Tag: memories

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Oh, podoba mi się ten word mac-owy. Po polsku rozumie. I błędy ładnie poprawia. W tamtym Word-zie office’owym ni chu chu nie kumał. Jakiś niegęsi był. I często jakieś byki były na blogu. Teraz mam nadzieję, że będzie ok. Ale za to excel mac-owy to porażka. Unikajcie. Nie mogę objąć tego. Niby wszystko podobne i przyjazne. (Prawie) te same klawisze skrótów chodzą ale nie zawsze. Eh. Na szczęście oneDrive ma opcję pracy na plikach office online. Także nie muszę kupować pakietu za 209 zł/rok (ze zniżką pracową).

Ale ja nie o pakietach. 

Ja o czym innym!

Ta zaraza to jakaś … zaraza. Ludzie zaczęli gotować. Ludzie? Co ja mówię! Nawet pan z Europy na K. pichci. 

Ale po kolei.

Wczoraj wrzuciłem taki niewinny pościk o liceum. Taki wycinek, jeden motywik z naszych 4 lat edukacji. Niby maleńki kamyczek, a lawina poszła!

Pisałem o naszej native speakerce. I słuchajcie. Wczoraj wygoogle’owałem ją i wysłałem maila, czy to ona. Jeśli nie ona, to sorki. I to była ona. Tak, mieszka w New Hampshire. Ma starego z jakiegoś kraju po Jugosławii, dwie nastoletnie córki. Była raz w Polsce znowu. Po naszemu nie mówi, ale ma tę słowiańsko-bałkańską melodykę w domu. Polskę i polski bardzo mile wspomina.

Szkoda, że po niej dostaliśmy takie nieporozumienie jak Virginia. Ja z tych lekcji u niej pamiętam, że jakaś baba przepłynęła kanał LaMansz. No i te jej „special expressions”. Brr. Grr. A to ci (nieprzyjemna) historia – it’s a pretty kettle of fish. Nie moja broszka – it’s not my cup of tea. Boże, kto tak mówi? Chyba w Australii!

Stop that awful record. But darling this is Sylvia (something) singing – ten początek dialogu też pamiętam.

Także pani od angielskiego się odezwała.

Podczas zarazy coś się ludziom w głowę stało, bo wszyscy zaczęli gotować. Ja zorganizowałem parę wyzwań. Na kanapkę, na zupę. Oczywiście oba czelendże wygrałem, ale największym zainteresowaniem cieszy się „chałka czelendż”.

I dziś do mnie napisała Ewa W. de domo Z.! Ta Ewa z liceum. Co jej ciotka nas uczyła historii. Oj też niezła postać, opoka białostockiej edukacji. W sumie po latach oceniam, że babka była z jajem. Ciekawe jak przetłumaczyłaby to Viriginia – a lady with an egg? Nie, pewnie i na to jest jakieś special expression. Aaaa, z Viriginią było ciężko coś sobie samemu pomóc, bo skubana prowadziła swój prywatny dzienniczek z ocenami. Także dopisywanie w dzienniku nie przynosiło skutku i było ryzykowne. Bo łatwe do wyłapania. No ale kto by dopisywał na nielegalu oceny w dzienniku? Aha, moja 3 lata rocznikowo starsza siostra mówiła mi co z kim przejdzie. Także można było sobie dopomóc u tej pani od dyktanda z chemii i u pani profesor od biologii. Ależ naiwna była pani Jergieniew. Ale też przeginała – dużo osób po mat-fizie idzie na medycynę. To będę was jak biol-chem traktować. Kurna! Ja nie wybierałem się. I chyba tylko Rafał L. i Mariusz aka Pies poszli zaglądać w dziurki (stomatolog i ginekolog. Ponoć ginekolog, nikt chyba tego nie zweryfikował w końcu). A Rafał się okazał spoko kolesiem na naszym reunion w 2005 roku. Także z tej biologii miała odchyły. Na szczęście nauczyliśmy się szybko, żeby klasówki pisać zawsze po drugiej klasie mat-fiz (czyli po” B”). Oo, Popek chyba do nas dołączył po roku czy dwóch w biol-chem.

