Tag: kawa

paluszek obrany

Czyli zimne nóżki.

Wszem i wobec ogłaszam, że mam serdecznie w … nosie diety. Tydzień po badaniu wątroby robiłem nowe testy. I też był lipidogram. I się okazało, że cholesterol poniżej górnej granicy. No musiałem się wcześniej czegoś nażreć!

Także tak, nie jem smażonego i mięso raz na jakiś czas. Czyli żadne lekkostrawne diety mi nie groźne.

Dziś mnie naszło na zimną nóżkę. Nakupiłem 3 kopyta świńskie i 1 golonkę. 6 godzin gotowania. Długo. Tak długo, że zapomniałem na koniec czosnku dorzucić. Ale wyszły … mam nadzieję. 2 słoiczki zawekowałem na zaś, a reszta w foremki na teraz. Kilka pojemników bez mięsa (bo wyszło). Będzie mam nadzieję jedzone.

Zimne nóżki robiłem wcześniej 3 razy – pierwszy, jak na tamten moment zdecydowanie ostatni i jak mi się wtedy wydawało o jeden raz za dużo. Ale dziś postanowiłem dać szansę i po raz … drugi się za to wziąłem.

Ale dramat nastąpił, bo obierając cienką marchewkę obrałem sobie palca. Dosyć mocno. Ech, skórka mi odstaje i wygląda to jak skrzele rybie. Krwawienie zatamowane szybko (przyciśnięta ranka, palec do góry, powyżej serca). Ale później parę razy się zaczepiłem swoim skrzelem. A to jak rękę do kieszeni wkładałem albo jak szaty przydziewałem. No pech. Skończyło się plastrem.

Druga straszna rzecz, ekspres do kawy w końcu ode mnie odszedł. Nie pomaga reanimacja w formie wyłączenia go z prądu na dwa dni oraz przepłukanie sitek. Biedak już nie ciągnie.

Kupiłem sobie kawiarkę w Tchibo, bo akurat mieli 20% promo.

Próbuję pierwszą filiżankę i się skręcam – fuj, jakie ohydne – mówię. Zaglądam w instrukcję obsługi, a tam …

 

Ale kto by czytał instrukcję obsługi do takiej prostej maszyny.

 

Z dobrych rzeczy, to chciałem donieść, że po raz pierwszy byłem w drugim największym parku w Polsce – w Kampinosie. Fajny lasek. Ponoć ten teren wydmowy, to najlepiej zachowany kompleks wydm w skali Europy. Brawo my. Już mam ogarnięty dojazd do Truskawy. Z metro Młociny autobusem 210 i już. Tylko coś około 90 minut zajmuje dotarcie tam. Phi

 

 

jak Ania Starmach powie, że ma być …

sok z cytryny, to ma być i już!

Czy jak się ta pani z Big Chefa nazywa?

Kompot gotuję. Po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w przygotowaniu tegoż pysznego napitku nie ma nic trudnego i skomplikowanego. Ale jak już miałem robić to po raz pierwszy, to postanowiłem zasięgnąć języka.

Jakiś pan jest ulubieńcem internautów.

… do 4-litrowego garnka wsyp jabłka do połowy i zalej wodą…

Pan faktycznie wykłada te sekrety gotowania jak krowie na miedzy. Ergo jest bardzo prosto.

Ktoś się pyta w tych komentarzach pyta – to ile ma być tych jabłek i ile wody!?

 

I trafiłem też na wybitność kulinarni polskiej. Pani Ania, pani z okienka, tak jak w sumie większość, dosypuje cynamon (szczyptę). Ale oprócz tego podpowiada, żeby łyżkę z soku z cytryny dać. No jak pani Ania mówi, to ja dodaję.

Z przepisu celebrytki wziąłem ten sok z cytryny, ale zabrałem trochę cukru. Nie przepadam. Dosłodzę później miodem.

Jutro ciasto będzie. Takie bez mąki, z serkiem ricotta. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bo jabłek dostałem od Słodkokwaśnej i jego pani. W sumie to sami sobie nazbieraliśmy. Ale ja zbierałem im i nie wiedziałem, że mi odpalą działkę.

Na wycieczce byliśmy. Krajoznawczej. Korycin, Sokółka, Bohoniki (meczet), Silvarium, Zajazd Sokołda.

