Tag: food (Page 1 of 2)

o kurczaczki!

Pamiętam jak nie dalej, jak ze z miesiąc temu (pisownia oryginalna) schodziłem sobie ulicą Dolną do domu. Nagle, tak ścichapęk, jakiś dużych rozmiarów chłop, w mniej więcej moim wieku, zaczął mnie nagabywać i na swoje ptaszki pokazywać. Nie, dziękuję – rzekłem szorstko, bo nie lubię jak mnie ktoś nagabuje. W myślach mówiłem mu – odejdź zarazo! Nie jem mięsa. Ale na głos tego nie powiedziałem. I zaraz skarciłem się, nadal w myślach, że przecież drób to nie MIĘSO! Ale ty mądry Maciek! Bo każdy Polak wie, że mądry Polak po szkodzie.

Ale pan był ogólnie o miłym wyrazie twarzy, więc nie było w tym nagabywaniu nic nietaktownego, niemiłego czy agresywnego. Poza tym, obok niego jakaś niewiasta też się do mię uśmiechała. Ale zajęta była jechaniem na szmacie. Chyba otwierali swój wyszynk – taka myśl mnie naszła. Cholera, może byłbym ich pierwszym klientem? – taka konstatacja, po której nastał żal, że nie dałem się nagabić (jest w ogóle taki wyraz?)

Na tej Dolnej to nic nie ma, więc zaskok tym nagabywaniem jak najbardziej wysoko posybilny. Jakiś duży koleś ludzi zaczepia. W biały dzień! No weź pan!

Na Dolnej to ja tylko rower do przeglądu ostatnio oddaję, bo fajna obsługa i jeszcze za 100 zł sprzęt umyją.

Także ta buda z kurczakami jakoś nierealnie wyglądała. Fatamorgana wręcz jakaś. Jak tu może coś być, skoro na tej Dolnej nic nie ma?

W ostatni poniedziałek wyskoczyłem na lunch do Foodtown, na kanapkę do Fatdaddy joint. Przy wejściu widzę brudny rower – oho, pewnie GrubyTatuś we własnej osobie jest – wydedukowałem. Zamówiłem nowość – zestaw lunchowy. Sam Słodkokwaśna mi kanapeczkę wyostrzył, bo my razem często na ostro jemy i się znamy, co to znaczy hot and spicy. A tak w języku lengłidż napisałem. Niech i mój blog liźnie tego światowego blichtru.

Jako że w poniedziałki o około 13:33 zamieniam się w głodnego morsa, to od razu zabrałem się za pałaszowanie sałatki z klopsikami i banh mi pate z omletem.

Pogadałem ze Słodkokwaśną (autor fotki powyższej). Wstępnie na spotkanieśmy umówili się (pisownia oryginalna) na następny, pierwszy grudniowy, weekend i that’s it, czyli już. Rozstaliśmy się.

Wieczorkiem dostaję Di-eM’a (przyp. autora: DM – direct message na Instagramie) z pytaniem, czy znam kurczaki Taki Taki na Dolnej. No to prędziutko odpisuję koledze, że to przecie te ptaszki z rożna. Kultowe kurczaki z rożna, co takie halo było parę lat temu o to, że szpetna buda nie komponuje się zacnie z Traktem Królewskim. Ktoś z mądrych czytelników gazeta.pl zapytał w komentarzu, czy te szpetne wieżowce za budką się wpisują. Ostatecznie kurczaki z rożna dostały ultimatum – albo zmiana budy na bardziej wyględną, albo zmiana lokalizacji. Efekt: jest nowy kiosk.

Dodaję jeszcze do Słodkokwaśnej, żeby do Pana od Państwa z Europy na K. napisał, bo on przecie tam mieszkał kilka lat będąc już niemłodym studentem. Pamiętam, że odwiedzając go, kilka razy nabywaliśmy tam ptaszka i pałaszowaliśmy go w domu przy ul. Piaseczyńskiej.

 

Wstawka, reminiscencja z mojego życia:

Często odwiedzałem znajomych z liceum w Warszawie podczas lat studenckich. Kilkukrotnie stałem na tym skrzyżowaniu i patrzyłem hen hen ku południu myśląc „ale tam dalej nic nie ma. Szeroka droga. Pewnie to już koniec Warszawy. Zadupie jakieś”. Hmmm, to musiał być rok 1998? 1997? Hmmm, 7, czy też 8 lat później zacząłem codziennie jeździć Traktem Królewskim na moją Sadybę. Także ul. Dolną i te kurczaki mijam co dzień, śmiejąc się jakie ja miałem wtedy wyobrażenie o stolicy. Albo nie miałem.

Słodkokwaśna odpisuje, że to chyba nie te kurczaki. I wtedy mię olśniło! To przecie ten wielkich gabarytów nagabywacz i ta pani, i ta ich budka! Zgrabnie odpisuję koledze, że znam, że mijałem raz, ale nie jadłem. Kolega prosił, żebym odwiedził, przetestował i dał znaka, czy dobre i czy warto wbijać, bo Dolna trochę nie po drodze jemu.

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Maciuś Jegomość kieruje orędzie:

„Niech lub pozdrowiony będzie,

i niech każdy nadstawi ucha,

i niech każdy uważnie słucha.
Maciuś Jegomość, wielce wzruszony,

ogłasza na wszystkie strony,

że jak każe pradawny zwyczaj,

ptaszka w Taki Taki zjadł dzisiaj”

 

A taka parafraza Brzechwy na mym blogu. Mój blog i moje frazy, i parafrazy.

 

Tak, byłem, zjadłem i rekomenduję! Pyszota! Udało mi się zjeść połowę ptaszka na miejscu, bo jak powiedziałem, że chcę tak o wziąć na wynos i sobie jeść idąc (albo iść jedząc), to ten duży pan, co mnie nagabywał ze z miesiąc temu uświadomił mnie, że się nie da i że mogę tu zjeść, jeśli mi nie przeszkadza. Nie przeszkadzało, więc zaczekałem cierpliwie na swoją porcję. Kurczaki ładnie skwierczą w piecyku razem z ziemniaczkami. Takie ściśnięte te ptaszki. Jak dla mnie nowość. Garnirą jest nieśmiertelna, i znana na cały świat, sałatka colesław.

W sumie, to ten duży pan powiedział, że pół ptaszka mi pokroi, a pół zapakuje na wynos. Nie miałem nic naprzeciw.

