Stało się. Po prawie 6 latach wróciłem do Stanów. 15-ty raz. I muszę powiedzieć, że czar Nowego Jorku prysł. Tłoczno, syfiasto. I ten niemożliwy do zniesienia smród/zapach (niepotrzebne skreślić) trawy. Ale byłem, odwiedziłem i mam odklikane. Fajnie, że Ulę i jej chłopaków odwiedziłem. Miszka już duży chłopak. Jej. Jak ten czas leci. Bardzo fajny młodzieniec. Klasyczny nastolatek. Zakręcony i żyjący w swoim świecie.
Wycieczka na luzie. Codziennie albo Manhattan, albo shopping. Albo jedno i drugie.
Powracałem na raty. Do Kopenhagi i dzień później do Waw. Przy okazji zdarzyła mi się zmiana czasu, także o dziwo jet legu nie miałem. Ale pierwszy raz po przylocie do USA trafiło mnie. Jakiś niedorobiony byłem. Ścinało z nóg wcześnie. Nie było tak nigdy. Zawsze wstawałem rano i energii miałem co nie miara.
Ale już jestem, wróciłem, żyję.
Wracając do Europy stwierdziłem, że muszę kupić walizkę do Waw, bo 3 pary butów nie mieszczą się w małej walizce i plecaku. Ulcia dała mi starą, do wywalenia po powrocie, walizkę. Napakowałem się jak głupi. Na lotnisku w Kopenhadze były bezduszne automaty do zrzucenia bagażu. Kładę, skanuję, sprawdzam. 23,3 kg pokazuje na wadze i za chwilę komunikat, że za dużo. Walizka nie odjeżdża. Wyjąłem jeden but i walizka pojechała. z jednym butem w plecaku wracałem z tej Ameryki.
Aha, miałem air tagi w walizkach. Nie polecam, stresujące. Jak wylądowaliśmy w Kopenhadze, to pokazało mi, że 1 walizka jest ponad 6 000 km ode mnie. Stresik. Ale po chwili wszystko wróciło do normy. W Waw miałem już 2 walizki i 2 air tagi (po 1 w walizce). Mała walizka była wsadzona w dużą. Także jak pokazało mi, że jedna jest przy mnie, a druga 686 km ode mnie, to się uspokoiłem. No bo jakim cudem?
Wyjazd był ciekawy też kulinarnie. Codziennie inna kuchnia. Chińskie w China Town bardzo słabe. Hitem była dla mnie restauracja birmańska. Polecam
Jakoś nie zrobił na mnie wrażenia fakt, że Agnieszka Szydłowska objęła stery w Trójce. A niech sobie grają – tak myślałem. Nikt nie będzie lepszy od Radio 357. Zaintrygował mnie jednak transfer Katarzyny Borowieckiej z Radio 357 do Trójki na stanowisko pani kierownik. Przejrzałem wtedy rubrykę „kogo nie słychać w Radio 357”. I się zaskoczyłem. Rysa na radiostacji się pojawiła.
Gawędziłem też nie tak dawno z Rafałem i jego małżonką o Trójce. Że niby tak ładnie zmartwychwstają. Ale ja wtedy nadal nie dawałem się przekonać, bo kilka razy podsłuchałem Trójki i jakoś nie przekonali mnie. O ile jeszcze muzyka była ok, to prowadzący kompletnie niepasujący do mojego starego radia.
Ale w sierpniu okazuje się, że apka Polskiego Radia częściej włączana niż Radio 357. Muzyczna Poczta UKF, czy w Tonacji Trójki powodują, że łza na rzęsie mi się trzęsie. Jedynie Listy Przebojów nie mogę przebrnąć. Mają dziwną kolejność, czy też szyk prezentowania piosenek. Listy Piosenek w Radio 357 też nie słucham, ale tylko dlatego, że jest nudna.
Podczas obecnego urlopu w chłodnej Szwecji mogę w spokoju posłuchać porannego pasma trójkowego. I znowu natknąłem się na Powieść w Odcinkach! Jakże jam lubił ten kącik. Choć zawsze uważałem, że słuchanie audiobooków to oksymoron i nieporozumienie. Ale paradoksalnie w Trójce zawsze z przyjemnością słuchałem tych czytanych fragmentów powieści. Może tak twierdziłem, że wolałem w tym czasie posłuchać muzyki. Szkoda było czasu na słuchanie książki. Ale jeszcze zależy wszystko od tego, kto czyta. Piotra Frączewskiego bardzo lubię słuchać. Na Netflix jest kilka filmów, które chciałem obejrzeć. Problem był taki, że musiałem włączać lektora. I niestety czasem włączał się głos Anny Nowaczyk. Słuchałem ją w radio Muzo FM. Muzykę prezentowała ciekawą, ale głos miała irytujący. I bardzo często używała tych samych wyświechtanych zwrotów. Ale ad rem. Tak mnie kilka lat temu zaintrygowały czytane fragmenty powieści Bracia Sisters, że postanowiłem poszperać. Na sam przód znalazłem … film. I to nawet w dobrej obsadzie. Nie dokończyłem nawet oglądania. Książka czytana była o niebo ciekawsza i bardziej działająca na wyobraźnię.
W tym tygodniu odczytywana jest powieść kryminalna pt. Wiosna Zaginionych Anny Kańtoch. Czyta Maria Seweryn. Cholera – do koszyka dziś włożyłem całą trylogię. Ale w ostatniej chwili powstrzymałem się i usunąłem Lato… i Jesień…. Zobaczymy, czy będzie kontynuacja po pierwszej cześci. Swój adres mailowy kindle’a odnalazłem. Mam nadzieję, że amazon nic nie zmienił i przesyłanie plików jest nadal banalne.
W sprawie wakacji uprzejmie donoszę, że Malmo odkrywam na nowo. Do Helsingborga się w końcu wybrałem. I nie zawiodłem się. Ciekawe miasto na półdniową eskapadę.
Muzykę szwedzką lubię. Od dosyć dawna. Zawsze wydawała mi się taka … skandynawska. Jakoś za norweskimi i duńskimi szlagierami nie przepadałem.
Najbardziej lubiłem Roxette. Później doszedł Kent. Inni też się przewijali przez moje muzyczne fascynacje. Kent już pewnikiem nie zagra razem, więc nie ma co marzyć. The Hives widziałem w ubiegłym roku – hałaśliwe i energetyczne chłopaki.
The Cardigans zauważyłem w takiej głupiutkiej pioseneczce Carnival. Głupiutkiej, ale bardzo urokliwej. Później było gorzej, bo przeboju filmowego do Romeo i Julii nie mogłem znieść. Pamiętam, jak witaliśmy 1999 rok w Żegiestowie. Często przesiadywaliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy MTV. Polowaliśmy na Mariah Carey i jej słodki przebój „Sweetheart”. I wtedy często prezentowany był My Favourite Game. The Cardigans wydał dwa miesiące wcześniej kolejny album – Gran Turismo. Fajny klip, piosenka też świetna.
Później chyba kariera ich przygasła, ale wciąż byli aktywni. Wydali dwa albumy w 2003 i 2005 … i już. Koniec. Nina Persson, w pierwszej dekadzie milenium, wzięła udział w projekcie A Camp i wydała solowy album w 2014. I koniec. Można rzec – słuch o nich zaginął.
Z każdej płyty mieli znaczące dla mnie przeboje. Z Long Gone Before Daylight był sentymentalnie brzmiący For What It’s Worth. A z Super Extra Gravity, inny niż inne ich piosenki – I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer. Wracałem często do tych piosenek. Grało mi ładnie w uszach.
