życie

mój jest ten kawałek podłogi

Uwaga, wpis jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia. Będą wulgaryzmy.

 

 

Ten tydzień zaczął się chujowo. Bo napisać, że zaczął się źle, to tak jakby nic nie napisać. Przed 10 rano byłem już wkurwiony.

A przecie od piątku mam wolne! Cały ten tydzień. Powinno być radośnie, beztrosko, szczęśliwie.

Od rana zaczęła koleżanka z Krakowa wydzwaniać. Przez ostatnie dwa tygodnie, to ja ją poszukiwałem, żeby zrobić jej służbowo dobrze. A koleżanka telefonu najpierw nie odbierała, a później stugębna plotka doniosła, że na urlopie była (szkoda, że asystenta nie ustawiła sobie w outlooku).

Jak każdy wie, jam jest po mat-fizie i bardzo sobie cenię równania, a szczególnie takie jedno:

Urlop = nie praca

Także nie wiem czego chciała koleżanka. Nie interesuje mnie to do następnego poniedziałku. Telefonu nie odebrałem, nie oddzwoniłem.

Ale to nie ten epizod był przyczyną mojego uniesienia, wzburzenia.

Wstaję z łóżka i postanawiam zrobić śniadanie. Jako że ostatnie dwa dni Polska świętowała, to w mojej lodówce tylko światło jest. A jak wiemy powietrze i światło nie leży w moim porannym menu. Pierogów z truskawkami sobie narobię. Od czegoś się ma ten zamrażalnik – pomyślałem.

Jak już wypłynęły na wierzch, to sięgnąłem do suszarki po szpachelkę do wyławiania rzeczy z garów. Przy okazji postanowiłem chwycić talerz, co by dwa razy do suszarki nie sięgać. Obok sztućców suszyła się pękata butelka. Wczoraj stwierdziłem, że zachowam ją, bo taka fajna, pękata jest. Przydasie taki. Generalnie butelek i słoików nie zbieram. Teraz postanowiłem zrobić wyjątek. Pół dnia wczoraj moczyłem, żeby odkleić łatwo etykietę. Wieczorkiem wyszorowałem i nieobetykietykowaną włożyłem do suszarki.

Pech chciał, że jak wyciągałem szpachelkę, to zaczepiła się butelka. Talerz poszedł w kawałki. Taki wyglądający jak slajs pizzy kawałek został mi tylko w ręku. Reszta wleciała do zlewu. Butelka uderzając o talerz zmieniła trajektorię lotu ze zlewu na podłogę. Jakoś się nie martwiłem tym, że butelka się rozbije, tylko taka to by ironia losu była. Człowiek chciał, zadbał i nic z tego. Kiedyś jak moździerz uciekał z najwyższej półki, to w płacz wpadłem. Moja podłoga! Moja podłoga – tak wołałem. Okazało się, że mojego gresu nie da się pobić. Moździerz pękł na pół. Teraz zginam się, żeby pozbierać większe kawałki i patrzę, że w ręku mam kawałek podłogi! O nie! Pani w radio mówi – do 10 zostały 3 minuty. A ja już wkurwiony. Załamałem się, bo przecie ostatnie płyty gresowe poszły na renowację łazienki w roku ubiegłym. Przecie Pan z Europy na K. oddał mi dwie wyglądające-jak-moje płyty. Ale szybko się uspokoiłem. Stwierdziłem, że najwyżej będzie inny kolor. Wzorek sobie taki zrobię na podłodze. Nie musi być idealnie. To nie muzeum, to chata, w której mieszkają ludzie. Ale na nowo niepokój nadszedł. Przecie teraz weź szukaj fachowca na taką pierdułkę? Pewnie trzysta się należeć będzie. Postanowiłem po chwili pojechać do sklepu i kupić taśmę malarską i coś do szpachlowania dziur. Jak wyschnie to się pomaluje na szaro (i będzie licować z resztą podłogi. Czyli byłoby idealnie) albo białe będzie (najwyżej będzie konweniować z kolorem mebli. Czyli nie tak najgorzej).

Wyskakuję na rower i mnie olśniewa, że maseczka, którą sobie tak pieczołowicie przygotowywałem do zabrania została na stole. Kolejny kamyczek do mojego porannego wkurwu. Ale przypomniałem sobie, że nieopodal pani się chwali w jakimś tekstylnym sklepie napisem – Maseczki bawełniane 10 zł. I tak miałem zamiar kupić sobie drugą, bo jedna, to jednak za mało. Fajna jest, ale niestety sznurki są sznurkami, a nie gumkami i się jakoś dziwnie zakłada. No nic, przyjdzie się przyzwyczaić.

 

Przy okazji postanowiłem oddać rower do serwisu. Byłem już w 4 lokalach zajmujących się dwoma kółkami i każdy prychał, że chyba z choinki się urwałem. Mój dziadek z osiedla rzekł:

Panie, przyjdziesz pan za tydzień, to Cię dopiero do kolejki zapiszę.

Ten nad Wisłą (no nie lubię go. Jakiś taki niesympatyczny jest. Taka srala-mądrala), mi mówi, że jak w piątek dam, to może na wtorek lub środę będzie.

A jeszcze w takim jednym na osiedlu, chłopiec mnie zgrzał, bo srala-mądrala jeszcze większa.

– czy jeździ pan na jednym, czy na dwóch, czy na trzech łańcuchach? – pyta

– nie rozumiem pytania. Na tym łańcuchu jeżdżę – mówię

– jak jeździe pan na dwóch lub trzech, to łańcuch jest szybko do wymiany i kasetka też

– kasetka i łańcuch są nowe. Ile kosztuje zwykły przegląd roweru? Podejrzewam, że nic nie dzieję się z nim, trzeba go tylko przesmarować

– 130 plus mycie, bo widzę, że brudny. Mycie 40. No i ewentualnie koszt części

– dziękuję, do widzenia

A niech se głupszego od siebie szukają. Plus u nich był taki, że zrobiliby z dnia na dzień.

Dziś mijałem jeszcze jeden warsztat (koło siedziby TVN) i jak kończyłem pytanie o ewentualny przegląd, to sam parskałem śmiechem, niedowierzając, że ktoś jest w stanie mi to zrobić „od ręki”.

Ale. Bo zawsze jest jakieś „ale”. Wczoraj rozmawiałem ze znajomym. Też rowerzysta. I podpowiedział mi dwa adresy. Dolna i Belwederska (coś koło 20 minut na nogach od domu. Czyli rzut beretem). Ten drugi serwis od razu odradził. Ale na Dolnej poleca. Właśnie! Przecie jak ja nieswoje dzieci ze szkoły odbierałem, to przecie mijaliśmy ten serwis. Czemu mi do głowy on nie przyszedł wcześniej. Dzwonię i się umawiam szczęśliwy, bo mają czas i możliwości. Pan nawet obiecywał, że dziś zrobią. I zrobili. Super.

A ten przegląd to gapa jestem. Miałem zrobić przed moimi wczasami, ale zawsze coś. Mam jeszcze czas – mówiłem sobie. Ale jak zacząłem szukać tydzień temu, to mina mi zrzedła szybko.

Także rower załatwiony. Podłogę jutro sobie zaszpachluje. Urlop pełna parą czas zacząć.

A propos wolnego czasu. Rozmawiałem z Ulą z NJ. I ta mi mówi, że mogę sobie czasoprzestrzeń zrobić, bo mam podarowany czas. Brakowało mi tylko przestrzeń zdobyć. Ręce rozłóż – mówi mądrze koleżanka. To teraz mam space-time continuum! Yay!

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.