Czekając na dań pokonwersowałem sobie z Państwem. W związku z tym, że Bolt i Uber miały jakieś fakapy cały dzień, to pan co chwilę wisiał na telefonie, a ja miałem więcej szansy pogwarzyć z panią (domyślam się, że to szanowna małżonka). W międzyczasie usłyszałem, że ten duży pan od nagabywania ma na imię … tak jak ja. Od razu zapytałem się o zniżkę dla Maćków.

Poinformowałem też, że w sumie to Fatdaddy mi powiedział o nich i dlatego się pofatygowałem. Sprawdzałem dziś ich profil na Instagramie i ku memu zdziwieniu zobaczyłem, że mają takie dni, że zamykają wcześnie, bo się wyprzedało wszystko. Poleciałem prędko i zameldowałem się jakoś po 14.00. Czynne!

Przesympatycznie mi się rozmawiało. Bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. Pani nie wiem, jak się nazywa. Obstawiam, że Kasia, bo jutro Katarzyny i muszę pamiętać, żeby do ukochanej siostry zadzwonić z okazji urodzin i nie tylko.

Zjadłem tylko pół kurczaka, bom się objadł. Sosik ostry naprawdę zacny. Robi robotę. Ładnie gryzie w języczek. Pisałem już wcześniej, że często jak zamawiam coś na ostro, to dostaję jakieś ple ple. Także jak jest naprawdę ostro, to zauważam i doceniam.

Drugie pół kurczaka wziąłem do domu. Dołożyłem sobie colesława. Ziemniaczki darowałem. Na mojej ukochanej Sadybie dań jeszcze był ciepły. Mlask, mniam!

Polecam Taki Taki. Wrócę! Menu mega proste i krótkie. Słodkokwaśna aka Fatdaddy został zaalarmowany, że jest pysznie i ma wbijać.

Obok kurczaczków jest Carrefour, także można coś do przepłukania gardła kupić.

 

Jak Ula z Teksasu przyjedzie, to idę z nią na ptaszka. Wielki Pe też się ma zameldować niedługo w stolicy, bo z córką do Łodzi na lepienie pierogów jedzie. No dla mnie się jakoś miejsce nie znalazło. Pewnie się boi, że znowu jakiś mączny czar rzucę. Ale kolega leci później z Waw do Brukseli, więc jakoś ma być w stolicy, więc na ptaszka go wezmę. On wielkim fanem kurczaków z KFC jest. Chociaż wydaje mi się, że to nie są kurczaki. A Ula to pewnikiem dopiero w lipcu zawita. Uleńko, może na Boże Narodzenie spraw rodzicom prezent i wpadaj pod choinkę. To ode mnie ptaszka z rożna dostaniesz!

 

Taki dziś pyszny obiad miałem, że nawet nie przeszkadza mi, że dziś w radio na świecie celebrują 30-lecie odejście Freddiego Mercurego. A o Queen już pisałem kilka razy na blogu – nie grali, nie grają i grać u mnie nie będą.

he he

W ostatnim wpisie ja o Frelach i proszę, dziewczyny wydały drugą płytę o tytule „he he” właśnie. Jak to mówi mój znajomy, muzyka taka słodko-pierdząca. Dziewczyny śpiewają po śląsku, po polsku. Ogólnie miłe to dla ucha, ale nie będę czarował, że to jakaś ważna płyta. Nie.

 

Wczoraj po wygranej kometce podbiłem do kolegi od pizzy. Okazało się, że skubany sobie kupił …

 

Fajny rower. Taki trochę popsuty! Gdzie jest prawy widelec? Zaproponowałem mu, żeby odblaski z kół zdjął, bo jakoś nie przystoi.

 

Ogólnie mi nie do śmiechu.

Nie każdy wie, ale planowałem na początku lipca wyskoczyć do Bejrutu. Miałem zapłacić kaskę w styczniu, ale jakoś się ociągałem. Ja, lipiec, Bejrut? Przecie umarłbym. Pamiętam jak pani Słodkowkaśnej opowiadała mi o Azerbejdżanie. Pięknie prawiła. Pytam się jej, czy dałbym tam radę. A ona na to – Maciusiu, umarłbyś. Każdy wie, że 25 stopni to dla mnie już granica między gorąco, a piekło.

Film z eksplozją oglądałem kilka razy. Kompletnie nie dowierzając temu co widzę. Niewyobrażalna siła, skala zniszczeń. I „na szczęście” tylko 145 śmiertelnych ofiar. Pokazywano symulację, jakby to było, gdyby w centrum Warszawy taka eksplozja miała miejsce. W Wilanowie mogło by dojść do zniszczeń, a w Legionowie niektórzy mogli by mieć wybite szyby w oknach. Straszne. Zastanawiam się, czy jakiejś cegiełki nie wpłacić.

Oglądałem też filmik z finiszu Tour de Pologne. Kibic kilka metrów od tego zdarzenia stał i kręcił. Aż mnie odrzuciło od komputera, jak ten cyklista uderzył w barierki. Holender Dylan Groenewegen powinien być zdyskwalifikowany dożywotnio za takie zachowanie. Ponoć kolarze jakieś oświadczenia podpisują, że są świadomi wypadków podczas zawodów. Dodatkowo oskarżyłbym organizatorów TdP za to nieszczęście. Czy w naszych czasach jest tak ciężko ustawić pneumatyczne bariery? Ponoć prędkości mogły dochodzić do 80 kmh. Koszmar. Na szczęście poszkodowany pan Fabio będzie żył.

Kraksa mniej więcej na 50 sekundzie i powtórka na 3 minucie i 30 sekundach. Brrr. A za bandą jeszcze człowiek stał i tory biegły.

 

Wydawało się, że kilka dni temu ten rekordowy przyrost zakażeń w Polsce to dużo. 640 przypadków. A nie. Dziś kolejna bariera przełamana. 726 nowych przypadków. W sumie mamy już 49 515 zakażeń od początku zarazy. Gonimy Portugalię (52 061) i Gwatemalę (54 339). Nigeria i Bahrajn tuż za nami. Jaki ten świat mały.

A ta Ameryka rozpędzona, jakoś zatrzymać się nie może.

Na 17 wylosowanych powyżej stanów, nie byłem tylko w Luizjanie. Eh, czyżby 2021 też bez Ameryki był? Gdzie ja urlopy będę teraz spędzał? Na zatłoczonych plażach nadbałtyckich? W kolejkach na Rysy albo Śnieżkę (dziś pisali, że nie można było wejść na szczyt, tyle ludzi)? Koniec świata panie Popiołek.

