Tag: Blog (Page 1 of 16)

wina, wina dajcie

Miałem ciasto puszyste, mokre, jogurtowe z borówką zrobić. Tak mnie z rana naszło. Ale zadzwoniłem do Słodkokwaśnej i powiedział mi, że borówki to najlepiej na surowo jeść. Ma rację. Znalazłem nawet sprytną recepturę. Tylko zabrakło w niej … borówek. Ale pomyślałem sobie, że co ja zrobię z resztą mleka, jak tylko 1/6 szklanki muszę użyć? I cukru w domu też nie mam. Same wydatki. Także za radą kolegi kupie sobie owoc i na surowo zjem.

Ostatnio targają mną dziwne sny. Oczywiście pamiętam niewiele, bom starym już jest i pamięć nie ta.

Ale jeden zapamiętałem. Gotowałem ze Słodkokwaśną zupę. A ingrediencji w garze bez liku. Jakiś tłusty boczuś na mię zerkał. Mówię do kolegi, żeby chrzanu dodał, a ten odsuwa mięsko i pokazuje mi taką niemałą kupkę startego korzenia. Czyli pewnie jakiś żur pichciliśmy. Bon jour!

Co do wypieków, to wzięło mnie mimo tego, że

Once on the lips, forever on the hips

Czyli, że w dupę pójdzie. Stała się rzecz niesłychana! W końcu dotarła do mnie karta multisportu i mogę iść na siłownię! Się umówiłem z sąsiadem, że będziemy uczęszczać. Nieopodal mamy siłkę. No i, dodatkowo, jak szczęście dopisze i uda nam się rezerwację na kometkę zrobić, to zniżka też i tam będzie. Same plusy z posiadania tegoż plastiku!

Także ciasto mogłem w sumie zjeść, bo i tak na siłce je spalę. We wtorek nastąpi powrót do tego miejsca. Po 11 latach przerwy.

 

Wina, wina dajcie, bo na trzeźwo się nie da w tym kraju żyć. O reasumpcji nie będę pisał, bo mnie krew zalewa i strach ogarnia. Mafia PiS rządzi i zrobić z nami może wszystko. „Pan prezes prosi o ponowne głosowanie” – tak powiedział jakiś pan do pani marszałek. Mikrofonów nie wyłączyli. Z tego co mówił prof. Zych w Radio 357, to reasumpcję przeprowadza się wtedy, kiedy zaraz po głosowaniu poseł oświadcza, że się pomylił, a nie po półgodzinnej pogawędce w komnacie. Pan prezes prosi … Zaczynam się bać mego kraju.

Słyszałem, że na Węgrzech jest gorzej. Gazety opozycyjne drukują na Słowacji, bo u siebie to mieliby problemy (nie tylko finansowe). Media są odkupione i w całości w rękach Orbana. Jedynie Axel Springer funkcjonuje. Ale ten szmatławiec nie bawi się w politykę, więc nie jest szkodliwy. Polska drugimi Węgrami? Wałęsa kiedyś chciał nad Wisłą budować drugą Japonię. Hm, no cóż, nie wyszło. Węgry bliżej. Takie dwa bratanki jesteśmy – do kieliszka i do szklanki.

Najgorsze jest to, że nas palcami wytykają za granicą. 5 gwiazdek, 3 gwiazdki zdecydowanie!

Wina dajcie!

Odbyłem podróż po kilku winnicach w Polsce i jestem … zachwycony, zaskoczony, ujęty. Się biznes rozwija i toczy. Na sam przód zajechaliśmy do Wojtka i Joanny i ich Winnicy Milanowskiej. Oj, bardzo ładny teren. Zadbany i z różnymi atrakcjami (hamak, sauna, basen, ognisko). Wojtek (bo Joanny nie było) się nami zajął, pokazał winnicę, winiarnię i zaczął częstować. Powiedział, że po jego winach nie ma kaca. Prawdo to. Potwierdzam. Kupiłem u niego ze 4 butelki. Śniadanie nam dał i pojechaliśmy dalej.

Malina ma taki domek na wzgórzu z przepięknym widokiem. Czułem się jak w Toskanii. Oprócz kilku krzaków winogron ma krzaki owocowe, warzywne ogródki i sad. Domek jej mnie urzekł. Na jednej ścianie ma dziurę jak po pocisku armatnim. I na to zainstalowana od zewnątrz szyba. Fajny efekt.

Wojtek i Malina okazali się być przesympatycznymi ludźmi. Wieczór upłynął na opowieściach, śmiechach, konsumowaniu wyjątkowych win i dań. Szkoda, że wszystko dobre się kiedyś kończy.

Winnica Płochockich to już nie przelewki. Robi ogromne wrażenie. Ponoć z 6 hektarów. Największa winnica, to Winnica Turnau Solaris koło Szczecina. Ze 33 ha!

Basia Płochocka nas oprowadziła. Niekończące się rzędy krzewów. I jako nieliczni mieli krzaki nasadzone tarasowo. Degustował głównie Wielki Pe, bom prowadził. Dali nam nawet spróbować wina robionego metoda gruzińską, czyli w takim wielkim dzbanku ze spiczastym dnem. Wino wychodzi czerwone, ale o kolorze pomarańczowym. Nie mój klimat. Ale nabyłem 3 butelki – białe, różowe, czerwone. Wielki Pe mówił, że Basia i Marcin Płochoccy to już autorytety i często Basia udziela się w różnych grupach, na rożnych kursach jako ekspert. Odniosłem wrażenie, że dosyć z dystansem nas potraktowała. Ale może to mylne odczucie, bo w sumie Wielki Pe z branży jest, to nie trzeba wykładać jak chłop krowie na miedzy.

Winnica Nobilis jakoś najmniej mnie urzekła. Pani matka obrywała liście, także jej syn nas oprowadzał i degustację przeprowadził. Pani właścicielka nawet sympatyczna, bo kilka zdań z nią zamieniliśmy. Pani jest uczona i wykłada w Lublinie i dlatego może odniosłem wrażenie, że bardzo chemicznie do swojej uprawy podchodzi. Chemicznie i analitycznie.