I jeszcze strony młodości Słodkokwaśnej odwiedziliśmy, czyli domek jego babci. A podobnie jak u mojej. Tylko, że moi dziadkowie to mieli z ho ho ho tej działki. Las, łąka, domek, podwórko, stodoła, ogród, sad. My też jak jeździliśmy do babci to gruszki, jabłka, agrest, maliny, śliwki zbieraliśmy. U Słodkowkwaśnej na wsi akurat jabłoń i grusza posypały owocami. To co się miało zmarnować? Pozbieraliśmy i do miasta zawieźliśmy. Także dziś ten kompot, a jutro zaryzykuję ciasto. Pani Słodkokwaśnej mówi, że te jabłka nie nadają się na wypieki. Jutro zobaczymy. Najwyżej przeczyści.

W Sokółce koleżeństwo zaproponowało cukiernię z pysznymi lodami. Stanęło na własnej produkcji jogurcie (na wynos słoik), pysznych ciastach i tortach i kawie. Porozmawialiśmy jeszcze z właścicielem i ruszyliśmy do kościoła obok. Pani Słodkokwaśnej zadziwiona, że jej stary tak ludzi zagaduję. Ale ja też czasem zagaduję i fajnie jest poznawać ludzi.

W kościele leży eucharystia, która się sama wyhodowała. Ponoć kapłan hostię upadniętą na ziemię włożył do vasculum (małe naczynie z wodą stojące przy tabernakulum służące księdzy do oczyszczenia palców po udzieleniu komunii). Mszę przerwał, jak zobaczył tę hostię na ziemi, żeby ją włożyć tam, gdzie włożył.

Po kilku tygodniach siostra Julia sprawdziła stan naczynia i zobaczyła czerwoną plamkę na hostii. Wypukłą plamkę o wyglądzie skrzepu krwi lub kawałeczka ciała. Po dłuższym czasie dwóch niezależnych uczonych sprawdziło skład tego co się wyhodowało. Stwierdzili, że materiał badany przyjął postać tkanki serca mięśniowego człowieka w stanie agonii. To wydarzyło się pod koniec 2008 roku. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, księcia proboszcza (awansował niedawno) i pytam, czy to cud, czy co? Kolega odpowiedział spokojnie, że to eucharystia. Ale czy to cud!? – dopytuję. No ponoć kościół się jeszcze temu przygląda, ale nadał temu czemuś status niższy niż cud.

Nie ukrywam, że ciarki mnie przeszły. Żeby jakoś odreagować, to pojechaliśmy do wyznawców islamu do Bohonik. Bardzo sympatyczna starsza pani po krótce nam przedstawiła losy religii. Bardzo po krótce. Księżyc był niemym świadkiem przekazania przez Archanioła Gabriela Mahometowi mądrości. Dlatego też mają księżyc w symbolach swoich. I te mądrości objawiały się na liściach, na innych roślinach, na czym tam tylko światło padało. Dlatego też sztuka religijna nie pokazuje ludzi i zwierząt, tylko była właśnie ozdabiana ornamentami roślinnymi i kaligraficznymi.

Dowiedzieliśmy się, że te ich dywaniki do modłów mają kompas, żeby zawsze wiedzieć, gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mekka. W Bohonikach mieszka jeszcze 6 rodzin. Fajnie, że kultywują tę religię.

Hmm, teraz czytam, że właściwym symbolem islamu jest szahada (wyznanie wiary). Znacznie częściej jednak za symbol uznaje się półksiężyc. Zasadniczo, z historycznego punktu widzenia, jest to niewłaściwe, bo półsatelita był nie symbolem religii, a jedynie kalifatu. Ok, zostawmy to. Wycieczka po meczecie była krótka, ale bardzo ciekawa. I tylko 5 zł. Jadąc na wschód wstąpiliśmy do synagogi w Tykocinie. 20 złociszy sobie zawinszowali. Eh, co religia, to religia.

Zostawiłem koleżeństwo u Słodkowkaśnej na włościach i pojechałem na swoje. Biały jak Biały, jest ok. Zawsze jakieś zdjęcie pstryknę, miło się przejdę po mieście. W niedzielę oglądałem ze szwagrem Obiektyw w TV Jard, czy TVP Białystok. Przez 15 minut njusy miały charakter kościelny. A w kościele to, a w chrześcijaństwie dziś tamto. Eh ten Białystok. Tylko by się modlili albo jakieś anatemy na LGBT+ nakładali.

