Tag: lunch

chyba się zacznę …

przepraszać z wyspą. Las Palmas to nie moja bajka, nie zamierzam raczej tu wracać. Ale!

Dziś pojechaliśmy na południe wyspy i … jak ręką odjął! Słońce, żar lekki, ale zauważalny. Wakacje, przygoda.

Autobus jedzie w miarę szybko. Coś koło godziny, z czego ponad 15 minut to kręcenie się po Las Palmas. Siedzenia w pierwszym rzędzie nie polecam, bo panowie jeżdżą dosyć brawurowo jak na mój gust.

Wysiedliśmy w San Agustin, bo znajomi znajomych mieszkają.

Kolega kolegi od wczoraj albo dwóch dni jest na emeryturze (choć lat jeszcze nie ma) i zamierza spędzić ją pomieszkując to tu, to w Szwecji. Eh, czy ja takiej emerytury dożyję? Fajny taki mały apartamencik. Niewielka łazienka i kuchenka. Salon nawet spory i sypialnia. Do tego balkon/taras. I widok obłędny – niebo, ocean. Mieszkanie na ostatnim … piętrze, więc nikt im niczego z góry nie będzie rzucał. Przyszliśmy z pełnymi rękami – cava, wino lokalne i truskawki. Pocziloutowaliśmy się na balkonie/tarasie, pogwarzylim nie mało i ruszyliśmy nogami do Playa Del Ingles. Spacer fajny, wzdłuż oceanu.

Zjedliśmy pyszny lunch (ja krewetki i rybka) i pochlapaliśmy się w wodzie.

To znaczy ja się pomoczyłem, bo chętnych więcej nie było. Woda pioruńsko zimna. A jak wiadomo – zimna woda = małe cojones. I faktycznie, zgodnie z przestrogami, fale były dosyć mocne. Ledwo ustawałem prosto, kiedy jakiś bałwan atakował mnie. głowy nie zamoczyłem. Oj nie.

Po wyjściu z wodu, dla szybszego osuszenia, pomachałem sobie rączkami i powyginałem śmiało ciało. I znowu mi jakaś Macarena wyszła. Eh.

 

Po pluskaniu się weszliśmy na pustynię. Wydmy faktycznie robiły wrażenie. Wiadomix Sahara niedaleko. Spore pagórki, wydawało się, że nie do przebycia i ciągnące się są w nieskończoność.

Zostawiłem na plaży odcisk i ruszyliśmy do domu. Hm, teraz tak patrzę, że strasznie dużo selfie albo zdjęć sobie kazałem zrobić. Hm. Dziwne.

Las Plamas faktycznie ma jakiś mikroklimat. Wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów na południe i od razu słońce się robi. Jak wracaliśmy, to jak ręką odjął, ze słonecznej aury zrobiło się szaro, buro.

Ciekawy bar znaleźliśmy po drodze do hotelu. Volga się nazywa. Karta drinków długa, ale prosta. Jedna połowa, to drinki na ginach, a druga na rumach. Połasiłem się na marokański gin z tonicem. Fajny! Ale oprócz napitków uwagę przykuły ściany, a dokładnie portrety nań. Zwierzęca familia.

 

Aha. Wydaje mi się, że jestem w jakimś twilight zone. Tylko w naszym pokoju hotelowym, i to nie zawsze, telefon pokazuje mi odpowiednią strefę czasową. W innych częściach przybytku widzę czas madrycki (czyli godzinę do przodu). Dziś się zerwaliśmy na śniadanie. Pogoniłem towarzystwo, kiedy na zegarku w telefonie zobaczyłem 8:50. W windzie okazało się, że restauracja jeszcze nieczynna, bo od 8 zaczynają.

Nie wiem, coś mi ten iPhone się psuje. Chyba czas na niego nadszedł. A szkoda, taki ładny, amerykański. Sylwester 2017 pamiętam jak dziś. Zakupy w Garden State Plaza. Eh, czas leci. Za każdym razem wzbraniałem się przed zakupem nowego modelu, ale zawsze niefortunne wydarzenia powodowały spustoszenie mojego portfela. Miałem iPhone 6S. Dmuchałem, chuchałem na niego i co? Kraksa rowerowa. Mam X i co? Kilka upadków spowodowało, że coś szwankuje. Widzę to teraz bardzo dobrze. Bateria w 2 godziny drastycznie pada. W czwartek wróciliśmy do hotelu z 9% baterii. Po 3 minutach ładowania zobaczyłem 39%. I tak jest już cały czas. Bateria traci moc, ale bardzo szybko ją odzyskuje, jak podłączę do źródła.  No nic, trzeba będzie się rozejrzeć za nowym. Eh, wydatki i wydatki.