Jakiś czas temu Suzi powiedziała, że czasem widuje Ninę Persson w pociągu do Kopenhagi. Wokalistka wróciła z Nowego Jorku (gdzie mieszkała z mężem) do Malmo właśnie. Ze względu na rodzinę i dzieci. Ale zapowiedziała od razu, że nie ma szans na nagranie albumu z kolegami. Powiedziałem wtedy mojej serdecznej koleżance, że fajnie by było The Cardigans zobaczyć na żywo. Ale stwierdziła, że raczej marne szanse. I jakąś chwilę po tym zdarzeniu wypatrzyłem, albo ktoś mi uprzejmie doniósł, że na South Ocean Festival w Malmo 13 lipca 2024 roku zagra … The Cardigans. Szwedzki Robert szybko kupił bilety na festiwal. W ramach akcji „early bird” było całkiem przystępnie. Później bilety stały się trochę kosztowne. Ale nie wiem, jako że to było moje marzenie, to nie zapłaciłem za nie.
Czas oczywiście zleciał piorunem. Klasyczne szast-prast.
W międzyczasie okazało się, że większy Bąbelek wraz ze swoją szanowną dziewczyną wybierają się na zwiedzanie Malmo i Kopenhagi. A trochę później dołączyła do nich moja siostra z młodszym Bąbelkiem. Jako że nie wszyscy Szwedzi chyba lubią The Cardigans, Robert oddał swój bilet mojemu chrześniakowi, a sam zajął się resztą wycieczki.
Do Szwecji zalecieliśmy dzień wcześniej, oddychając z wielką ulgą wysiadając z samolotu w Kopenhadze. Była gigantyczna różnica pomiędzy warszawskim +33 stopniami, a skandynawskimi +18! Szło żyć.
Niestety całą sobotę lało. Deszcze ustały dopiero o 18. Ale The Cardigans zaczynało występ dopiero o 22.30, także nie było najgorzej. Na festiwal weszliśmy dopiero po 21. Obok, na scenie mniejszej Czarna Kurtyna (Svart Ridå) występowała. Coś w stylu umieram za grzechy nasze i będę wyć o tym. Bo śpiew to nie był.
Taki opis znalazłem w necie:
Svart Ridå is a new local band from Malmö making dramatic and very cinematic music somewhere halfway between pop and rock.
No to by się zgadzało.
Kilka chwil przed 22.30 na scenie zaczęły się pojawiać po kolei litery, które finalnie stworzyły napis – the cardigans. Zaczął się show.
Nina Persson weszła w takim zielonym kostiumie, z żabotem. Powiało chłodem. Oho, królowa śniegu – pomyślałem sobie. Ale to było mylne. Fajnie zagrali. No może wokalistka nie jest zbyt wylewna i rozmowna, ale widać było od razu, że nie ma mowy o żadnej barierze między nami. Cieszyli się grą. Widać było, że jeszcze nie są pewni siebie, że dawno nie grali. Miesiąc wcześniej wystąpili na festiwalu w Sztokholmie.
Panowie dali czadu. Muzycznie brzmiało to bardzo dobrze. Nina dawała radę ze śpiewem. Powiedziała może ze dwa lub trzy krótkie zdania do nas. A tak to tylko czasem krótkie „tack” (czyli „dziękuję). Raz powiedziała, że fajnie, że już nie pada. Raz powiedziała, że dawno nie grali i się ogólnie bardzo cieszą i mają nadzieję, że miło wieczór spędzamy. Pardon my Swedish. Nie wszystko jeszcze rozumiem.
Zagrali fajnie dobrany zestaw piosenek. Około połowy nie znałem, ale brzmiało to wszystko jak stare, dobre The Cardigans.
Losing a Friend
Step on Me
Erase/Rewind
Communication
And Then You Kissed Me
Slow
For What It’s Worth
Happy Meal
Carnival
Marvel Hill
Junk of the Hearts
Live and Learn
You’re the Storm
Feathers and Down
Good Morning Joan
Hanging Around
Give Me Your Eyes
Higher
Lovefool
I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer
My Favourite Game
Sprytnie przeszli z utworu Happy Meal do Carnival. Nina zgięła się w pół po skończeniu pierwszego utwory, żeby po pół sekundzie wystrzelić do góry śpiewając:
I will never know ‘Cause you will never show Come on and love me now Come on and love me now
Tłum od razu wpadł w euforię. Zaczął podśpiewywać, klaskać. Sporo ludzi jednak się zebrało. Moi szwedzcy znajomi mówili, że zespół jest całkiem popularny i chętnie Szwedzi przyjdą ich zobaczyć.
Podczas końcówki jednego utworu Nina Persson szybko uciekła ze sceny. Panowie grali dalej. Myślałem, że coś się jej stało. Po skończeniu plumkania przez band, któryś z panów zaczął przywoływać ręką koleżankę. Wyszła ochoczo, ale już w innym stroju, czyli pobiegła się przebrać. Fajne miała botki. Od razu skojarzyły mi się z okładką płyty Kate Bush – The Red Shoes. Dziwne. Nie wiem czemu.
Pani piosenkarka jest bardzo zdolną muzykantką. Nie tylko śpiewa, ale również gra na harmonijce i gra na gitarze. Na trąbce chyba już nie umie, bo pan przyszedł na scenę i zadął nam (chyba) podczas For What It’s Worth.
Na koniec zespół zostawił sobie My Favourite Game. Jak poleciały pierwsze dźwięki wraz z laserowym, migającym światłem, to wszyscy oszaleli.
Po wszystkim zespół ukłonił się, zabił nam brawo i sobie poszedł. Bisów nie przewidywali.
Wzruszyłem się tym koncertem. Wracałem myślami do lat 90-tych, do mojego uwielbienia dla tego zespołu. I pomyślałem sobie, że wtedy nawet mi do głowy nie przyszło, żeby pomyśleć, czy też zamarzyć o tym, żeby ich kiedykolwiek na żywo zobaczyć. A gdyby nawet taka myśl mi wtedy do głowy przyszła, to by było to w strefie nierealnych zachcianek. Fajnie jest mieć marzenia i spełniać je. Nie ważne czy duże, czy małe. Po prostu fajnie jest czasem coś osiągnąć.
Wczoraj wróciliśmy do Polski. Na dzień dobry dostałem żarliwym podmuchem w twarz. Jak żyć? Dziś praca zdalna w klimatyzowanym mieszkaniu. Uff jak gorąco.
Tak mogę ocenić moje przeżycie tego festiwalu w Malmo. Zorra! Ale, bo zawsze jest jakieś ale, musze zacząć od genezy. Nie pamiętam, czy konkurs Eurowizji oglądałem przed 1994 rokiem, czy nie. Wiem, że widywałem w telewizorze te konkursy. I mogę powiedzieć tyle, że nie były to piosenki dla mnie. Szczególnie jak musieli śpiewać w ojczystych językach. Najbardziej podobało mi się przyznawanie punktów, bo to po francusku często było i ja przecie Maciej Cyferka mam imię i matematyka się mnie ima.
Ostatnimi laty świadomiej przyglądałem się tej zabawie. A to wszystko dzięki … o mój boże Artur Orzech. Bo to on mi się kojarzył z tym programem. I pamiętam takie piosenki jak…
Nie wspomnę już Secret Garden i ich zwycięskie „Nocturn” z połowy lat 90. No można by mnożyć przykłady. I nie zapomnijmy o „Arcade” Holendra Duncana Laurence’a. W ogóle ta Holandia to sprytne w te piosenki jest, bo uwielbiałem De diepte i jej s10 (albo odwrotnie. S10 to chyba artystka. R2D2).
Ojej. Muszę zakończyć wspominki, bo mi do głowy przyszła …
Także festiwal znałem, czasem zerkałem, czasem lubiłem niektóre pieśni. Zorra!
Zmiana nastąpiła w 2022 roku, bo Szwedzi uwielbiają muzykę i ABBA’ę. Oni i Włosi wybierają swojego delegata w drodze konkursu. W Szwecji nazywa się to Melodifestivalen. W 2022 tak nieśmiało zerkałem, ale później to każdy odcinek widziałem. Oni organizują 5 półfinałów i w finale jest ostateczna rozgrywka. Głosują wszyscy – 3 latki i 73 latki. Na koniec kilka krajów europejskich daje głosy.
