Tag: liceum

znamy się trochę, ale mnie nie znasz

Szłem przez park Dygata po siłce. Jak zwykle z resztą. I dopiero teraz mnie tknęło, że ten sporych rozmiarów skwerek jest kompletnie nieoświetlony! Nie zastanawiałem się nad tym nigdy, bo po prostu sobie przezeń szłem i już. Dzieci i inne łobuzy sobie siedzą na ławkach, i piją alkohol, i palą fajki, i czasem drą wulgarnie ryja, ale ja sobie zawsze szłem. Teraz tak sobie pomyślałem, że kobiety spacerujące z siłki, tak jak ja, albo z Szoping Mola nieopodal, mogą się bać takiej scenerii. Ja to się najbardziej obawiałem, żeby nie wyrżnąć orła, bo chodniki nie są zbyt równe. Plusem tej ciemnoty jest to, że telefonu się nie używa wtedy, bo jak się gapi w ekran rozświetlony, to nic kompletnie dookoła nie widać. No to dziś po siłce sobie szłem i widzę, że siedzi sobie towarzystwo. A tu ktoś z pieskiem, a tu ktoś po rusku, a tam jakieś dzieci.

Wstawka: może przestać pisać szłem, bo jeszcze w krew wejdzie i będzie wioska, jak w robocie komu tak powiem lub napiszę?

Aaaa, przed parkiem, w bloku młodzi robili imprezę i słuchali tego viralu – Eric Prydz „Call on me”, ale zamiast oryginalnego refrenu śpiewa się „***** ***”, czyli „jebać PiS”. Eh, jaka mądra ta młodzież dziś.

Także szedłem sobie przez park Dygata i widzę, że chyba ławka mi majaczy w ciemności i jakiś ruch obserwuję. Tak, ktoś odstawia bronksa na chodnik. Mijam i słyszę jak jakiś koleś mówi do swego konfratera – znamy się trochę, ale mnie nie znasz.

Nie wiem jaka kontynuacja tego wynurzenia była, gdyż zatrzymanie się i przysłuchiwanie się konwersacji obcych mi ludzi mogło zakończyć się jakimś wpierdolem, albo awanturką. A ja po siłowni strasznie wyczerpany jestem i ogólnie opadam z sił. Toteż szedłem dalej, nie zatrzymując się.

Wchodząc na klatkę w moim bloku olśniło mnie! Już rozumiem iluminację Archimedesa i jego „Eureki!”. Już łączę się w bólu, i przede wszystkim objawieniem, z Newtonem, na którego głowę jabłko opada! Już wie co to grawitacja!

Tak mnie olśniło! Kurczaczki! Przecie to już 30 lat!

Jeśli ja mam 29 lat, a to już 30 lat, to słowo stało się ciałem. Refleksja Moni, podczas 40-tych urodzin pani od Państwa z Europy na K., że znamy się dłużej, niż żyjemy już się zmaterializowała! To już ten czas.

Łza na rzęsie mi się trzęsie!

A tak mało brakowało, żeby to się nie ziściło! Ja przez całą 7 klasę i, w sumie, większość 8 byłem gotowy na aplikowanie do Technikum Elektrycznego. Ale jak na jakiejś pogadance pani pedagog powiedziała, że trzeba w takich szkołach robić coś na kształt prac dyplomowych, to moje urodzenie w niedzielę wzięło górę (czytaj: lenistwo). W zamian wybrałem najlepsze liceum w mieście. A bo siostra już tam była, to czemu nie.

Ale tu też nie było tak oczywiście. Pierwszego dnia siadłem na samym końcu w ławce z jakimś skinheadem. Jakiś łysy koleś z dziwną grzywką. Nasze pierwsze słowa były mniej więcej takie:

– chciałeś do mat-fizu się dostać?

– nie. Do ogólnej. A Ty?

– ja też nie

Wszedł pan wicedyrektor i się zapytał, kto chce się przenieść do innej klasy. Moja i Łysego ręka od razu w górę poszła. NA SZCZĘŚCIE nie było miejsc i zostaliśmy. Heh, 4 lata fajnego czasu. Tylko ta nauka nam przeszkadzała troszkę (przymrużenie oczka).

To był 1991 rok. Teraz mnie tknęło, że to naprawdę był wyjątkowy rok. Muzycznie to już wiadomo od dawna. Teraz radiostacje obchodzą 30-lecie perełek takich jak debiut Pearl Jam, U2 „Achtung Baby”, Nirvana „Nevermind”, Michael Jackson „Dangerous”. A pisałem już o tym kiedyś w tym roku.

Postanowiłem dać spokój iMusic i posłuchać moich CD wydanych w 1991 roku. Holidays in Eden Marillion jakoś nie lubię, więc stanęło na U2 i debiucie Pearl Jam. Dwie płyty, które uważam za genialne. A pierwszy album chłopaków z Seattle uważam za najlepszy debiut wszech czasów. I szperając po szafkach odkryłem, że albo ktoś mi buchnął czarny album Metallicy, albo … nigdy gom nie miał. Czyżby takie niedopatrzenie? Po 30 latach to stwierdzam?

Pozdrawiam serdecznie (kolejność przypadkowa):

Ula z New Jersey

Monia

Państwo z Europy na K.