 

pająki boją się różowego

Marysiu przenajświętsza, dzień jeszcze młody, a ja mam prze-kroczone 24 000 kroków. Zadepczę się na tej wycieczce.

Dziś przechadzałem się po mieście i zobaczyłem różowy budynek. Od razu na myśl przyszedł mi bon mot z mojego, i pani prof. ze Szczecina, najbardziej ulubionego serialu 07 zgłoś się. Porucznik Borewicz z porucznikiem Zubkiem przez U zwykłe odwiedzili panią Hoffman przez dwa F.

To jest kolor ochronny. Pająki bardzo nie lubią koloru różowego. Boją się go – tak na temat różowego wypowiedziała się pani z kamienicy, w której doszło do śmierci pewnej pani.

Ten budynek w mniejszym polu na żywo wyglądał bardziej różowo.

Z samego rana zeszliśmy na śniadanie i przepadłem. Churros było. Na szczęście nie takie grube i słodkie, jakie sprzedawali w metrze nowojorskim i w meksykańskiej knajpie w Wilanowie. Cieniunie i w smaku wyczuwalnej delikatnie słodyczy.

Mogłem pozwolić sobie na obżarstwo, gdyż na siłownię się wybierałem.

Oj! Dziś środa popielcowa. Ufff, na lunch mięsa nie było jednak.

Jako jedyny popływałem w basenie. Wszyscy się na mnie z politowaniem patrzyli, aż nabrałem podejrzeń. Nie wiem o co chodziło. Może o to, że dla nich jest za zimno na basen? Nie wiem.

Na godzinę 11.00 zarezerwowałem saunę, więc ranek spędziłem relaksacyjnie.

Do starego miasta szliśmy długo, gdyż nasz nawigator szedł na czuja. Mam wrażenie, że kręciliśmy się po wyspie. Ładne widoki z góry.

Ale w końcu doszliśmy. Z przerwą na lunch.

Dosyć często mijaliśmy sieć sklepów Dino z takim rozkosznym dinozaurkiem w logo. Zawsze jak jadę do Wielkiego Pe, to za mniej więcej na godzinę przed Kwakowem zaczynają się pojawiać sklepy Dino. Polubiłem je od razu. Także jak teraz widzę ten wyraz, to serce się raduje, wchdzoę do sklepu i patrzę co mają. Oczywiście te polskie Dino to inna bajka, inne logo. Ot po prostu zbieżność nazw.

Tu mają i super i hiper dino.

Siedliśmy w jakiejś knajpce przy dość sporej drodze. W nazwie mieli „tapas”, więc siedliśmy.

W Hiszpanach podoba mi się to, że mają w dupie, że oni nie mówią po angielsku, a turyści nie rozumieją po hiszpańsku. Radź sobie sam. Co prawda, są bardzo mili i starają się być pomocni, ale nie. Mówienie powoli po hiszpańsku nie powoduje, że człowiek rozumie co doń się mówi. Także wycieczka edukacyjna. Na szczęście jest internet i google. Przetłumaczy i doprowadzi gdzie trzeba.

Z w menu znalazłem, i od razu zaklepałem, ośmiornicę, bo nadal wyznaję zasadę Stefana z Grecji – bierz zawsze oktopusa. Zdecydowałem się na porcję mniejszą. Do tego dorzuciliśmy sałatkę, mniejszą porcję anchovies smażonych (tak jak nasze stynki) oraz mniejszą krokietów. Win mieli sporo, więc na jakieś dwa białe daliśmy się namówić. Hm, obsługa leniwa, przystawki przyszły na końcu, jak już wszystko zjedliśmy. Ale! O Marysiu przenajświętsza, Bóg mi w dzieciach wynagrodzi, że te małe porcje wziąłem. Pan przynosił co chwilę korytka jedzenia. Byłem pewny, że nie zrozumiał nas i dał nam full porcje, ale jak zobaczyliśmy rachunek, to okazało się, że nie. To jak wyglądają te dania w powiększonym rozmiarze!?

Po obfitym posiłku i spacerze zaszliśmy na kawę i coś słodkiego. Na koniec musiałem zejść do toalety, bom sobie łapki ubrudził i się lepiły od tych słodkości.

Myję ręce i kątem oka widzę, że ktoś się na mnie gapi!!! Jakiś młody koleś z kimś. Serce mi wyskoczyło! Zestrachałem się, aż drgnąłem dziwnie. Patrzę jeszcze, a tam …

 

Poczułem się jak w 5 sezonie American Horror Story!

Las Palmas mnie na razie nie porywa. Ta stara część ładna, ale to tylko tyle.