Korzystając z okazji, że miałem auto, zabrałem się z rodzicami w nekropodróż. Cmetarz w Złotorii, Dobrzyniewie Kościelnym i Choroszczy. Dowiedziałem się, że mój pradziadek Wincenty D. zmarł w 1935, prababcia Salomea D. w 1958. Kosmiczne daty. 41 lat po odejściu Wincentego na świat przyszedł …

Pradziadkowie po stronie mojej mamy odeszli, gdy miałem minus dwa (prababcia) i trzy lata (pradziadek). Także jednego nie mogłem pamiętać, a drugiego jakoś nie pamiętam.

Weekend minął jak z bicza strzelił.

W poniedziałek jadąc po Słodkokwaśnych do Korycina sprawdziłem atrakcje Podlasia. Pojawiła się tajemnicza nazwa Silvarium w Poczopku. Taki las z pomnikami, atrakcjami leśnymi, barcią, kamieniami i czym tam tylko sobie ludzie chcą. Bardzo fajne miejsce. Spodobało nam się od razu. Sama nazwa Poczopek jest urocza, nieprawdaż?

Interesujący był zegar słoneczny o nazwie (o ile mnie pamięć nie zawodzi) dendrologiczny. Moim zdaniem chodzi lepiej niż klasyczny zegar słoneczny.

Park megalitów, czyli wędrujące skały, to takie kamyki rozrzucone. Kamienny krąg. Można było się doładować i po medytować.

Największym hitem jak dla mnie był Strigiforium (dom sów). Przeróżne ptaszki tam siedziały. Ale jakieś … ospałe były. Puchacz (łac. Bubu bubu) majestatyczny i posępny. Jedna sówka właśnie jadła obiad. Obok jakiś sokolik też. Niestety pałaszowali takie małe, żółte, martwe, kurczaczki. O kurczaczki!

Pomnik żaby słodki. Na sam przód myśleliśmy, że te Suvlaki (nie mogę zapamiętać nazwy tego parku), to taka naciągana atrakcja dla turystów z Warszawy. Ale spędziliśmy tam bardzo miło czas. Polecamy serdecznie.

W tej cukiernio-lodziarni właściciel nam polecił Zajazd Sokołda. Dobry wybór. Lokalne dania, jak i klasyczna polska kuchnia znajdują się w menu. Dziwi mnie tylko brak odgłosu tłuczenia mojego schabowego z kością. Ale pyszotek był. Zupa grzybowa na solidną 4 zasługuje. Oczywiście zawartość grzybów nie może równać się z liczbą owoców leśnych w zupach grzybowych mojego autorstwa. U mnie to często zupy nie widać (tej części płynnej znaczy).

Jadąc w piątek na weekend na wschód postanowiliśmy zjeść w karczmie żydowskiej Tejsza. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że ok, ale niczego nie urywa.

No może niektóremu urwało. Bo z panią Słodkokwaśnej kawą się jeszcze delektowaliśmy, podczas gdy niektóry … się z nami nie delektował. Tykocin ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo się rozwinął pod kątem turystyki. I sporo ludzi było. Niby piątek, ale w sumie koniec września. Ciekawe czy w lipcu i sierpniu Tykocin jest bardzo mocno oblegany.

W Korycinie zrobiłem sobie zdjęcie z truskawką korycińską, bo mnie urzekł ten pomnik.

Polecam Podlasie, polecam Wschód Polski. Pamiętam z czasów studiów eksplorację Suwalszczyzny (mieliśmy koleżanki z Suwałk). Eh, jakież to były fajne wakacje. Tereny przecudne. Eh, a mnie jest szkoda lata …

he he

W ostatnim wpisie ja o Frelach i proszę, dziewczyny wydały drugą płytę o tytule „he he” właśnie. Jak to mówi mój znajomy, muzyka taka słodko-pierdząca. Dziewczyny śpiewają po śląsku, po polsku. Ogólnie miłe to dla ucha, ale nie będę czarował, że to jakaś ważna płyta. Nie.

 

Wczoraj po wygranej kometce podbiłem do kolegi od pizzy. Okazało się, że skubany sobie kupił …

 

Fajny rower. Taki trochę popsuty! Gdzie jest prawy widelec? Zaproponowałem mu, żeby odblaski z kół zdjął, bo jakoś nie przystoi.

 

Ogólnie mi nie do śmiechu.