Marszull zwany również Słodkokwaśna, czasem Łysym

Piotr G

 

I oczywiście resztę klasy. Ewa się czasem odezwie, Bartek na insta coś napisze. 1991. 30 lat! Znamy się dłużej niż żyjemy!

 

PS. No i Pearl Jam’u nie wysłucham do końca, bo sąsiadka właśnie wraca z północy Polski z węgorzem wędzonym dla mnie. Mniam!

 

(o)krągłości, czyli jak zostałem zrobiony w bambuko

 

A mam krągłości tu i tam i tyle. Dopóki mogę się schylić i zawiązać buty, dopóty nie będę się martwić swoją physis. Na szczęście w Stanach kupiłem sobie takie lock lace, więc nie muszę się schylać.

 

Nie lubię okrągłych jubileuszy i kształtnych, zgrabnych liczb. Miałem pisać wczoraj, ale w związku ze wcześniejszym zdaniem, nie zrobiłem tego.

Dokładnie pół roku i jeden dzień temu nastąpił początek końca. Koniec świata się zaczął. Mały, wredny wirusek przewrócił wszystko do góry nogami. Nowy porządek świata. Wolnomularze, illuminati i inni podobni pewnie skręcają się z zazdrości, a Hitler się pewnie w grobie przewraca. Zostaliśmy zamknięci, zniewoleni. Maseczki na początku były „be”, mieliśmy siedzieć w domu. A później się okazało, że szmata na twarz to złoty środek, bez którego nie możemy się nigdzie ruszyć.

No cóż, pewnie jeszcze z rok lub półtora zaczekamy na jakieś pigułki, albo szczepionki. A tak, to trzeba jakoś sobie radzić. Szkoda, że latać za bardzo nie można. Do Miasta bym wyskoczył.

 

Dałem się zrobić w bambuko. Jak kupowałem książkę Marka Niedźwieckiego, to wydawnictwo zaproponowało jeszcze nowość od Kasi Nosowskiej. Przecie ja tą panią uwielbiam! Wziąłem.

Książka pana radiowca nawet ok. Taka wideoklipowa. Szybko się czyta, autor się nie rozwodzi. 200 stron w 2 godziny. Tylko przepis na mielone w książce spowodował niemałe zasumowanie. Coś w stylu – WTF?

Ale reszta przygód ciekawa, interesująca.

AlejażemjejpowiedziałaKaśka bardzo mnie się podobała. Błyskotliwa, w punkt, zabawna książka. Może dlatego, że to zbiór InstaStory, krótkich Kasi felietonów. Czytało się płynnie, bez zastanawiania się co autor miał na myśli. Także teraz umościłem się na sofie z IKEA, z własnego pomysłu pomarańczową margaritą i książą w łapie. Najłatwiejszy w tym wszystkim był wstęp i pierwszy rozdział o pazurach/paznokciach, który i tak zaczynał mieć znamiona konfuzji w stylu WTF?, ale na szczęście się szybko skończył, więc na zadziwienia nie było za bardzo czasu. Ale później, to miałem wrażenie, że tego drinka jednak za małego zrobiłem. Co to za bełkot!? O czym ta Kasia prawi w swej książce? Czytam i nie rozumiem. Załamałem się. Po 50 stronach odłożyłem. Dziś ciąg dalszy nastąpi. No zobaczymy. Może autorka pomyślała, że jest żeńskim odpowiednikiem tego pana, co co 2 tygodnie książki wydaje? Remigiusz Mróz? Ten od Chyłki? Mroza jak się czyta, to troszkę boli, ale skubany sprawnie piórem operuje i powieść sama się właściwie czyta. Ale u Kasi? Jakbym Dziady czytał (nie czytałem, od razu sprostuję. A niby po liceum im. Adama M. jestem).

A propos liceum. Używam takiego komunikatora Signal. Kolega polecał. Bo niby tak szyfruje wiadomości, że nikt nie podejrzy. I dałem się namówić. W sumie nie wiem po co, bo ja żadnych kontrowersji nie piszę, spisku nie prowadzę. Ale założyłem. Rozmawiałem z dwiema osobami, z którymi w końcu i tak przeniosłem się na inne platformy. Także zostałem jak ta gapa z tym Signalem. Chciałem kasować już (postanowiłem usunąć wszystkie głupie aplikacje i komunikatory) i widzę komunikat, że moja wychowawczyni z liceum używa Signala! Przecie we wrześniu mija 29 lat jak się poznaliśmy. Już oficjalnie za chwilę będzie można mówić, że znamy się dłużej, niż żyjemy. W marcu, tydzień przed początkiem końca, stuknęło mi 29 lat! A kolejne 29. urodziny już za mniej niż pół roku.

Wracając do Kasi, która zrobiła mnie w bambuko. Lubię jej teksty, jej płyty, jej dowcip, jej dystans do siebie. Fajna babka. Okazuje się jednak, że ta książka to będzie drugie dzieło, którego chyba nie jestem w stanie przyjąć. Koniec i Basta!

 

zarzekam się, że to już ostatni raz

… piszę o naszej klasie. No dobra, może nie ostatni. Umówmy się, że ostatni w tym miesiącu.

Odbieram tyle miłych sygnałów, że tak to było, że skąd ja to pamiętam. 

No ludzie, to dawajcie komentarze, co wy pamiętacie. Będzie wesoło.