Miasto spore, ruchliwe, architektonicznie mało atrakcyjne (oprócz starej dzielnicy). Ale fajna zieleń. Nadal nie mogę się przyzwyczaić, że palmy rosną ot tak, wzdłuż dróg, tak jak u nas topole, akacje, lipy i inne takie. No i drzewka pomarańczowe powodują banana na buzi.

Kulinarnie też jakoś nieporywająco. Mam wrażenie, że za dużo smażenia w tej kuchni. Oktopus co prawda zgrillowany, ale reszta jedzenia w głębokim tłuszczu lub panierce. Muszę przetestować jeszcze ryby.

Ale wyjazd ogólnie na plus, bo z dala od tej … wojny i zimnego klimatu.

Spaliłem sobie pysia. Ale tak delikatnie. Nosek czerwony.

o kurczaczki!

Pamiętam jak nie dalej, jak ze z miesiąc temu (pisownia oryginalna) schodziłem sobie ulicą Dolną do domu. Nagle, tak ścichapęk, jakiś dużych rozmiarów chłop, w mniej więcej moim wieku, zaczął mnie nagabywać i na swoje ptaszki pokazywać. Nie, dziękuję – rzekłem szorstko, bo nie lubię jak mnie ktoś nagabuje. W myślach mówiłem mu – odejdź zarazo! Nie jem mięsa. Ale na głos tego nie powiedziałem. I zaraz skarciłem się, nadal w myślach, że przecież drób to nie MIĘSO! Ale ty mądry Maciek! Bo każdy Polak wie, że mądry Polak po szkodzie.

Ale pan był ogólnie o miłym wyrazie twarzy, więc nie było w tym nagabywaniu nic nietaktownego, niemiłego czy agresywnego. Poza tym, obok niego jakaś niewiasta też się do mię uśmiechała. Ale zajęta była jechaniem na szmacie. Chyba otwierali swój wyszynk – taka myśl mnie naszła. Cholera, może byłbym ich pierwszym klientem? – taka konstatacja, po której nastał żal, że nie dałem się nagabić (jest w ogóle taki wyraz?)

Na tej Dolnej to nic nie ma, więc zaskok tym nagabywaniem jak najbardziej wysoko posybilny. Jakiś duży koleś ludzi zaczepia. W biały dzień! No weź pan!

Na Dolnej to ja tylko rower do przeglądu ostatnio oddaję, bo fajna obsługa i jeszcze za 100 zł sprzęt umyją.

Także ta buda z kurczakami jakoś nierealnie wyglądała. Fatamorgana wręcz jakaś. Jak tu może coś być, skoro na tej Dolnej nic nie ma?

W ostatni poniedziałek wyskoczyłem na lunch do Foodtown, na kanapkę do Fatdaddy joint. Przy wejściu widzę brudny rower – oho, pewnie GrubyTatuś we własnej osobie jest – wydedukowałem. Zamówiłem nowość – zestaw lunchowy. Sam Słodkokwaśna mi kanapeczkę wyostrzył, bo my razem często na ostro jemy i się znamy, co to znaczy hot and spicy. A tak w języku lengłidż napisałem. Niech i mój blog liźnie tego światowego blichtru.

Jako że w poniedziałki o około 13:33 zamieniam się w głodnego morsa, to od razu zabrałem się za pałaszowanie sałatki z klopsikami i banh mi pate z omletem.

Pogadałem ze Słodkokwaśną (autor fotki powyższej). Wstępnie na spotkanieśmy umówili się (pisownia oryginalna) na następny, pierwszy grudniowy, weekend i that’s it, czyli już. Rozstaliśmy się.

Wieczorkiem dostaję Di-eM’a (przyp. autora: DM – direct message na Instagramie) z pytaniem, czy znam kurczaki Taki Taki na Dolnej. No to prędziutko odpisuję koledze, że to przecie te ptaszki z rożna. Kultowe kurczaki z rożna, co takie halo było parę lat temu o to, że szpetna buda nie komponuje się zacnie z Traktem Królewskim. Ktoś z mądrych czytelników gazeta.pl zapytał w komentarzu, czy te szpetne wieżowce za budką się wpisują. Ostatecznie kurczaki z rożna dostały ultimatum – albo zmiana budy na bardziej wyględną, albo zmiana lokalizacji. Efekt: jest nowy kiosk.

Dodaję jeszcze do Słodkokwaśnej, żeby do Pana od Państwa z Europy na K. napisał, bo on przecie tam mieszkał kilka lat będąc już niemłodym studentem. Pamiętam, że odwiedzając go, kilka razy nabywaliśmy tam ptaszka i pałaszowaliśmy go w domu przy ul. Piaseczyńskiej.

