurat mieli 20% promo.

Próbuję pierwszą filiżankę i się skręcam – fuj, jakie ohydne – mówię. Zaglądam w instrukcję obsługi, a tam …

 

Ale kto by czytał instrukcję obsługi do takiej prostej maszyny.

 

Z dobrych rzeczy, to chciałem donieść, że po raz pierwszy byłem w drugim największym parku w Polsce – w Kampinosie. Fajny lasek. Ponoć ten teren wydmowy, to najlepiej zachowany kompleks wydm w skali Europy. Brawo my. Już mam ogarnięty dojazd do Truskawy. Z metro Młociny autobusem 210 i już. Tylko coś około 90 minut zajmuje dotarcie tam. Phi

 

 

czarne dni

Thanksgiving był w Stanach w ubiegłym tygodniu, także czarny piątek nastał i ogólnie czarny weekend.

Dziś tylko 5 tys. nowych przypadków na 25 tys. testów. Ściema? Czy działania Matołuszowego rządu przynoszą skutki?

To posłanka! Nie pryskaj – tak krzyczeli ludzie do milicji, kiedy ta potraktowała gazem moją ulubienicę z 5-10-15 Barbarę Nowacką. Pokazała nawet legitymację poselską milicjantowi. Ale na nic to się zdało. Hmmm, a jak nie posłanka, to można pryskać? Nie wiem. Z jednej strony wkurzają mnie ataki w mediach na milicję, ale z drugiej organ ten też bez winy nie jest. Ale ja nie o tem.

W piątek poleciałem do mego Best Malla. Za chlebem. Już na wejściu jakoś mnie się nie spodobało. Choinki? Bombki? Światełka? Co jest!? – myślę sobie. Ale szybko skumałem, że grudzień się czai. A poza tym w Ameryce już po indykowym czwartku, Christmasowe dewocjonalia wjeżdżają do sklepów, na wystawy i … do domów. Znam jedną taką w Teksasie co już drzewko ubrała! U nas w domu zawsze w wigilię się choinkę stroi.

Oprócz tych światełek widzę jakiś ruch. Okazało się, że w końcu Rossmana otworzyli i 60+ się kłębi w kolejce, bo po 10 było. Pewnie jakieś rabaty z okazji uroczystego debiutu po remoncie. Ale ja napieram do Vincenta, po chleb. Mijam sklepy i widzę ruch. Rolety do połowy podniesione (albo opuszczone!), a w środku pracownicy układają towar.

AAAAAAAA, PRZECIE NAS JUTRO ODMRAŻAJĄ – zawołałem głośno w myślach. Obstawiłem, że ludzie nie ruszą masowo do sklepów.

W sobotę wpadam znowu po chleb. Ten z piątku na zakwasie jakiś słaby. Nie dość, że źle się kroi, to jeszcze jakiś niesmaczny i na drugi dzień stwardniał z lekka. Tym razem wziąłem mego ulubieńca – chleb z figą i orzechami. Mniam!

Rozglądam się po galerii Best Malla i się wystraszyłem. Ludzi od groma. Nawet do iSpota kolejka. A jak wiemy, tam zawsze więcej sprzedających niż klientów. Pewnie iPhone 12 się pojawił na półkach. Uciekam nad jeziorko.

I tu kolejny szok. Ludzie zniknęli! Pusto.

AAAAAAAA, PRZECIE NAS DZIŚ ROZMROZILI – zawołałem głośno w myślach, ale tym razem uśmiechając się spode wąsa.

Jako że trasa dokoła sadzawki błotnista i bardzo znajoma, to postanowiłem w krzaki dać. Fajnie się łaziło. Ja lubię takie szlajanie się. Niestety uderzył mnie śmietnik. Nie kumam, co trzeba mieć w głowie, żeby przyjechać w krzaki i wywalić odpadki? Różne. Łatwiej przecie byłoby zostawić to w śmietniku pod blokiem. No chyba, że to mieszkańcy domków. No bo jak się płaci za odbiór raz w tygodniu, to troszkę szkoda dopłacać, jak się więcej nazbiera. No to pod pachę i w krzaki.