Dziś nasza licealna koleżanka, moja wielka fanka bloga, ma urodziny. Także Monia, z okazji … 29 urodzin życzę Ci raz jeszcze wszystkiego dobrego. Nie zmieniaj się, bo cały czas jesteś tą samą Monią, którą pamiętam z lat 90. Uśmiechnięta, otwarta do ludzi, bezpośrednia, rezolutna. Zawsze jak z Tobą rozmawiam, to się uśmiecham. Aha, nie zgadniesz co? Twój tato mnie zagadał na Insta. Chyba najlepsi kumple będziemy. Ale serio, foty ma bardzo fajne. 

To na koniec kilka faktów o klasie C.

Aaaa, Ewa W z domu Z. zadziwia się skąd ja takie rzeczy pamiętam. Zawsze odpowiadam wtedy, że to choroba psychiczna. No bo jak inaczej mam to uzasadnić? Nie mam pojęcia czemu ja pamiętam takie rzeczy. Po prostu zostają w głowie.

Pamiętam jak na wycieczce klasowej do Lądka mieszkaliśmy w jakimś domu PTSM-u. Załamani byliśmy, że jako ostatni weszliśmy i mieliśmy tylko pokoje przy wejściu do dyspozycji. Wiadomo, że najlepsza miejscówka jest na górze, z dala od wejścia, przy którym czuwa opiekun. I się okazało, że Anka poszła na górę, dała nam klucze i poprosiła tylko, żebyśmy drzwi zamykali na klucz na noc. Także imprezy były co wieczór. I na jednym takim spotkaniu Monika ze szklaneczką w jednej dłoni i radiomagnetofonem w drugiej dłoni sobie hasała po pokoju. George Michael wiecznie żywy. A co my wtedy piliśmy? Chyba żubrówka z sokiem jabłkowym. To dziewczyny. A my? Pewnie wódę.

Na jakimś ognisku nasza wychowawczyni powiedziała, że chętnie by się z nami wina napiła. Ale wy nieletni jeszcze jesteście – zakończyła definitywnie wątek i wszelkie nadzieje.

Klasa była wyjątkowa. Jestem pewien, że z powodu tego, że szybko pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę klasową. Jakoś październik 1991. Zakopane. Wielki pokój podzielony na pół. Łóżka piętrowe. W jednej części panie, w drugiej panowie. Pamiętam, że mieliśmy przesiadkę na Wschodniej. Łysy miał ze sobą taką długą fajkę z frędzelkami do palenia … wesołych rzeczy. Ale fajkę normalną też miał. Ciekawe, czy Marszull to pamięta. Ja nie byłem fanem fajki. Tej normalnej. Jakoś nie umiałem jej palić. W drodze do Zakopca się zaopatrzyliśmy w bronksy. No bo dopiero 15 lat mieliśmy. Hmmm, a może to było w drodze do Lądka albo Cisnej? Wtedy też trzeba się było przesiadać w Waw. 15 lat, to chyba jeszcze tak nie podróżowaliśmy? W każdym razie sytuacja była taka, że nadjechał pociąg i ja z Marianem wzięliśmy za uszy wielką torbę z piwem. Oczywiście zabrzęczało nieziemsko. Anka spojrzała na nas z wielkimi oczami pytając „co to?!”. Powiedziałem jej, że puste butelki.

To nie była Cisna. Bo do Cisnej już lepszy alk piliśmy. Powodziło nam się najwyraźniej. Nie wiem kto wpadł na tego drinka. Ale jakaś mieszanka – gin, martini i chyba jakaś woda, bo kolor był transparentny. Oczywiście bardzo istotne były proporcje. Już nie pamiętam jakie. Pamiętam, że napój przygotowywałem z Krychą u niego w domu. I wtedy był też jego brat z Hajnówki Marek. Starszy od nas, także autorytet w każdym temacie, wiadomix. Chyba coś tam popróbowaliśmy przed główną produkcją. Pewnie sprawdzaliśmy proporcje, żeby dojść do optimum.

Na biwaku w Ploskach, to już regularnie wódę piliśmy. Pamiętam, że Popek stawiał jedną butelkę. Daniel aka Łoś (czy na niego też Jasio nie mówiliśmy. Ula mówi, że tak. Chyba tak) suszył koszulę flanelową Krychy w szafie. Kolega się śmiał, że na każdej imprezie ktoś musi oblać mu koszulę. Ktoś rozwalił łbem ścianę, przebijając się do innego pokoju. Rafał Cz. tańczył, śpiewał i puszczał nam na okrągło Queen. Ale co na tym biwaku robiliśmy, to zabijcie, ale nie pamiętam. Tam się jeździło, bo to było blisko, nad Narwią i były domki wypoczynkowe. Czyli taki The Hamptons. 

Na jednej wycieczce w górach się odłączyłem z koleżanką (nie wymienię imienia, bom gentleman jest. Siedziała najczęściej w jednej ławce z Ewą W-Z). Wracaliśmy do naszego ośrodka, bo chyba mieliśmy już chodzenia po szlaku. Idziemy i idziemy. Końca nie widać. Nuda. Same góry dookoła. Kto normalny tyle łazi. Napotkaliśmy jakiś hotel z restauracją. Poszedłem zapytać o drogę. Rozmawiam sobie, wdaję się w pogaduszkę i nagle widzę, jak koleżanka trzyma się za brzuch i daje mi znaki, żeby już szybko iść. Ok, zakończyłem rozmowę, podziękowałem i wyszedłem. Koleżanka mówi do mnie, że musimy szybko uciekać. Po kilku chwilach się zatrzymaliśmy i koleżanka wyjęła spod bluzki lody na patyku. Spotkaliśmy później jeszcze kogoś i im też daliśmy lody.