 

Wstawka, reminiscencja z mojego życia:

Często odwiedzałem znajomych z liceum w Warszawie podczas lat studenckich. Kilkukrotnie stałem na tym skrzyżowaniu i patrzyłem hen hen ku południu myśląc „ale tam dalej nic nie ma. Szeroka droga. Pewnie to już koniec Warszawy. Zadupie jakieś”. Hmmm, to musiał być rok 1998? 1997? Hmmm, 7, czy też 8 lat później zacząłem codziennie jeździć Traktem Królewskim na moją Sadybę. Także ul. Dolną i te kurczaki mijam co dzień, śmiejąc się jakie ja miałem wtedy wyobrażenie o stolicy. Albo nie miałem.

Słodkokwaśna odpisuje, że to chyba nie te kurczaki. I wtedy mię olśniło! To przecie ten wielkich gabarytów nagabywacz i ta pani, i ta ich budka! Zgrabnie odpisuję koledze, że znam, że mijałem raz, ale nie jadłem. Kolega prosił, żebym odwiedził, przetestował i dał znaka, czy dobre i czy warto wbijać, bo Dolna trochę nie po drodze jemu.

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Maciuś Jegomość kieruje orędzie:

„Niech lub pozdrowiony będzie,

i niech każdy nadstawi ucha,

i niech każdy uważnie słucha.
Maciuś Jegomość, wielce wzruszony,

ogłasza na wszystkie strony,

że jak każe pradawny zwyczaj,

ptaszka w Taki Taki zjadł dzisiaj”

 

A taka parafraza Brzechwy na mym blogu. Mój blog i moje frazy, i parafrazy.

 

Tak, byłem, zjadłem i rekomenduję! Pyszota! Udało mi się zjeść połowę ptaszka na miejscu, bo jak powiedziałem, że chcę tak o wziąć na wynos i sobie jeść idąc (albo iść jedząc), to ten duży pan, co mnie nagabywał ze z miesiąc temu uświadomił mnie, że się nie da i że mogę tu zjeść, jeśli mi nie przeszkadza. Nie przeszkadzało, więc zaczekałem cierpliwie na swoją porcję. Kurczaki ładnie skwierczą w piecyku razem z ziemniaczkami. Takie ściśnięte te ptaszki. Jak dla mnie nowość. Garnirą jest nieśmiertelna, i znana na cały świat, sałatka colesław.

W sumie, to ten duży pan powiedział, że pół ptaszka mi pokroi, a pół zapakuje na wynos. Nie miałem nic naprzeciw.

Czekając na dań pokonwersowałem sobie z Państwem. W związku z tym, że Bolt i Uber miały jakieś fakapy cały dzień, to pan co chwilę wisiał na telefonie, a ja miałem więcej szansy pogwarzyć z panią (domyślam się, że to szanowna małżonka). W międzyczasie usłyszałem, że ten duży pan od nagabywania ma na imię … tak jak ja. Od razu zapytałem się o zniżkę dla Maćków.

Poinformowałem też, że w sumie to Fatdaddy mi powiedział o nich i dlatego się pofatygowałem. Sprawdzałem dziś ich profil na Instagramie i ku memu zdziwieniu zobaczyłem, że mają takie dni, że zamykają wcześnie, bo się wyprzedało wszystko. Poleciałem prędko i zameldowałem się jakoś po 14.00. Czynne!

Przesympatycznie mi się rozmawiało. Bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. Pani nie wiem, jak się nazywa. Obstawiam, że Kasia, bo jutro Katarzyny i muszę pamiętać, żeby do ukochanej siostry zadzwonić z okazji urodzin i nie tylko.

Zjadłem tylko pół kurczaka, bom się objadł. Sosik ostry naprawdę zacny. Robi robotę. Ładnie gryzie w języczek. Pisałem już wcześniej, że często jak zamawiam coś na ostro, to dostaję jakieś ple ple. Także jak jest naprawdę ostro, to zauważam i doceniam.

Drugie pół kurczaka wziąłem do domu. Dołożyłem sobie colesława. Ziemniaczki darowałem. Na mojej ukochanej Sadybie dań jeszcze był ciepły. Mlask, mniam!

Polecam Taki Taki. Wrócę! Menu mega proste i krótkie. Słodkokwaśna aka Fatdaddy został zaalarmowany, że jest pysznie i ma wbijać.

Obok kurczaczków jest Carrefour, także można coś do przepłukania gardła kupić.