Nie każdy wie, ale planowałem na początku lipca wyskoczyć do Bejrutu. Miałem zapłacić kaskę w styczniu, ale jakoś się ociągałem. Ja, lipiec, Bejrut? Przecie umarłbym. Pamiętam jak pani Słodkowkaśnej opowiadała mi o Azerbejdżanie. Pięknie prawiła. Pytam się jej, czy dałbym tam radę. A ona na to – Maciusiu, umarłbyś. Każdy wie, że 25 stopni to dla mnie już granica między gorąco, a piekło.

Film z eksplozją oglądałem kilka razy. Kompletnie nie dowierzając temu co widzę. Niewyobrażalna siła, skala zniszczeń. I „na szczęście” tylko 145 śmiertelnych ofiar. Pokazywano symulację, jakby to było, gdyby w centrum Warszawy taka eksplozja miała miejsce. W Wilanowie mogło by dojść do zniszczeń, a w Legionowie niektórzy mogli by mieć wybite szyby w oknach. Straszne. Zastanawiam się, czy jakiejś cegiełki nie wpłacić.

Oglądałem też filmik z finiszu Tour de Pologne. Kibic kilka metrów od tego zdarzenia stał i kręcił. Aż mnie odrzuciło od komputera, jak ten cyklista uderzył w barierki. Holender Dylan Groenewegen powinien być zdyskwalifikowany dożywotnio za takie zachowanie. Ponoć kolarze jakieś oświadczenia podpisują, że są świadomi wypadków podczas zawodów. Dodatkowo oskarżyłbym organizatorów TdP za to nieszczęście. Czy w naszych czasach jest tak ciężko ustawić pneumatyczne bariery? Ponoć prędkości mogły dochodzić do 80 kmh. Koszmar. Na szczęście poszkodowany pan Fabio będzie żył.

Kraksa mniej więcej na 50 sekundzie i powtórka na 3 minucie i 30 sekundach. Brrr. A za bandą jeszcze człowiek stał i tory biegły.

 

Wydawało się, że kilka dni temu ten rekordowy przyrost zakażeń w Polsce to dużo. 640 przypadków. A nie. Dziś kolejna bariera przełamana. 726 nowych przypadków. W sumie mamy już 49 515 zakażeń od początku zarazy. Gonimy Portugalię (52 061) i Gwatemalę (54 339). Nigeria i Bahrajn tuż za nami. Jaki ten świat mały.

A ta Ameryka rozpędzona, jakoś zatrzymać się nie może.

Na 17 wylosowanych powyżej stanów, nie byłem tylko w Luizjanie. Eh, czyżby 2021 też bez Ameryki był? Gdzie ja urlopy będę teraz spędzał? Na zatłoczonych plażach nadbałtyckich? W kolejkach na Rysy albo Śnieżkę (dziś pisali, że nie można było wejść na szczyt, tyle ludzi)? Koniec świata panie Popiołek.

Ale może nie bądźmyż tacy tragiczni. Piątunio za rogiem.

Dziś na ten przykład miałem orgazmy kulinarne. No może nie orgazmy, ale był mlask i mniam.

Na sam przód umówiłem się z kolegą na ramen. Danie jemu nieznane. A kolega świata lizną. Na każdym kontynencie nogę postawił. Każdym.

Akurat mieliśmy szczęście, bo sam właściciel był i opowiedział nam o każdym daniu. Wzięliśmy te zawiesiste wersje. Na koniec pracownik rzekł, że jeśli to pierwszy raz kolegi, to powinien te czyste rameny kosztować. A jakaś frelka siedząca w środku pochwaliła danie mówiąc „jakbym w Japonii była”. Także polecam. Shiso Ramen ul. Koszykowa 31. Lokal dostał ode mnie 5 gwiazdek i miłe słowa. To był mój chyba 4 ramen w życiu. Deklasacja kompletna. Brawo!

 

Później zaproponowałem coś słodkiego. I wybór padł na taki jakiś podlaski przybytek. Widziałem kilka razy już na tablicy przed wejściem (jak mijałem, a często ich mijam) jakieś smakołyki z przymiotnikiem „podlaski”. Weszliśmy. Lokal cały w ziołach. Jest tez sklep. Wszystko mają. Zupy, przetwory, herbaty, przyprawy.