Ogólnie zwracam uwagę śmiecącym. W ubiegłym tygodniu jacyś kolesie z napraw drogowych jedli śniadanie w swoim vanie. Jakiś kurczak z KFC. I co ja paczę!? Kierowca oblizuję kostkę i pac ją przez okno. Podchodzę i pytam, czy w domu też tak przez okno wyrzuca. Kolesiowi zrobiło się głupio. Mam nadzieję, że to była ostatnia kostka wyrzucona w ten sposób.

A już nie wspomnę o palaczach, którzy rzucają swoje pety gdzie popadnie.

Także spacer w sobotę był przyjemny, bo nie tłoczny, ale smutny przez ten bałagan.

W niedzielę poszedłem znowu robić kroki i znowu tłum zastałem. Co jest!? – pytam się.

AAAAAAAA, PRZECIE DZIŚ NIEDZIELA NIEHANDLOWA – zawołałem głośno w myślach, ale tym razem smucąc się.

Jednak ludzie rzucili się na zakupy. Ja planuję w tym roku kupować pod choinkę nic. Jakoś ten rok skutecznie zniechęcił do kupowania czegokolwiek.

Mnie najbardziej interesuje otwarcie restauracji, bo mam dosyć gotowania!

A nie! kupiłem sobie parę drobiazgów. Jakoś w weekend dałem z panią prof ze Szczecina po rozmowie. Okazało się, że sobie nowy ekspres kupili. To ja jej mówię, że mój zmartwychwstał po moich zabiegach rezurekcyjnych. Lewatywka i odkamienianie. Okazało się, że moja znajoma uczona ma łokieć tenisisty. No kto jak kto, ale ja jestem ekspert. Dwa łokcie miałem, milion różnych zabiegów, to się znam. I po tej miłej konwersacji, lecąc po chleb, zaszedłem do DUKA. Mieli takie sprytne filiżanki. Kolor transparentny. Cena czarnopiątkowa. Wziąłem. Przyznaję się. Skusiłem się na zakup. Okazało się, że mój ekspres na nowo wyzionął ducha i w sumie nie używam tych kubeczków. Kurna! Zostałem jak ta pała z nimi.

Wkręciłem się w serial Columbo (Porucznik Kolombo). Bo akurat skojarzył mi się z panią prof ze Szczecina. Po prostu Renata jest szaloną fanką. Minus serialu jest taki, że każdy odcinek ma 100 minut. A reszta to plusy. Fajna gra aktorska. Dobrze się ogląda. Intryga przednia. Nie należy jednak przesadzać z oglądaniem i trzeba robić co jakiś czas przerwy, bo schemat odcinka każdego jest taki sam, więc po kilku częściach serial po prostu może spowszednieć. Łobuz morduje, Columbo wpada na trop, a łobuz wpada przez drobny szczegół na samym końcu. Mam za sobą już 6 odcinków i przerwa teraz przede mną. Jeden z pierwszych odcinków był reżyserowany przez … Stevena Spielberga. Taka ciekawostka od pani prof ze Szczecina. Polecam. na CDA dają.

Pisałem, że po półtora rocznej diecie niskotłuszczowej (przymrużenie oczka) spadł mi cholesterol. Ale pięknie mi opadł! Poniżej górnej granicy. Bardzo się ucieszyłem.

W ubiegłym tygodniu zrobiłem sobie doroczne USG jamy brzusznej. Troszkę późno się umówiłem, bo aż na 12.30. Przygotowanie do badania wymaga niejedzenia na 6 godzin przed. Także po 15 godzinach głodówki położyłem się na kozetce. Pan bada.