 

Jak Ula z Teksasu przyjedzie, to idę z nią na ptaszka. Wielki Pe też się ma zameldować niedługo w stolicy, bo z córką do Łodzi na lepienie pierogów jedzie. No dla mnie się jakoś miejsce nie znalazło. Pewnie się boi, że znowu jakiś mączny czar rzucę. Ale kolega leci później z Waw do Brukseli, więc jakoś ma być w stolicy, więc na ptaszka go wezmę. On wielkim fanem kurczaków z KFC jest. Chociaż wydaje mi się, że to nie są kurczaki. A Ula to pewnikiem dopiero w lipcu zawita. Uleńko, może na Boże Narodzenie spraw rodzicom prezent i wpadaj pod choinkę. To ode mnie ptaszka z rożna dostaniesz!

 

Taki dziś pyszny obiad miałem, że nawet nie przeszkadza mi, że dziś w radio na świecie celebrują 30-lecie odejście Freddiego Mercurego. A o Queen już pisałem kilka razy na blogu – nie grali, nie grają i grać u mnie nie będą.

jestem pewien, że krawat po francusku jest rodzaju żeńskiego

Przebiłem dziś sąsiada Stefana i się wykąpałem w basenie o 7.40. Rześko!

Jechałem dziś do ruin, do starożytnej Firy (Ancient Thera).

I po drodze mijałem knajpę La Cravate. I przypomniało mi to lektorat z francuskiego. Cholera pamiętam kilka rzeczy z tych zajęć.

Po 1, primo, lektorka oświadczyła, że Arek-Zegarek świetnie zna język. Kolega biedny się zająknął i wyszedł mu czas przeszły, którego nie poznaliśmy jeszcze. Że li albo żee li – czyli czytam albo czytałem. Prawda, że zająknięcie może zmienić czas!?

Po 2, primo, Je me suis cassé ma jambe, czyli złamałem sobie nogę. To zdanie z użyciem czasu przeszłego pamiętam do dziś!

Po 3, primo, krawat jest rodzaju żeńskiego. No kurczaczki wbiłem to do łba! Bo tak mi się nie spodobało, czemu męska rzecz jest damska?

Starożytna część Firy jest … kompletną ruiną. Żar się dziś lał z nieba. Jak zawiało, to wszyscy odetchnęli z ulgą. I każdy, jak kania dżdżu, szukał cienia. Ja też. Lało się z pingwinka, oj lało.

Poznałem dwie pary z Niderlandów, nie mylić z Neverland. To pierwsze to do niedawna Holland się nazywało, ale się obruszyli, że do Poland podobne, a to drugie to ranczo tego ponoć pedofila, Króla Popu. Ale z Holendrami się pośmialiśmy i wyszło, że … Niemry kontra Reszta Świata, to … jakaś masakra już jest. Pierdyliard do zera.

Oh! Z góry Black Beach/Czarna Plaża wygląda jak wielki asfaltowy parking, c’nie?

Dzień był taki rozlazły. Ja ruszyłem zwiedzać, a inni nerdzili w hotelu. Ale udało mi się niektórych wyrwać do knajpy. I było jak zwykle pysznie. Wziąłem doradę, bo piątek. Pan zaoferował, że mi ją rozbierze. Zadziwił mnie. Powiedziałem mu, że nie trzeba, sam to zrobię. No to on się zdziwił.

Na kolację zjadłem jagnięcinę, bo zapomniałem wcześniej, że piątek. Oj pyszka! Chyba u Wielkiego Pe zrobimy na jesień Moją Wielką Grecką Ucztę. No mięsko przepyszne! Ładnie podane. Aż kazałem kelneru powiedzieć, żeby przekazał szefowi, że wow! A do tej jagnięciny to my … czegoż to my nie braliśmy. Piwo Metos, wino różowe, uzo! Oj. Zaszumiało lekko w głowie.

Wielki Pe ostrz noże. Mee i Bee będą biedne.

Ja nie chcę wracać! Ja chcę wygrać w euro jack pota i palić pota i zwiedzać świat!

Przecie te widoki z rana i wieczorem się nie mogą znudzić! Jest bosko! Choć pan kierowca dziś mówił, że od połowy listopada do końca lutego, to Kamari wygląda jak po inwazji zombie. Że fale zalewają miasto, psy biegają po ulicach. Hm, no cóż, to zostanę jeszcze chwilkę.

A kolejne wakacje to już w Polsce. Zaczekam, aż szanowna małżonka z córką nawiedzą Wielkiego Pe i wtedy doń wpadnę. Jakiś jazzowy festiwal ponoć gdzieś tam grają i niby mamy jechać. Wielki Pe mówi, że jakieś mecyje z tą szanowną małżonką. Ale to ponoć pół krwi Holenderka. No nie znam się. Dziś spotkałem ze dwie Dutch von De Klutch i były fajne.