Widziałem więc 4 winnice i każda była inna. Podobało mi się. Ale do piątego miejsca już nie chciałem jechać. Głód wziął górę.

Wina dajcie!

W konsekwencji zwiedzania winnic wylądowałem w Sandomierzu

i Zamościu.

Ciekawe miasta. Urokliwe. Och! I przez Szczebrzeszyn przejeżdżaliśmy! Mam fotki z dwoma chrząszczami, które wyglądają jak … koniki polne. Chrząszcz nie wydaje dźwięku, więc jak ma brzmieć w trzcinie? Trzciny też w sumie nie spotkaliśmy.

Pod Szczebrzeszynem usiedliśmy w lokalu zarekomendowanym przez Słodkokwaśną. Pyszka jedzenie. Obok knajpy było Muzeum Skarbów Ziemi i Morza. Nie zdążyliśmy odwiedzić, bo do 16.00 było otwarte. Ale co mnie urzekło, to częste “meee” dochodzące z nieopodal! Podszedłem, a i owszem. Ojej! Jakie słodkie Mee i Bee i Maleństwo. Takie umaszczone na modłę sarenki. Brązowe i gładkie. Mamusia meczała, a tatuś leżał z dzieciątkiem. Słodki widok. Mówiłem nawet Wielkiemu Pe, żebyśmy buchnęli te zwierzątka i powiększyli jego trzódkę. Ale nie chciał.

W Zamościu widziałem słynny punkt szczepień, który dzień, czy dwa przed naszym przyjazdem podpalił idiota, antyszczepionkowiec. Ludzie! Żyjcie i dajcie żyć. Nie szczepisz się? Twoja wola. Ale po kiego czorta niszczyć punkty szczepień.

Coraz częściej myślę o tym, żeby wyjechać z tego kraju. Tylko dokąd?

Wina, wina dajcie!

jestem ekstremalnie podniecony

Wychodziwszy z bloku znalazłem 1 grosz na ziemi. Ale nie dlatego się podnieciłem ekstremalnie.

Miałem zatytułować wpis „nie podniecam się”. Oczywiści chodziłoby mi o naszych kopaczy, którzy dziś debiutują w Euro 2020.

Po pierwsze nie jaram się, bo:

1 jakie to Euro 2020, skoro jest 2021 rok?

2 lata mi to. Ze Słowacją/Słowenią to może i wygramy. Nie oszukujmy się, żaden to potentat. Tylko, że nasi lubią takie eksperymenty i potrafią, ot tak, przegrać z przeciwnikiem teoretycznie słabszym. Ale ale. Jedna wiktoria ze Słowenią/Słowacją wiosny nie czyni. W ogóle odstajemy w tej grupie. Wszystkie inne drużyny są na S. Oprócz wspomnianej kamandy (nawet mi się nie chce sprawdzać, z kim to my właściwie gramy dziś) mamy jeszcze Spain i Szwecję. Hiszpania, to wiadomo kto to. Z formą, czy bez, zawsze groźni. A Szwedzi też sroce spod ogona nie wypadli.

Mnie tylko interesuje gra w dobrym stylu. Niech oddadzą serce, to wybaczę każdy wynik. Chciałbym zobaczyć wolę walki! Chęć zwycięstwa! Ostatnio z tym wybaczaniem nie było zmiłuj. Jechałem równo po naszych kopaczach.

Także nie podniecam się.

 

Wychodziwszy z Sadyba Best Mall znalazłem 1 grosz na chodniku. Mam już dwa. Ale nie dlatego się podnieciłem ekstremalnie.

 

Jestem leciutko podniecony, gdyż dziś będę robił, zarekomendowane przez Wielkiego Pe, pesto z tej zielonej części od rzodkiewek. Przepis trywialny. Oczyszczamy i osuszamy to zielone. Dajemy oliwę, czosnek, przyprawy jakie chcemy, prażone pestki słonecznika. Blendujemy do uzyskania gładkiej masy. Ja parmezanu nie daję. Zobaczymy. Lekka taka nutka ciekawości jest. Ale …

Ale to nie to. Jestem ekstremalnie podniecony, ponieważ mój, od soboty nowy, najlepszy przyjaciel, najwyżej postawiony dostojnik w pewnej dzielni wywiązał się ze swojej obietnicy.

Dziś zatelefonowała jego asystentka i pragnęła uprzejmie donieść, że jej szef jest po słowie z szefem pewnej spółdzielni. I w wyniku tej pomocy, wsparcia, instytucja, z usług, której muszę korzystać, w ciągu kilku dni zawnioskuje w sprawie poprawy mego żywota w bloku.

Kazałem serdecznie podziękować mojemu, od soboty nowemu, najlepszemu przyjacielowi, najwyżej postawionemu dostojnikowi w pewnej dzielni. Asystentka prosiła również, abym uprzejmie doniósł jej szefowi jak się sprawy pozytywnie mają.

Jestem ekstremalnie:

– zaskoczony

– wzruszony

– podniecony

niedowierzony

– szczęśliwy

 

Czy myślicie, że wypada wpaść później do mojego, od soboty nowego, najlepszego przyjaciela, najwyżej postawionego dostojnika w pewnej dzielni z oficjalną wizytą i podziękowaniem osobistym? Puste ręce? Czy coś wypada wziąć?

 

12 groszy tylko nie płacz proszę. 12 groszy w zębach tu przynoszę (…)

Jeden grosik dla sierot nie mają ojca matki (…)

Drugi grosik dla chudzinek, nie jedzą kolacji (…)

drugie (sz)czepienie

jeszcze wczoraj napisałbym nic albo krótkie „motyla noga”, bo przecie nie bluzgam i nie użyję staropolskiego „kurwa mać”, c’nie?

We wtorek się zaszczepiłem po raz drugi i mam pewne przemyślenia.

Po pierwsze, 14 maja miałem imieniny i tylko jedna osoba spoza rodziny złożyła mi życzenia. Reszta? A widziałem się tego dnia z niektórymi (akcja podłoga) i rozmawiałem przez telefon. Hm, foch i wielkie „buu” proszę Państwa. Zapamiętane.