My na deser wzięliśmy … doniczkę oraz przysmak pokrzywowy. Do tego kawa lawendowa i z topinamburem, który pachniał jak u … dentysty. 49 zł za taką deseczkę. Kwiatek w tej doniczce nie do końca mi podszedł, ale ogólnie mniam i mlask był. I do tego 5 gwiazdek i miłe słowa od lokalnego przewodnika Maćka na mapach google.

Zapytałem się frelki za ladą o co chodzi z tym „podlaskim”. Okazało się, że są z Podlasia, z Ziołowego Zakątka … z Korycina. Powiedziałem jej, że wiem, gdzie jest Korycin. Byłem parę razy. Nawet raz udało mi się (razem z Bartkiem) ugasić pożar i zapobiec spaleniu tej miejscowości (dawne czasy liceum). Pytam się jej o sery i truskawki. Koryciny – poprawiła mnie frelka. W prostej linii na wschód od Warszawy, przy Grodzisku – dodała. Aha. Nie znam – rzekłem inteligentnie.

Zdjęcia mają fajne tego zakątka. Trzeba chyba kiedyś podjechać i sprawdzić. Domek w Pniu wygląda super!

 

Ale żem se smaka narobił pisząc ten post. Może Olimpię weźmiemy na ramen? Koleżanka dziś zjechała do Słodkowaśnej i będziemy się z nią bawić w ten weekend. A z Olimpią zawsze jest zabawa i kupa śmiechu. Kolega poznał koleżankę na Fejsie. Olimpia napisała kilka lat temu, że będzie w Waw i albo nie ma gdzie mieszkać, albo nie wie gdzie się przespać. No i Słodkokwaśna zaproponował – wbijaj do nas. Także wbiła do nich i się poznali(śmy). Zawsze jak przyjeżdża z UK, to nam jakieś drobiazgi przywozi. Raz dostałem sól wędzoną i cheddar.

A koleżanka zajmuje się … o to zabawna historia. Pytam się jej kiedyś jaką profesją się para. Food poisoning odpowiedziała. Przytaknąłem w zrozumieniu, żeby nie wyjść na ignoranta i wieśniaka z małego kraju na Wschodzie Europy. Dopiero później zatrybiłem, że to food positioning. Czyli takie układanie i aranżowanie jedzenia na stole, talerzu i czym tam jeszcze. To się chyba właściwie nazywa food styling. Polecam jej zdjęcia, bo są pyszne.

Mam nadzieję, że Olimpia nie ma mi za złe, że pokazuję kilka postów z jej Instagrama.

jest taki samotny dom

czy po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój?

 

 

 

Czasem tak, czasem nie.

 

Ekspres mój zionie ducha. Pisałem już o jego marnym końcu. Pogodziłem się już z tym faktem. Będzie mniej gratów na blacie kuchennym. Ale jednak taka strata boli. Wczoraj znowu mi zakaszlał, poburczał i nic. Myślałem, że może kawa znowu źle zmielona w Czibo i się zatkał. Puściłem na pusto i dalej nic. Ze spieniacza do mleka leci. Ale z głównej dziury nie. Eh. Postanowiłem go naprawić … znowu. Czyli wyłączyłem go z zasilania. Ty poczywaj, a daj ać ja pobruszę – tak pomyślałem po staropolsku.

 

Dziś nadszedł dzień! Spokój!

Piję właśnie. Nie! Delektuję się właśnie trzecią kawą. Czyli zdrowa dawka osiągnięta (ponoć od 3 do 5 filiżanek, to zdrowo).

 

Z samego rana poleciałem do sklepu. Oj Noc i burza. Ceny z kosmosu. U pana Rybki śledzie litewskie, które z 2 lata temu kupowałem po 13 złociszy, kosztują 21,90 z! Koniec świata panie Popiołek.

Na szczęście młoda kapusta po 2,99. Także się właśnie dusi w saganie.

 

Z krzątania się w kuchni dorzucam jeszcze robienie ogórków małosolnych samemu. No niby się opłaca o ciut, ale lubię je pakować do słoika (kamionka mi pękła z rok temu i poszła do krainy Wiecznego Szczęścia). Kilogram ogórków kosztuje koło 8 zł, zestaw do kiszenia z 5 zł. A na straganach kilogram gotowych ogóreczków coś z kilkanaście złotych. No nie do końca się opyla. Ale lubię, to sam robię.