W jednym ośrodku Krycha z Łysym za gaz mieli płacić. I za światło chciała nas baba policzyć, bo się za długo paliło. Chyba nas wywaliła w końcu, albo Anka sama podjęła decyzję, że spadamy. W każdym razie wspomniani koledzy zostali przepędzeni przez właścicielkę i już obmyślali co dalej będą robić. Czy wracać do Białego, czy co. Chyba Anka postanowiła, że ruszamy dalej, także koledzy nie musieli już zastanawiać się co dalej z nimi. I później znaleźliśmy ten dom PTSM-u. Wcześniej chyba w PTTK-ach spaliśmy. Albo odwrotnie. Eh, fajne to były wycieczki. Bez telefonów komórkowych, bez internetu. Dało się!

Szacun dla naszej wychowawczyni. My mieliśmy 15 lat, jak zaczynaliśmy, a ona 25. My gówniarze, ale i ona nie taka stara. I bez doświadczenia. Pierwszą klasą jej byliśmy. Respect Anka! Ale my w sumie nic złego nie robiliśmy. Po wódkę do meliny chodziliśmy w grupach, żeby było raźniej i bezpieczniej. Uważaliśmy na siebie.

W Zakopcu to chyba przez okno się wychodziło i wchodziło, żeby Anka nie widziała. Aaaa, na tej wycieczce koleżanka Kaśka A. stoczyła się z Wielkiej Krokwi. Halny jakiś był. Ale skocznia cholera zrobiła wrażenie. Adam Małysz szacun!

I koniec liceum jeszcze wspomnę.

Kwiaty, płacz i pożegnania. Anka prosi Monię czy by była taka miła i złożyła wiązankę pod popiersiem naszego patrona – Adama Mickiewicza, wieszcza. 

Jessssu – a imię jego ile?!?!?! 44!!! Spooky. Ależ zbieg okoliczności.

No i Monia skonsternowana – Ale ja nie wiem gdzie to jest.

Można było to koleżance wybaczyć, bo uczyła się tylko 3 lata w I LO. Ale my też nie wiedzieliśmy. Okazało się, że pod oknami klasy matematycznej jest wmurowane jakieś popiersie, czy też płaskorzeźba z takimi wystającymi prętami, rusztem na właśnie kwiatki. Ha, człowiek w ILO uczył się do samego końca.

Kończę wspominki.

We wrześniu 2019 roku przechodziłem i ulicą Brukową, i ulica Krakowską. To zaszedłem do szkoły. Dużo się zmieniło z zewnątrz.

Tam gdzie była bardacha, czyli palarnia stoi teraz wielka hala gimnastyczna. A ze starej salki gimnastycznej zrobili aulę. Szatnia nowa. Nawet zrobili część z sofami i stolikami. Ciekawe po co?

Wcześniej mieliśmy takie boksy. Drzwi metalowe przesuwane, reszta z jakieś siatki. Oczywiście jak się szło po rzeczy na koniec dnia, to szatnie były zamknięte, kupa ludzi czeka na otwarcie drzwi, a pani woźna tylko jedna. Też pamiętam jedną historię z piwnicy. Ktoś zapytał w zniecierpliwieniu „gdzie ta c..a?”. Pech chciał, że pani woźna akurat stała za kolegą. Odpowiedziała tylko – czekacie do końca przerwy. Dzieci są faktycznie wredne.

Parter też nowiutki. Myślałem, że nic tu po mnie, że szkoły już nie ma. Ale jak zobaczyłem drugą klatkę schodową, to oczy mi wyszły z orbity, pamięć wróciła. Czułem faktycznie i podniecenie ale i też ciekawość, jak to teraz wygląda. Górne kondygnacje nic się nie zmieniły. Te same drzwi, ściany, korytarz. Odniosłem wrażenie, że wszystko jest mniejsze i węższe. Szkoda, że do sal nie można było wejść.

Ludzie, jak macie jakieś uwagi, odczucia, to piszcie tu.

Fotki szkoły – wrzesień 2019.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Oh, podoba mi się ten word mac-owy. Po polsku rozumie. I błędy ładnie poprawia. W tamtym Word-zie office’owym ni chu chu nie kumał. Jakiś niegęsi był. I często jakieś byki były na blogu. Teraz mam nadzieję, że będzie ok. Ale za to excel mac-owy to porażka. Unikajcie. Nie mogę objąć tego. Niby wszystko podobne i przyjazne. (Prawie) te same klawisze skrótów chodzą ale nie zawsze. Eh. Na szczęście oneDrive ma opcję pracy na plikach office online. Także nie muszę kupować pakietu za 209 zł/rok (ze zniżką pracową).

Ale ja nie o pakietach. 

Ja o czym innym!

Ta zaraza to jakaś … zaraza. Ludzie zaczęli gotować. Ludzie? Co ja mówię! Nawet pan z Europy na K. pichci. 

Ale po kolei.

Wczoraj wrzuciłem taki niewinny pościk o liceum. Taki wycinek, jeden motywik z naszych 4 lat edukacji. Niby maleńki kamyczek, a lawina poszła!