Chyba zacznę się uczyć niderlandzkiego. Będzie hujowo, to znaczy dobrze.

ik wens je een goede nacht

A z ciekawostek powiem, że przez dwa i pół roku lektoratu francuskiego, ani razu pani magister nie zapisała na tablicy wyrazu „dzisiaj”. Też jakieś to ponoć hujowe słowo, aujourd’hui (czytamy ponoć ażurdłi). Co za (c)hujowe języki! Pardon my french.

he he

W ostatnim wpisie ja o Frelach i proszę, dziewczyny wydały drugą płytę o tytule „he he” właśnie. Jak to mówi mój znajomy, muzyka taka słodko-pierdząca. Dziewczyny śpiewają po śląsku, po polsku. Ogólnie miłe to dla ucha, ale nie będę czarował, że to jakaś ważna płyta. Nie.

 

Wczoraj po wygranej kometce podbiłem do kolegi od pizzy. Okazało się, że skubany sobie kupił …

 

Fajny rower. Taki trochę popsuty! Gdzie jest prawy widelec? Zaproponowałem mu, żeby odblaski z kół zdjął, bo jakoś nie przystoi.

 

Ogólnie mi nie do śmiechu.

Nie każdy wie, ale planowałem na początku lipca wyskoczyć do Bejrutu. Miałem zapłacić kaskę w styczniu, ale jakoś się ociągałem. Ja, lipiec, Bejrut? Przecie umarłbym. Pamiętam jak pani Słodkowkaśnej opowiadała mi o Azerbejdżanie. Pięknie prawiła. Pytam się jej, czy dałbym tam radę. A ona na to – Maciusiu, umarłbyś. Każdy wie, że 25 stopni to dla mnie już granica między gorąco, a piekło.

Film z eksplozją oglądałem kilka razy. Kompletnie nie dowierzając temu co widzę. Niewyobrażalna siła, skala zniszczeń. I „na szczęście” tylko 145 śmiertelnych ofiar. Pokazywano symulację, jakby to było, gdyby w centrum Warszawy taka eksplozja miała miejsce. W Wilanowie mogło by dojść do zniszczeń, a w Legionowie niektórzy mogli by mieć wybite szyby w oknach. Straszne. Zastanawiam się, czy jakiejś cegiełki nie wpłacić.

Oglądałem też filmik z finiszu Tour de Pologne. Kibic kilka metrów od tego zdarzenia stał i kręcił. Aż mnie odrzuciło od komputera, jak ten cyklista uderzył w barierki. Holender Dylan Groenewegen powinien być zdyskwalifikowany dożywotnio za takie zachowanie. Ponoć kolarze jakieś oświadczenia podpisują, że są świadomi wypadków podczas zawodów. Dodatkowo oskarżyłbym organizatorów TdP za to nieszczęście. Czy w naszych czasach jest tak ciężko ustawić pneumatyczne bariery? Ponoć prędkości mogły dochodzić do 80 kmh. Koszmar. Na szczęście poszkodowany pan Fabio będzie żył.

Kraksa mniej więcej na 50 sekundzie i powtórka na 3 minucie i 30 sekundach. Brrr. A za bandą jeszcze człowiek stał i tory biegły.

 

Wydawało się, że kilka dni temu ten rekordowy przyrost zakażeń w Polsce to dużo. 640 przypadków. A nie. Dziś kolejna bariera przełamana. 726 nowych przypadków. W sumie mamy już 49 515 zakażeń od początku zarazy. Gonimy Portugalię (52 061) i Gwatemalę (54 339). Nigeria i Bahrajn tuż za nami. Jaki ten świat mały.

A ta Ameryka rozpędzona, jakoś zatrzymać się nie może.

Na 17 wylosowanych powyżej stanów, nie byłem tylko w Luizjanie. Eh, czyżby 2021 też bez Ameryki był? Gdzie ja urlopy będę teraz spędzał? Na zatłoczonych plażach nadbałtyckich? W kolejkach na Rysy albo Śnieżkę (dziś pisali, że nie można było wejść na szczyt, tyle ludzi)? Koniec świata panie Popiołek.

Ale może nie bądźmyż tacy tragiczni. Piątunio za rogiem.

Dziś na ten przykład miałem orgazmy kulinarne. No może nie orgazmy, ale był mlask i mniam.

Na sam przód umówiłem się z kolegą na ramen. Danie jemu nieznane. A kolega świata lizną. Na każdym kontynencie nogę postawił. Każdym.