A tak w ogóle się żachnąłem, że ceny poszły ścichapęk w górę, a pensje nie (jak nie w dół u niektórych). Jak żyć?

Przeanalizowałem też ceny w pewnej knajpie na dzielni. W ciągu niespełna 15 miesięcy cena lunchu skoczyła z 19 na 24. Pyszne piwo za 9,90 teraz po 12 stoi. A ossobuco z 49 na 52 się zamieniło. Toż to ponad 20% w większości przypadków.

 

Z tydzień temu postanowiłem być super ekstra użytkownik gazu i wypełniłem on line zużycie tegoż produktu. Okazało się, że zużyłem o 50% gazu więcej, a rachunek przyszedł o ponad 100% wyższy. Burza i noc!

 

Nakupiłem sobie więcej logicznych obrazków. Przestrzegam! Nie kupujcież tego. To cholerstwo wciąga! Sobie tak siedzę i se mażę te kratki. Wczoraj przyszły wersje XXL.

A propos Ameryki. Kartki doń posłałem. Jakoś tak nie przemyślałem tematu. No bo skoro nie lata nic, to jak one dolecą? Raz pani w okienku obiecała w 6 dni dostarczenie. Reklamację nawet składałem. Po miesiącu Ula z TX dostała dar. Okazało się, że drogą … morską barany nadały. A teraz? Po wyjściu z urzędu nastawiłem się na najgorsze. Ale w sumie coś tam powinno latać, nie? – tak pomyślałem optymistycznie. Ponoć na pusto się teraz fruwa, żeby nie stracić miejsca na lotnisku. 6 dni – powiedziała znowu panienka z okienka. Po ponad 2 tygodniach Teksas donosi, że jest. Tatar doszedł! Empik ma taką fajną serię kartek o Polsce i tam był między innymi schaboszczak. Wziąłem dla Uleńki. Ale patrzę dalej! Jest Tatar! Przecie wiadomo, że koleżanka uwielbia. To podmieniłem. Po tygodniu Chicago komunikuje, że dziękuje za kartkę (o Warszawie widokówka). Napisałem do kumpla po polsku. A niech się męczy z translacją. Teraz tak sobie myślę, że trzeba było napisać coś w stylu „Żółć włóż żółw szczęście dżdżu” i tak dalej. Ale nie bądźmyż złośliwi. Język polski jest trudny. Teraz czekam, aż Ulcia z NJ napisze coś o jej pocztówce z grzybkami. Napisałem jej, że po jakiego grzyba można chodzić w Stanach do lasu? Przecie u nich to wszystko nazywa się maszrum. Uważam, że Post Office w Polsce powinien się nazywać chyba Lost Office. Mam nadzieję, że jak Czaskoski zostanie prezydentem, to zlikwiduje i TVP i Pocztę Polską przy okazji. Ale wybory dopiero za … ho ho ho ho ho.

 

Wracając jeszcze do Stanów. Mam nadzieję, że i tam nadejdzie spokój. Wspomniany kolega z Chicago pracuje w PółnocTwarz (taki sklep z ciuchami). Zarządza siecią sklepów bodajże. Podesłał mi fotkę, jak ich sklepy są splądrowane. Jeden manekin się jeno ostał. Czyste skurwysyństwo. Ludzie demonstrują domagając się PiS-u (prawa i sprawiedliwości), a sami ja łamią (prawo) i mają w nosie (sprawiedliwość). Także jestem pewien, że nadejdzie spokój. Coś Uleńka z TX nie pisze jak tam w Austin awantury.

Zastanawiam się, jak szybko ubiją tych 4 policjantów w więzieniu (oczywiście, jeśli ich skażą). Temu jednemu grozi ponoć ze 40 lat. Niedawno Netflix przypomniał żywot Jeffreya Epsteina. Niby się powiesił, niby nie. Więzienie niedofinansowane, to nie miał za bardzo kto doglądać skazanych. Akurat ten dokument o nim, pod tytułem „Jeffrey Epstein: Filthy Rich”, jakoś bardziej mną wstrząsnął niż te dwa filmy braci Sekielskich. Polecam.

Szalenie uwielbiam konwersować z moją koleżanką z pracy – z Ewą z Poznania. Opowiadała mi ostatnio o pysznym i, co najważniejsze, tanim daniu (Poznań, wiadomix) – śledź z pyrami.