A tak na serio, to ludziki się chyba mogą pakować i znikać z planety Ziemia. Duran Duran zrobiło pierwszy teledysk wyreżyserowany przez Huxley. Niby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to sztuczna inteligencja.

Po drugie i po dalsze, i tym samym wracając do dziabnięcia, to wszystko zakończyło się wielkim „auć!” jak pani wyciągała igłę z ramienia. Do tej pory mam czerwone na ręce. Niedobra pani. Za pierwszym razem młody pielęgniarek (pielęgniarz?) mnie dziabał i było bezboleśnie.

Dziś szczepił się mój pan (kierownik) i powiedział mi, że ponoć jest jakaś różnica między świeżo otwartą (ledwo rozmrożoną) szczepionką, a taką już lekko … zdechłą, tzn. przeleżaną, oczekującą na wkłucie. No nie wiem. Moja druga szczepionka była świeżo otwarta, a pierwsza już chyba nie za bardzo, bo gołym, okiem widzę różnicę.

I teraz, i w kwietniu niebo po południu było pochmurne. Tylko tym razem złapał mnie kapuśniak jak próbowałem skompletować 10 000 kroków. Już pod nosem mruczałem, że źle się to skończy.

Oczywiście asekuracyjnie zaaplikowałem sobie apap. Tym razem skóry tanio nie sprzedam – pomyślałem. Siedzę sobie wieczorkiem w domu, relaksuję się relaksując się relaksującymi rozrywkami i czuję jak mię zaczyna rozbierać po 22.00. Drugi apap poszedł w ruch. Jaki ty Maciek zapobiegawczy jesteś – mówiłem sam do siebie. Lubię z kimś mądrym czasem porozmawiać.

Zasnąwszy szybko, koło 23.00. Obudziwszy się jeszcze szybciej. Już po otworzeniu ocząt mych błękitnych wiedziałem, że środa to musi być ledwo zaczęta. Paczę na zegar – 00:19. Kacze pióro! – zakląłem szpetnie i poszedłem dalej spać.

O 2:39 koniec snu, Maciuś wyspał się, czy nie, mój organizm stwierdził, że … bedzie tego.

Poprzewracałem się z boku na bok. Zacząłem myśleć o … pracy. No nienormalny jestem. Dziwna ta szczepionka. Pewnie to dlatego, że świeżo otwarta była. Przecie ja nigdy o pracy a) nie myślę, ani b) nie śnię.

Po 3 rano zagraniczne towarzystwo wpadło na wirtualną domówkę. Każdy z osobna.

Mark z Australii w sumie nie kumał tematu, bo on drugą dawkę dopiero dostaje w czerwcu. Mike z Kansas City albo się przejęzyczył, albo wyłączyło mu internet, albo miał awarię prądu, bo biedak najwyraźniej nie dokończył swej myśli w wiadomości – you look awful.

Jestem pewien, że chciał napisać, że wyglądam strasznie super, strasznie bardzo dobrze, strasznie niestrasznie jak na drugą-dawkę-szczepionki-która-cię-dobija. Także Majkowi daję straszne „buu”. Choć z drugiej strony wyglądałem strasznie … nieuczesanie.

Odnośnie wyrażenia ze słowem strasznie, to muszę przyznać, że strasznie to dziwny dodatek jest. Oglądałem dziś film i grała tam (na szczęście grała, bo twarz się w końcu jej ruszała) Nicole Kidman. I ona tak przejmująco (żeby nie powiedzieć strasznie) smutnym głosem powiedziała do dziecka, które żegnała You were an awfully good guest. Ale zabrzmiało to jak kondolencja.

I tak sobie pomyślałem, że w sumie po polsku się mówi na przykład strasznie mi miło, czy też strasznie mi się podoba. Ale to strasznie strasznie mi się kojarzy z negatywną emocją. No bo coś co jest straszne, nie jest miłe i pozytywne.

A właśnie, wczoraj oglądałem horror przed zaśnięciem. Chciałem się zrelaksować i szybciej zasnąć. O Marysiu! Jakie straszne gówno. Młode małżeństwo dostało ścichapęk lalkę brzuchomówczą, która okazało się, że ożywa i pewnie się wszyscy domyślają co robi. Film strasznie … hm … kiepski. Raptem 3 osoby ubite. Nuda.

Wracając do moich nocnych rozmów …

Michael z Chicago okazał się empatyczny, bo sam przechodził covid-19 w sierpniu i szczepienie źle zniósł. Wziął przed drugą szczepionką profilaktycznie 3 dni urlopu, bo wyczytał, że tyle się agoniuje. Niestety okazało się, że tyle dni właśnie się męczył. Na szczęście, to nie była żadna agonia, bo przeżył.

Ule moje oczywiście, jak to baby, miały wiele pytań. A co tam? A jak tam? A masz gorączkę? A co masz na sobie? A uważaj, bo za Tobą Dolina Śmierci. I takie tam.

Odpowiadałem, że i am hotter than Death Valley.

Co do „czy masz gorączkę?”, to odpowiadam, że nie wiem, nie mierzę, mam do dupy dwa termometry. Tzn. sprawdzają temperaturę ciała również rektalnie, ale nigdy nie testowałem tego. One są po prostu durne i źle wskazują, według mię. Jeden termometr jest srebrny (srebrzysty?), tzn. na srebro. Unia Europejska ponoć wycofała śmiertelne rtęciowe termometry. No niby ten sreberkowy niczym się różni. Ale. Bo zawsze jest jakieś ale. Strasznie ciężko jest go strząchnąć. Ma takie urządzonko, w które się wkłada termometr i się strzącha. Do dupy ten termometr. A drugi kupiłem elektroniczny. Ale pani magister uprzedziła, że może być niedokładny. I zrobiłem test. Sreberko pokazało 36,5 stopni C, a elektronik … 34,8. No bardzo niedokładny.

Dziś pani prof. ze Szczecina uświadomiła mi, że na allegro można kupić rtęciowy. Za grosze! Zadzieram kiecę i lecę! Całe życie na rtęci jechałem.