Maria od fizyki lubiła burdy (katalogi z modą) przeglądać. Także dostała raz czy dwa na biurko. Widziałam to już – powiedziała i była dupa blada. Trzeba było innego klucza użyć. 🙂

Czemu żeśmy zrobili klepsydrę dla Gejografa? Za całokształt? Czy, że zdenerwował nam koleżankę Izę? Pamiętam, że Ula z Basią poszły do domu pogrzebowego przy kościele św. Rocha (tego białego) i wzięły klepsydry. A u mnie w domu je wypisywaliśmy kolorowymi mazakami. To znaczy moja siostra wypisywała, bo przecie nas mogliby po charakterze pisma poznać. Taka to była rozkminka wtedy. Pała ten nasz pan profesor był. Na żartach się nie znał. Poleciał z płaczem do Anki (naszej wychowawczyni) się poskarżyć. Anka oczywiście powiedziała, że kto jak kto, ale jej dzieci tego nie mogły zrobić. My oczywiście oczęta jak aniołki i chóralnie – ależ oczywiście, że nie.

Pan gejograf skończył jakoś marnie. Nawet w „Uwaga TVN” o nim było, bo SMS-ami próbował nagabywać dorosłego chyba już ucznia z liceum wieczorowego. Chyba korepetycji chciał mu udzielać. A jak wiemy, to nie jest etyczne, żeby twój nauczyciel udzielał korków, nieprawdaż?

Aha, bo ja o Ewie pisałem. No i koleżanka mnie obserwuje na IG i widzę też, że pilnie patrzy na moje insta story (tak jak moja siostra zresztą, ale moja siostra nie ma konta, więc z partyzanta mnie podgląda). Tak, chałka uzależnia. Moja siostra zaczęła robić. Moja mama. I teraz czytam Di-eMa (DM) z wyznaniem, że kiedy po raz pierwszy zobaczyła moją chałkę, to nie mogła o niej przestać myśleć. I tak dalej, i tak dalej. Do tej miłem i osobistej wiadomości Ewcia dołączyła fotkę swojej pięknej chałki. Szacunek! Myślę, że wygrałaby chałka czelendż. Ale jako, że za późno zgłosiła się do konkursu, to prym w tych bułach wiodę ja. Tak nieskromnie powiem. Cóż, mój blog, moje decyzje.

Zadzwoniłem dziś do Piotrka od rowerów i mebli z pytaniem, czy jemu na głowę się coś przypadkiem nie rzuciło. Na szczęście nie. Ale jego szanowna małżonka uśmiecha się o zakwas, bo widziała na IG, że mam i że używam. Ludzie, ten internet to błogosławieństwo jakieś! Karierę można zrobić na nim. Milionów się dorobić.

Aaaa, z innych ludzików z naszej klasy wspomnę Bartka. Bo wspomniałem język angielski i naszą wychowawczynię. Bartek miał dryg do języków. Najlepszy był z całej klasy. Z angola nie do zagięcia. I kolega robi w jakiejś firmie w Poznaniu. Firma niemiecka, więc kolega i niemiecki zna. Pamiętam, że w liceum uczył się japońskiego z angielskich podręczników. Szatan lingwistyczny.

Krzysiek N., to chyba na studiach, tak przynajmniej fama niosła, pisał scenariusze do teledysków … disco polo. No cóż, z Białegostoku jesteśmy. I kolega chyba skończył w agencji reklamowej jako copywriter. Fajnie.

I znowu nasza native speakerka. Piszę wczoraj do Uli, że zagadałem naszą lektorkę. A Ula się pyta dlaczego ją. I że w sumie też ostatnio o niej pomyślała. Dziwne i ciekawe. Wielkie umysły myślą podobnie – Great minds think alike – ciekawe czy Virginia zna to powiedzenie. Nie wiem czy to legenda miejska czy nie, ale ponoć jak pojechała z uczniami na wycieczkę do Londynu, to nikt jej nie rozumiał. Niesamowite. Jak ja byłem pierwszy raz w Londynie, to też nie rozumiałem. Tylko, że ja nie rozumiałem rodowitych Brytoli. Także wstyd pani Virginia. Ale to pewnie legenda.