Rybkę robi się tak:

Cienko pokrojona cebula w plasterki

Na to śledź w oleju pokrojony w kawałki według zachcianki

Na to jabłko obrane i pokrojone w kosteczkę

Śmietana 18% wymieszana z jogurtem naturalnym

Bubki i te listki

Można popieprzyć

Mieszamy i do lodówki

Ta-da!

Dziś robię. Zobaczymy jak posmakuje.

 

Wiem, że niektórzy się mogą dziwić. Że co ja tu robię? Że przecie poddałem się i wróciłem na stare śmieci. Otóż, przyszedł dzień. Nadszedł spokój. Przecie jak ja do łba coś sobie wbije, to nie ma zmiłuj. Przemyślałem wszystko raz jeszcze. Opracowałem krok po kroku i zacząłem działać. I słońce wyszło! I wszystko się okazało proste. Jeszcze kilka szczególików zostało do opanowania i wgrania. Najważniejsze, że działa. Stary blog jest wyłączony. Moich followersów zmigrowałem na nową stronę. Także powinno być ok. Mam teraz nadzieję, że trafię do milionów, że w końcu świat mnie zauważy. Tylko pytanie, czy chcę tego.

 

Dorzucam drew, bo ogień zgasł, ciągle burza trwa

Nagle feria barw i mnóstwo świec, ktoś na skrzypcach gra

paradoks

chciałem dać w tytule pewną liczbę o dwóch identycznych cyfrach, ale pamiętam, że już to było.

Pamiętam zajęcia z logiki. O relacjach prawił nam prof. Z. Bartosiewicz.

Nie pamiętam czy chodziło o zwrotną, czy o symetryczną.

Jeśli A pociąga za sobą B, to B pociąga za sobą A. Jakoś tak to było. Wszyscy przytakiwali zgodnie. I nagle ktoś z audytorium (jesssu, chodziłem na wykłady?????):

Jeśli ja znam Brucea Willisa, to on niekoniecznie musi znać mnie

– aha, no tak – rzekł uczony.

Chyba pan prof. nie dodał o pewnym warunku 

dla każdego a, b∈A

Bo przecie A może być zbiorem Ziemian, nie?

Ok, mądrości na bok. Pamiętam, że z zajęć u tego pana najbardziej podobała mi się, metoda eliminacji Gaussa. Lubiłem eliminować.

Paradoks polega u mnie na tym, że mój odkurzacz ssie i nie ssie zarazem!

Ssie w sensie, że jest kupą złomu.

Nie ssie w sensie, że nie chce już wciągać.

Kolejny wydatek się szykuje. Chyba iRumba albo jakieś Siajomi. Rumba jakaś za droga, a Xiaomi chwalą Słodkokwaśna ze swoją panią. Tylko coś frędzelków nie ogarnia (pozbyć się frędzelków z domu). W sumie Państwo z Europy na K. też zachwyceni swoim iRobotem. Zobaczymy.

Wstaję dziś rano. Wigilia wiadomo czego. Nie używamy zwrotów

bardzo stary dziad

Gdyż mam ciągle 29 lat!

A że z górki mam? A któż nie ma?

No to wstaję dziś rano. Piątek! Piąteczek! Piątunio!

Wczoraj nakupiłem kawy w Czibo, bo święto kawy mają: 

przy zakupie 2, czecia gratis!

Skorzystałem. Bardzo często korzystam.

Wstaję ja ci dziś rano. W skowronkach, że to piątunio. Nabijam kolbę i … zonk! Kawa nie leci. Załamka. Nie chciał ciągnąć wody. Rozebrałem na części, powyłączalem z kontaktu z myślą, że później go sam nareperuję. 

Po robocie nasmarowałem do pani prof. ze Szczecina, bo to perzecie stara kawoszka! Stwierdziła prawie jak św. mikołaj, że 6 lat to ho ho, dużo. I że ona ze swoim szanownym małżonkiem wymienia maszynę do zaparzania kawy co 5-6 lat właśnie.

Co prawda po powrocie poskładałem ekspres i włączyłem do zasilania. Dwie kawki zdążył do 18.00 pyknąć mi. Ale coś zipał. Cholera, kolejny wydatek.

Odpaliłem wujka gugla i paczę co tam w rankingach stoi. Aha, tym razem kupię ekspres na ziarenka.

Sentyment do DeLonghi mam, ale chyba czas na zmianę. Pani prof. ze Szczecina zachwala Krupsa. A mi się jeszcze Jura podoba. Hmmmm.