No i tak sobie się poprzekomarzałem z zagranicznymi znajomymi. Ule najfajniejsze jednak, bo i pogadać można i w ogóle. Wiadomo, dziewczyny z Texasu i New Jersey są najlepsze.

Przez cały czas myślałem o robocie. Że muszę umowę sponsorską przygotować koniecznie. Durne to, bo w sumie mam na to kupę czasu, impreza dopiero w lipcu. A ja cały czas o tym, czy zdążę, czy dobrze tę umowę przygotuję.

O 3:30 zjadłem śniadanie, bo a) mię ssało i b) nie chciałem brać pigułki na pusty żołądek.

Hm, od tego apapu to mię tylko łeb rozbolał.

I tak do 6 rano to, już obok tej pracy, zacząłem myśleć o tym, co ja na obiad zrobię o 9 rano. A na kolację o 14.00? Się rozregulowałem.

Rano się zdrzemłem. Do 7:30, bo wtedy budzik zatrąbił. Resztką sił a) zgrabnym ruchem napisałem do pana mojego, że biorę urlop i wyłączam telefon, b) ustawiłem asystenta nieobecności w outlooku i c) wystawiłem wniosek urlopowy. Na telefonie się ciężko to robi. Strasznie duże/grube palce mam, nie trafiam dokładnie!

Dziś, w czwartek, już lepiej. Żyję. Wróciłem do żywych. Nawet do pracy zdalnie siadłem.

No fatalnie te szczepionki na mię działają. Kolega neurolog twierdzi, że to dobry znak, że organizm walczy, że system odpornościowy wspaniały. Mhm, ciekawe, gdzie była ta odporność jak 6 infekcji w ciągu roku łapałem?

 

Wniosek z tego wszystkiego – muszę pójść do fryzjera, c’nie?

panienek z okienka

No bo przecie żadna ze mnie panienka. A jak jest panienka w rodzaju męskim? Panienek, nie?

Okno sobie zamontowałem.

A bo od dawna za mną ten pomysł chodził. Zaczęło się, że właściciel restauracji Segment zamontował okienko do ściany. Fajnie to wygląda. Pamiętam, jak mu mówiłem, że przejeżdżając rowerem z Gass do domu mijałem jakiś stary, ledwo trzymający się w fasadach domek. Chyba w Czernidłach. Sugerowałem nawet koledze, że byłoby mi miło, żeby pomógł mi przetransportować okienka stamtąd na Sadybę. Oczywiście uprzednio wyrywając cudo z ościeżnicy. Ale nie chciał. Hm. Zapamiętane.

I ostatnio, będąc z wizytacją w stodole odkryłem składzik witrynek. Od razu zaalarmowałem właściciela, że dwa skrzydła okienne biorę w prezencie. Zgodził się od razu. To przebrałem sobie i mam.

Wiertarkę pożyczyłem od Pana od Państwa z Europy na K. O jeżu! Po pierwszej sekundzie, jak mi się wiertło omsknęło po ścianie (jak igła po winylu), okrzyk wydałem wewnętrzny – przecie to betonowa ściana!

Od razu przypomniałem sobie z ćwierć tuzina przypadków, kiedy chciałem coś wwiercić w tę ścianę i nic. Ale pomyślałem sobie, że jeśli kinkiety się magicznie trzymają, to znaczy, że można coś wkręcić. No to wziąłem srebrne wiertło i zacząłem borować. Oj. Się nawierciłem! Postanowiłem od razu po zakończeniu, że już nigdy więcej nie dziabnę tego muru. Niech żyje udar w wiertarce.

Ktoś mi jeszcze zaproponował, żebym karnisz powiesił i firanki. Że niby taki klimat będzie. Ocieplenie ściany. Hm – jak mówi mój serdeczny ofiarodawca okien – myślę, że wątpię. Zasugerował kolega ewentualnie mocny klej. Ale nadal mówię „hm”. Nie dotykam się do tej ściany. Z małym wyjątkiem…

No właśnie, co to za okno, przez które nic nie widać? Mam kilka widoków na widok w oknie.

Skonsultowałem się szybko z Ulą z NJ. Powiedziała, że fotka z Teksasu jest fajna, przestrzenna. Ale czy ktoś chciałby mieć widok na jakąś kopalnię?

Wymyśliłem sobie, że jeśli na jednej ścianie jest panorama Manhattanu, czyli East Coast, to z drugiej należałoby dać West Coast. No i tu mam znowu dylematy – droga numer 1 o cudownych widokach? Dolina Śmierci? Czy duszki w lesie sekwojowym?

Te zjawy to oczywiście ja i Ula z roku 2009. Zrobiliśmy sobie fotkę w tunelu w przewróconej sekwoi.

Ula powiedziała, że w sumie pycha pomysł.

Powiedziałem jej, że jakby ktoś mnie pytał, czy wiem, gdzie jest Ula, to ja odpowiem – wiem! Stoi u mnie pod oknem.

Przyjaciółka się rozhahała i powiedziała krótkie „no”, czyli „tak”.

Dziś do drukarza wysłałem dwa widoki – Dolina Śmierci i duchy. Zobaczymy. Ma mi to zwizualizować.

Ah, tu muszę wspomnieć moją kochaną siostrę, która jak tylko zobaczyła moje nowe cudeńko, to chyba zzieleniała z zazdrości i od razu zapytała, czy nie ma drugiego. Hm. Kochana siostro, proszę najpierw ze starym pogadać i zapytać o akcept. Bo jak znam szwagra, to usłyszymy – co? Po co?