Akurat mieliśmy szczęście, bo sam właściciel był i opowiedział nam o każdym daniu. Wzięliśmy te zawiesiste wersje. Na koniec pracownik rzekł, że jeśli to pierwszy raz kolegi, to powinien te czyste rameny kosztować. A jakaś frelka siedząca w środku pochwaliła danie mówiąc „jakbym w Japonii była”. Także polecam. Shiso Ramen ul. Koszykowa 31. Lokal dostał ode mnie 5 gwiazdek i miłe słowa. To był mój chyba 4 ramen w życiu. Deklasacja kompletna. Brawo!

 

Później zaproponowałem coś słodkiego. I wybór padł na taki jakiś podlaski przybytek. Widziałem kilka razy już na tablicy przed wejściem (jak mijałem, a często ich mijam) jakieś smakołyki z przymiotnikiem „podlaski”. Weszliśmy. Lokal cały w ziołach. Jest tez sklep. Wszystko mają. Zupy, przetwory, herbaty, przyprawy.

My na deser wzięliśmy … doniczkę oraz przysmak pokrzywowy. Do tego kawa lawendowa i z topinamburem, który pachniał jak u … dentysty. 49 zł za taką deseczkę. Kwiatek w tej doniczce nie do końca mi podszedł, ale ogólnie mniam i mlask był. I do tego 5 gwiazdek i miłe słowa od lokalnego przewodnika Maćka na mapach google.

Zapytałem się frelki za ladą o co chodzi z tym „podlaskim”. Okazało się, że są z Podlasia, z Ziołowego Zakątka … z Korycina. Powiedziałem jej, że wiem, gdzie jest Korycin. Byłem parę razy. Nawet raz udało mi się (razem z Bartkiem) ugasić pożar i zapobiec spaleniu tej miejscowości (dawne czasy liceum). Pytam się jej o sery i truskawki. Koryciny – poprawiła mnie frelka. W prostej linii na wschód od Warszawy, przy Grodzisku – dodała. Aha. Nie znam – rzekłem inteligentnie.

Zdjęcia mają fajne tego zakątka. Trzeba chyba kiedyś podjechać i sprawdzić. Domek w Pniu wygląda super!

 

Ale żem se smaka narobił pisząc ten post. Może Olimpię weźmiemy na ramen? Koleżanka dziś zjechała do Słodkowaśnej i będziemy się z nią bawić w ten weekend. A z Olimpią zawsze jest zabawa i kupa śmiechu. Kolega poznał koleżankę na Fejsie. Olimpia napisała kilka lat temu, że będzie w Waw i albo nie ma gdzie mieszkać, albo nie wie gdzie się przespać. No i Słodkokwaśna zaproponował – wbijaj do nas. Także wbiła do nich i się poznali(śmy). Zawsze jak przyjeżdża z UK, to nam jakieś drobiazgi przywozi. Raz dostałem sól wędzoną i cheddar.

A koleżanka zajmuje się … o to zabawna historia. Pytam się jej kiedyś jaką profesją się para. Food poisoning odpowiedziała. Przytaknąłem w zrozumieniu, żeby nie wyjść na ignoranta i wieśniaka z małego kraju na Wschodzie Europy. Dopiero później zatrybiłem, że to food positioning. Czyli takie układanie i aranżowanie jedzenia na stole, talerzu i czym tam jeszcze. To się chyba właściwie nazywa food styling. Polecam jej zdjęcia, bo są pyszne.

Mam nadzieję, że Olimpia nie ma mi za złe, że pokazuję kilka postów z jej Instagrama.

tu brzoza, tu brzoza

Czyli Płock żąda dostępu do morza.

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja super ale w sumie coraz mniej super.

Dziś zaszedłem do sklepu z książkami za nowym bestsellerem autorstwa Kasi Nosowekiej „AjażemjejpowiedziałaKaśka“. No nie ma! Rozeszło się. W Trójce ją teraz czytają. A właściwie Kasia sama siebie czyta. No fanem jestem Kasi i Heya, to kupię, a co mi tam.

Od kilku dni przekomarzamy się z panio prof. ze Szczecina, jaka to super pogoda. Ale oczywiście „żółty skurwysynek“, jak to powiedziała albo uczona, albo ja, określając słoneczko, podczas naszej niedawnej konwersacji AjMasażowej, czai się znowu. Upały nadchodzą. I dlatego właśnie coraz mniej super się czuję.

I tak we wtorek siedzę na lanczu z panem od Państwa z Europy na K. i się zastanawiamy, co by tu sportowego po pracy zrobić. Ja byłem już zrelaksowany po porannej rozrywce na korcie tenisowym. Mój mistrz Sensei Nafa Radal przeczołgał mnie lekko, aż straciłem prawie ochotę na grę! A to przecie imposybilne, bo uwielbiam tenis i mogę grać bez końca.