Ma pan powiększoną wątrobę. Nie ma oznak stłuszczenia. Pofolgował pan sobie z jedzeniem? – pyta pan od USG.

Na sam przód się zdenerwowałem, bo rok temu było to samo. Ale na szczęście tomografia komputerowa potwierdziła, że jest cacy. Na drugi sam przód przyznałem się w myślach, że po tych moich fantastycznych wynikach z września, z mojej diety niskotłuszczowej „nisko” wyjechało na wakacje.

Nie, nie wydaje mi się. Chyba nie – odpowiadam troszeczkę nieprawdziwie.

Skończyło się badaniem moczu, krwi (cholesterol i próba wątrobowa) i konsultacją z hepatologiem. I co się okazało?

Kurna, cholesterol wrócił podwyższony. Wyniki dobre. Pan hepatolog zapytał o moje gabaryty. 186 cm i 95 kg– odpowiadam. Tak, tak, 95, a czasem nawet 94,5 kg! Sam jestem w szoku. Niedawno było 100-101. Teraz to już rozumiem, czemu mi spodnie z dupy spadają.

I pan uczony wyjaśnił, że ja kawał chłopa jestem, że wątroba wątrobie nierówna, że wyniki krwi mam dobre i mam się nie przejmować.

Ale weź się nie przejmuj, jak to cholerstwo na CeHa wraca. Chwila nieuwagi i bęc! Znowu jest powyżej kreski.

Konkluduję! Bo już czas skończyć biadolić.

Nie pijemy … dużo. Ewentualnie wino i whisky. Żadne drinki, żadne piwo, żadna wóda! I dieta niskotłuszczowa albo lekkostrawna. Muszę tylko zobaczyć, która na co pozwala. Skończyły się pyszne boczki, golonki, smażenia i inne takie. KONIEC! Sous vide chyba sobie kupię. Albo niech mi Mikołaj przyniesie. Zgrzewarkę do żywności już mam i jest fajna. Polecam.

Kiełki będę jadł. Zielone, bo zdrowe.

A taka jedna z Teksasu mi dziś wysłała żeberka w sosie własnym. Ula! Litości! Grrrr!

 

bdsm

I inne takie skrótowce.

Nasz naród jest zdyscyplinowany, uległy, zdominowany i chyba związany. Tylko nie wiem z czym lub kim związany?

Dziś z przyjemnością przeszedłem się do biura. Pan kurier się zapowiedział. Trzeba było wpuścić i przyjąć paczki. A że w domu już człowieka szlag trafia, to chętnie się wypuściłem na miasto.

W witrynach księgarnianych zobaczyłem, że mój ulubiony pisarz Harakiri Murakami wydał nową książkę. Cyk, pstryk i szybki ajMasaż do największej fanki tegoż Japończyka z pytaniem, czy zna. Nie znała. Czy księgarnie są czynne?

książki – Murakami

W biurze oszczędzają na świetle. Korytarz ciemny, że strach iść, żeby się o coś nie zaczepić. Na szczęście jest na końcu korytarza światełko.

 

W Radio Nowy Świat usłyszałem jak Matołusz Morawiecki obwieszczał sukces. Polska daje radę. Nie, wróć! Założenia i strategia walki z pandemią wymyślona przez rząd się sprawdza, jest sukcesem. I tu, po raz pierwszy zgodzę się z Matołuszem! Polacy odnoszą sukces. Od kilku(nastu) dni jesteśmy w czołówce, ŚWIATOWEJ czołówce w liczbie największych nowych, dziennych przypadków zachorowań na covid-19. Wczoraj nawet przez chwilę byliśmy na prowadzeniu, ale USA się porachowało i ze 142 tysiącami nas zdeklasowało. Doszły Indie i finalnie dzień zakończyliśmy na 8 miejscu. Polacy najlepsi na świecie, drudzy w Europie, jak to się mówi.