Pisałem o naszej native speakerce. I słuchajcie. Wczoraj wygoogle’owałem ją i wysłałem maila, czy to ona. Jeśli nie ona, to sorki. I to była ona. Tak, mieszka w New Hampshire. Ma starego z jakiegoś kraju po Jugosławii, dwie nastoletnie córki. Była raz w Polsce znowu. Po naszemu nie mówi, ale ma tę słowiańsko-bałkańską melodykę w domu. Polskę i polski bardzo mile wspomina.

Szkoda, że po niej dostaliśmy takie nieporozumienie jak Virginia. Ja z tych lekcji u niej pamiętam, że jakaś baba przepłynęła kanał LaMansz. No i te jej „special expressions”. Brr. Grr. A to ci (nieprzyjemna) historia – it’s a pretty kettle of fish. Nie moja broszka – it’s not my cup of tea. Boże, kto tak mówi? Chyba w Australii!

Stop that awful record. But darling this is Sylvia (something) singing – ten początek dialogu też pamiętam.

Także pani od angielskiego się odezwała.

Podczas zarazy coś się ludziom w głowę stało, bo wszyscy zaczęli gotować. Ja zorganizowałem parę wyzwań. Na kanapkę, na zupę. Oczywiście oba czelendże wygrałem, ale największym zainteresowaniem cieszy się „chałka czelendż”.

I dziś do mnie napisała Ewa W. de domo Z.! Ta Ewa z liceum. Co jej ciotka nas uczyła historii. Oj też niezła postać, opoka białostockiej edukacji. W sumie po latach oceniam, że babka była z jajem. Ciekawe jak przetłumaczyłaby to Viriginia – a lady with an egg? Nie, pewnie i na to jest jakieś special expression. Aaaa, z Viriginią było ciężko coś sobie samemu pomóc, bo skubana prowadziła swój prywatny dzienniczek z ocenami. Także dopisywanie w dzienniku nie przynosiło skutku i było ryzykowne. Bo łatwe do wyłapania. No ale kto by dopisywał na nielegalu oceny w dzienniku? Aha, moja 3 lata rocznikowo starsza siostra mówiła mi co z kim przejdzie. Także można było sobie dopomóc u tej pani od dyktanda z chemii i u pani profesor od biologii. Ależ naiwna była pani Jergieniew. Ale też przeginała – dużo osób po mat-fizie idzie na medycynę. To będę was jak biol-chem traktować. Kurna! Ja nie wybierałem się. I chyba tylko Rafał L. i Mariusz aka Pies poszli zaglądać w dziurki (stomatolog i ginekolog. Ponoć ginekolog, nikt chyba tego nie zweryfikował w końcu). A Rafał się okazał spoko kolesiem na naszym reunion w 2005 roku. Także z tej biologii miała odchyły. Na szczęście nauczyliśmy się szybko, żeby klasówki pisać zawsze po drugiej klasie mat-fiz (czyli po” B”). Oo, Popek chyba do nas dołączył po roku czy dwóch w biol-chem.

Maria od fizyki lubiła burdy (katalogi z modą) przeglądać. Także dostała raz czy dwa na biurko. Widziałam to już – powiedziała i była dupa blada. Trzeba było innego klucza użyć. 🙂

Czemu żeśmy zrobili klepsydrę dla Gejografa? Za całokształt? Czy, że zdenerwował nam koleżankę Izę? Pamiętam, że Ula z Basią poszły do domu pogrzebowego przy kościele św. Rocha (tego białego) i wzięły klepsydry. A u mnie w domu je wypisywaliśmy kolorowymi mazakami. To znaczy moja siostra wypisywała, bo przecie nas mogliby po charakterze pisma poznać. Taka to była rozkminka wtedy. Pała ten nasz pan profesor był. Na żartach się nie znał. Poleciał z płaczem do Anki (naszej wychowawczyni) się poskarżyć. Anka oczywiście powiedziała, że kto jak kto, ale jej dzieci tego nie mogły zrobić. My oczywiście oczęta jak aniołki i chóralnie – ależ oczywiście, że nie.

Pan gejograf skończył jakoś marnie. Nawet w „Uwaga TVN” o nim było, bo SMS-ami próbował nagabywać dorosłego chyba już ucznia z liceum wieczorowego. Chyba korepetycji chciał mu udzielać. A jak wiemy, to nie jest etyczne, żeby twój nauczyciel udzielał korków, nieprawdaż?

Aha, bo ja o Ewie pisałem. No i koleżanka mnie obserwuje na IG i widzę też, że pilnie patrzy na moje insta story (tak jak moja siostra zresztą, ale moja siostra nie ma konta, więc z partyzanta mnie podgląda). Tak, chałka uzależnia. Moja siostra zaczęła robić. Moja mama. I teraz czytam Di-eMa (DM) z wyznaniem, że kiedy po raz pierwszy zobaczyła moją chałkę, to nie mogła o niej przestać myśleć. I tak dalej, i tak dalej. Do tej miłem i osobistej wiadomości Ewcia dołączyła fotkę swojej pięknej chałki. Szacunek! Myślę, że wygrałaby chałka czelendż. Ale jako, że za późno zgłosiła się do konkursu, to prym w tych bułach wiodę ja. Tak nieskromnie powiem. Cóż, mój blog, moje decyzje.