No i Marcin mówi, że biegać idzie wieczorem. Ja mu odpowiadam, czy boginie go opuściły, że w taki gorąc chce mu się nóżkami przebierać po jednak świeżym, aczkolwiek gorącym powietrzu. No i właśnie wtedy mój starszy o równo dwa miesiące przyjaciel mnie uświadomił, że nie gorąc, a chłodzik. Patrzę ja ci w apkę pogodową i faktycznie stoi 18 stopni o 21.00! To ja też idę biegać. Dzień się dzieje, wracam zjebaniutki do domu i automatycznie idę na rower. I jak tak sobie jadę, to jażemsobiepowiedziałMaciek, przecie biegać miałeś iść. No miałem. Wracam do domu i AjMasażuję się z kolegą, że zapomniałem pójść pobiegać.

No i wczoraj wybiegłem z domu. I już podejrzanie, na sam przód naszedł mnie kryzys. Jak mi się nie chce – płaczę wewnętrznie. Ale uparty jak osioł jestem i jak coś postanowię (tzn. do łba wbiję), to nie ma zmiłuj. Miało być bieganie, to będzie!

Normalnie z bieganiem u mnie zawsze było tak:

– wyjście zdomu! Tragedia grecka. Zawsze milion powódów, żeby nie wychodzić. A to ubrać się trzeba, a to ludzie patrzą, a to nie uczesany jestem, a po co w ogóle biegać?

– jak już wyszedłem i biegnę – pierwsze 20-30 minut: jessssu, po *huj ja w ogóle wyszedłem z domu? Bieganie jest do dupy! Ale durny jestem? Jessu, po co?

– jak już mija ten czas – Run, Forrest, Run! Raz jak pobiegłem, to wróciłem z 22 km na liczniku. Bieganie jest fajne

 

No i wczoraj kryzys, jak nigdy, dopadł mnie na trasie 2 razy. Normalnie chciałem się zatrzymać i zawrócić do domu na 300-nym metrze. A później, na 6-tym km to samo. Ale było tak zimno, że wiedziałem, że muszę biec, bo nie dojdę. Zmarzłem! Ciało było rozgrzane, ale ręce całe zmarznięte. Jak na jesieni! Doleciałem do domu. Na 9 i pół kilometrze słyszę di-em’a (DM). Patrzę. Aha, to kolega z insta się dopytuje, czy jutro aktualne. Moja kolejna ofiara z insta. Tzn. followers nr 8 z insta. Zakończyłem bieganie na 10 kilometrze, ciut przed 60-tą minutą tej mordęgi. I było tak zimno, że nie dałem rady odpisywać na te di-em’y!

Dziś trochę cieplej, to się umówiłem na rower z kolegą z pracy. Podjedziemy do knajpy koleżanki wietnamskiej Djep. Znowu Wietnam, bo …

No i dziś się spotkałem na lancz z followersem numer 8 z insta. W ogóle to tak: mam 71 followersów. Z 60 osób to te, które znałem przed czasem tego medium. Czyli 11 nie znam/łem. Czyli zostało mi jeszcze 3. Muszę w końcu jakieś laski przyobserwować. Te co mam, to znam już długo. Z rudą Ewą się spotykam w lipcu i z Ulą z Texasu. Ale o tym spotkaniu kiedy indziej. W ogóle co za historia z ubiegłego roku z tą Ewą?! Ale wszystko w swoim czasie.

No i niby miałem iść od biura z Puławskiej, od Pana mojego, do biura na Sienkiewicza, do mojej dziupelki i w połowie drogi spotkać się z Rafałem w Vietnamce. Ale…

Ale roboty po kokardkę mam ostatnio, więc wyrwałem się po prostu na lancz.

Bardzo miłe spotkanie. Rafał z agencji szwajcarskiej, także kilka tematów zbieżnych. Ale przede wszystkim kolega to fan Gruzji. Także wykorzystać trzeba tę wiedzę/znajomość. I jeszcze chwila o fotografii i insta porozmawialiśmy i się zrobiły 2 godziny lanczu. Nieśmiały kolega tak na pierwszy rzut oka i jak na pierwsze spotkanie. Ale może to ja tak przyćmiewam? Nie wiem. Jestem ekstraordynaryjny, ekcepcjonalny i takie tam. A może jednak nie ośmielam, a może jednak onieśmielam. Ale ogólnie na plus kolega. Ma poczucie humoru i o to chodzi.

A jedzenie w Vietnamce jak zwykle mniam i mlask. Zapomniałem w sumie Rafała zapytać, jak mu smakowało, bo nigdy wcześniej nie jadł.

Dobra kiedy ten 2 lipca i Ula z Ewą?

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