Teraz też zerkam i widzę, że znowu idzie nam wyśmienicie! Dziękujemy polski rządu, świetnie nas dominujesz, przywiązujesz do domów, dyscyplinujesz, a my ulegamy. BDSM.

covid na świecie 13 listopada 2020

Ale Matołusz nie o tem prawił. Że DDM działa. Dystans, Dezynfekcja, Maseczka! Jasne. Widać to na ulicach.

Z tych skrótowców pamiętam z czasów początków mojej kariery zawodowej DDD+. W Auchan tak menadżery tłukli kasjerkom. Co należy robić, jak klientowi zrobić dobrze, żeby wrócił. Dzień dobry, Dziękuję, Do widzenia, plus własna inicjatywa.

Ja byłem dobry z tych plusów. Raz nas przeszkolili na kasach. Wiadomo, w razie czego. Jakby klientów naszło i trzeba było kasy otworzyć wszystkie. To wtedy i managerowie innych działów mogliby obsługiwać. Nie przeszkadzało mi to, to była fajna nauka. Przy mojej kasie stoi kolejeczka. Gdzieś na piątym miejscu kolega z pracy. Mówię – tego pana nie obsługujemy! – wskazując palcem tam gdzieś przed siebie. Nagle jakiś klient stojący przed moim kolegą łapie się jedną ręką za serce i przerażony pyta – mnie? Czemu?

Szybko wyjaśniłem, że nie o niego chodzi. Także takich własnych inicjatyw miałem sporo. Plusowałem często.

Kolega mój zza biurka, manager AGD, tak się przejął pracą przy taśmie, że jak przekładał tartę owocową ze skanera za siebie, do strefy pakowania zakupów przez klientów (takich rzeczy się nie wkładało do reklamówek. Normalnie kasjer wkładał skarby nabyte przez naszych szanownych klientów do reklamówek z logo Auchan), to ciasto mu wyleciało z tego pudełka. Chyba nie za bardzo skalkulował odległość i siłę należną do użycia w celu zrobienia tej czynności.

Przy kasie było wesoło. Ale tylko nam, managerom, bo kasjerki miały przerąbane. Im, takie własne inicjatywy by nie przeszły. Ale w Auchan było fajnie. Nawet po kilku ładnych latach rozpoznawałem buzie i zagadywałem.

HGW, kiedy ta pandemia minie.

Dziś wracając do domu przeszedłem przez Łazienki. Bo lubię i nie trzeba maseczki nosić. Ładna ta polska jesień. Najładniejsza na świecie. Nawet w Teksasie takiej nie mają, bo Ula z TX mi pisze, że jesssu jak zimno, że 26 stopni jest. Uleńko, pisałem już – NIE DENERWUJ MIĘ, bo się … zdenerwuję.

Wszystkiego dobrego 13-ego w piątek.

 

 

 

 

nie dzielny wieczór

A gra mi niezawodny Tom Waits i jego „The Heart of Saturday Night”.

Bo mam taki nastrój. Bo pada.

Nachodziłem się dziś. Fotki i relacja będą później na zagranicznym blogu.

Na koniec łażenia („od tego są nogi, by łazić na nich”) zaszedłem do lokalnego baru. Akurat było parę znajomych osób. To się zajęliśmy konwersacją. Mówię, że co to za durne SMS z tym alertem pogodowym? Cały dzień jest ok, a tu straszą. Po pół godzinie zaczęło kapać. Stwierdziliśmy, że jak to dobrze, że szef w końcu zainwestował w dach nad ogródkiem. Po 10 sekundach lania uciekliśmy do środka. Przemoczeni. Padało w poprzek! Taki deszcz. Błyskało się niemiłosiernie.

 

Grzmotów nie było słychać. Ktoś, kto mieszka wysoko musiał mieć fajny widok na miasto. Po pół godzinie jakby ustało. Pierwsza do domu ruszyła Kaśka. Po 5 minutach – Krzysiek. Jak kolega dał nogę za próg zaczęło lać znowu. Odczekałem 10 minut i stwierdziłem, że jakby nie pada i lecę. Metr od lokalu wdepnąłem w kałużę. Ale faktycznie całą drogę już nie padało.

