Tag: kuchnia (Page 1 of 3)

a to jednak był dziadek, …

a nie tata! Przez całe życie myślałem, że to ojciec dał jej psa!

Wrzucałem ja ci ostatnio story na insta z pysznym słoiczkiem kimchi od pana słoiczka kropka pl. Okrasiłem to szlagierem małej Natalki. I wielce się zdziwiłem, bo …po pierwsze primo – insta music ma ten hit w swojej bazie i po drugie … primo – ona śpiewa jednak, że to dziadek dał jej psa! Puszka Okruszka! Puszka Kłębuszka!

 

Kilka razy pisałem jaki to ja jestem perfekcyjny pań domu. Że lubię na szmacie jeździć, szorować, pucować. Kilka razy też ogłaszałem wszem i wobec o moim podnieceniu, jak przypadkiem na tik toku zobaczyłem, że piekarnika drzwiczki można rozkręcić i wyczyścić w środku. A już miałem nowy piec kupować, bo tłusty rosół mi wciekł pomiędzy szybki i zacieki zostawił.

Smuciłem się też wielce, że mój zlew brudny i doczyścić nie mogę. I jakaż to ekscytacja mną targnęła, jak poczytałem komentarze na Onecie w artykule „jak wyczyścić zlew”. Oczywiście „autor/ka” tekstu opisywała przeróżne metody. Wręcz jak alchemia to brzmiało. Dodaj to, wciśnij tamto, zamieszaj, szoruj i tak dalej. Już we zwątpieniu miałem zamknąć karty onetu, kiedy rzuciłem oczkiem na komentarze. Bardzo lubię opinie innych czytać i bardzo często przechodzę od razu na dół nie przeczytawszy uprzednio „artykułu”. I pod tymi wszystkimi mądrościami, dość skomplikowanymi mądrościami, ktoś napisał lapidarnie, ale treściwie, esencjonalnie wręcz – wystarczy domestosem polać. Od tamtej pory życie stało się lepsze. A miałem już zlew nowy kupować.

Ostatnio sen z powiek spędzają mi zacieki na drzwiach prysznicowych! Już nawet myślałem o remoncie łazienki! Czegokolwiek bym nie robił w toalecie, to zawsze te zacieki na mnie patrzyły. Zawsze patrzyłem na nie bezradnie. Nic nie działało! Domestos – nie! Płyny do kabin prysznicowych – nie! Odkamieniacze – nie! Poczytałem swego czasu kolejne mądrości i zdecydowałem zastosować eliksir o następujących ingrediencjach, szalenie prostych zaznaczam, ingrediencjach – H2O i CH3COOH! Czyli nasza zwykła woda i … ocet!

Zadziałało! Ale nie tak jakbym chciał. Dużo zeszło, ale trochę zostawało. Próbowałem jeszcze mopa parowego, ale utwierdziłem się jedynie w przekonaniu, że to urządzenie dobre jedynie jest na wytępienie pluskiew! No to sobie tak raz na tydzień myłem drzwi prysznicowe wodą z octem i tylko ramionami wzdrygałem, że lepiej się nie da. Na insta zobaczyłem też post o octowipe – taka bawełniana ścierka, którą po skąpaniu we wspomnianej miksturze „przykleja się” do drzwi szklanych na kilka godzin. Później się zdejmuje, przeciera i … błysk się ma! Hmmm, no może dlatego, że użyłem zwykłej ścierki, a nie octowipe, nie uzyskałem efektu WOW.

Stwierdziłem w końcu, że zacieki na drzwiach miałem, mam i mieć będę i … już (żeby nie powiedzieć dosadniej).

Z drugiej strony, moja pedanteria/perfekcjonizm brał górę i coraz poważniej zastanawiałem się nad re-dekoracją pomieszczenia łaźniowego. Umywalkę bym wymienił, muszlę klozetową też. W sumie to bym chyba tylko podłogę zostawił. Ale wiadomo – inflacja i kryzys. Drogo i koszty robocizny skoczyły. Nie warto. Lepiej hajsiwo na głupoty wydawać.

Z rok temu dostałem takie myszo-ścierki ze Szwecji – Svinto.