Zadzwoniłem dziś do Piotrka od rowerów i mebli z pytaniem, czy jemu na głowę się coś przypadkiem nie rzuciło. Na szczęście nie. Ale jego szanowna małżonka uśmiecha się o zakwas, bo widziała na IG, że mam i że używam. Ludzie, ten internet to błogosławieństwo jakieś! Karierę można zrobić na nim. Milionów się dorobić.

Aaaa, z innych ludzików z naszej klasy wspomnę Bartka. Bo wspomniałem język angielski i naszą wychowawczynię. Bartek miał dryg do języków. Najlepszy był z całej klasy. Z angola nie do zagięcia. I kolega robi w jakiejś firmie w Poznaniu. Firma niemiecka, więc kolega i niemiecki zna. Pamiętam, że w liceum uczył się japońskiego z angielskich podręczników. Szatan lingwistyczny.

Krzysiek N., to chyba na studiach, tak przynajmniej fama niosła, pisał scenariusze do teledysków … disco polo. No cóż, z Białegostoku jesteśmy. I kolega chyba skończył w agencji reklamowej jako copywriter. Fajnie.

I znowu nasza native speakerka. Piszę wczoraj do Uli, że zagadałem naszą lektorkę. A Ula się pyta dlaczego ją. I że w sumie też ostatnio o niej pomyślała. Dziwne i ciekawe. Wielkie umysły myślą podobnie – Great minds think alike – ciekawe czy Virginia zna to powiedzenie. Nie wiem czy to legenda miejska czy nie, ale ponoć jak pojechała z uczniami na wycieczkę do Londynu, to nikt jej nie rozumiał. Niesamowite. Jak ja byłem pierwszy raz w Londynie, to też nie rozumiałem. Tylko, że ja nie rozumiałem rodowitych Brytoli. Także wstyd pani Virginia. Ale to pewnie legenda.

Jeszcze mi się przypomina Iwona M. Mieliśmy informatykę z Bujnowską. I katowaliśmy edytor tekstowy. Chyba TAG się nazywał. Pani profesor kazała jakiś tekst wpisać, na którym później będziemy pracować – buforowanie, kopiowanie, wklejanie, numerowanie i takie tam. Pierwszy raz miałem taki poważny Pe-Cet przed oczyma. To siedzę i stukam z językiem wywieszonym na brodzie. Tak mi prędko szło. Nagle słyszę – Matulka! Historia polskich kapel punkrockowych?!

– no co? Przecież miał być dowolny tekst – odpowiedziała Iwona.

Ooo, Bujnowska chyba też Iwona miała na imię.

I pamiętam jeszcze z tej informatyki program MIZAR. Ponoć jakiś koleś z UW w Białymstoku go wymyślił. Miałem to później na matmie na Uniwerku. Masakra program do udowadniania różnych rzeczy. Na końcu się zawsze pisało „Hence thesis”. Podchodziła Bujnowska, wciskała jakiś klawisz i wyskakiwała lista błędów – logicznych, srakich i owakich. Masakra. Ni chu chu nie kumałem tego. Druga część klasy miała informatykę z Bujnowskim i on chyba lepiej tłumaczył, bo do pana z Europy na K. jeździłem na samo doszkalanie się, a on był w innej grupie.

Muszę wspomnieć pierwszy dzień pierwszej klasy. Wleciałem do klasy i od razu na koniec, do ostatniej ławki pognałem. Patrzę, a tam jakiś skinhead się mości. Pytam się go czy on chciał do mat-fizu, bo ja nie. Kolega rzekł, że też nie. No to załamka. 4 lata z matmą i fizyką. Klops. Wszedł zastępca dyrektorki i się pyta, kto chce się przenieść do innej klasy. My od razu ręce podnieśliśmy. Jesssu, na szczęście nie było miejsc i zostaliśmy w tym mat-fizie. I się okazało, że moim pierwszym kolegą z ławki w liceum był Słodkwaśna. Co za historia. 

Fajnie zrobili z tymi naszymi dwiema klasami mat-fiz. Obie klasy miały angielski ale jeśli chodzi o drugi język obcy, to część osób miało rosyjski, a część niemiecki. I tak się działo, że na ruskim i na niemcu mieliśmy ludzików łączonych z klasy B i C. Super pomysł. Mogli nas od razu podzielić na mat-fiz z niemcem i angolem i mat-fiz z ruskim i angolem. Dzięki temu mogłem po miesiącu przenieść z ruskiego na niemiecki nie zmieniając klasy. Zamienił stryjek marchewkę na kijek. Później z Piotrkiem na jakieś korki chodziliśmy, bo ta German była zdrowo trzepnięta. Nazywała się Lerman (Lehr – uczyć, Mann – człowiek. Ale ona nie była człowiek).

I z takich głupot przypomina mi się moment, kiedy Maria kazała nam napisać referat o planetach. Przypominam, że nie było internetu, nie było wikipedii. Była encyklopedia. Pani profesor zbiera prace. Wpada Ewka B. i wręcza referat. Masz bibliografię? – pyta Maria. Nie, nie. Ja Saturn – odpowiada nasza koleżanka. Prawdziwa historia.

O Rafale Cz. pisałem już kiedyś. To dzięki niemu nie możemy znieść Queen’u.