Ironia losu? Chichot losu? Jak to nazwać?

Także Tom Waits mi tu jeszcze pośpiewa. Może później włączę nowsze dzieła i będzie mi charczał. Zobaczymy.

Ekspres w końcu wyzionął ducha.

a na plaży …

…mi się marzy taniec w słońcu i bez końca.

 

Koronawakcje nadeszły. Pandemiczne lato się zaczęło. Jakby mniej pada już.

Przeszedłem się po dzielni. Ot tak bez celu. Żeby spalić … kalorie po pizzy.

A propos palenia. Czy dziś nie jest przypadkiem 3 i pół roku jak przestałem palić? Chyba dziś, tzn. jutro, z wtorku na środę. 1 lipca o 1.40 naszego czasu dokładnie. Eh. 1277/1278 dni. Nie tęsknię i nie wyobrażam sobie, żebym wrócił do nałogu. Nie ciągnie mnie już nawet. Współczuję palącym. Rzućcie to w diabły.

A propos włoskiej kuchni. Wczoraj dałem się zaprosić na lancz na Saską Kępę. Knajpa się nazywa Pinsa. O kurczaczki jaka pycha! Na Wilanowie też ponoć jest. Mlask!

Na przystawkę Arancini Verdura (ser mozzarella, kozi ser, cukinia, szpinak, czerwona cebula, papryka, ryż) i Arancini Bolognese (ser mozzarella, sos Bolognese, ryż). Na główne – Pinsa Bianca La Regina wypiekana na mące sojowej, ryżowej i pszennej oraz Pinsa Panini Polipo.

Mlask ale wracajmy do spaceru dzisiejszego. Jako że Sadybę mam „obeszniętą” (od wyrazu obejść lub obchodzić), tzn. że obszedłem już Sadybę tyle razy, to nigdy nie wiem dokąd pójdę, jak idę na spacer. Codziennie muszę zrobić 10 000 kroków. Przynajmniej. Do łba wbite dawno. Także byłem już wszędzie. I dziś chciałem przejść obok muzeum z czołgami, ale zorientowałem się, że kilka godzin wcześniej do sklepu szedłem tamtędy. To skręciłem w lewo nad jeziorko Czerniakowskie.

Dopiero teraz spostrzegłem, że w takim tuneliku, wejściu na podwórko starej kamienicy wiszą obrazki. Chyba jednak niedawno powiesili, bo jestem pewien, że byłyby spostrzeżone wcześniej, bo ja spostrzegam takie rzeczy. Spostrzegawczym raczej jest.

I tak się przeszedłem kawałeczek po plaży nad jeziorkiem. Urzekła mnie tablica informująca jak należy spędzać czas nad wodą w dobie pandemii. Dziwne to będą wakacje. Dziwny to będzie plażing.

Barak, w którym było Nabo i koszmarny Wietnamczyk wyremontowali na glanc i otworzyli coś, co się nazywa Owoce & Warzywa oraz NaboKu, czyli nowe-stare Nabo. No wygląda to jak gwiazdki Miszelina albo coś takiego. Dużo ludzi. Trzeba będzie podejść w niedzielę i zobaczyć. I obfotografować.

 

A propos przedrostków „ob-”. Jak poznać, czy ktoś jest pijany? Należy poprosić taką osobę, żeby powiedziała króciutkie zdanie:

Na stole znajdują się butelki obetykietykowane i butelki nieobetykietykowane.

wieczny odpoczynek racz im dać panie

na mojej ulicy

 

żeby życie miało smaczek …

Raz ogórek, raz kabaczek.