Eurowizję 2022 obejrzałem już od początku do końca. I wybrałem z 6 fajnych piosenek! Kalush Orkiestra z Ukrainy (zwycięzca), wspomniane S10, portugalka Maro i jej piękne „Saudado, Saudado”, Rosa Linn z Armenii i jej „Snap”, Czesi We Are Domi „Lights off”.
A reprezentantkę Szwecji widziałem nawet na żywo w Ystad rok później. Fajna, kontaktowa dziewczyna – Cornelia Jakobs.
Wracając do Melodifestivalen, w 2023 roku podobało mi się kilka utworów i każdy kto by nie wygrał śmiałoby zawładną Europą. Podobał mi się wtedy:
– Mikrus i Makrus (org. Macrus & Martinus, ale oni tacy drobni, że ja ich tak nazywam. Poza tym ten norweski jakiś dziwny. Wolę szwedzki).
– Linkin Park, czyli Smash Into Pieces „Six Feet Under”
– L’oreal (uśmieszek) “Tattoo”
Od razu jak Loreen wygrała swój odcinek, to moi znajomi zaczęli bookować hotele w Sztokholmie. Dwa weekendy, bo nie wiedzieli, kiedy dokładnie będzie Eurowizja 2024. Byli pewni, że Szwedka pokona bliźniaków z Norwegii i wygra Melodifestivalen. I tak się właśnie stało. Obawy były już w maju związane z tym, czy Europa polubi i masowo zagłosuje na Fina i jego „cha cha” i sprzątnie Loreen kryształowy mikrofon sprzed nosa. Ufff. Głosowała. Ale nie aż tak. Po odebraniu lauru-mikrofonu, kiedy wiadomo było, że Eurowizja 2024 odbędzie się w Szwecji, ceny hoteli w stolicy tego kraju poszybowały szybko. Zorra!
Suzi nawet zapisała się do fan klubu Eurowizji, bo miała nadzieję, że jako członkini będzie miała pierwszeństwo w zakupie biletu. Nie miała. Bilety było ciężko dostać. Ale udało się. No i oczywiście po raz kolejny coś tam w Sztokholmie nie wypaliło i konkurs zorganizowali w Malmo!
Wspomnę jeszcze polski akcent z ubiegłego roku. Mnie się Blanka podobała. Pisałem już o tym. Fajna, wesoła dziewczyna. Nogi do nieba. Piosenka wakacyjna, lalalalala. I zdecydowanie uważam, że Jann był tragiczny w preselekcjach polskich. Nie rozumiem tego zbulwersowania. Sapiący chłopak vs nieumiejąca śpiewać dziewczyna.
W tym roku to samo – wielkie mecyje, że Justyna nie wygrała. Hm, nie podobało mi się to w ogóle. Fatalny angielski. Loreen wygrała już, drugi raz taki utwór nie przejdzie. Luna była lepsza, ale też uważałem, że piosenka taka o 10 lat spóźniona. My jesteśmy dobrzy w Eurowizję, ale zawsze o krok do tyłu jesteśmy z tymi piosenkami. Jak wygrał ukraiński Norweg z „Fairytale”, to rok później nasz na podobną modłę się zaprezentował.
pokazałem Justynę Steczkowską i Lunę moim szwedzkim przyjaciołom i stwierdzili zgodnie, że Luna ma spore szanse. Niestety, półfinał jej się nie udał. Kiepsko wypadła. Nie było jej słychać. To samo w drugim półfinale spotkało Dunkę Sabę i jej „Sand”. Fajny, zgrabny utwór, ale na żywo nie wypadło dobrze.
W 2024 roku myślałem, że norwescy bliźniacy nie wygrają Melodifestivalen. Byłem pewien, że albo Maria Sur, albo Jacqline wygra. Zorra!
No jeszcze nie taki ostatni był Liamoo „Dragon”. Kim Cesarion „Take My Breath Away” też miły dla ucha (ale przepadł w półfinale). Ale wygrali norwescy bliźniacy – Mikrus i Makrus. Byłem pewien, że wygrają później całą Eurowizję, choć z drugiej strony wiedziałem, że nikt nigdy nie obronił tytułu (przynajmniej w ostatnim 30-leciu).
Także uczestnicy wybrani. Czekaliśmy na maj. Z biletami w dłoni. Suzi zaproponowała, żeby iść na próbę generalną finału, a sam finał obejrzeć u nich w domu. Zgodziliśmy się.
W Malmo cały tydzień był festiwalowy, ale niestety w cieniu konfliktu Izrael-Palestyna. I to dużym cieniu. Miasteczko festiwalowe zorganizowano w Folkets Park, do którego można dojść uliczką o przemiłej nazwie … Gaza Street. Uroczy też był Palestyna Rondel (rondo). Niestety, czuć było coś w powietrzu. Widać też było policję albo wojsko na dachach pobliskich bloków. Policję ściągnęli z Danii i Norwegii. Bali się o bezpieczeństwo. W tym parku też było niby festiwalowo, ale jakoś tak dziwnie spokojnie. Gwiazd też tam nie było za dużo. Szkoda, bo Szwedzi umieją się bawić i są bardzo pogodni.
W tygodniu festiwalowym odwiedziłem muzeum ABBA’y
oraz spotkałem …
Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale jestem patronem Radio 357. Uwielbiałem Trójkę, uwielbiam teraz Radio 357. Jest najlepsze. Kiedy słuchałem sobie Stonowania w niedzielę i pani prowadząca powiedziała, że za tydzień będzie zastępstwo, bo wybiera się do Malmo na Eurowizję, to pomyślałem sobie „o-o. może się spotkamy?”. I się spotkaliśmy. W Folkets Park, w dniu, kiedy Robin S występowała, zerknąłem sobie w bok i zobaczyłem Olę Budkę. Przepraszam, panią redaktor Aleksandrę Budkę. Chwilę się krygowałem, czy podejść, bo nie lubię się narzucać. Ale stwierdziłem, że się narzucę. Nawet mam pamiątkowe zdjęcie. Bardzo sympatyczna osoba. Szwedzi się pytali mnie później kto to. Wyjaśniłem. Opowiedziałem o tym, co się stało w maju 2020. Jak niedobra pani Baba Jaga z Zarządu Polskiego Radia zamiotła swoją miotłą fajnych ludzi z Trójki i jakich to szkód narobiła. Zorra!
Do Malmo Arena wszedłem szybko. Ale przypadkiem. Irena stała w długiej, zakręconej kolejce. Takiej na godzinę. Spotkaliśmy się z nią i sobie staliśmy. Musiałem nagle pójść za potrzebą. Postanowiłem więc wyskoczyć do Emporii (galera handlowa kilka kroków od Areny). Wracając zobaczyłem pustą bramkę. Zapytałem się innych, czy to jakieś VIP wejście jest, czy plebs też się może przecisnąć. Nikt nie wiedział. W takich sytuacjach nauczyłem się, że na bezczelnego się wchodzi. Zorra! To znaczy z pewnością siebie. Nie należy się wahać i rozglądać, bo od razu wiadomo, że ktoś się prześlizguje!
W środku Areny fajnie. Nie było tłoczno. Ciekawe było, że można było kupić alkohol normalny, bo bardzo często na festynach czy imprezach masowych albo nie ma, albo jest słaby alkohol. W Szwecji, w normalnych sklepach możesz kupić alkohol tylko do 3,5%. Nawet piwo, które w Polsce normalnie jest 4 czy 5%, to tam jest max 3,5. Jak chcesz coś mocniejszego, to zapraszamy do System Bolaget. W Utah było znacznie gorzej, bo Liquor Store na każdym rogu nie był.
Także siedliśmy na naszym miejscu. Efekt WOW został osiągnięty piorunem. Szalenie mi się podobało. Z Suzi poszliśmy zamoczyć pyszczek ekskluzywnym trunkiem, a Irena i Robert zostali na widowni. Wiadomix, starsze państwo.