Ponoć można gary wyszorować. Mam dwa opakowania – po 10 szt w jednym. Garów nie szorowałem, bo po co. I tak się nie doczyści zapewne – tak myślałem. Wczoraj spojrzałem na moją kawiarkę i stwierdziłem, że czas chyba przywrócić błysk maszynce. I tak ścichapęk złapałem za svinto i przetarłem zabrudzenie. Nie zeszło do końca. Skoro już rozpakowałem jedno svinto, to może warto poczyścić co się da – rzekłem sam do siebie. To Svinto wygląda jak futro zdechłej i wysuszonej myszy.

Także nie za bardzo atrakcyjnie. Fajnie się jednak pieni po spotkaniu z wodą. Także czyszczenie tym, to …czysta przyjemność. Spód patelni ładnie się wyszorował. Reszta garów nie wymagała czyszczenia, więc wpadłem na genialny pomysł pójścia z tym do pokoju kąpielowego. Zacząłem zawzięcie szorować drzwi prysznicowe. Bez wielkich nadziei, ale zarazem z taką pewną ciekawością. Po wszystkim zerknąłem na dzieło i … podniecenie wróciło! I to jak?! Banan na twarzy i satysfakcja! Zacieki zniknęły. Ciekawe na jak długo!? Ciekawe czy to Svinto będzie już zawsze działać? A czy zlew też można tym potraktować? Bo jakoś nie przepadam za płukaniem go chemią.

Ha! Jakiż podniecony i szczęśliwy jestem. Polecam. I cóż, że ze Szwecji!

Pies cztery łapy ma!

PS. Wpis zawiera loco-wanie produktów!

moje wielkie greckie wakacje

No wieje! I rozwiewa mnie.

 

Zamierzam obejrzeć wszystkie filmy o Grecji. Grek Zorba. Moje Wielkie Greckie Wesele. Gladiator. Spartakus. Kleopatra. I takie tam.

Wszyscy mówili, że będzie piekło. No i mieli rację. Ale! Ale ja prędko nauczyłem się, że trzeba trzymać się nabrzeża, bo wieje. Bosko wieje. I rozwiewa mnie. Nawet można powiedzieć, że jest chłodno. Czmychając w głąb wyspy znowu czuje się żar i spiekotę. Można spłonąć. I faktycznie, nie czuć tego słońca. A jest i grzeje. Rozchmurzoną ma buzię nasze słoneczko.

 

Mykonos.

Przylecieliśmy z małą przygodą. Nie mogliśmy się oderwać … od rękawa. Zapewniali, że to wina nie samolotu. Dolecieliśmy szczęśliwie. Z lotniska do hotelu było za 15 euro. Odległość z 2 kilometry. Kolejne 600 metrów musieliśmy iść, bo w te wąskie uliczki nic już nie wjedzie. A przynajmniej taxi.

Miasteczko Mykonos mnie oczarowało. Te białe domki, ta niebieskość, te wyślizgane chodniki/uliczki. No uroczo.

Się zgapiliśmy wieczorem. Bo sobie sjestowaliśmy w pokoju. Patrzymy co chwila przez okno, że jeszcze widno jest. No to siedzimy dalej. W pewnym momencie mówię, że jest po 21. Postanowiłem wyjrzeć przez okno i zadrzeć łeb. Ciemne niebo. A na ulicy widno. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że naprzeciw jest sklep z duperelą, który ma mocne światło na ulicę. Sklepy mają czynne chyba do północy, bo tak w jednym powiedziała nam pani. Szarpnąłem się nawet na oryginalną grecką wełnę.

Santorini

Na kolejną wyspę przypłynęliśmy sporym statkiem. Ponad 2 godziny drogi. Na miejscu podbija do nas pan z pytaniem „taxi?”.

– ile? – się pytam

Pan nas prowadzi pod budkę z napisem „shuttle bus” i mówi:

– 100 euro ale zabierze nas do hotelu. 180 euro to ekskluzywnie zabierze nas do hotelu

– za drogo! – mówię mu

– 80 euro – pan schodzi z ceny

– zwariowałeś? – pytam się

– 60 euro – schodzi pan jeszcze bardziej

Odchodzimy od człowieka i szukamy normalnej taxi.

Podchodzi pan inny i się go pytam, czy są tu normalne taxi. Pan mówi „sure” i pokazuje nam … shuttle busy.