 

Wczoraj przechadzając się po dzielni, robiąc obowiązkowe kroki, zaszedłem do Restauracji Segment. Chwilę pogadałem z właścicielem i podbiłem do Albercika. Nie byłem u mojego tureckiego barbera chyba z rok. Ucieszył się. Wizytę umówiliśmy na dziś. Czyli niby ładnie teraz wyglądam. Jak panienek z okienka. Ale mi krzywdę zrobił. Aż mi łzy popłynęły. Nie lubisz mnie chyba – powiedziałem do mistrza, jak mi wosk zdarł z okolic oczu. Dodałem jeszcze – a idź w cholerę. No ten wosk to nie moja przyjemność. Po chwili jednak było gorzej – wynitkował mi twarz. Lecącym łzom nie było końca. Kichałem ze 4 razy. Jedyny plus wizyty był taki, że w końcu udało mi się zagadać z panią recepcjonistką – Tatianą. Okazało się, że z Ukrainy. Trochę mnie zdziwiło, że z Alim z Azerbejdżanu po rosyjsku mówi. To znaczy, to że Ali mówi po rosyjsku, to wiem. Bo sam z nim po takiemu gaworzę. Ale ta dziewczynka wcześniej przy mnie mało mówiła i nigdy nie miałem szansy usłyszeć jej akcentu. Dziś się rozgadała i usłyszałem ten wschodni zaśpiew. Kawy mi nawet zrobiła. Niestety nie po turecku. A może i dobrze, że nie? Kawę lub czaj serwują w tym lokalu wtedy, kiedy błoto schnie na licu.

Okazało się, że dziś Turcja gra z Holandią, Azerbejdżan z Portugalią, a Ukraina z … hmmm, nie pamiętam. Ponoć eliminacje czempionatu mira się rozpoczynają. I ponoć my jutro z Anglią kopiemy. Hm. Ciekawe czy Hurricane, tzn Harry Kane nam jakieś bramki zaprezentuje. A może nasz RL9 błyśnie? Jest mi to wielce obojętne. Najważniejsze, że u Barbera było jak zwykle miło. I Tatiana włączyła fajny klip:

 

Po zabiegu upiększania zaszedłem do Segmentu po pizzę miesiąca. O jeżu! Ale pyszna.

Ale chyba mój żołądek się skurczył i pizzy już nie pamięta, bom ledwo zjadł! Dobra była skubana. Ostra. Ale taka moja ostrość, nie jakieś tam ble ble dla dzieci.

Wychodząc z domu zrobiłem sobie fotkę. Wychodząc z Segmentu zrobiłem sobie fotkę. Znajdźcie różnice.

szewczyk brukiewka

Ta pandemia szalenie mnie rozgotowała! Każdy już pewnie zapomniał o „chałka challenge”. Najpyszniejszą bułę upichcił Pan od Państwa z Europy na K. Jego Bąbelek, mój BFF, też niczego sobie nam wypiek przygotował. Rzuciliśmy się na chałkę młodego, jakbyśmy po jakimś dobrym słuchaniu płyt winylowych byli.

A propos czarnych krążków, Pan od Państwa z Europy na K. się strasznie wkręcił w kupowanie woskowych albumów, po tym, jak mu szanowna małżonka, Pani od Państwa z Europy na K., sprawiła adapter na urodziny. A może to ortodoksyjne święta były? A może to i z jednej, i z drugiej okazji było? No nic. Najważniejsze, że winyli przybywa. I ja w tym jakiś udział skromny mam. Tom Waits przekazany w podarku.

Zupa Challenge też była. Ale jakoś bez echa.

Za to ogromnym sukcesem okazał się sernik mego autorstwa. Tak ścichapęk mi wyszedł. Dwa razy, choć raz za szybko drzwiczki piekarnika otworzyłem i pękł. Ale zatkałem kratery truskawkami. I Pani G. i córka Państwa z Europy na K. bardzo chwaliły. Aż żem się zarumienił.

Serników już nie piekę, bo … a moment on the lips, forever on the hips, czyli w dupę idzie.

Co ja tam jeszcze gotowałem w tej pandemii? Ostatnio makaron robiłem własnymi rękoma. Słodkokwaśna podczas ostatniej biesiady nawet dał mi maszynkę do spaghetti, to będzie w końcu jakoś mój makaron wyglądał.

Ostatnio dysputę kulinarną prowadziłem i padło na brukiew. Że taka zapomniana, że taka niespotykana. Fakt. Nie widziałem jakoś tego warzywa. Czarna rzepa czasem się pojawia na bazarku Sadyba i/lub Carrefourze. Ale brukiew? Nie.

I tak w poniedziałek przechadzam się alejkami bazaru, który wygląda już jak siedem nieszczęść, bo część właścicieli sprzedała grunt. Pewnie bloczek postawią. I patrzę jest! „Brukiew 10 zł”! Cykam fotkę, wysyłam do dysputowanego kolegi. A ten zębami z zazdrości zgrzyta i lamentuje, że to są właśnie uroki życia na wsi. W mieście to można przynajmniej pójść na bazar i coś wyszperać.

Wygooglowałem sobie przepisy związane z brukiewką. Oh, jaka różnorodność. Gulasz, zupa, placki, krem, surówek bez liku. No mniam, mniam, mlask!

Podbijam dziś do pani na bazar, biorę bulwę i szczęśliwy podaję przekupce.

– 18 zł wyjdzie – mówi bazarka.

– nie szkodzi! Pani jedyna ma brukiew! – oznajmiam, prawie lewitując ze szczęścia.

Na sam przód nastąpiło przyrządzenie zupy krem. Mmmmmm, mlaskom nie było końca.

Może być zapytanie, co ona taka czerwonanawa. Otóż dodałem kawałeczek marchewki i posypałem magicznym składnikiem – papryką wędzoną. Oj wykosztowałem się. 3,69 za opakowanie wędzonej przyprawy. Ale co tam, raz się żyje.

Następnie, na kolację, postanowiłem sprawić placki. I tu dramat. Kupiłem sobie takiego robota, co sieka, mieli, tarkuje, blenduje. Dużo dodatków, ostrzy, ze dwa kielichy, jak nie trzy. Chciałem przytarkować ziemniaka i brukiewkę i się okazało, że tarcza, po dwóch użyciach, się jakoś zwichrowała! Ze łzami w oczach wyciągam tarkę i zaczynam trzeć. Na małych okach. O nie! Tego się %@!@#%$^& nie da tarkować. Co za brukiew, brukiew jego mać! Szczerze i szalenie załamałem się. No przecie nie wywalę teraz tego? Ale szybciutko, jak pomysłowy Dobromir, wpadłem na pomysł, że zrobię jednak placki tarkowane na grubych okach. Nigdy nie przepadałem za takim jedzeniem, ale cóż, siła wyższa.