Na szczęście Irlandka nie pojawiła się na próbie generalnej. Zaprezentowano ją z odtworzenia. Matko boska, to chyba najgorszy utwór jaki kiedykolwiek słyszałem. Córka Szatan i jej szatanizmy na scenie. Koszmar. Holendra zdyskwalifikowanego też nie opłakiwałem. Ta piosenka (Europapa) nie była nagrana dla mnie. Ale oczywiście jak go wyrzucili z konkursu, to głosy się podniosły, że wygrałby, bo taki wspaniały utwór. No nie jestem taki przekonany.
Samo show zrobione na światowym poziomie. Ale ewidentnie było to show telewizyjne. Słychać miejscami było tak sobie. Loreen, która wystąpiła na koniec brzmiała, jak miauczący kot. Wszyscy ewidentnie wdzięczyli się do kamery. Widownia dla nich nie była aż tak istotna. Artyści mieli odśpiewać piosenkę i wypaść dobrze w telewizorze. Prowadzące też dosyć sztywne. Choć Szwedzi twierdzą, że Petra Mede wypadła ok. No widocznie takie poczucie humoru mają. A Malin Akerman wyglądała ładnie i czytała z promptera poprawnie. W tym roku odniosłem mocne wrażenie, że to nie jest festiwal piosenki. To jest festiwal pokazów scenicznych. Kto lepiej i dziwniej się zaprezentuje, ten ma większe szanse. Rammstein, to znaczy Baby Lasagna z Chorwacji nie porwał mnie. Irena mogła go nawet gościć u siebie w domu, bo artysta się integrował z mniejszością chorwacką, a kuzynka Ireny w jakimś zespole pieśni i tańca chorwackie Mazowsze się udziela. Baby Lasagna miał jakąś foto sesję pod Turning Torso i kuzynka nawet dzwoniła do Ireny, ale ta akurat zasnęła, nie odebrała i Baby Lasagna nie miał szansy podziwiać Malmo z 47 piętra. A szkoda, bo fajny widok. 57? 47? Nie pamiętam.
Szkoda mi było Izraelki. Dziewczyna lat 21 bardzo dzielnie zniosła gwizdy i buczenie. A piosenka była całkiem zgrabna.
Portugalka mnie urzekła, porwała, zahipnotyzowała. Piękny to język. Sam nie wiem jak to się stało, ale od początku do końca wysłuchałem występu w bezruchu.
Ukraina, jak zwykle na plus. Niemiec bardzo ciekawy, ale chyba to nie piosenka na festiwal. Może chłopak zrobi karierę, bo głos fajny, piosenka dobra. Disco też lubię. I rave’owe klimaty też. Także Cypr i Austria mocno na plus (wróciły wspomnienia z lat 90.). Francuz z bardzo dobrym głosem. Francuski też dobrze się w piosenkach prezentuje. Szczególnie w balladach.
Szkoda mi było Norwegów reprezentujących Szwecję. Naiwnie spodziewałem się wygranej. Ok, ok, nie było szans na powtórkę. Ale 9 miejsce to zdecydowanie za nisko.
Uważam i powiem to śmiało, że ABBA pokazała środkowy palec swojej ojczyźnie. Uważam, że Król i Królowa powinni ich wygnać z kraju (o ile ktoś oprócz Agnethy mieszka jeszcze w Szwecji). Gdybym ja w 1974 był nieznanym w Europie i takim przeciętnie znanym artystą w swoim kraju i dzięki zwycięstwu dorobił się na wielu płaszczyznach, to bym się pojawił po 50 latach w domu i podziękował. Awatara bym nie pokazywał. Rozumiem i doceniam, że w pewnym wieku głos już nie ten sam i nie ma co męczyć widowni, ale zwykłe „Tack/Thank you” mogli byli powiedzieć. A tak, to dwie panie Szwedki, laureatki sprzed lat, zaśpiewały z Conchitą Wurst przebój ABBA’y (nie wiem co tam robił Austriak). Także ABBA u mnie nie grała, nie gra i grać nie będzie. Zorra!
Wracając do finału majowego. Najbardziej ciekawym występem był, jak dla mnie, Anglik, Olly Akexander z zespołu Years & Years. Wizualnym występem. Akcja działa się w … toalecie. Raz z boku, raz do góry nogami. Ciekawie to zrobili w telewizorze. Ale nie będę zdradzał co się działo naprawdę na scenie. Tajemnica eurowizji. Wszyscy spodziewali się, że wysoko Anglik będzie, bo przecie Years & Years hity miał i Europa ich zna. Ale piosenka była mocno średnia. Ludzi nie porwało – jury co prawda dało im 13 miejsce, ale widzowie przyznali im 0 punktów. Finalnie 18 miejsce (na 25 krajów).
Za nim o tym, co mnie urzekło i co mi teraz gra, to powiem tak – na Eurowizję się już nie wybiorę. No chyba, że w Polsce się odbędzie. To może wtedy. Przeżycie niesamowite, ale chyba tylko na raz. Nic dwa razy się nie zdarza – jak pisała nasza noblistka. Warto zobaczyć jak takie telewizyjne show powstaje. To polecam każdemu. Bo co innego widać na scenie, a co innego w tv. Wszystko musi był zsynchronizowane, bo każdy przecie ma inną scenografię. Zorra!
No właśnie, Hiszpania mnie urzekła, oczarowała. Ponoć sporo Hiszpanów było na widowni, bo zdziwiło mnie jak mocno słychać śpiew widowni. Ale w sumie sporo Szwedów wybiera Hiszpanię na drugi dom i miejsce urlopów, to w sumie czemu nie. No i w sumie dwa dni po Eurowizji polecieliśmy na krótkie wakacje do … Barcelony.
hejsan! Dawnom nie pisał, bom jakiś taki pozbawiony weny był. Ale co słonko widziało? Sporo.
Ale zacznijmy od końca. Od kilku wyborów mam zawsze taką naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że *** już nie wygra. Słodkokwaśna zawsze mówił – co ty pierdolisz, *** wygra!
(a trzeba wiedzieć, że Słodkokwaśna daleka od popierania *** jest. No kolega po prostu mocno stąpa po ziemi).
Aha, używam 3 gwiazdek, bo jest cisza wyborcza i nie wiem, czy można agitować lub wręcz od-zachęcać.
Tym razem jednak mam realną nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Że jeśli nawet *** wygra, to już rujnować kraju nie będą. Obejrzałem filmik 10 października z udziałem szefa komitetu ds. Bezpieczeństwa. Mały, bezkarny człowiek. Miałem złość i łzy w oczach. Policji rozkazy wydawać może tylko komendant. Nie jakiś szef, czy nawet premier – tak to może podsumuję.
Mam szczerą nadzieję, że to będzie bardzo dobra noc dziś.
Kiedyś byłem fanem koła fortuny. Tak gdzieś na początku lat 90.
A co poza tym? Obwieszczam z dumą, że w lipcu, po bez mała 18 latach, zostałem wolnym człowiekiem. Bez kredytów. Wymediowałem sobie mój kredyt frankowy. Powiem tak. Może i zyskałbym więcej, gdybym się poszedł (c)handryczyć w sądzie. Ale:
– po pierwsze, primo – nie chciało mi się
– po drugie, primo – kredytodawca to w sumie mój pracodawca. A rączki, która karmi nie kąsamy … mocno
– po trzecie, primo – kwota wynegocjowana była akceptowalna
– po czwarte, primo – chciałem mieć jak najszybciej świetny spokój!
Także sast-prast, kilka złociszy od razu przelałem na rachunek mojego kredytu i pognałem do sądu po uroczyste wykreślenie banku z mojej księgi wieczystej i hipoteki.