– 100 euro – mówi pan – skąd jesteście?

– z daleka – mówię już mocno podirytowany

Ogólnie miał nas zabrać transport z hotelu w ramach ceny za hotel, ale nasz statek miał w sumie opóźnienie 90 minutowe. Pan kierowca dzwonił do nas, ale w ogóle go nie mogłem usłyszeć. Pytam się kolegi, który organizował hotel i kierowcę, czy informował ich o opóźnieniu. Okazało się, że nie, no bo przecież hotel mógł sprawdzić, że nasz prom się spóźnia.

Wkurw mi urósł.

Oddzwaniam do kierowcy hotelowego i ledwo co udaje mi się usłyszeć, że nie czeka na nas już. Mamy wziąć taxi i nam zwrócą.

– skąd? Amerika? – pyta się pan w porcie

– nie. Przepraszam, ale mamy 90 minut opóźnienia. Nie mam czasu na rozmowy. Ile za taxi?

– 100 euro

– nie ma mowy

– a ile dacie? – dopytuje się

– 30 za wszystkich

– ok

Oj dobrze, że to auto z wypożyczalni zwróciliśmy. Oj dobrze. Dróżki wąskie, kręte, jak tu jechać? A nasz hotel dodatkowo w takim miejscu, że już się nie da podjechać. Ponoć nasze miejsce ma 11 kondygnacji. Jak wchodziliśmy od góry, to wydawało się, że to tylko kilka pokoi. Ale cóż, na zboczu stoi, więc pewnie z drugiej strony ma te 11 pięter. Mnie w sumie interesuje basen.

Jak na razie Mykonos mi się podoba bardziej. Ale zobaczymy później.

Grecy przemili. Jedzenie obłędne.

Sałatka grecka nabiera zupełnie innego wymiaru. Owoce morza też. W końcu feta zaczyna mi smakować. Pierwszy raz zjadłem fish egg salad, czyli taramasałatę. Mniam i mlask! Aha, miecznika już nigdy nie kupię w Carrefourze. Tu, to sama rybka rozpływa się w buzi.

W knajpach zaciągają plastikowe, transparentne ścianki, żeby nie wywiało gości i jedzenia za stolików. Tak wieje. Nam pan przyniósł rachunek zgnieciony i wciśnięty w kieliszek, który postawił dnem do góry. Trzeba sobie jakoś radzić.

A że słonko żarzy, to co ja na to poradzę. Muszę trzymać się morza. No wieje! I rozwiewa mnie.

Co do cen, to hmmm – kochane pieniążki przyślijcie rodzice.

Z ostatniej chwili. O 22.10 wrócili sąsiedzi z dołu. Tatuś włączył jakąś pod nózię muzę. Mamusia się wygina w krótkim tańcu, a córka w basenie się pluska z włączonym komunikatorem. Relacjonuje koleżankom, co robi w wodzie. Widać, że tak jak i my są w niebie. Państwo się odzywa, komunikuje ze sobą … po polsku … A to ci niespodzianka.

 

 

my pesto is the besto

oooo kurczaczki! Jestem nadal podniecony. Kulinarnie tym razem.

Nie wierzyłem, szczerze się przyznaję, nie wierzyłem w sukces pesto z rzodkiewki. Ale podjąłem wyzwanie.

Wrzuciłem do Google’a i tak z niedowierzaniem patrzę na pierwszy wynik i mówię “o-o. banalne”.

Okazało się, że wszystkie składniki mam oprócz parmezanu. Ale tak jak pisałem wcześniej, nie zamierzałem używać sera. Jakoś mi nie leży ten składnik w daniu.

Podsiekałem z grubsza to zielone od rzodkiewki. Dodałem pokrojonych trochę ząbków czosnku, pestek słonecznika prażonych. Pieprzu podsypałem. Z tą solą tylko miałem problem. To taka sól w oku dla mnie w kuchni. Nie używam za bardzo. Na szczęście mam zamiennik – magiczny składnik wszystkich moich dań – SOS RYBNY, który właśnie mi się skończył. Czas podbić do Azjatki.