 

Nie, ja nie o LGBT i innych bezeceństwach. Nie mówmyż o debilu. Chłop i tak ma przed sobą trudny czas. Pakowanie. Wiem, kilka razy się przeprowadzałem. Tyle tego się jednak zbiera, że okazuje się, że całe życie to nie jeden, a od groma pudeł i worków. Także WyPAD 2020.

Ja nie o ideologii, a o ludziach. O koleżance z pracy, co mi o tej porze roku przynosi dary. Przeprowadziła się Dorota na wieś ze swoimi chłopakami i sobie przy domu grzebie, kopie, sadzi, piele. I natura oddaje jej jak szalona! Dwa dni temu przyniosła mi wór szczypioru, rukoli, sałaty. A rok temu dostałem jeszcze gigantyczne ogórki, cukinie i miętę. Także czekam na resztę zielonego.

W sklepie mym czasem się zapytuję pana Wojtka z rybnego, czy ma jakieś łby i kręgosłupy rybie. I jak czasem ma, to kupuję. I dwa dni temu sobie nawarzyłem rosołu rybnego. Piękny. Taki zawiesisty, z drobinkami mięsa łososia. Mlask.

Raz zrobiłem zupę z sałaty i się zakochałem. Piękna zieleń wychodzi po zblendowaniu. A smak!?

Rok temu Dorota zaproponowała, żebym zmiksował ogórki świeże. Mlask!

Teraz zrobiłem zupę zieloną ze szczypiorem, rukolą i sałatą. Py-cha!

 

Dziś chyba wykorzystam mleczko kokosowe, bo coś długo stoi i martwię się, czy nie zepsuje się. I krewetki dodam. Jest tak gorąco, że pranie schnie w okamgnieniu, a krewetki rozmrażają się ciut dłużej.

 

Czekolady nie dostałem. Odrzucili mnie z poboru honorowego krwi. Niestety krwinki białe w ilości 3 800 zdyskwalifikowały mnie. Minimum to 4 000. Cholera. Blisko byłem. Pan doktór na moje pytanie, jak naturalnie mogę podnieść te leukocyty, odpowiedział, że są dwie metody: wysiłek dzień przed oraz … przeziębienie.

No kurczaczki, przecie dzień przed ewentualną donacją wysiłkowałem się jak nigdy. Wiktorię z Panem G. nad chłopakami odniosłem epicką! I nawet krwinka mi nie drgnęła?

Przeziębiać się nie zamierzam.

Mam czas 2 tygodnie do ponownego podejścia. No nic, wizja darmowej komunikacji jako honorowy krwiodawca oddala się. Pal licho czekoladę, w taki upał się i tak by roztopiła. I w drodze powrotnej deszcz mnie zlał!

 

piszesz mi w liście, że kiedy pada, kiedy

… nasturcje na deszczu mokną.

Hmm, chyba nigdy nie widziałem nasturcji. A może widziałem, tylko nie wiedziałem, że to to.

Nas w Turcji też jeszcze nie widziałem. A bym bardzo chętnie zobaczył. Mało brakowało, a bym odwiedził. Ale bilet jakoś drogi był i jakoś samemu się nie chciało. Ale mam Turcję na uwadze.

Właśnie piję pierwszą kawę po odkamienieniu. Hmm, albo jeszcze jest za rano, albo coś się nie wypłukało za dobrze. Muszę wygrzebać butelkę z płynem do odkamieniania z kosza na śmie(r)ci i poczytać, czy fatalne jest spożycie. To znaczy, czy śmiertelne. Głupio by było zejść ze świata ubitym przez odkamieniacz. Odkamienienie takie by było. Odkamieniowanie?

Ludzie skarżą się na pogodę. Druga połowa maja i zimno.

Zacytuję klasyka – jest zima, to jest zimno.

Nawet przysłowie mówi – w majcu, jak garncu.

Ja nie narzekam. Pogoda jaka jest, taka jest. Nie przeszkadza mi. Najpierw świat grzmiał, że sucho, że musi popadać. To niech popada. A zimno mi nie jest.