Tak przez pierwsze dwa miesiące cieszyłem się wolnością, że stwierdziłem, że żadnych już kredytów nie chcę. Ale … bo zawsze jest jakieś ale, zacząłem tej jesieni zaglądać w internet i sprawdzać, co tam się na rynku mieszkań pojawia. No może, może … może się jakaś dodatkowa komnata pojawi w końcu. Bo na razie drugim pokojem w moim gnieździe jest łazienka (bathROOM).
Tak, to będzie bardzo dobra noc!
Z innych ciekawostek, to Szwecja na tapet była brana. Spełniłem swoje kolejne marzenie – odwiedziłem Fjallbackę!!! Jako wielki fan Camilli Lackberg, w końcu mogłem pojechać i zobaczyć, gdzie to się wszystko dzieje. Heh, fajne rozczarowanie. No może nie jakaś tam gorycz czy nieukontentowanie (cholera, trudny wyraz), ale nie tak to sobie wszystko wyobrażałem. Widziałem nawet kilka ekranizacji produkcji szwedzkich i tam Fjallbacka jawiła się dosyć wiejsko, zaściankowo. W książkach z zapartym tchem czytałem o niebezpiecznych jazdach samochodu lub podziwiałem wielki hotel/spa. Hehehe. Fjallbacka jest urokliwa. Wąskie uliczki. Domek przy domku. Jak się oni ścigali po tej mieścinie? Duży hotel, to taki duży domek. A biblioteka, w której główna bohaterka często jeździła dowiadywać się o tym, czy owym, to taki mały budyneczek. Ale klimat, widoki zachwycające. Udało mi się wdrapać na górę, więc podziwiać okazję miałem i Fjallbackę, i archipelag.
Z innych dodatkowych atrakcji, to odwiedziłem pierwszy sklep IKEA w Älmhult. Teraz tam jest muzeum IKEI. Obok jest też hotel IKEA. Miejsce fajne. Nie mam tak długich tradycji kupowania w tym sklepie, ale muzeum bardzo na plus. I muszę szczerze powiedzieć, że w restauracji było bardzo dobre jedzenie. Inne niż w sklepach normalnych i smaczniejsze.
Pod koniec czerwca zapisałem się w Warszawie na kurs szwedzkiego. Intensywny. Stwierdziłem, że jak tak jeżdżę i rozmawiam z tyloma znajomymi, to może po szwedzku dałoby się pogadać? Oczywiście to taka moja fanaberia, bo wszyscy mówimy po angielsku, ale człowiekowi się lubi w głowie poprzewracać. Kurs nie wypalił. Nie zebrało się 4 chętnych. Postanowiłem znaleźć lektora przez stronę italki.com. Pierwszym nauczycielem był taki skrzat Magnus z północy. Zaznaczam, że zapisałem się na lekcje dla początkujących. Ale Magnus do mnie coś napisał po szwedzku na Skajpie i ja mu w języku Wikingów odpowiedziałem. Zaczął do mnie po szwedzku mówić cały czas. Ale wolno. Coś na zasadzie piiiiłkaaaa … do metalu. Dał mi jakiś komiks do przeczytania. Zapytał się, czy coś rozumiem. Powiedziałem, że tylko „jag” (czyli po polsku „ja”). Komiks to niby jakiś czarny humor. Hmmm. Jakoś nie rozbawił moich szwedzkich znajomych. Magnus liczył sobie około 12 dolarsów za lekcję. Nie zachęcił mnie do kontynuacji. On sam nie zabiegał o nowego klienta.
Znalazłem polski portal buki.org.pl. I tam znalazłem jakiegoś Polaka. Przed lekcją wysłał mi kilka stron książki. Zaczęliśmy od piątej strony. Okazało się, że wszystko jasne. I tak skakaliśmy ze stronę na stronę. Coraz dalej. Chłopiec w pewnym momencie kompletnie nie był obecny duchem na lekcji, bo o coś go pytałem i cisza. Fakt, że w między czasie dzieciak w tle płakał. Może poszedł go uspokajać. Za 30 minut kompletów policzył sobie 50 zł, a za normalną lekcję chciał 70 zł. I już się umawiać chciał na kolejne spotkania. Także żyłka handlowa lepsza niż u Szweda. Ale szybko ostudziłem jego zapędy i powiedziałem, że chwilę potrzebuję na decyzję. No jak mam wybrać kogoś, to wolę zapłacić mniej i jeszcze dostać native speakera, a nie jakiegoś farbowanego lisa.
Wróciłem na italki i wybrałem Szwedkę. Od razu powiedziałem jej, że nie umiem po szwedzku i chcę się nauczyć do konwersacji. No miła dziewczynka ze Sztokholmu była, ale kompletnie nie miała pomysłu na naukę języka na poziomie A1 (a tak miała w profilu i ja na taki poziom się zapisałem). I uwaga! Jakaś farbowana Szwedka z niej! Nie wiedziała, kto to Camilla Lackberg, Henning Mankell oraz Stieg Larson!? To tak, jakbym ja nie wiedział, kto to jest JP2, czy RL9! Farbowana Szwedka!
Także kasa w portfelu. Wracam na instagrama i nadal obserwuję profile z nauką języka szwedzkiego. Może faktycznie pobrać jakiś app do nauki języków? Kiedyś coś pobrałem do nauki włoskiego.
Koleżanka z pracy obiecywała mi wysłać książkę do nauki szwedzkiego, bo jak była na studiach to pojechała na Północ w ramach wymiany i się uczyła. Czekam od lipca … 2022. No może lada dzień.
jestem taka gapa. Do gruzji się od lat wybieram i jakaś sójka jestem. Nie byłem. A wszyscy mówili kilka ładnych wiosen temu, że to jest ten czas. Później może być za późno. Także do albanii czmychnąłem w miarę szybko. Po dwóch latach brzdąkania o niej. W październiku nabyłem bilety, chyba w dobrej cenie (nie pamiętam już). Najpierw myślałem tak „oh, ta albania, to dopiero za pół roku”. Później było „eh ta albania, to za dwa miesiące”. A teraz? „Oj, ta albania! Jeszcze tylko kilka dni i powrót”. A się nie chce.
Wylot mieliśmy z Malmo. Bo taniej i wygodniej. Na lotnisku pasażerowie wyglądali jak z … Albanii. I tu muszę przeprosić, że uprzedzony byłem do nacji. Spodziewałem się, że jakieś dziady będą. Na lotnisku wrażenie było całkiem nie zmienione. Nie, nie chcę nikogo obrażać. Lubię takie kraje. Cięgnie mnie doń. Nie wiem, czy to coś na zasadzie syndromu sztokholmskiego, czy po prostu czuję się zjednoczony z krajami postkomunistycznymi, będącymi pod reżimem.
Wizzair oczywiście nas nie zawiódł i lot nam opóźnił. Na szczęście tylko o 40 minut. Ale i tak to było nam nie na rękę, bo wylądowaliśmy po 1 w nocy.
Na szczęście nasz przemiły hotel, za 20 euro, podstawił na kierowcę, który się spóźnił. Ale tylko o 3 minuty. Jadąc do hotelu (ok. 20 minut) popatrzyłem przez okno limuzyny. Hm, kraj różnic i kontrastów. Logo wielkich, zagranicznych korporacji bije po oczach. Te świetne budynki przeplatane były starymi ruderami albo dziwnymi, architektonicznymi dziwolągami. Wtedy to się mogłoby nazywać modern art., ale w czasach komunizmu oczywiście nie nazywało się tak. Sztuka użytkowa pewnie to była.
Zaciągnąłem języka przed wylotem. Akurat koleżanka była. Ale 6 lat temu. To wiadomo, że po tej zarazie to wieczność. Inny świat, inna cywilizacja.