Jeszcze mi się przypomina Iwona M. Mieliśmy informatykę z Bujnowską. I katowaliśmy edytor tekstowy. Chyba TAG się nazywał. Pani profesor kazała jakiś tekst wpisać, na którym później będziemy pracować – buforowanie, kopiowanie, wklejanie, numerowanie i takie tam. Pierwszy raz miałem taki poważny Pe-Cet przed oczyma. To siedzę i stukam z językiem wywieszonym na brodzie. Tak mi prędko szło. Nagle słyszę – Matulka! Historia polskich kapel punkrockowych?!

– no co? Przecież miał być dowolny tekst – odpowiedziała Iwona.

Ooo, Bujnowska chyba też Iwona miała na imię.

I pamiętam jeszcze z tej informatyki program MIZAR. Ponoć jakiś koleś z UW w Białymstoku go wymyślił. Miałem to później na matmie na Uniwerku. Masakra program do udowadniania różnych rzeczy. Na końcu się zawsze pisało „Hence thesis”. Podchodziła Bujnowska, wciskała jakiś klawisz i wyskakiwała lista błędów – logicznych, srakich i owakich. Masakra. Ni chu chu nie kumałem tego. Druga część klasy miała informatykę z Bujnowskim i on chyba lepiej tłumaczył, bo do pana z Europy na K. jeździłem na samo doszkalanie się, a on był w innej grupie.

Muszę wspomnieć pierwszy dzień pierwszej klasy. Wleciałem do klasy i od razu na koniec, do ostatniej ławki pognałem. Patrzę, a tam jakiś skinhead się mości. Pytam się go czy on chciał do mat-fizu, bo ja nie. Kolega rzekł, że też nie. No to załamka. 4 lata z matmą i fizyką. Klops. Wszedł zastępca dyrektorki i się pyta, kto chce się przenieść do innej klasy. My od razu ręce podnieśliśmy. Jesssu, na szczęście nie było miejsc i zostaliśmy w tym mat-fizie. I się okazało, że moim pierwszym kolegą z ławki w liceum był Słodkwaśna. Co za historia. 

Fajnie zrobili z tymi naszymi dwiema klasami mat-fiz. Obie klasy miały angielski ale jeśli chodzi o drugi język obcy, to część osób miało rosyjski, a część niemiecki. I tak się działo, że na ruskim i na niemcu mieliśmy ludzików łączonych z klasy B i C. Super pomysł. Mogli nas od razu podzielić na mat-fiz z niemcem i angolem i mat-fiz z ruskim i angolem. Dzięki temu mogłem po miesiącu przenieść z ruskiego na niemiecki nie zmieniając klasy. Zamienił stryjek marchewkę na kijek. Później z Piotrkiem na jakieś korki chodziliśmy, bo ta German była zdrowo trzepnięta. Nazywała się Lerman (Lehr – uczyć, Mann – człowiek. Ale ona nie była człowiek).

I z takich głupot przypomina mi się moment, kiedy Maria kazała nam napisać referat o planetach. Przypominam, że nie było internetu, nie było wikipedii. Była encyklopedia. Pani profesor zbiera prace. Wpada Ewka B. i wręcza referat. Masz bibliografię? – pyta Maria. Nie, nie. Ja Saturn – odpowiada nasza koleżanka. Prawdziwa historia.

O Rafale Cz. pisałem już kiedyś. To dzięki niemu nie możemy znieść Queen’u.

Kto pamięta Grześka Kraskę? On chyba nie dokończył z nami. Mucha też musiała odejść. Krzysiek N. przeszedł do humanistycznej, także ja go spotykałem na niemcu. A nie! Te klasy łączone, to byliśmy my – jedna klasa mat-fiz i klasa A – humanistyczna. Pomieszało mi się. Czyli drugi mat-fiz, klasa B, chyba w całości miała ten sam drugi język. Chyba niemiecki, bo coś mi się prof. Karolak przypomina (do niej na korki z Piotrkiem chodziliśmy. Krótko, ale chodziliśmy. Chyba tylko raz byliśmy, przed jakimś ważnym zaliczeniem u prof. German). 