Jutro się może okazać się, że plujka będzie parzona. Co ja teraz zrobię z tą kawą zmieloną?

kawa a charakter

Wczoraj jakoś przypadkiem wpadł mi w ręce artykulik o kawie.

Jak słyszę kawa, to mam dwa skojarzenia:

1 pani prof. ze Szczecina

2 pani Słodkokwaśnej, która kiedyś napisała książkę o kafce

To ja o pani uczonej, bo o napoju chciałem rzec. 

Czy ja lubię kawę? Różnie to bywało. Pierwszy raz wypiłem kawę, jak miałem 15 lat. Dostałem taką parzoną w szklance, jak wizytowaliśmy rodzinę, której nie znałem i do tej pory nie znam. Kuzynka coś niewiele starsza ode mnie. We wsi Żółtki to się działo. To cholerstwo piłem pół dnia. Dopiero po paru długich latach zrozumiałem, że była to kawa-plujka. Później za kawą nie przepadałem. A jak zacząłem pić, to tylko rozpuszczalną w proporcjach 1/3 wody, 2/3 mleka. I tu już się pojawia pani uczona, doktór wtedy. 

Przecież to nie kawa, a napój mleczny jakiś!

Tak mi mówiła.

Aha, co do cukru. To od mniej więcej 2002 roku zacząłem ograniczać cukier. Zazwyczaj słodziłem 2 łyżeczki, ale 17 lat temu postanowiłem ukrócić ten słodki proceder. I tak co chwila pół łyżeczki mniej, pół łyżeczki mniej i …bach! Sugarless albo sugarfree jestem.

Później stwierdziłem, że kawa jest niezdrowa i przestałem pić ten napój. O! 

I tak do remontu, na zwieńczenie którego przyprowadziłem ekpres do kawy DeLonghi do domu. I teraz już piję małą czarną. Espresso najczęściej. Pojedyncze, bo podwójne jakoś mi nie leży. A i czasem americano też się przytrafi. Ale to już na ulicy. W domu zawsze espresso.

Jak kupiłem ekspres to od razu zakomunikowałem ten fakt pani-wtedy-doktór ze Szczecina, bo ona dla mnie od zawsze autorytet w sprawie kaw. Mówię jej, że do sklepu „Pożegnanie z Afryką” poszedłem i kupiłem jakieś pyszności smakowe. Obśmiała mnie mówiąc, że ten sklep to jakiś łabędzi śpiew, albo relikt, że tam to się już nie kupuje. Do Tschibo mnie odesłała. I piję z tego sklepu najczęściej. Czasami eksperymentowałem ale okazywało się jednak, że albo sam mielisz kawę, albo kupujesz w Czibo

Ok, raz, inni kawosze – państwo z Europy na K. podpowiedziało mi, żeby kupić kawę na portugalskim straganie na BioBazarze. Bo oni tam nabywają. Kurna! Dobry to był pomysł! I Dobra kawa. Ale BioBazar się przeniósł na przemieścia Mordoru i jak byłem, to nie mogłem znaleźć portugalskiego straganu. Smutna buzia.

Ale czego się nauczyłem od pani prof. ze Szczecina?

– kawa czarna

– kawa bez mleka

– dużo kawy

– kawa czarna

Dzięki Renata. You are my maker, you may command me – takie wspomnienie Czystej Krwi.

I co mówią mędrcy tych co piją espresso? Jakim jam, że jest człowiekiem. Jakimże człowiekiem, o przepraszam, jakomże kobietom, jest pani prof. ze Szczecina, która też do ekspreso [sic!] się przyznaje?

Osoba, która po prostu lubi smak kawy. Jest przyjacielska i potrafi się zachować w każdej sytuacji. Uwaga, być może to także egocentryk i pracoholik!

Początek to sama prawda, ale końcówka? Bzdura. Ale pewnie ta deskrypcja sprawdza się u mojej uczonej. Czyli ja pewnie nie powinienem espresso pić. Bo mój charakter na to nie pozwala.

Kogo ja tu jeszcze znam? Hm. Ok. Pan z Europy na K. powiedział mi dziś, że espresso ale podwójne. 

Osoba bardzo zajęta, ciężko pracująca. Dobrze wie, że jedna filiżanka kawy to dla niej po prostu za mało.

Hehehehehehe. Czysta prawda!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