Kto pamięta Grześka Kraskę? On chyba nie dokończył z nami. Mucha też musiała odejść. Krzysiek N. przeszedł do humanistycznej, także ja go spotykałem na niemcu. A nie! Te klasy łączone, to byliśmy my – jedna klasa mat-fiz i klasa A – humanistyczna. Pomieszało mi się. Czyli drugi mat-fiz, klasa B, chyba w całości miała ten sam drugi język. Chyba niemiecki, bo coś mi się prof. Karolak przypomina (do niej na korki z Piotrkiem chodziliśmy. Krótko, ale chodziliśmy. Chyba tylko raz byliśmy, przed jakimś ważnym zaliczeniem u prof. German). 

Ciekawe co ludzie robią z naszej klasy. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Jak w 2005 roku zbieraliśmy ludzików na spotkanie po latach, to założyliśmy nawet adres mailowy i każdy mógł napisać parę słów. Pyta się Łysy naszego kolegi Marka D. – co u Ciebie Marek słychać? Przypominam, że 10 lat się nie widzieliśmy. I Marek tak rezolutnie odpisuje – a nic nowego – żona, dwójka dzieci, praca na uczelni. No rozbawił nas. Ale tak sympatycznie rozbawił.

Trzeba chyba jakiś reunion znowu zrobić. Jakiś sentymentalny jestem w tej zarazie. Jakie to my mamy rocznice? 25 lat od matury tego maja. Ale nie można się gromadzić. 29 lat od początku liceum. O matko! Za rok będzie 30 lat! A ja wtedy będę miał znowu 29. Czyli to prawda, co niektóre osoby mówią – znamy się dłużej niż żyjemy.

hej hej, tu en bi jej

jej! Pamiętam ten zakrzyk. Szalone lata 90.

Łamiąca wiadomość – SERNIK MI PĘKŁ!

Właśnie teraz. Za szybko drzwiczki otwarto. Szkoda. Będzie bez polewy.

I ten bon mot, vivat, czy też nazwany przeze mnie zakrzyk wykrzykiwał pan Włodzimierz Szaranowicz. Poznałem pana redaktora w, bodajże, 2007 roku na imprezie korporacyjnej. Eh ten głos! Bardzo sympatyczny pan ze szklanego ekranu. Nawet w kibelku (w tej części, gdzie się ponoć ręce myje, nie w sekcji „PiSuar”) udało mi się osobiście z nim zamienić kilka słów.

A właśnie, ciekawe czy ten mały kmiot dyktaturę wprowadzi? Cesarstwo Polskie ze stolicą przy ulicy Nowogrodzkiej.

Liceum mi się ostatnio wspomina. Nie wiem czemu. A może, że w czasach tej zarazy kontakt mam z ludźmi z klasy C? Może.

A ostatnio Netflix wypuścił serial „Ostatni Taniec” o Michaelu Jordanie. I my, klasa C w liceum numer 1 w Białym, tak jak nieziemski/kosmiczny* (niepotrzebne skreślić) Air Jordan zdobyliśmy 6 tytułów w czasach naszego liceum.

Ha, jak to? Ktoś może zapytać. Takie tumany byliśmy? Nie. Nikt na świecie nie wie, że rządy pani Złockiej wydłużały czas dwukrotnie. Co za baba to była. Pedagog z powołania. Tylko jej te dzieci przeszkadzały w karierze i osobistym rozw(b)oju. Nie lubiła ekstrawagancji. Nasz kolega Łysy miał u pani na pieńku. Mojej siostrze wetknęła pałąk od klucza w wielkie koła kolczyki, ciągnąc pytając co to. No pani dyrektor jak ta lala. Ponoć z klerem trzymała. Pamiętam jej syna. Z rok lub dwa starszy. Jakiś taki duży koleś. Pamiętam, że można było na jakąś wymianę do USA pojechać. Dwa warunki należało spełnić – jakaś zajebista średnia ocen oraz angielski lepszy od Szekspira. I właśnie jej syn pojechał. Więcej go nie widziałem w szkole. Mnie się nie udało z dwóch powodów. 

Dopiero w 2007 poprawiłem sobie średnią i poziom znajomości języka na tyle, że wpuścili bez gadania.

Liceum było fajne z jednego tylko powodu – spotkałem cudownych ludzi, z którym się przyjaźnię, lubię, jestem w kontakcie do dziś. Fajna to była klasa.

Nauka jak nauka. Nauczyli pewnie by wszędzie. Ciało pedagogiczne też było osobliwe – Historyczka Zakrzewska, Gejograf, Polonistka Anka, Parchata (matma), Maria (fizyka), Jergieniew (biologia), Viriginia (angielski – everything by heart u niej było). W pierwszej klasie mieliśmy native speaker’kę – Catherine Peebles. Ponoć znała kogoś, kto znał Dave’a Grohl’a z Nirvany. Helo! W 1991 roku Nirvana to jak Zenek Martyniuk dziś (taka paralela). Ze dwa lata temu zagadałem na Instagramie naszą lektorkę z USA. Gdzieś na Wschodnim wybrzeżu (New Hampshire) się udziela. W jakieś academic poszła. Ale nie odezwała się, bo jakieś mało ruchliwe konto miała. Chyba założyła i zapomniała o nim. Trudno.