Ciekawe co ludzie robią z naszej klasy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Jak w 2005 roku zbieraliśmy ludzików na spotkanie po latach, to założyliśmy nawet adres mailowy i każdy mógł napisać parę słów. Pyta się Łysy naszego kolegi Marka D. – co u Ciebie Marek słychać? Przypominam, że 10 lat się nie widzieliśmy. I Marek tak rezolutnie odpisuje – a nic nowego – żona, dwójka dzieci, praca na uczelni. No rozbawił nas. Ale tak sympatycznie rozbawił.

Trzeba chyba jakiś reunion znowu zrobić. Jakiś sentymentalny jestem w tej zarazie. Jakie to my mamy rocznice? 25 lat od matury tego maja. Ale nie można się gromadzić. 29 lat od początku liceum. O matko! Za rok będzie 30 lat! A ja wtedy będę miał znowu 29. Czyli to prawda, co niektóre osoby mówią – znamy się dłużej niż żyjemy.

a może by tak rzucić wszystko…

… i wyjechać w Bieszczady?

panorama

Hejka kochani,jak się macie? Bo ja świetnie. Relaks w górach.

 

O spotkaniach instagramowych miałem pisać ale jakoś nie znalazłem tego wątku ciekawym. To znaczy ludzie ciekawi, spotkania ciekawe ale opisywanie tego idzie mi jak krew z nosa.

Dziewczyny w formie. Posiedzielim, pogadalim. A właściwie Ewa gadała.

Fajna nowa znajmość, to kolejny Krzysiek pracujący w muzeum Uniwersytetu Warszawskiego. Oprowadził nas prywatnie. W sumie to jego wystawa, więc z pierwszej ręki mieliśmy info. Ciekawy ten gmach Uniwerku. Kolega był trochę spięty i stremowany, bo aż 3 nowych ludzi mu się pojawiło w muzeum, z czego 2 to followersi. Ale kolega na plus. Dowcipny i z poczuciem humoru. Muszę przepytać DrAdama czy wie i umie o swoim pracodawcy tyle, co teraz ja! Ha! Bo filologia wygasłego bliskiego wschodu też mieści się w tych budynkach.

 

Jestem w górach. Bieszczady. Zabrałem ze sobą dwóch Bąbelków – 11 i prawie 17 lat. Podnieceni byli wyjazdem w góry. To ich debiut. I z tego co dziś widzę, to był to ich trzeci raz – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo.

Weszliśmy na Tarnicę, najwyższy szczyt w okolicy. Od strony Ustrzyk Górnych. Niby 3 godziny i 15 minut się wchodzi. Gdyby nie te dwie kule u nogi, to podejrzewam, że w 90 minutach bym się zmieścił.

Do śmiechu mi nie było już po 10 minutach. Bo:

– wujku, możemy zrobić postój?

– już? Po 10 minutach?

– tak

No to ok, czekamy.

– daleko jeszcze?

– skoro 10 minut temu drogowskaz pokazywał 3 godziny, to zostało nam … 2 godziny i 50 minut

– aha

i tak co 15 minut.

Załamałem się lekko, bo im dalej w las, to mniej śmiesznie było. Na barana go nie wezmę, na ręce też nie, taxi nie podjedzie. No musi iść!

Na Tarnicy zabiłem mu brawo, powiedziałem, że jest zuch chłopak, jestem z niego dumny i go wyściskałem.

W drodze potwornej, tzn. powrotnej (godzina schodzenia w dół, dosyć mocno w dół) zapytałem się, co im najbardziej się podoba z wycieczki.

– góra – odparli

– tylko? A natura? Krajobraz? Widoki?

– no też. Mówiliśmy, że góry

– aha. To co? Będziemy jeszcze chodzić?

– nie!

– czemu?

– nuda, słabo

– no ale widoki!

– no i co?

 

 

Cisnej jakoś nie poznaję. Chyba albo dużo po górach chodziliśmy, albo dużo robiliśmy czego innego. W sumie ze 25 lat temu to było.Zaszedłem do Bar Siekierezada. Wydawało mi się, że to była stodoła zastawiona stołami. Mordownia taka. Ale okazuje się, że chyba nie, bo to lokal gastronomiczny o dużym zainteresowaniu turystów.

Prawie 22 000 kroki poczynione. 205 pięter. Fajne góry. Lubię hashtag #wgórachjesttocokocham

Nie mogę zgodzić się bardziej

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