Ale może nie bądźmyż tacy tragiczni. Piątunio za rogiem.

Dziś na ten przykład miałem orgazmy kulinarne. No może nie orgazmy, ale był mlask i mniam.

Na sam przód umówiłem się z kolegą na ramen. Danie jemu nieznane. A kolega świata lizną. Na każdym kontynencie nogę postawił. Każdym.

Akurat mieliśmy szczęście, bo sam właściciel był i opowiedział nam o każdym daniu. Wzięliśmy te zawiesiste wersje. Na koniec pracownik rzekł, że jeśli to pierwszy raz kolegi, to powinien te czyste rameny kosztować. A jakaś frelka siedząca w środku pochwaliła danie mówiąc „jakbym w Japonii była”. Także polecam. Shiso Ramen ul. Koszykowa 31. Lokal dostał ode mnie 5 gwiazdek i miłe słowa. To był mój chyba 4 ramen w życiu. Deklasacja kompletna. Brawo!

 

Później zaproponowałem coś słodkiego. I wybór padł na taki jakiś podlaski przybytek. Widziałem kilka razy już na tablicy przed wejściem (jak mijałem, a często ich mijam) jakieś smakołyki z przymiotnikiem „podlaski”. Weszliśmy. Lokal cały w ziołach. Jest tez sklep. Wszystko mają. Zupy, przetwory, herbaty, przyprawy.

My na deser wzięliśmy … doniczkę oraz przysmak pokrzywowy. Do tego kawa lawendowa i z topinamburem, który pachniał jak u … dentysty. 49 zł za taką deseczkę. Kwiatek w tej doniczce nie do końca mi podszedł, ale ogólnie mniam i mlask był. I do tego 5 gwiazdek i miłe słowa od lokalnego przewodnika Maćka na mapach google.

Zapytałem się frelki za ladą o co chodzi z tym „podlaskim”. Okazało się, że są z Podlasia, z Ziołowego Zakątka … z Korycina. Powiedziałem jej, że wiem, gdzie jest Korycin. Byłem parę razy. Nawet raz udało mi się (razem z Bartkiem) ugasić pożar i zapobiec spaleniu tej miejscowości (dawne czasy liceum). Pytam się jej o sery i truskawki. Koryciny – poprawiła mnie frelka. W prostej linii na wschód od Warszawy, przy Grodzisku – dodała. Aha. Nie znam – rzekłem inteligentnie.

Zdjęcia mają fajne tego zakątka. Trzeba chyba kiedyś podjechać i sprawdzić. Domek w Pniu wygląda super!

 

Ale żem se smaka narobił pisząc ten post. Może Olimpię weźmiemy na ramen? Koleżanka dziś zjechała do Słodkowaśnej i będziemy się z nią bawić w ten weekend. A z Olimpią zawsze jest zabawa i kupa śmiechu. Kolega poznał koleżankę na Fejsie. Olimpia napisała kilka lat temu, że będzie w Waw i albo nie ma gdzie mieszkać, albo nie wie gdzie się przespać. No i Słodkokwaśna zaproponował – wbijaj do nas. Także wbiła do nich i się poznali(śmy). Zawsze jak przyjeżdża z UK, to nam jakieś drobiazgi przywozi. Raz dostałem sól wędzoną i cheddar.

A koleżanka zajmuje się … o to zabawna historia. Pytam się jej kiedyś jaką profesją się para. Food poisoning odpowiedziała. Przytaknąłem w zrozumieniu, żeby nie wyjść na ignoranta i wieśniaka z małego kraju na Wschodzie Europy. Dopiero później zatrybiłem, że to food positioning. Czyli takie układanie i aranżowanie jedzenia na stole, talerzu i czym tam jeszcze. To się chyba właściwie nazywa food styling. Polecam jej zdjęcia, bo są pyszne.

Mam nadzieję, że Olimpia nie ma mi za złe, że pokazuję kilka postów z jej Instagrama.

w moim magicznym domku

W moim magicznym domu
Wszystko się zdarzyć może.
Same zmyślają się historie,
Sam się rozgryza orzech

https://www.youtube.com/watch?v=3OHsDHVSTYc

Orzechy same się nigdy nie rozgryzały. Ale reszta to sama prawda! A kot Maciej całymi dniami w fotelu nie siedział. I nie lekceważył żadnej pracy. Ale czy fascynujący z niego facet?

Nie wiem, czy już się domyśliliście wszyscy, ale tak, odwiedzam stolicę Podlasia. WhiteStock. Mój serdeczny przyjaciel Radzio wracał z firmy do Biełago, to się zabrałem. Państwo z Europy na K. będzie wracało w sobotę lub w niedzielę, to mnie zgarnie.

Na sam przód Mama mnie załamała. Bo będzie głosować na … No źle będzie głosować. I weź jej wytłumacz – mówi mój kochany Tato. Ale czy Trzaskowski jest dobrym prezydentem Warszawy? – pyta rodzicielka. No tak, ten trochę młodszy, to może i lepiej – kontynuuje. Mamo, oni są w jednym wieku! – informuję uprzejmie. Powiedziałem później siostrze i jej bąbelkom, że ich babcia zwariowała. Także jak wygra Budyń, to wszystko dzięki mojej Mamusi. Eh, ten Białystok. Nigdy nie wiesz, co cię tam czeka.

A przyjechałem, bo ciągło. Od Bożego Narodzenia żem nie był, bo wiadomo co. W pociąg nie wsiądę, w autobus tez nie. Także przyjechałem okazją.

U siostry bąbelki knuły jakąś akcję – namówić matkę na podanie karty kredytowej w Uber, żeby można było hambuksy zamówić. Finalnie skończyło się na tym, że poszliśmy we 4 do Sztuki Mięsa koło naszego liceum (mojego i mojej siostry). Wiadomix, wszystko co dobre mieści się koło najlepszej szkoły na świecie – I LO w Białym im. Adasia tego od „a imię jego 44”. Szwagier jakiś niewyjściowy był i został w domu, co go pewnie ucieszyło.

Jedzenie dobre. Wystrój jakiś taki nijaki. Ja zamówiłem kalmary, bo nie mieli vege burgerów. W menu, w sekcji steki opisali jak można je zamówić. I na końcu, przy wysmażonym napisali po opisie „Szef kuchni nie poleca!”. Hehehehe. Ale serio. Kto by chciał wołową podeszwę jeść? Kiedyś ze Słodkokwaśnymi jak byliśmy we Lwowie w knajpie na mangalicy, to obok jakieś ruskie brały wysmażone na wiór mięso wołowe. Ok, kwestia gustu.