I takie mam wrażenia:
– po angielsku ciężko się dogadać, ale HALO, to nie koniec świata. Dajemy radę. Nie ma problemu. Używamy międzynarodowego języka pięniądza
– zielono
– pieszy niby ma pierwszeństwo, ale … hahahahahaha … jasne
– kontrast/różnorodność
– współczuję rowerzystom. Masakra się chodzi po chodniku. A tu jeszcze dwa kółka cię mijają. Gorzej niż na Manhattanie
– jarają wszędzie. Niestety najbardziej czuć to w knajpach na zewnątrz (w środku nie można palić)
– nie jest tak tanio, jakby mogło się wydawać. Za melona w sklepie zapłaciłem 24 złocisze!!!
– miasto jest bardzo dobrze rozwinięte, jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne. Ławki z usb i darmowym wi-fi. Fajne światła dla pieszych. Ludzie dobrze ubrani. Widać wysoki poziom rozwoju i świadmości.
Hotel mamy z serii B&B. Skromnie, ale czysto i bardzo miła obsługa. Dziewczynka nam doradza we wszystkim. Na ścianie informacyjnej była lista z „6 hot spots”. Do tego dołożyliśmy 15 miejsc, które należy zobaczyć. I ruszyliśmy w miasto.
Polecam Tiranę. Z całego serca. Taka Rumunia, Włochy, Te Aviv. Czasem i Ukraina. Fajna mikstura. Język też osobliwy.
Nastawiałem się również na jedzenie.
Pierwszego dnia, tak ścichapęk wylądowaliśmy w Greek Street Food. Po wejściu do środka od razu pomyślałem, że to taki standard złotych łuków (dla nie kumatych Złote Łuki = Mak). Ale ok, jak się już weszło, to trzeba coś przetrącić. I ku naszemu zaskoczeniu pita z kalmarami i sałatka z awokado okazała się strzałem w 10! Mega smaczne i świeże.
lunch Greek street food
Kolację mieliśmy w bizantyjskich ruinach. No może przesadzam, ale kiedyś tam stał jakiś pałac. Mury tylko się ostały. W środku knajpa na knajpie. Menu dosyć proste, bo wybierasz tylko mięso i kucharz zajmuje się resztą. Można wybrać wieprzowinę, wołowinę, jagnięcinę, kozinę. Przystawki lokalne dostają wszyscy takie samo. Danie główne jest serwowane na dwie osoby. Wzięliśmy wołowe. Dobrze doprawione, chrupiące.
beef main
appetizer 1 ceren
apetizer 2 ceren
apetizer 3 ceren
beef me ceren
Dziś był dzień owoców morza.
Wstawka: Nie muszę chyba przypominać, że ja od czasów spotkania Stefana na Santorini trzymam się jego zasady – zawsze bierz oktopusa!
Lunch w modnej i bardzo ekskluzywnej drzewiej dzielnicy Blloku. Kelner bardzo mało przyjazny. Dziwną minę zrobił, jak zapytaliśmy się czy czynne. Chyba nie było, ale po zrobieniu szybkiego focha oznajmił, że czynne. Ale jedzenie było ok.
lunch Fresco fresh
lunch Fresco salmon
lunch Fresco salad
lunch Fresco shrimp
lunch Fresco octopus
lunch Fresco sea bass
Na kolację zaszliśmy do Varkat 400 metrów od hotelu. Dzielnia mało przyjemna, choć według wszelkich opinii bezpieczna.
I się okazało, że sam szef nas ugościł. Piękną angielszczyzną opowiedział nam całą kartę, także wiedzieliśmy co zamówić. Nie wiem, jak się to stało, ale 9 dań nam wyszło. Za 260 złociszy. Przy okazji dostaliśmy lekcję historii o Tiranie i Albanii. Był kiedyś taki dowcip:
– ile pan ma lat? – pyta się rekruter
– 20 – odpowiada kandydat
– i pisze pan, że ma 25 lat doświadczenia?
– tak, nadgodziny brałem
Varkat bill
Varkat sweet
Varkat octopus
Varkat pasta
Varkat shrimp
Varkat calamari
Varkat mussels
Varkat carpaccio
Varkat fresh shrimps
Varkat salad
Varkat 1
Varkat 2
Varkat starter
Varkat me and Enea
Varkat moustache
Varkat octopus 2
I tu też było coś w ten deseń. Szef kuchni i współwłaściciel ma 28 lat i knajpę prowadzi od 13. Najpierw był to rodzinny biznes, a teraz w kilka osób to prowadzi. Nadal słychać entuzjazm w głosie i przede wszystkim wciąż ma zapał do tej pracy. Oczywiście chłopak samouk. Dodatkowo doradził i odradził na kilka rzeczy. Chciałem jechać do Berat, miasta 1001 okien. Enea Kapaj wzdrygnął się na samą myśl i zaproponował nam zupełnie inny kierunek. Musimy przemyśleć za i przeciw. Oczywiście można się wszędzie autobusem dostać. Kraj jest mały. Ale na myślę o wynajmie auta. Ale w Albanii jest zero tolerancji. 0,01 promila można mieć, czyli trzeba być trzeźwym. Pomyślimy.
Jak na razie jestem zachwycony Tiraną. Świetne miejsce. Serdecznie polecam.
I chyba po raz pierwszy mam uczulenie. Nie wiem tylko na co. Mam wrażenie kataru. Smarkam i ciągam nosem. Do tego oczy by chętnie chciałyby być zamknięte.
właśnie skonstatowałem taką myśl. Właśnie zaczynamy podróż do Albanii. Z lotniska w Malmo. Maluteńki port, sklepików ze trzy. A dziś się okazało, że nawet piwa nie można kupić. Choć nazywanie tego piwem, to duże nadużycie, bo w sklepach sprzedają alkohol tylko do 3,5%. Jak się chce mocniejsze, to się idzie do sklepu monopolowego, państwowego.
Upał nadszedł do Szwecji i cały weekend w krótkim biegałem. I tak się stroiłem do samolotu i pomyślałem, że trzeba długie nogawki przymierzyć. Nigdy nie latałem w krótkich.
Podczas zarazy, latem 2021 stwierdziłem, lądując na Okęciu, wracając z Santorini, że to mój setny lot był. Mało? Dużo? Nie wiem. Ciekawe czy odbyłem już lot o długości „to the moon (and back)”. Dziś tak sobie kalkuluję, że to chyba 150 wojaż powietrzny będzie. Albo może 150 któryś?
Zawsze się zastanawiam, jak ludzi mogą latać w krótkich spodenkach i w klapkach? Ja zawsze widzę jakieś zarazki. Mnóstwo zarazków. Po tej pandemii jakoś bardziej się wyczuliłem na czystość, szczególnie w samolocie. Klapę w toalecie podnoszę butem. Do ręki tego nie wezmę!
No to lecimy. Jestem ciekawy tej Albanii, dlatego wziąłem lapsa, żeby skrobać blogi. 80 000 leków kupione.
Wczoraj odbył się social event of the year! Szwedzi mają fioła na punkcie Eurowizji, a jak uczestniczka ich ma duże szanse na wygranie, to już w ogóle jest ekstaza. Na imprezie mieliśmy reprezentantów: Szwecji, Polski, Chorwacji, Serbii, Niemiec, Szkocji/UK. Mieliśmy jeszcze flagę Norwegii, ale kolega miał rodzinną imprezę i nie mogli uczestniczyć.
Oczywiście najgłośniej było o Szwecji, Finlandii i … Polsce. Zaszczepiłem im ten nasz hit „bejba”! Impreza trwała sobie w najlepsze. Utwory raczej mało porywające. Fiński hit faktycznie nie został napisany dla mnie. Ale Blanka wypadła bardzo dobrze! Nogi do ziemi, 23 wiosny, usta zrobione, wszystko ma na miejscu. No po prostu „bejba”.
Po ogłoszeniu wyników nastąpił dziki wrzask i szał. Brzmiało to jak zarzynana zwierzyna. Goście się rozeszli i zostaliśmy w piątkę – Polska, Szwecja, Chorwacja, Niemcy. I się zaczęło! Darcie się na całe gardło, tzn. śpiewanie. Naśladowanie występu Loreen – ja i Irena weszliśmy pod stół i się zaczęliśmy wić, jak szwedzka laureatka.