Oooo i te trzy czarownice od chemii – Adamczyk, Dobrzyńska i Zubrycka (chyba). Dobrzyńska przez 45 minut (pardon) napierdalała jakieś dyktando i trzeba było non stop notować. Ta Zubrycka to w sumie coś pokazywała – jakieś czary mary, czy też alchemię. Adamczyk też w sumie dobrze uczyła, tylko osobowość pedagogiczna wątpliwa. A z tej fizyki, to ja nic nie pamiętam. To znaczy pamiętam, ale nie było to związane z fizyką. Może bardziej ze … ślusarstwem. A klasa mat-fiz byliśmy. No i miszcz prof Han od wu-efu. Kiedyś biegaliśmy dokoła Magdalenki (tak się nazywała ta górka?) i na śmietniku był napis – Han huj. Chyba Paweł F. powiedział – o jest błąd. A Bartek W. – Han przez Ce Ha się pisze?

No i ten wu-ef. Nie wiem kto wpadł na pomysł, że wystawiliśmy drużynę w kosza. W drugiej klasie mieliśmy szczęście, że to był maj, pachniała Saska Kępa i klasy czwarte już były wolne po maturach. Także nie tacy straszni ci przeciwnicy. W trzeciej klasie – to wiadomix – rządziliśmy. W czwartej klasie było najtrudniej, bo młodzi atakowali. Ale za każdym razem nam się udawało. Wydaje mi się, że z dwóch powodów – zajebisty fan base oraz skład drużyny.

Co do naszego dream teamu, to chyba tylko Pieta miał pojęcie co się z piłką robi. No i może jeszcze pan z Europy na K. Skład uzupełniali – ja i Tomek. Czasem Kraszan chyba grał z nami. Tego nie pamiętam. Ale pamietam, że olbrzymim wsparciem była Monia. Mieliśmy krótką ławkę. Hmmm, właściwie, to nie mieliśmy w ogóle rezerwowych. Także Monia siłą rzeczy musiała z nami grać. A grała jak Jordan w spódnicy! Bo trenowała coś amatorsko. W Instalu, czy też we Włókniarzu. I Pieta też trenował. Także mieliśmy w składzie dwa Jordany. Jeśli jeden może wygrać ligę NBA, to dwa Jordany mogą wygrać w liceum w Białym. I tak też było. Nie wiem czy mogę pisać co robiliśmy podczas przerw między połowami. Hm, naradzaliśmy się strategicznie w kiblu, jarając szlugi.  

Eh te lata 90. Szał był na NBA. Można polemizować, kto jest GOAT (Greatest Of All Time), ale bezsprzecznie, to Air Mike wyniósł koszykówkę na kosmiczny poziom. Magic Johnson? Hmmm, Jordan miał lepszy czas. Lepszy PR, lepszy marketing. Nikt nie wiedział co to NIKE wcześniej. Firemka od butów i ciuchów. To MJ ich wypromował.

No i te mecze koszykówki się oglądało po nocach. Magia, świat, kosmos – tak to wyglądało w polskiej TV. Później dane mi było oglądać na żywo mecze NBA. Dwa razy. Czar prysł. Jak byłem w Stanach to jak byłem akurat w knajpie, to patrzyłem na ekran TV. No ok. Szoł nadal jest. Ale to już nie to samo.

Aaaa, nasz kolega z liceum Kraszan, który po ukończeniu 2 fakultetów na Uniwerku Warszawskim wyjechał do rodziców do Chicago, powiedział mi, że zajmował się remontem domu Jordana. Jakiś basement mu robili.

Ostatnio widziałem na insta jak młody bąbelek podczas konferencji prasowej z okazji US Open 2017 zapytał Szwajcara Rogera Federera, dlaczego nazywają go GOAT’em, bo w Szwajcarii nie ma za dużo zwierzątek. 

Tu wtrącić muszę, że wg mnie pan Roger jest najwspanialszym sportowcem wszech czasów. Nie tylko w tenisie, tylko w ogóle – zjawisko, klasa, skromność, osiągnięcia, talent, inteligencja. To on wyniósł tenis na wyżyny popularności. Mistrz wybrnął z gracją z odpowiedzią na to pytanie. Ale rezolutny bąbelek zadał drugie pytanie. Tym razem, jak sam podkreślił, NA SERIO. 

Czy mógłbyś jeszcze pograć przez 8-9 lat i jak zostanę pro to będę mógł zagrać z Tobą?

Jak tylko pojawisz się w tourze ATP, to wrócę dla Ciebie na kort.

Wracając do NBA i tego serialu na Netflixie. Pamiętam te wszystkie finały Chicago Bulls. Pamiętam wkład Steve’a Kerr’a, Paxsona, Pippena, Rodmana i Kukoca. Tam się chyba też przewinął jakiś starszy, czarnoskóry zawodnik – Robert Parish? Eh, hej hej tu en bi jej.

1991 finał z LA Lakers i starcie z Magic Johnsonem.

1993 finał z Phoenix Suns i starcie z Charlesem Barkleyem

1997 i 1998 z Utah Jazz i starcie z Karlem Malonem i Johnem Stocktonem

1992 (z Detroit Pistons) i 1996 (z Seattle Supersonic) chyba nikt nie pamięta. Żarcik.

Nie mam za bardzo czasu w czasie tej zarazy. Udało mi się odpalić raptem 10 minut pierwszego odcinka „Ostatniego tańca”. Jej, łzy w oczach miałem. Tak dokładnie ja pamiętam te lata! 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