jedzenie,  życie

he he

W ostatnim wpisie ja o Frelach i proszę, dziewczyny wydały drugą płytę o tytule „he he” właśnie. Jak to mówi mój znajomy, muzyka taka słodko-pierdząca. Dziewczyny śpiewają po śląsku, po polsku. Ogólnie miłe to dla ucha, ale nie będę czarował, że to jakaś ważna płyta. Nie.

 

Wczoraj po wygranej kometce podbiłem do kolegi od pizzy. Okazało się, że skubany sobie kupił …

 

Fajny rower. Taki trochę popsuty! Gdzie jest prawy widelec? Zaproponowałem mu, żeby odblaski z kół zdjął, bo jakoś nie przystoi.

 

Ogólnie mi nie do śmiechu.

Nie każdy wie, ale planowałem na początku lipca wyskoczyć do Bejrutu. Miałem zapłacić kaskę w styczniu, ale jakoś się ociągałem. Ja, lipiec, Bejrut? Przecie umarłbym. Pamiętam jak pani Słodkowkaśnej opowiadała mi o Azerbejdżanie. Pięknie prawiła. Pytam się jej, czy dałbym tam radę. A ona na to – Maciusiu, umarłbyś. Każdy wie, że 25 stopni to dla mnie już granica między gorąco, a piekło.

Film z eksplozją oglądałem kilka razy. Kompletnie nie dowierzając temu co widzę. Niewyobrażalna siła, skala zniszczeń. I „na szczęście” tylko 145 śmiertelnych ofiar. Pokazywano symulację, jakby to było, gdyby w centrum Warszawy taka eksplozja miała miejsce. W Wilanowie mogło by dojść do zniszczeń, a w Legionowie niektórzy mogli by mieć wybite szyby w oknach. Straszne. Zastanawiam się, czy jakiejś cegiełki nie wpłacić.

Oglądałem też filmik z finiszu Tour de Pologne. Kibic kilka metrów od tego zdarzenia stał i kręcił. Aż mnie odrzuciło od komputera, jak ten cyklista uderzył w barierki. Holender Dylan Groenewegen powinien być zdyskwalifikowany dożywotnio za takie zachowanie. Ponoć kolarze jakieś oświadczenia podpisują, że są świadomi wypadków podczas zawodów. Dodatkowo oskarżyłbym organizatorów TdP za to nieszczęście. Czy w naszych czasach jest tak ciężko ustawić pneumatyczne bariery? Ponoć prędkości mogły dochodzić do 80 kmh. Koszmar. Na szczęście poszkodowany pan Fabio będzie żył.

Kraksa mniej więcej na 50 sekundzie i powtórka na 3 minucie i 30 sekundach. Brrr. A za bandą jeszcze człowiek stał i tory biegły.

 

Wydawało się, że kilka dni temu ten rekordowy przyrost zakażeń w Polsce to dużo. 640 przypadków. A nie. Dziś kolejna bariera przełamana. 726 nowych przypadków. W sumie mamy już 49 515 zakażeń od początku zarazy. Gonimy Portugalię (52 061) i Gwatemalę (54 339). Nigeria i Bahrajn tuż za nami. Jaki ten świat mały.

A ta Ameryka rozpędzona, jakoś zatrzymać się nie może.

Na 17 wylosowanych powyżej stanów, nie byłem tylko w Luizjanie. Eh, czyżby 2021 też bez Ameryki był? Gdzie ja urlopy będę teraz spędzał? Na zatłoczonych plażach nadbałtyckich? W kolejkach na Rysy albo Śnieżkę (dziś pisali, że nie można było wejść na szczyt, tyle ludzi)? Koniec świata panie Popiołek.

Ale może nie bądźmyż tacy tragiczni. Piątunio za rogiem.

Dziś na ten przykład miałem orgazmy kulinarne. No może nie orgazmy, ale był mlask i mniam.

Na sam przód umówiłem się z kolegą na ramen. Danie jemu nieznane. A kolega świata lizną. Na każdym kontynencie nogę postawił. Każdym.

Akurat mieliśmy szczęście, bo sam właściciel był i opowiedział nam o każdym daniu. Wzięliśmy te zawiesiste wersje. Na koniec pracownik rzekł, że jeśli to pierwszy raz kolegi, to powinien te czyste rameny kosztować. A jakaś frelka siedząca w środku pochwaliła danie mówiąc „jakbym w Japonii była”. Także polecam. Shiso Ramen ul. Koszykowa 31. Lokal dostał ode mnie 5 gwiazdek i miłe słowa. To był mój chyba 4 ramen w życiu. Deklasacja kompletna. Brawo!

 

Później zaproponowałem coś słodkiego. I wybór padł na taki jakiś podlaski przybytek. Widziałem kilka razy już na tablicy przed wejściem (jak mijałem, a często ich mijam) jakieś smakołyki z przymiotnikiem „podlaski”. Weszliśmy. Lokal cały w ziołach. Jest tez sklep. Wszystko mają. Zupy, przetwory, herbaty, przyprawy.

My na deser wzięliśmy … doniczkę oraz przysmak pokrzywowy. Do tego kawa lawendowa i z topinamburem, który pachniał jak u … dentysty. 49 zł za taką deseczkę. Kwiatek w tej doniczce nie do końca mi podszedł, ale ogólnie mniam i mlask był. I do tego 5 gwiazdek i miłe słowa od lokalnego przewodnika Maćka na mapach google.

Zapytałem się frelki za ladą o co chodzi z tym „podlaskim”. Okazało się, że są z Podlasia, z Ziołowego Zakątka … z Korycina. Powiedziałem jej, że wiem, gdzie jest Korycin. Byłem parę razy. Nawet raz udało mi się (razem z Bartkiem) ugasić pożar i zapobiec spaleniu tej miejscowości (dawne czasy liceum). Pytam się jej o sery i truskawki. Koryciny – poprawiła mnie frelka. W prostej linii na wschód od Warszawy, przy Grodzisku – dodała. Aha. Nie znam – rzekłem inteligentnie.

Zdjęcia mają fajne tego zakątka. Trzeba chyba kiedyś podjechać i sprawdzić. Domek w Pniu wygląda super!

 

Ale żem se smaka narobił pisząc ten post. Może Olimpię weźmiemy na ramen? Koleżanka dziś zjechała do Słodkowaśnej i będziemy się z nią bawić w ten weekend. A z Olimpią zawsze jest zabawa i kupa śmiechu. Kolega poznał koleżankę na Fejsie. Olimpia napisała kilka lat temu, że będzie w Waw i albo nie ma gdzie mieszkać, albo nie wie gdzie się przespać. No i Słodkokwaśna zaproponował – wbijaj do nas. Także wbiła do nich i się poznali(śmy). Zawsze jak przyjeżdża z UK, to nam jakieś drobiazgi przywozi. Raz dostałem sól wędzoną i cheddar.

A koleżanka zajmuje się … o to zabawna historia. Pytam się jej kiedyś jaką profesją się para. Food poisoning odpowiedziała. Przytaknąłem w zrozumieniu, żeby nie wyjść na ignoranta i wieśniaka z małego kraju na Wschodzie Europy. Dopiero później zatrybiłem, że to food positioning. Czyli takie układanie i aranżowanie jedzenia na stole, talerzu i czym tam jeszcze. To się chyba właściwie nazywa food styling. Polecam jej zdjęcia, bo są pyszne.

Mam nadzieję, że Olimpia nie ma mi za złe, że pokazuję kilka postów z jej Instagrama.

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.