Dziś sprawdziłem, że decyzją tylko samych widzów z całego świata, nasza Blanka byłaby 8!
Ustaliliśmy, że za rok jedziemy do Sztokholmu, na Eurowizję 2024. Autem pojedziemy, to będę mógł założyć krótkie gatki! Ju hu hu
czyli 5 mrówek to więcej niż 4 słonie. Prosta matematyka. Szwecja dla mnie też jest jakaś prosta. Choć niektórzy Szwedzi życzyliby sobie więcej stanowczości ze strony policji.
Jakiś pan spalił książkę religijną, Koran bodajże. Ponoć można w Szwecji różne tomiska niszczyć. No i lokalni wyznawcy islamu wszczęli zamieszki. Policja bezradna, bo nie można uchodźców i innych nacji atakować. Część szwedzkiego społeczeństwa domagało się choć armatek wodnych użycia.
No cóż, polska milicja też do światowej czołówki nie należy. Kompromitujące filmiki polskiej policji za czasów PO krążą po sieci. A dzisiejsza milicja tylko domku na Żoliborzu umie pilnować.
Zaczynam poznawać Szwecję i Skandynawię ogólnie. Już niejeden rytuał przeżyłem i doświadczyłem.
Picie tego ciepłego wina w grudniu – Glöggmingel – uznałem za bardzo fajne towarzyskie wydarzenie.
Lucia, czyli święto świętej Łucji jakoś mnie porwało. Widziałem dziewczynki na biało ubrane ze świeczkami na głowie. Ale ktoś nie pomyślał o nagłośnieniu. A ponoć umieją ładnie śpiewać.
Fika – kolejne towarzyskie zjawisko, a raczej tradycja. Przerwa od pracy to świętość. A fika to właśnie przerwa na kawę w towarzystwie czegoś słodkiego. Wtedy jest czas na luźne rozmowy między obowiązkami.
Przede mną jeszcze Midsommar 24 czerwca.
No lubią się Szwedzi bawić.
Pisałem już kilkukrotnie, że największy fanem Camilli Lacberg jestem. Oczy już wypłakuję, bo zmierzam ku końcowi z sagą o Fjällbace z Patrikiem Hedströmem i Eriką Falck. Czarownicy zostało już bez mała 100 stron! Ale jakieś światełko w tunelu widzę, bo Szwed mi jeden uprzejmie doniósł, że Camilla wydaje nową pozycję o przygodach sympatycznego małżeństwa z wioseczki nadmorskiej! Nie mogę się doczekać premiery, jak i od dawna wymarzonej podróży do Fjällbacki. Mam obiecany roadtrip po Szwecji. Muszę prędko się języka podszkolić. Idzie mi jak krew z nosa, bo cholernie dziwny do wymawiania to język.
I właśnie w ostatniej książce Camilli wypowiedziana jest fraza – fem myror är fler än fyra elefanter.
Ponoć to program dla dzieci z lat 70-tych. Taki ni to teleranek, ni to Pan Tik-Tak. Podczas obecnego wojażu na północ Europy, zaprezentowano mi jeden odcinek tegoż … programu dla milusińskich. Nie dziwię się, że program tylko dwa lata się utrzymał na wizji! Jeśli ja, lat … 29, wystraszyłem się, to co te biedne dzieci miały powiedzieć? Ten pan prowadzący, taki jakiś nieprzyjemny w odbiorze. Brrr. Nie dało się oglądać. Ale fakt, 5 mrówek, to więcej niż 4 słonie.
Kolejny rytuał, który miałem przyjemność przeżyć, to sobotnie palenie ogniska – Noc Walpurgii (Valborgsmässoafton). Jak to piszą mądrzy dziś – Współczesna wersja Nocy Walpurgii to klasyczny synkretyzm religijny. No raczej.
Kiedy chrześcijaństwo dotarło do Szwecji tej właśnie nocy, z 30 kwietnia na 1 maja, wiedźmy miały lecieć na miotle na spotkanie z diabłem. Wielkie ogniska i wykonywane przy tym pieśni oraz hałasy miały wiedźmy i złe moce odstraszyć. Dziś Valborgsmässoafton jest w Szwecji swoistym powitaniem nadchodzącej wiosny i przegonieniem mroków nocy polarnej. Czyli taka nasza marzanna.
A propos wiedźm, to właśnie w tej mojej Czarownicy (Häxan) akcja co jakiś czas przenosi się do 1672 roku. Opisywane jest między innymi polowanie na czarownice. Wrzucić do wody, jak się unosi, to czarownica. Wyławiali i albo stos, albo więzienie.
Cholera, ja już kilkukrotnie ostatnio robiłem ten test na basenie i wychodzi mi, że wiedźm jaki jestem, czarownik znaczy!
Także podbijamy w sobotę na górkę, żeby lepiej ogarnąć całe wydarzenie. Stos gałązek jest, jakiś pan podlał czymś. Czary-mary i ognisko płonie. Jakieś niewiasty chyba śpiewały, tak wniosłem po ruchu warg i ciała. Zeszliśmy na dół i niestety organizacyjnie słabo to wszystko wyglądało i brzmiało. A dziewczyny głosy miały całkiem przyjemne.
Stoimy więc przed ogniskiem. Podziwiam rytuał. Nagle ktoś mnie klepie w ramię. Kątem oka widzę jakąś starszą panią z panem. Pomyślałem, że może rodzice Szwedów. Ale nie, nie znam kobiety. Pani zawzięcie perorowała w swoim języku. Z tonu wynikało, że oburzona jest i ma jakąś pretensję do mnie. Płynie kobiecina mówi, całkiem zgrabna wypowiedź jej wyszła. Poczekałem grzecznie aż skończy i odpowiadam przejęty szczerze – nie mam zielonego pojęcia co pani do mnie mówi. Nie znam szwedzkiego.
Panią lekko przytkało, ale rezonu nie straciła. Rezolutnie przetłumaczyła na angielski swoje myśli i zachowanie. No foch, pretensja, oburzenie, że ja, taki wysoki tu stoję i im zasłaniam widok. Zbaraniałem. Ale uśmiecham się i mówię – wystarczyło powiedzieć „przepraszam” i bym panią przepuścił. Baba dalej coś nawijała, ale nie słuchałem już jej. Odsunąłem się, dając im miejsce mówiąc, że dobre maniery by się przydały na przyszłość.
No kurczaczki! 5 mrówek to faktycznie więcej niż 4 słonie!
Obsmarowałem mój telefon ostatnio i dziś kara nastąpiła. Mój iPhone się zemścił. W Terorze! Zabrakło interentu. Nie chciał się łączyć i pomagać nawigować. Może się zagrzał? Bo nawet muzyki nie chciał grać. A internet nigdy nie był potrzebny do umilania mi czasu.
Sprawdzam sobie teraz moje konto w Plusie i widzę, że jeszcze 1,47GB w roamingu mam. Może bierze dane jak z Afryki? Bo w sumie blisko?
O ile wcześniej narzekałem na Las Palmas i bałem się mówić mojej wycieczce, że jestem tu po raz trzeci – pierwszy, ostatni i po raz ostatni, to dziś stwierdzam, że jest bajkowo. Dzisiejszy dzień najbardziej bajkowy. Nie dlatego, że dziś kończę … 29 lat … znowu. Ale dlatego, że byłem w niebie i to kilka razy.
Już wcześniej zachwycony byłem wycieczką na południe wyspy. Ale myślałem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. No właśnie, wiosna. W Polsce chyba nadal zima. Nie chce się wracać.
Początkowo mieliśmy wziąć na cały tydzień auto. Wykalkulowaliśmy, że z paliwem, parkingiem i najmem wyjdzie nam 300 euro. Jak się podzieli na głowy, to nie tak dużo. Tylko chętnych do prowadzenia maszyną nie było. Co prawda w Hiszpanii tolerancja wynosi aż 0,5 promila, ale nadal nikt się nie kwapił. Także było taxi z lotniska, autobus na południe.