Po jedzeniu przeszliśmy się brodłejem, tzn. najgłówniejszą ulica miasta – Lipową przechodzącą w Rynek Kościuszki. Albo odwrotnie, w zależności od którego kościoła się startuje.

Jadąc do domu, na rogatkach miasta, rozpościerała się panorama stolicy Podlasia. Co było widać? Wieże cerkwi, wieże kościołów, Castorama, logo Makro Cash & Carry. Także jak ktoś chce zwiedzić centrum Białego, to zaczyna albo od białego kościoła św. Rocha i kończy na czerwonym Farnym. Albo odwrotnie. Przy Ratuszu, który nigdy nie pełnił funkcji administracyjnych od groma ludzi. To taki nasz Rynek Starego Miasta. Knajpa na knajpie. Social distancing w Białym chyba wyjechał już na wakacje, bo beztroska olbrzymia.

Pod domem popatrzyłem na trawnik między parkingiem i blokiem i łza na rzęsie mnie się zatrzęsła. Kurczaczki, ale zarosło. Przecie 30 lat temu ja na kocyku, podczas wakacji rżnąłem w karciochy! 3-5-8, brydż, pan i inne takie.

Eh. Kupiłem kilka bronksów, żeby z Papą wypić, ale rodzice już kończyli dzień. Mama jakieś bzdury propagandowe na TVPiS, a Tato jakieś paradokumenty na Polsacie.

Mój pokój jakiś taki malutki. Skurczył się. Kiedyś mieszkaliśmy w nim we dwójkę, z siostrą. Tapczan-półka i rozkładane łóżko. Później nas rozdzielili. Ale w tym pokoju prawie zawsze wisiał ten obrazek. Jakiś Da Vinci chyba.

Dobra, czas jakiegoś horrora odpalić na Feflixie.

Fajnie jest w domu. Fajnie tu wrócić.

jest taki samotny dom

czy po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój?

 

 

 

Czasem tak, czasem nie.

 

Ekspres mój zionie ducha. Pisałem już o jego marnym końcu. Pogodziłem się już z tym faktem. Będzie mniej gratów na blacie kuchennym. Ale jednak taka strata boli. Wczoraj znowu mi zakaszlał, poburczał i nic. Myślałem, że może kawa znowu źle zmielona w Czibo i się zatkał. Puściłem na pusto i dalej nic. Ze spieniacza do mleka leci. Ale z głównej dziury nie. Eh. Postanowiłem go naprawić … znowu. Czyli wyłączyłem go z zasilania. Ty poczywaj, a daj ać ja pobruszę – tak pomyślałem po staropolsku.

 

Dziś nadszedł dzień! Spokój!

Piję właśnie. Nie! Delektuję się właśnie trzecią kawą. Czyli zdrowa dawka osiągnięta (ponoć od 3 do 5 filiżanek, to zdrowo).

 

Z samego rana poleciałem do sklepu. Oj Noc i burza. Ceny z kosmosu. U pana Rybki śledzie litewskie, które z 2 lata temu kupowałem po 13 złociszy, kosztują 21,90 z! Koniec świata panie Popiołek.

Na szczęście młoda kapusta po 2,99. Także się właśnie dusi w saganie.

 

Z krzątania się w kuchni dorzucam jeszcze robienie ogórków małosolnych samemu. No niby się opłaca o ciut, ale lubię je pakować do słoika (kamionka mi pękła z rok temu i poszła do krainy Wiecznego Szczęścia). Kilogram ogórków kosztuje koło 8 zł, zestaw do kiszenia z 5 zł. A na straganach kilogram gotowych ogóreczków coś z kilkanaście złotych. No nie do końca się opyla. Ale lubię, to sam robię.

A tak w ogóle się żachnąłem, że ceny poszły ścichapęk w górę, a pensje nie (jak nie w dół u niektórych). Jak żyć?

Przeanalizowałem też ceny w pewnej knajpie na dzielni. W ciągu niespełna 15 miesięcy cena lunchu skoczyła z 19 na 24. Pyszne piwo za 9,90 teraz po 12 stoi. A ossobuco z 49 na 52 się zamieniło. Toż to ponad 20% w większości przypadków.

 

Z tydzień temu postanowiłem być super ekstra użytkownik gazu i wypełniłem on line zużycie tegoż produktu. Okazało się, że zużyłem o 50% gazu więcej, a rachunek przyszedł o ponad 100% wyższy. Burza i noc!

 

Nakupiłem sobie więcej logicznych obrazków. Przestrzegam! Nie kupujcież tego. To cholerstwo wciąga! Sobie tak siedzę i se mażę te kratki. Wczoraj przyszły wersje XXL.

A propos Ameryki. Kartki doń posłałem. Jakoś tak nie przemyślałem tematu. No bo skoro nie lata nic, to jak one dolecą? Raz pani w okienku obiecała w 6 dni dostarczenie. Reklamację nawet składałem. Po miesiącu Ula z TX dostała dar. Okazało się, że drogą … morską barany nadały. A teraz? Po wyjściu z urzędu nastawiłem się na najgorsze. Ale w sumie coś tam powinno latać, nie? – tak pomyślałem optymistycznie. Ponoć na pusto się teraz fruwa, żeby nie stracić miejsca na lotnisku. 6 dni – powiedziała znowu panienka z okienka. Po ponad 2 tygodniach Teksas donosi, że jest. Tatar doszedł! Empik ma taką fajną serię kartek o Polsce i tam był między innymi schaboszczak. Wziąłem dla Uleńki. Ale patrzę dalej! Jest Tatar! Przecie wiadomo, że koleżanka uwielbia. To podmieniłem. Po tygodniu Chicago komunikuje, że dziękuje za kartkę (o Warszawie widokówka). Napisałem do kumpla po polsku. A niech się męczy z translacją. Teraz tak sobie myślę, że trzeba było napisać coś w stylu „Żółć włóż żółw szczęście dżdżu” i tak dalej. Ale nie bądźmyż złośliwi. Język polski jest trudny. Teraz czekam, aż Ulcia z NJ napisze coś o jej pocztówce z grzybkami. Napisałem jej, że po jakiego grzyba można chodzić w Stanach do lasu? Przecie u nich to wszystko nazywa się maszrum. Uważam, że Post Office w Polsce powinien się nazywać chyba Lost Office. Mam nadzieję, że jak Czaskoski zostanie prezydentem, to zlikwiduje i TVP i Pocztę Polską przy okazji. Ale wybory dopiero za … ho ho ho ho ho.