Okazało się, że 2 ziemniaki i ćwierć brukwi to porcja jak dla wojska. Także starkowałem pół dużego ziemniaka i ze 3 kawałeczki brukwi. Reszta poszła do zamrażalnika (brukiew) i do pudełka z wodą (kartofel).

Cóż mogę powiedzieć? Zupa przy tym się może schować. Wszystko upstrzyłem kleksem ze śmietany, pokropiłem magicznym składnikiem – sosem rybnym i przyprószyłem lewą stronę koperkiem, a na prawą położyłem czosnek z mojego ogródka.

Na parapecie posadziłem czosnek, cebulę i końcówki pietruszki. Czosnek wystrzelił piorunem. Pietruszka po długim czasie coś tam wykłuła. Zadziwiony cebulą jestem – NIC nie wyrasta. Hm. Znowu coś pewnie … popsułem. Ale ja po mamusi nie mam ręki do kwiatków. Ubiłem już nawet 3 kaktusy. 2 dostałem od pani prof. ze Szczecina, która zaklinała się, że tych kaktusów nie da się ukatrupić. Hmmm

gryzę się …

… i się tnę.

Ugryzłem się w środę w lewy polik (od środka). W czwartek przegryzłem bąbelka na prawym poliku (afta jakaś, czyli też we w środku). A dziś coś pod językiem sobie dziabłem. Chyba grzanka z suchara mnie załatwiła. No gryzę się jak nic.

W weekend obierałem sobie warzywka i jak to mam w zwyczaju, obskrobałem sobie paluszka. U nasady palca wskazującego lewej ręki też mam jakieś cięcie.

Weekend minął sympatycznie. W piątek u Słodkokwaśnej zjedliśmy pyszne kanapeczki japońskie z ryżem.

Mniam i mlask. Ta z burgerem i podwójnym serem obłęd. Ta z bawetką (bavette) też spoko.

Dodatkowo kolega zaśpiewał viral pt. Jebać PiS. Tekst bardzo prosty. Dodaliśmy również, parafrazując imprezę urodzinową Piaska – i Konfederację. Śpiewak obchodził 50-tkę i Nergal (gość zaproszony) wrzucił na insta story taki to ich wybryk. Piasek chyba w TVPiS robotę przez to stracił. Dobry ten kolega.

Sobota minęła leniwie. Się po mieście się przeszedłem się. Bo słonecznie było. Ale pioruńsko zimno. Miałem do Piotrusia G. dołączyć na sanki, bo kolega z dziećmi się bawił przy moście Śląsko-Dąbrowskim. Ja też przy tym moście byłem, tylko z drugiej strony. Pędziłem do domu, bo zimno, bo siku się chciało.

Wyjście z domu w sobotę było w stylu Pan-Hilary-Gdzie-Są-Moje-Okulary. Guzdram się, zbieram. A już buff do zakrywania twarzy naciągnięty na szyję. Czapka zarzucona na łeb. Słuchawki!? Gdzie są moje słuchawki!? Biegam po pokoju i szukam. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że …

Na mieście postanowiłem podbić do pewnego muralu. Słoneczko jednak mocno dawało. Ale mam już 4 pory roku.

Dziś smutna wiadomość – odszedł Pan Ryszard Szurkowski. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, w 2006?, w 2005?, grałem z kolegami z pracy w tenisa. Bo do jakiejś sekcji sportowej się zapisałem i mieliśmy rozgrywki międzyzakładowe. Było nas 3, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały (tenisowy) świat. Nie udało się.

Każdy wie, jak się gra w tenisa we 3. Słabo. Także koledzy pykają, a ja się kręcę i rozglądam. Na korcie obok zobaczyłem samotnego pana. Staliśmy w sumie obok siebie. I pan zaproponował skrzyżowanie rakiet, bo jego partner nie dotarł. Od razu poznałem pana Ryszarda. Musiał mieć wtedy coś koło 60 lat. Już stałem przy linii końcowej, już zamachiwałem się rakietą, jak partner naszego mistrza wpadł spóźniony. No i nie skrzyżowałem rakiet, nie zagrałem.

O panu Ryszardzie znam jeszcze jedną dykteryjkę opowiedzianą przez brązowego medalistę olimpijskiego z Barcelony, pana Kajetana Broniewskiego (kajaki). Mówił, że kiedyś w większej grupie poprosił mistrza o przejażdżkę na rowerach. Jadą sobie i jadą. Amatorzy poprosili o zaprezentowanie poziomu olimpijskiego. Pan Ryszard powiedział, że odliczy do trzech i rura. Jak powiedział, tak i zrobił. Pan Kajetan powiedział, że nawet przez chwilę nie dotrzymali mu … kroku (można tak powiedzieć w tym przypadku?).

Ponoć Trumpowi chcą zrobić impeachment. W sumie jest za późno, ale chcą się zabezpieczyć przed ewentualnym, kolejnym startowaniem tego pana w wyborach. A taki impeachment uniemożliwi to.

I taka refleksja.

Z Korą się spotkałem. Z panem Ryszardem się spotkałem. I z Trumpem też. Hmm.

sam nie wiem Maciek

tak sobie myślę, że przearanżuję sobie mieszkanie. Ale sam nie wiem Maciek.

Mam takiego ciołka w robocie. Rozmawiam z nim, ustalam wszystko. Gadka jak do Władka najczęściej, bo kolo ciężki w konwersacji. Jak się uprze, to nie przetłumaczysz. I już z nim w końcu wszystko ustalasz. Zgadzasz się na jego rozwiązania. Wychodzisz z gabinetu ukontentowany. ZA WOLNO wychodzisz z gabinetu, bo w drzwiach słyszysz – sam nie wiem Maciek.

Drzwi się zatrzaskują, a ty zostajesz jak ta pała w dezinformacji. No niby się spotkałeś, przegadałeś, ustaliłeś, ale na koniec słyszysz pointę, która wszystko burzy.

Głupio wracać i się dopytywać, bo kolega pomyśli, że jakiś upośledzony jestem. Przecie wszystko przegadane i ustalone.