Wczoraj taka szybka burza mózgów i przy pomocy map gugla szybko ustaliliśmy trasę. Auto pan nam wynajął za 46 euro z groszem. Za paliwo wyszło bez mała 19 eurasków.
Właśnie! Wczoraj na kolacji zaglądnąłem do mojego kantorku, żeby kupić hajsy, co by za kolację zapłacić. Oj, oj, motyla noga. Kurs, że kacze pióro!
Traskę taką ustaliliśmy.
I cóż mogę powiedzieć? Bajkowe widoki. Miasteczka przecudne – Agaete, Teror, Tejeda. Taka właśnie Hiszpania, jaką miałem w wyobraźni.
Drogi kręte. Auto pali jak smok. Po 100 km zatankowaliśmy 15 litrów i w sumie 165 km zrobiliśmy, czyli jakieś 9 pali. A to KIA Rio, czy coś takiego. Biały.
Kręte drogi na myśl przywiodły mi stare, dobre czasy. Wrzesień 2009 roku, kiedy to z Ulą zwiedzaliśmy Californię – San Francisco i Yosemite oraz luty 2010, kiedy to z Państwem z Europy na K. przemierzaliśmy … Californię, ale okolice Indian Wells. Kręto, strasznie, pysznie. Przygoda. I teraz też.
Jestem zauroczony wyspą.
Zastanawiam się, kto w ogóle mieszka w tych miejscowościach. Zajechaliśmy do Ageate dosyć wcześnie, więc tylko kilku lokalsów było i piło kawę. Ale w innych miejscowościach? Takie maluteńkie, że nawet psów nie ma, żeby mogły wiadomo czym szczekać.
Ale pięknie. W zachwycie jestem i chyba nie po raz trzeci tu byłem. Wiem na pewno, że Las Palmas sobie będę już darował. Choć wczoraj wylądowaliśmy w oceanarium. Wydawało mi się, że raz dwa przeszliśmy obiekt, a tu się okazało, że z 90 minut się bawiliśmy. Fajne te zbiorniki wodne. Zastanawiają mnie połączenia rekinów z takimi małymi, tłustymi, smacznymi rybkami. Nie gryzą się. Ula i ja twierdzimy, że to dlatego, że karmią dobrze, to nie muszą atakować. Z innych stworków miłych dla oka, to piranie czerwonobrzuszne wyglądały interesująco.
Północna trasa dziś okazała się udana. Zdjęcia chyba wrzucę ot tak, bez ładu i składu, bo za raz na kolację lecimy celebrować 7 marca. I żeby nie było, trenowałem dziś troszkę!
I co za historia!
Wybraliśmy się na kolację z okazji 7 marca. Wysłałem iMasaż do pani prof. ze Szczecina. Na zdjęciu byłem ja i kaktus, bo jej stary jest kaktusiarz. I co się okazuje! Ta mi odsyła zdjęcie z … kaktusem. A później z mapką, gdzie jest! Daliśmy plamę życia. Ona w Maspalomes, a ja w Las Palmas. Ona dziś w Las Pal Palmas, a ja dziś na wycieczce. Oj szkoda.Będziemy mieli co wnukom opowiadać …
przepraszać z wyspą. Las Palmas to nie moja bajka, nie zamierzam raczej tu wracać. Ale!
Dziś pojechaliśmy na południe wyspy i … jak ręką odjął! Słońce, żar lekki, ale zauważalny. Wakacje, przygoda.
Autobus jedzie w miarę szybko. Coś koło godziny, z czego ponad 15 minut to kręcenie się po Las Palmas. Siedzenia w pierwszym rzędzie nie polecam, bo panowie jeżdżą dosyć brawurowo jak na mój gust.
Wysiedliśmy w San Agustin, bo znajomi znajomych mieszkają.
Kolega kolegi od wczoraj albo dwóch dni jest na emeryturze (choć lat jeszcze nie ma) i zamierza spędzić ją pomieszkując to tu, to w Szwecji. Eh, czy ja takiej emerytury dożyję? Fajny taki mały apartamencik. Niewielka łazienka i kuchenka. Salon nawet spory i sypialnia. Do tego balkon/taras. I widok obłędny – niebo, ocean. Mieszkanie na ostatnim … piętrze, więc nikt im niczego z góry nie będzie rzucał. Przyszliśmy z pełnymi rękami – cava, wino lokalne i truskawki. Pocziloutowaliśmy się na balkonie/tarasie, pogwarzylim nie mało i ruszyliśmy nogami do Playa Del Ingles. Spacer fajny, wzdłuż oceanu.
Zjedliśmy pyszny lunch (ja krewetki i rybka) i pochlapaliśmy się w wodzie.
To znaczy ja się pomoczyłem, bo chętnych więcej nie było. Woda pioruńsko zimna. A jak wiadomo – zimna woda = małe cojones. I faktycznie, zgodnie z przestrogami, fale były dosyć mocne. Ledwo ustawałem prosto, kiedy jakiś bałwan atakował mnie. głowy nie zamoczyłem. Oj nie.
Po wyjściu z wodu, dla szybszego osuszenia, pomachałem sobie rączkami i powyginałem śmiało ciało. I znowu mi jakaś Macarena wyszła. Eh.
Po pluskaniu się weszliśmy na pustynię. Wydmy faktycznie robiły wrażenie. Wiadomix Sahara niedaleko. Spore pagórki, wydawało się, że nie do przebycia i ciągnące się są w nieskończoność.
Zostawiłem na plaży odcisk i ruszyliśmy do domu. Hm, teraz tak patrzę, że strasznie dużo selfie albo zdjęć sobie kazałem zrobić. Hm. Dziwne.
Las Plamas faktycznie ma jakiś mikroklimat. Wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów na południe i od razu słońce się robi. Jak wracaliśmy, to jak ręką odjął, ze słonecznej aury zrobiło się szaro, buro.
Ciekawy bar znaleźliśmy po drodze do hotelu. Volga się nazywa. Karta drinków długa, ale prosta. Jedna połowa, to drinki na ginach, a druga na rumach. Połasiłem się na marokański gin z tonicem. Fajny! Ale oprócz napitków uwagę przykuły ściany, a dokładnie portrety nań. Zwierzęca familia.
Aha. Wydaje mi się, że jestem w jakimś twilight zone. Tylko w naszym pokoju hotelowym, i to nie zawsze, telefon pokazuje mi odpowiednią strefę czasową. W innych częściach przybytku widzę czas madrycki (czyli godzinę do przodu). Dziś się zerwaliśmy na śniadanie. Pogoniłem towarzystwo, kiedy na zegarku w telefonie zobaczyłem 8:50. W windzie okazało się, że restauracja jeszcze nieczynna, bo od 8 zaczynają.
Nie wiem, coś mi ten iPhone się psuje. Chyba czas na niego nadszedł. A szkoda, taki ładny, amerykański. Sylwester 2017 pamiętam jak dziś. Zakupy w Garden State Plaza. Eh, czas leci. Za każdym razem wzbraniałem się przed zakupem nowego modelu, ale zawsze niefortunne wydarzenia powodowały spustoszenie mojego portfela. Miałem iPhone 6S. Dmuchałem, chuchałem na niego i co? Kraksa rowerowa. Mam X i co? Kilka upadków spowodowało, że coś szwankuje. Widzę to teraz bardzo dobrze. Bateria w 2 godziny drastycznie pada. W czwartek wróciliśmy do hotelu z 9% baterii. Po 3 minutach ładowania zobaczyłem 39%. I tak jest już cały czas. Bateria traci moc, ale bardzo szybko ją odzyskuje, jak podłączę do źródła. No nic, trzeba będzie się rozejrzeć za nowym. Eh, wydatki i wydatki.