 

Wracając jeszcze do Stanów. Mam nadzieję, że i tam nadejdzie spokój. Wspomniany kolega z Chicago pracuje w PółnocTwarz (taki sklep z ciuchami). Zarządza siecią sklepów bodajże. Podesłał mi fotkę, jak ich sklepy są splądrowane. Jeden manekin się jeno ostał. Czyste skurwysyństwo. Ludzie demonstrują domagając się PiS-u (prawa i sprawiedliwości), a sami ja łamią (prawo) i mają w nosie (sprawiedliwość). Także jestem pewien, że nadejdzie spokój. Coś Uleńka z TX nie pisze jak tam w Austin awantury.

Zastanawiam się, jak szybko ubiją tych 4 policjantów w więzieniu (oczywiście, jeśli ich skażą). Temu jednemu grozi ponoć ze 40 lat. Niedawno Netflix przypomniał żywot Jeffreya Epsteina. Niby się powiesił, niby nie. Więzienie niedofinansowane, to nie miał za bardzo kto doglądać skazanych. Akurat ten dokument o nim, pod tytułem „Jeffrey Epstein: Filthy Rich”, jakoś bardziej mną wstrząsnął niż te dwa filmy braci Sekielskich. Polecam.

Szalenie uwielbiam konwersować z moją koleżanką z pracy – z Ewą z Poznania. Opowiadała mi ostatnio o pysznym i, co najważniejsze, tanim daniu (Poznań, wiadomix) – śledź z pyrami.

Rybkę robi się tak:

Cienko pokrojona cebula w plasterki

Na to śledź w oleju pokrojony w kawałki według zachcianki

Na to jabłko obrane i pokrojone w kosteczkę

Śmietana 18% wymieszana z jogurtem naturalnym

Bubki i te listki

Można popieprzyć

Mieszamy i do lodówki

Ta-da!

Dziś robię. Zobaczymy jak posmakuje.

 

Wiem, że niektórzy się mogą dziwić. Że co ja tu robię? Że przecie poddałem się i wróciłem na stare śmieci. Otóż, przyszedł dzień. Nadszedł spokój. Przecie jak ja do łba coś sobie wbije, to nie ma zmiłuj. Przemyślałem wszystko raz jeszcze. Opracowałem krok po kroku i zacząłem działać. I słońce wyszło! I wszystko się okazało proste. Jeszcze kilka szczególików zostało do opanowania i wgrania. Najważniejsze, że działa. Stary blog jest wyłączony. Moich followersów zmigrowałem na nową stronę. Także powinno być ok. Mam teraz nadzieję, że trafię do milionów, że w końcu świat mnie zauważy. Tylko pytanie, czy chcę tego.

 

Dorzucam drew, bo ogień zgasł, ciągle burza trwa

Nagle feria barw i mnóstwo świec, ktoś na skrzypcach gra

mirakl

Matko Boska! Ojcze wybacz, bo zgrzeszyłem.

Nie wiem czy pisałem, bo dawno nie pisałem ale dietuję się. Długa historia krótko:

– nie smażymy

– nie używamy żółtek

– nie ma słodyczy

– nie ma wypieków

– unikamy mięsa czerwonego. A jak już mięso, to drób. A każdy wie, że drób…

…to nie mięso!

No i dietetuję się.

Wczoraj byłem na wycieczce w fabryce czekolady E.Wedel założonej w 1851 roku przez Karla Wedla.

Słodka przyjemność. Oczywiście częstowali nas różnymi precozjami. Byłem tam z dziećmi i księdzem. Dzieci ani nie moje, ani nie księdza. Choć tak w przenośni to one jego były. Służbowo byłem. A wspieramy taki sympatyczny projekt dla dzieciaków, prowadzony przez książęta. Jeden książę Piotr i drugi książę Mariusz. Ten pierwszy to ksiądz dyrektor, który zarządza i kieruje, a ksiądz Mariusz wspiera. I się okazuje, że książę Mariusz jest dokładnie urodzony w dniu narodzin pana od Państwa z Europy na K. To już trzeci taki dublet. Znam dwóch Marcinów, fotografów urodzonych w dniu zburzenia Bastylii (ale oczywiście kilka lat później, nie w 1789). W bloku, w którym mieszkałem przez 24 lata, dwie klatki na lewo i też na ostatnim piętrze mieszkała sobie Monika, narodzona w dniu mego przyjścia na świat. Ale koleżanka wyjechała do USA, bo zieloną kartę wygrali. Się czubiliśmy, więc się lubiliśmy.

No i w tym Wedlu jak zobaczyłem te smakołyki, to powiedziałem, że nie jem, bo dieta. Na szczęście ksiądz Piotr powiedział, że mnie rozgrzesza! Na coś się przydała w końcu ta moja praca w marketingu. Troszkę się zgapiłem, bo mogłem jeszcze dorzucić parę występków i hurtowo załatwić sobie rozgrzeszenie? No nic. Następnym razem. Ale kończąc wątek księżycowy stwierdzam, że książę Piotr i książę Mariusz bardzo fajne chłopaki. Przede wszystkim z poczuciem humoru. Mam nadzieję, że anatemą wieczną mnie nie obłożą za ten wpis! 

I tak najlepszej prasy KK nie ma ostatnio. Choć dwa filmy nakręcono o nim. Czyli aforyzm 

nie ważne jak mówią, ważne żeby mówili 

nie sprawdza się w tym przypadku. No cóż, porzućmyż ten wątek.

Także zgrzeszyłem. Dieta zaczęła się w niefortunnym momencie, bo tuż przed Wialkanocą. Mama to myślała, że ja pewnikiem jakiś chory jestem, bo nie chcę jeść przepysznych wędlin i pieczeni. A najlepszy sernik na świecie? Na pewno chorym jest.

Daję sobie 6 miesięcy z tą dietą. Tak zaproponował pan doktór. No dobra, niech będzie. Zgadzam się. Jak wypali, to super, jak nie, to jak mówi mój serdeczny kolega:

Idź ty na *huj i nogami wymachuj

 Dodam, że w tej diecie niskotłuszczowej mam dwa wyjątki:

– czasem piję alkohol (w weekendy znaczy)

– raz w tygodniu pałaszuję mięso. Ale nie jest smażone!