Wczoraj byłem u znajomych i zobaczyłem u nich tapczan-półkę! Na sam przód powróciły reminiscencje z wycieczki do Seattle – stolicy grunge’u. Fajne miasto. O dziwo bardzo słoneczne. A może ja miałem szczęście do pogody? Tam w wynajmowanym mieszkaniu za pośrednictwem serwisu AirBnB był zamontowany taki mebel. Sprytny space saver. Tam też odkryłem hawajskie poke bowl oraz fioletowe szparagi.

Na drugi sam przód, czyli po drugie – primo, dostałem taki flaszbak moich zwariowanych pomysłów odnośnie mieszkania. Jednym z genialnych rozwiązań było zainstalowanie tapczan-półki. I jak wczoraj zobaczyłem mebel, to od razu zacząłem się wypytywać skąd? Jak? Co? I tak dalej. Wracam do tego pomysłu! Przearanżuję mieszkanie. Dziś rano, oczami wyobraźni ustawiłem na nowo wszystkie meble i … sam nie wiem. Ten przepiękny, wycyganiony stół mi psuje feng shui mojego salonu slasz sypialni. Niedobra szuja!

Tu zamontuję łóżko, tylko trzeba kinkiety przesunąć o 10 cm. Tam wepchnę komodę albo ją wyrzucę, bo nie wiem w sumie po ki czort ją nabyłem. Stół się przesunie bliżej kuchni. A pod okno kupię sofę i stolik. I oczami wyobraźni rachuję wydatki. 2 do przodu, 3 w pamięci. I niestety jakaś ósemeczka wychodzi. Sam nie wiem Maciek.

Ale później przemyślałem i stwierdziłem, że się tylko zagracę. To nie robię tapczan-półki. No chyba, że mi się narożnik popsuje, to wtedy.

Życie to nie zabawa, zabawa, zabawa. Tylko zawody, zawody, zawody. Tańcz!

Przekonuję się do nowej płyty Krzysztofa Zalewskiego. Bo na samym początku, przy premierze nowego krążka stwierdziłem – sam nie wiem Maciek. Niby to Zalewski, ale jakieś dziwne te piosenki. I przestałem słuchać. A teraz? Proszę bardzo. Jakoś ładnie wchodzi do uszka.

Przeczytałem dziś recenzję serialu Osiecka. Tym razem nie powiem – sam nie wiem Maciek. Okazało się, że ja w swojej opinii (poprzedni wpis) byłem bardzo delikatny, bo autorka artykułu zjechał produkcję od góry do dołu. Tytuł był wymowny – obejrzałam 8 odcinków Osieckiej i nadal nie wiem o czym jest ten serial. W punkt!

A jak ludzie się zgodzili w swoich komentarzach. W końcu żadnego hejtu, tylko zgodność. Kilka osób skonstatowała, że w tym serialu brakuje … Osieckiej.

 

Odezwał się po wielu tygodniach zapytany o ewentualne nietajne komplety lektor rosyjskiego. Ponoć jak studiował na SGH, to kolegom udzielał korepetycji. Syna wyedukował, bo on ponoć z Turkmenistanu, czy innego Tuturlistanu. To się umówiłem na lekcję próbną. Ojej. Myślałem, że zasnę. Koleś kompletnie nie miał pomysłu na przeprowadzenie lekcji. Czytał mi jakąś książkę o czasach sprzed 1989 roku w Rosji. Miałem mówić czego nie rozumiem. No to nie rozumiałem co drugiego wyrazu. To znaczy bym zrozumiał, gdyby pan wyraźniej lub wolniej czytał. Po pół godzinie, ledwo przytomny, powiedziałem mu, że to nie ma sensu. Ja i tak tych nowych słów nie zapamiętałem. Lektor pochwalił za to zasób słów mój. Zdziwiłem się ale podziękowałem.

W poniedziałek mam lekcję z młodym Aleksem. Zobaczymy co z tego będzie. Jaka jego strategia na nauczanie jest. Ale ochota na naukę rosyjskiego coraz mniejsza. Rzucić w diabły? Czy nie? Sam nie wiem Maciek!

 

 

 

 

 

bluszcz

 

Ona słucha Beastie Boys!

 

Heh, ja też kiedyś słuchałem. Szkoda, że już nie nagrywają. Ale trudno być triem, kiedy jeden leży 6 stóp pod ziemią. Fajny to był zespół. Lubiłem szalenie Ill Communication.

 

Bluszcz wydał płytę. I tam są Lamparty. I tam pan śpiewa w refrenie, że ona słucha Beastie Boys. A ja oglądam serial Osiecka na TVPiS.

Przechadzałem się do sklepu z Kwakowa do Wierzchowic i z powrotem. Chodzić mi się zachciało. Mijałem wtedy ten znak „Czechy 7”. Na uszach miałem radio – Nowa Trójka, czyli Radio 357. I tam zaprezentowali przebój dnia – Bluszcz i ich Lamparty. Oczywiście nie mam pojęcia co to za ensambl. Leszcze znam, ale to kupa straszna.

No i te nieszczęsne „Ona słucha Beastie Boys” wlazło mi w łeb! I se nucę.

 

Dziś w Nowej Trójce pan Kuba Strzyczkowski zaczął debatę, czy zmiana litrażu małpek spowoduje spadek spożycia alkoholu. Gromkie „nie” usłyszałem. 99% słuchaczy twierdzi, że ludzie jak piją, tak pić będą. Ryzyko jest takie, że spożycie się zwiększy. Otóż nasze kochane państwo w trosce o nas i kultywując program „Wychowanie w Trzeźwości” wprowadziło nowy podatek na alkohol do 300 ml. No to już się okazało, że zamiast małpek będą małpy, czyli buteleczki o pojemności 350 ml.