Pogoda mi nie przeszkadza.

Ale do szewskiej pasji doprowadza mnie ta durna wbudowana aplikacja Weather w moim telefonie. Aj! Ale to jak. Patrzę na ekran – nie pada do końca dnia. To idę biegać. Lecę. Obmyślam trasę biegnięcia. Na 3 kilometrze – KAP. KAP. KAP. No dobra „re-routing”, bo jak się rozpada, to do domu będzie daleko. Także nowa trasa wokół domu już jest zaplanowana. Po krzaczkach, na uboczu, wokół jeziorka Czerniakowskiego. Fajnie, zielono. Tylko gałązki drzew i krzewów po pysku mnie smyrają. 

Kiedyś deszcz mnie zaskoczył podczas biegania. Oj, lało jak z cebra. Pamiętam, że rękoma odciągałem koszulkę od ciała, bo jakoś się za bardzo kleiła do ciała i się ciężko biegało. Także teraz wiedziałem, że trzeba biegać z przyczajki, blisko domu. Jak zaleje, to do domu dwa kroki.

Oooo, od dziś zakaz sprzedaży menthalowych papierosów. Nigdy nie lubiłem. Wiatr w gębie.

1 236 dni bez papierosa.

Także każdy się zgodzi, że dobrze jest wiedzieć na zaś, co nas czeka na zewnątrz, nieprawdaż?

Wczoraj wyszedłem zrobić 10 000 kroków. Ściemnia się, czarny horyzont. Rzucam okiem na mój Weather – czysto.

Z krokami mam tak, że co dzień muszę zrobić przy najmniej 10 000 kroków. Nie ma zmiłuj. Gdy wiatr i deszcz, ja idę. Gdy pada śnieg i dzwonią dzwonki sań – ja idę. 10 000 kroków raz mi się wydaje, że to sporo, a raz się dziwię, że już doszedłem.

Mam taką traskę: Sadyba – pałac w Wilanowie – Sadyba. I już jest dyszka.

Maciek jak sobie coś do łba wbije, to nie ma zmiłuj.

Nie pamiętam kiedy nie wyrobiłem dziennej normy. Chyba jak latam, bo wtedy ciężko.

Czasem mi się zdarzy 9 9989 kroków i już jestem cały zły, że nie doszedłem do końca. 

I tak się wybrałem wczoraj. Przez chwilę wahałem się czy ubrać kurtkę p-deszcz, czy może ciepły polar? Rzucam okiem raz jeszcze na ekranik. Ok, polar będzie w sam raz. Gdzieś na kroku numer 6 600 poczułem KAP, KAP. A właściwie zobaczyłem to po kałuży mijanej. Odpalam telefon. Aj! Ma kapać. 30% szans, że będzie padać za godzinę. Grrrr. Postanowiłem przysiąść w lokalnej knajpce i przy piwie pomyśleć o tym co dalej. Jak się rozpadało, aż zmarzłem i musiałem wejść do środka. 

Nie mam nic do deszczu. Ale wolałbym wiedzieć o takich niespodziankach meteorologicznych. Lubię deszcz. Mam kilka ciuchów p-deszczowych. Można się zabezpieczyć. Z cukru nie jestem. Mam nadzieję, że nie urosnę. 186 cm w zupełności mi wystarcza. Także moje zirytowanie do aplikacji Weather jest spore. Ale powoli nauczam się zachowywać dystans do niej i robić tak zwany „double check” na imgw.pl

Przeczytałem kiedyś mądrość pewną związaną z deszczem. Make life harder sparafrazował poziom wpisów premierówny Tuskówny, która prowadzi(ła) blog Make life easier. Nie czytałem nigdy jej blogu, ale sądząc po opiniach, pani Kasia Tusk dawała na swoich stronach (PO)rady.

Jeśli nie chcesz zmoknąć podczas deszczu, weź parasol.

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