Tak się zastanawiam, jak ktoś serio wie, to niech proszę powie. Smażony tłuszcz jest dobrym przenośnikiem smaku z potraw. Temu tak go zawsze lubiłem. Ale jak mam embargo na smażone mięso, to na inne smażone rzeczy też? Na ten przykład podam falafele. Najpyszniejsze są w Falafel Bejrut przy Narodowym. Przecie te kotleciki są smażone w głębokim tłuszczu? A jak chcę zrobić zapiekankę z bakłażana i w przepisie stoi „obsmaż bakłażan w panierce”, to mam smażyć? Tego nie wiem. Pómóżcież mądrzy ludzie.

Zakańczając wątek diety:

Ta da! Mam już tyle, co przed ubiegłorocznym wylotem do jU-eS-eJ!

Tydzień temu poszedłem na koncert Jacka Savorettiego. Mam jego trzy płyty. Dwie fajne, ostatnia słaba. Bilet kupiłem w ciemno, przed premierą „Singing to Strangers”. Myślałem sobie

Eh, 2 płyty na 3 mi się podobają, to nie będzie źle

Później nauczyłem się, że pan wydał już …6 płyt! Brawo ja.

Ale ale. Koncert rewelacja! Nie nudziłem się ani minuty. Muzyka na żywo zagrana pierwsza klasa! Przyjemność słuchania była ogromna. Nakręciłem jedną piosenkę i zrobiłem dwa zdjęcia. Sporo ludzi oglądało cały koncert na ekranach swoich smerfonów. Dziwne.

Wrzuciłem filmik na YouTube i czekam, aż dobije miliona odsłon! Będę znanym JuTiuberem! Zarobię krocie! Na dzień dzisiejszy brakuje mi jeszcze 999 884 wyświetleń. Nieźle jak na jeden, NIECAŁY jeszcze tydzień udostępniania!

https://www.youtube.com/watch?v=S40CIfVq7_0&feature=youtu.be

Zupa mi dochodzi, czas na drugie espresso i czas łapać dzień. Deszcze mi nie straszne.

 

Dziś z Państwem z Europy na K. idziemy na jakiś dokument w ramach (chyba) Docs Against Gravity. Basia się wkręciła w te dokumenty. Dziś chyba o jakimś robocie. No to do roboty Maciek!

Dobrego dnia wszystkim!

odwinąć kitę

Prawie!

Czyli

отбросить копыта; сыграть в ящик

snuff it

Ja z tym jaszczikiem coś kojarzę! Mam! Zagrać w pudełko dosłownie!

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja super. Ubiegły weekend umierająco w łożu spędzałem. W niedzielę pokończyły się cierpliwośći i poszedłem na miasto się przejść. Dzień wcześniej światełka świąteczne odpalono. Cóż. Ładnie, jasno, ludzi od groma. Radość, miłość. Święta idą. Mam tylko wrażenie, że za dużo tego. Przesyt taki.

 

Żyję jak widać i mam się coraz lepiej. Biegać, nie biegam. I jakoś nie wracam doń, bo przecie jeszcze nie doszedłem do siebie (jakby kto pytał).

Nowy kolega z instagrama nie wrzucił do rzeki. Roweru nie buchnął! Życie zaoszczędzone.

Albercik gardzieli nie poderżnął. Kolejne życie. Control + S. Było miło u Turka. Długo masował i pieścił moją głowę. Nałożył nawet czarną maseczkę, że niby tłuszcz odciąga. Poprosiłem, żeby na brzuch mi położył. Ale wyjaśnił, że to oczyszcza twarz z tych białych pryszczy(ków). Hm. Oczyszcza, nie oczyszcza. Zrywanie maseczki ze skórą nie było miłe. Depilowanie nitkami połowy twarzy – też nie. Doprowadził mnie do łez. Kichałem, płakałem.

Olśniło mnie, że on to robi specjalnie. Mści się! Jak Sobieski pod Wiedniem! Mówię mu o tym. A on, że nie. Że dba o mnie. Że przeprasza, że mnie porzucił wtedy.

Robert z Segmentu też mnie nie ubił za to, że nazwałem go donosicielem. Życie oszczędzone. A w ogóle jakoś się zakolegowałem z panem właścicielem. Bardzo sympatyczny człowiek. Często sobie siedzimy przy stole i rozmawiamy. Jeden minus to to, że mnie tuczy. Ogromny plus – że ma pyszne jedzenie i stynki-rybki mi daje spod lady! Mlask i mniam! Lubię.

Co prawda pan właściciel z problemami. Ale tak to jest, jak się ma własny interes. Kelnerki ma dwie. Czarna Beata i biała Beata (imiona zmienione, jakby co). Czarna fajna, sympatyczna, można pogadać, zażartowć, pouśmiechać się. Mówię jako klient. Nie wiem jakie robotnice z nich. Biała? Jej! Pierwsze dni jej pracy. Siedzę z kumplem na piwie. Jest za 20 minut 22, czyli 21.40. Dialog, czyli konserwacja taka. Konwersacja:

– coś panom jeszcze podać?

– tak, jeszcze po piwie poprosimy

– ale niestety zamykamy już

konsternacja.

Wracając do dzisiejszych czasów i naszych bohaterów z Powsińskiej. Dowiedziałem się (oczywiście od właściciela włoskiego szynku), że Albercik mną się zajmował aż 90 minut i zrobił mi zabiegi za 150 zł, licząc tylko 100 zł, jak za normalny seans godzinny. Ok, czyli jednak dobry Turek. Siktir, teşekkürler.

Dobrze mieć swoich ludzi u Turków.

Aaaa. Już wszystko wiem o zakładzie golibrody. Ten jego pomagier, to nie Turek, a Azerbejdżandżyk, czy jak się to pisze. Albercik jest ze wschodniej Turcji przy granicy z Azerbejdżanem. I jedni i drudzy mówią po turecku. Młody jest w Polsce od 3 miesięcy i po polsku jeszcze nie tego. Dlatego on taki niemota. I coś mi Robert wspominał wcześniej, że ten chłopak mówi po rosyjsku. To teraz wszystko jasne. Upewniłem się tylko u golibrody, czy to prawda i okazało się, że nie nie! Czyli TAK. Podwójne przeczenie!