Ponoć w Polsce sprzedaje się MILIARD małpek rocznie! 600 000 klientów, to klienci, którzy powracają w ciągu dnia. Najlepszy sklepik mieści się w centrum Warszawy – 500 buteleczek dziennie. Szok. Na nic argumenty, że małpka pasuje do kieszeni marynarki i damskiej torebki, że większa flaszka, to już większy kłopot i ludzie mniej chętnie będą kupować. Będziemy. I będziemy pogrążać się w alkoholizmie. Po prostu nasze państwo zamiast dbać o chorych z uzależnieniem alkoholowym (kasa z tego podatku powinna iść, tak jak w Szwecji, na leczenie uzależnień) ciągnie kasę od nas, żeby dziurę w budżecie łatać. Skąd wezmą na tarcze?

Rozmowa z restauratorem. Ponoć wersja pesymistyczna, że otworzą gastro na przełomie marca i kwietnia. Pan biznesmen mówi, że za miesiąc się zawinie, bo nie da rady. I teraz otworzył nie restaurację, ale work space. Możesz wynająć stolik, przyjść, popracować i dostać coś do zjedzenia i picia. Koleżanka się urlopuje na północy kraju i mówi, że knajpka działa jakaś i codziennie chodzą na posiłki. I dawno tak się nie cieszyła z tego powodu. Że nie musi gotować, że nie musi się martwić co komu upichcić. Że może pójść i ją obsłużą.

A jeden pan pisze – czemu są zamknięte knajpy i hotele, a IKEA i empiki działają? Gdzie jest więcej ludzi? Gdzie jest większa szansa złapania wiruska?

Kolejne łatanie dziury – podatek od cukru. Już kompanie napojowe kombinują. Cena ta sama, ale buteleczka mniejsza. Na szczęście nie piję takich napojów.

Do dupy ten nasz kraj. PiS niech spierdala z tymi swoimi mordami. Z Matołuszem na czele.

Jebać PiS – jak to nucili na imprezie u Piaska. Nergal jest dla mnie przegrywem roku. Jak można wrzucić instastory z imprezy prywatnej?! Szatański c*ujek (ha, ciekawe jakiej litery brakuje?).

Śniło mi się rozdanie nagród BRITS Awards. Że niby Paloma Faith wygrała. I artystka miała występ na żywo. Z takim ręcyma, jak z rozpostartymi skrzydłami, pani biegała po scenie. I takie długie włosy miała. Rdzawo-filoletowe. Ciekawe czy wygra. Ciekawe czy załapała się na nominacje, bo płytę wydała jakoś niedawno. Grammy przełożyli, bo wirusek nie odpuszcza. Beyonce ma najwięcej nominacji, bo aż 9. Tylko dziwne jest to, że ta artystka płyty w ostatnich latach nie wydała. The Weeknd się uniósł, bo go nie docenili. Eh, problemy pierwszego świata.

Przechodzę do kolejnego sedna sprawy (można tak napisać w ogóle?).

Wkręciłem się w serial Osiecka na TVPiS. Wiem, że Polacy nie umieją kręcić dobrych seriali (no z wyjątkami). TVN pokazuje przepiękne życie, przepięknych Polaków, w przepięknej stolicy. Ale to co zrobiła polska telewizja to jest … kuriozalne. Tak kiepskiego serialu nie widziałem dawno. Jest źle napisany i ci biedni, aczkolwiek dobrzy aktorzy, musieli w tym czymś wystąpić. Kiedyś w radio, przy okazji czytania książek, słyszałem często dwa nazwiska – Eliza Rycembel i Wiktoria Gorodeckaja. I w tym serialu są te panie. W końcu mogłem popatrzeć. Obsada jest dobra, ale serial zły. Aż boli. Wszystko wygląda tak … beztrosko. Realia są tak spłycone. Kompletnie nie czuć klimatu epoki, geniuszu artystki. Jej. Koszmarek.

Ciekawe czy Osiecka słuchała Beastie Boys?

 

 

w wielkim mieście

niebo jasne i wiadomo żyć nie łatwo w wielkim mieście

 

święta i prawie po. Dziś niedziela, ale to też dzień świąteczny. Także i ja jeszcze świąteczny.

Tak sobie wczoraj kontemplowałem i pomyślałem o kolędach. Nikt już chyba nie śpiewa. Teraz to MaRyja Karej albo Łam! Piosenki o zdradzie, zamianie kochanków, o podtekście seksualnym. No bo przecie Mariah Carey pod choinkę chce chłopca. Ja bym taką Merają anno domini 1994 nie pogardził pod choinką. A Dżordż jak się okazało o pięknej dziewczynce nie śpiewał, tylko jakiemuś chłopcu serce oddał w zeszłe święta. A niewdzięcznik następnego dnia mu je oddał. Temu się pewnie biedny w grobie teraz przewraca.

I takie to kolędy – seks, seks, zdrada, seks, niewdzięczność, seks.

A gdzie narodzenie Pana? A gdzie truchlejąca moc? A przybieżeni pasterze?

Nie przepadam za kolędami. Uważam, że ludzie je jakoś na smutną nutę śpiewają. A tu przecie Bóg się rodzi. Powinno być doniośle, radośnie. A w kościołach jakieś zawodzenie. Smutek. Tylko żyły podciąć. To tak, jakby słuchać wcześniejszych płyt Kasi Kowalskiej. Ta pani też zawodziła, jęczała i życie ją bolało. Żartowałem kiedyś nawet, że do każdej jej płyty powinni żyletki dołączać. Ale stop kochani! Nie tędy droga. Nie myślmyż tak. Nie mówmyż tak.

I tak sobie wczoraj idąc tu i tam pomyślałem o mojej … kolędzie. I padło na raz, dwa, trzy.

A czemu? A bo to się okaże w następnym wpisie (o ile dobrze porachowałem).

 

Za tą piosenką też jakoś nie przepadałem. Ale w to lato (w to? Czy w zeszłe lato? Last summer?) w naszej blaszanej budzie, czyli barku osiedlowym grał taki chłopiec. Szanty śpiewał na początku, ale później zmienił repertuar. I prawie zawsze grał ten utwór. Fajny jest. Taki nieśpieszny. Ot taki lekki w tekście. Żadna to Osiecka, czy Kasia, tylko takie rymy o zwykłym, przyziemnym życiu.

I don’t need to hang my stocking
There upon the fireplace
Santa Claus won’t make me happy
With a toy on Christmas Day

 

Eh Mariah, Mariah.

 

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