I jeszcze Albercik opowiedział mi całe swoje życie. 14 lat w polsce, bo wujek tu został, 30 lat temu jadąc do Germanii. Że on najmłodszy, dziewiąty potomek w rodzinie. On 35 lat, a najstarszy brat 58. Czekajcie, ja już to kiedyś słyszałem o takich rozbieżnościach. Co kolega myślał, że jego starsza siostra, to nie żadna starsza siostra, ale matka jakaś! Hm, interesujące.

Kolega od wystaw na UW uczy się filozofii. Mówi, że musi ogarnąć Arystotelesa i Kartezjusza. Od razu zaproponowałem mu, żeby odważną tezę postawił na temat tego drugiego. Żeby zacytował najnowsze dzieło Kasi:

Kartezjusz pierdolił

Myślę, że konsternacja jury od razu nadałaby mu tytuł dra.

Ale Krzysiek jest za grzeczny. Tylko się uśmiechnął i powiedział – ha ha.

O! Zapomniałem. Na nartach byliśmy. Słoneczna Italia! Tym razem lot do Mediolanu i samochodem do Cervinii. Super! Z hotelu się zjeżdżało i do hotelu się wjeżdżało. Czyli blisko. Na drugi dzień poprosiliśmy o lepsze narty. Dostaliśmy giganty. Prędkość od razu większa rozwinięta – prawie 77 km/h. Ale wywróciłem się ze 3 razy. Raz – ot tak. Ścichapęk. Drugi raz – było takie mleko, że nie widziałem dołka przed knajpką. Także to raczej położenie się na śniegu było, a nie wywrotka. I jeszcze jeden raz – epicka wyjebka! Jadę. A właściwie szusuję i widzę, że pan chyba nie zamierza zrobić zwrotu.Wiedziałem, że będzie crash boom bang, to się delikatnie pochyliłem bokiem ku stokowi i położyem się. Niestety. Zadziałały prawa fizyki. Einstein jednak nie pierdolił. Zacząłem się kręcić (jak Gregorz Filipowski na lodowisku), szybko zsuwać i takiego pana skosiłem nartami. To razem się zaczęliśmy kręcić i lecieć w dół. Jak się zatrzymaliśmy, to powiedziałem ze dwa razy, że bardzo przepraszam. Życie zaoszczędzone. Wyjazd na narty cudowny! Fajne towarzystwo, miejscowość i lotnisko.

Wczoraj spotkałem się z kolegą na mieście. Było przed 18, więc powiedziałem mu, że do Kity Koguta nie pójdziemy, bo chyba od 18 otwierają. To zaszlim gdzie indziej. Nawet fajne miejsce na Marszałkowskiej z boku Hotelu MDM przy torach tramwajowych. Piętrowa knajpka – na dole drinki, na górze craftowe bronksy i …barber. Po 5 piwach poszliśmy do Kity jednak. Mega fajne miejsce. Barmani bardzo pro! I mają ten nieszczęsny popcorn. Jejks!

Jak byłem ostatnio ze Słodkokwaśną, to też tam wylądowaliśmy. Kolega-bloger kulinarny zaprponował,żebyśmy poszlina degustację do Korea Town. Ja wiedziałem, że to się tak na samym jedzeniu nie skończy. Piwko jeszcze na placu Zbawiciela i ta Kita. Zrobiliśmy wtedy konkurs wśród barmanów na najlepszego drinka. Każdego drinka robił inny barman. Ja od razu obstawiałem, że Magda wygra. Ale się kurna okazało, że ostatni koleś ją pobił. Sprawiedliwość musi być. Nie pamiętam co było nagrodą i w sumie nie pamiętam co piliśmy.

Teraz też zamawialiśmy co chcieliśmy. Kolega poprosił o coś dymnego.Kurna do południa dziś czułem jakiś dym. Skończyło się o północy, bo na szczęście zamykali! Dzięki Kito.

Życie dziś kiepskie! Ale żyję.

W pracy dawali dziś nagrody z racji zbliżającego się stulecia firmy, w której pracuję. 1 000 zł brutto plus 100 zł brutto za każdy rok przepracowany powyżej 10 lat. Ja miałem/mam dwie tury w tej firmie. 8 lat z hakiem plus 7 plus. Bałem się, że nie zauważą. Ale na szczęście zauważyli, docenili, zsumowali i dali. Szkoda tylko, że drugi próg się pojawił. Ale najważniejsze, że jest, że święta będą bogate, że w ogóle. Ludzie już na korytarzu jęczeli, że „łeee. W NBP dawali więcej”, albo „W KGHM to dopiero były premie”.

I tu przyda się znowu Kasia!

A że słońce napierdala… że gorąco i poty…
A że piździ i z zimna klekoczą im kości…
Że Taco był spoko, za to teraz chujowy…
Że ta książka to syf a Smarzowski się kończy…

je-sień

Jesień trwa
Rdzawych liści czas
Kaloszy, peleryn i mgły
Jesień trwa
Szpetnej aury czas
Pod płaszcze się pcha (…)

Wiem, wiem. Żadna jesień. Dwa dni lekkiej ochłody. Ale przy tropikalnych upałach 20 stopni Celcjusza, to prawie jak „rdzawych liści czas“.

W końcu można odetchnąć.

Wczoraj odwiedziliśmy Nocny Market, bo Fat Daddy sprzedawał kanapki wietnamskie.

Przyjechała też nasza koleżanka Olimpia z UK, co zajmuje się fotografią żywieniową. Układa jedzenie i robi piękne zdjęcia.

Jakiś niegłodny byłem na sam przód. Ale z biegem czasu zaburczało w brzuchu. No to się namówiliśmy z Olimpią, że weźmiemy jedną kanapkę na spółę, bo ja całej mogę nie zjeść, bo chyba jest albo nie taka dobra, ale nie takim głodny jest. Upału nie ma, a coś mi się na mózg rzuciło – kanapka niedobra!? Słodkokwaśna mnie chyba zatłucze albo zbanuje na instagramie za te słowa. Ale cóż – pałaszujemy. Mniam, mlask. Zerkam na Olimpię i patrzę, czy ona patrzy na swoją połówkę. Chciałem jej buchnąć tę połowę. Ale cholera nie dało się. Banh mi pierwsza klasa. Tym razem była z boczkiem, a nie specjal, jak wtedy co jadłem w Hockach Klockach.

banh mi

Później zabraliśmy się za ostrygi

ostryGA

i na sam koniec za porszetę. Jesssu, pycha ta porszeta. Chrupiąca! Tylko ten bulion mógł być gorący. Ale kanapeczka bardzo dobra.

porszeta

Aha, na Nocny Targu zadałem szyku w moim nowym t-shirt’cie.

tshirt

Państwo na K. z Europy sprezentowało mi koszulkę z Monterey z Kalifornii (kolega z instagrama mówi, że mają blachodachówkę o nazwie monterey z Żyrardowa). Bo byłem kiedyś i oni o tym wiedzieli i taką siurpryzę mi zrobili. Także Cali na piersi i jemy. Ha! Jak zamawiałem churrosy to zagadałem dziewoję przy barze. A właściwie posłużyłem informacją. Okazało się, że pani z … Californi właśnie! Ten tiszert to jakiś babe magnet.

Chociaż najlepszy magnes to piesek wyglądający jak mały lisek kolegi Słodkokwaśnej. Żadna nie przeszła obojętnie – ooo, jaki ładny piesek!

A piesek postawiony na ziemi biegał dziwnie, jakby na baterie byl. Podrygiwał jakby. Ale fajny piesek. Szczekliwy za bardzo, ale fajny.

Po prawej stronie budki Fat Daddy były hambuksy, a po lewej czipsy. Dymiło się z obu stron. Ale to stoisko z czipsami wyglądało tak, jakby się fest jarało w środku. Kłęby dymu wylatywały na ludzi. Nie wiem, kto chciałby takie ziemniaki jeść. Także staliśmy w oparach. Dziś, teraz jak patrzę na moją koszulkę, to czuję ten zapach, to miejsce, te smaki.

Dobrej jesieni wszystkim. Jutro żar powraca!

espresso

Aaa, porzuciłem sudoku na rzecz takich kratek! Cholera, trudne pioruńsko. Skala trudności od 1 do 5, a ja na 3 level’u już sobię łamię głowę. Wycieram, poprawiam i ni czorta nie widać obrazka. Jak na razie ze 3 mi wyszły. Ale łamigłówka świetna!

brainbraker

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

zrobić sobie dzień

widziałam już parę razy ten fakt ale za każdym razem jakoś mnie to cieszy, raduje, refleksuje. Robi mi to dzień.

Przez bardzo krótką chwilę byłeś najmłodszą osobą na Ziemi!

 

Muszę donieść, że 13-ty odcinek SNL Polska w końcu zrobił mi wczoraj wieczór. Najlepszy epizod polskiej odmiany tegóż szoł. I szacunek za gwiazdę muzyczną – The Editors. Szkoda, że koncert mają w kwietniu w Waw, wtedy, co ja będę gdzie indziej. Widziałem ich dwa razy na żywo i powiem, że warto.

No nic, zrobią oni dzień komuś innemu.

 

Aaaa, zupa mi się ścięła.

zzzupaaa

A do sernika dziś zbiłem śmietanę i wysmarowałem czekoladową masą. Dobrze smakuje ciasto. Może nie tak pyszne jak u mamy, ale nie można mieć wszystkiego. Mnie smakuje. Inni też chwalili.

 

Inne ciekawostki, o których mogliśmy nie słyszeć:

  1. Średniej wielkości ołówek ma grafit pozwalający narysować linię o długości 61,2 km
  2. W 1962 roku na terenie Tanganiki (dzisiejszej Tanzanii) zapanowała epidemia histerycznego śmiechu, która trwała około 8 miesięcy.
  3. “Psychoza” Alfreda Hitchcocka (z roku 1960) była pierwszym amerykańskim filmem pokazującym na ekranie scenę spłukiwania toalety
  4. Zapalniczki zostały wynalezione w 1823 roku – trzy lata przed wynalezieniem zapałek
  5. Niektóre budynki są tak gigantyczne, że mają swój własny mikroklimat! Jednym z nich jest budynek NASA – Vehicle Assembly Building

 

Źródło:

https://www.msn.com/pl-pl/styl-zycia/nowoczesne-zycie/ciekawe-fakty-których-prawdopodobnie-nie-znałeś/ss-BBHNTCY?li=BBr5CAq

niech będzie posolony

Jestem albo posolony albo popieprzony. A jako, że soli nie używam, chyba że do ziemniaków (które gotuję od wielkiego dzwonu) albo ogórków kiszenia (rzadko również), to jaki ostatnio jestem każdy może wywnioskować.

Poszłem wczoraj spać jakoś po północy. Ale!

Zanim dokończę o tamtem.

Dokończyłem ubiegłoroczny sezon Homeland. Serial jest naprawdę pierwsza klasa. Claire Danes, która gra Carrie świetna jest. Tylko brzydko się maże. Ale w sumie też ma to swój urok. Ostatnio coś Słodkokwaśna i pani prof. ze Szczecina zaczęli mi coś wspominać o nowem sezonie, także spiąłem się i dokończyłem stare odcinki. Żeby było szybciej, to wrzuciłem wyższe obroty – x1,33 prędkość odtwarzania. Trzeba szybko czytać, głosu jeszcze tak bardzo nie zniekształca. Ale zamiast 42 długich minut, jeden epizod można przelecieć w … no jakoś mniej.

Mówiłem, że jakiś nieposolony jestem.

No i wczoraj kładę się, moszczę w łożu po północy, zmęczonym okrutnie mijającym tygodniem, myśląc co dalej z tym weekendem.

Wstałem 6.44 i stworzyłem listę zakupów. Będą:

  • sernik
  • zupa sałatowa
  • jakaś zupa slasz potrawka

 

No i napiekłem dwie blachy ciasta. Nie jest słodkie, bo nie lubię słodkich wypieków. Tydzień temu był masakrycznie słodki i niedopieczony brownie.

A rosół się gotuje już ze 3 godziny. Fu jakieś zaraz z tego będzie. Albo Pho!

Szczegóły wraz z przepisami wrzucę gdzie indziej. Kto wie, ten wiem gdzie.

I moi mili, proszę nie dramatyzować z temperaturą! minus 14C, to żaden dramat. Tylko dostaję te ajMasaże, że chłód, że burza śnieżna, że coś tam. Rześkość jest jak dla mnie. Wspominam sobie teraz z uśmiechem Kanadę.

Toronto -19C

Ottawa -24C

Montreal -26C

IMG_2740

Także -14C w Warszawie to takie “phi”. Poza tym wiosna idzie. Widać to po moim wystroju!

Z głupawek. Znalazłem Wywłokę.

IMG_2739

Mój szef twierdzi, że zna jom. Na ryby się tam ponoć jeździ. Hmm.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