Także podlałem sosem, dodałem, i tu się przyznaję, ciut za dużo oliwy. Przynajmniej tak mi się wydaje, że za dużo, bo jakaś paćka wyszła. Ale nie jest najgorzej jeśli chodzi o konsystnecję.

Znalazłem w domu resztkę mini bagietki na zakwasie i zrobiłem food poisoning. To znaczy food positioning. Olimpia z UK pewnie byłaby ze mnie dumna, jak to wszystko ładnie zaaranżowałem.

Mniam! Jestem kontent. Mój żołądek na razie też.

Ciekawe czy Pan od Państwa z Europy na K. by to jadł?

szewczyk brukiewka

Ta pandemia szalenie mnie rozgotowała! Każdy już pewnie zapomniał o „chałka challenge”. Najpyszniejszą bułę upichcił Pan od Państwa z Europy na K. Jego Bąbelek, mój BFF, też niczego sobie nam wypiek przygotował. Rzuciliśmy się na chałkę młodego, jakbyśmy po jakimś dobrym słuchaniu płyt winylowych byli.

A propos czarnych krążków, Pan od Państwa z Europy na K. się strasznie wkręcił w kupowanie woskowych albumów, po tym, jak mu szanowna małżonka, Pani od Państwa z Europy na K., sprawiła adapter na urodziny. A może to ortodoksyjne święta były? A może to i z jednej, i z drugiej okazji było? No nic. Najważniejsze, że winyli przybywa. I ja w tym jakiś udział skromny mam. Tom Waits przekazany w podarku.

Zupa Challenge też była. Ale jakoś bez echa.

Za to ogromnym sukcesem okazał się sernik mego autorstwa. Tak ścichapęk mi wyszedł. Dwa razy, choć raz za szybko drzwiczki piekarnika otworzyłem i pękł. Ale zatkałem kratery truskawkami. I Pani G. i córka Państwa z Europy na K. bardzo chwaliły. Aż żem się zarumienił.

Serników już nie piekę, bo … a moment on the lips, forever on the hips, czyli w dupę idzie.

Co ja tam jeszcze gotowałem w tej pandemii? Ostatnio makaron robiłem własnymi rękoma. Słodkokwaśna podczas ostatniej biesiady nawet dał mi maszynkę do spaghetti, to będzie w końcu jakoś mój makaron wyglądał.

Ostatnio dysputę kulinarną prowadziłem i padło na brukiew. Że taka zapomniana, że taka niespotykana. Fakt. Nie widziałem jakoś tego warzywa. Czarna rzepa czasem się pojawia na bazarku Sadyba i/lub Carrefourze. Ale brukiew? Nie.

I tak w poniedziałek przechadzam się alejkami bazaru, który wygląda już jak siedem nieszczęść, bo część właścicieli sprzedała grunt. Pewnie bloczek postawią. I patrzę jest! „Brukiew 10 zł”! Cykam fotkę, wysyłam do dysputowanego kolegi. A ten zębami z zazdrości zgrzyta i lamentuje, że to są właśnie uroki życia na wsi. W mieście to można przynajmniej pójść na bazar i coś wyszperać.

Wygooglowałem sobie przepisy związane z brukiewką. Oh, jaka różnorodność. Gulasz, zupa, placki, krem, surówek bez liku. No mniam, mniam, mlask!

Podbijam dziś do pani na bazar, biorę bulwę i szczęśliwy podaję przekupce.

– 18 zł wyjdzie – mówi bazarka.

– nie szkodzi! Pani jedyna ma brukiew! – oznajmiam, prawie lewitując ze szczęścia.

Na sam przód nastąpiło przyrządzenie zupy krem. Mmmmmm, mlaskom nie było końca.

Może być zapytanie, co ona taka czerwonanawa. Otóż dodałem kawałeczek marchewki i posypałem magicznym składnikiem – papryką wędzoną. Oj wykosztowałem się. 3,69 za opakowanie wędzonej przyprawy. Ale co tam, raz się żyje.

Następnie, na kolację, postanowiłem sprawić placki. I tu dramat. Kupiłem sobie takiego robota, co sieka, mieli, tarkuje, blenduje. Dużo dodatków, ostrzy, ze dwa kielichy, jak nie trzy. Chciałem przytarkować ziemniaka i brukiewkę i się okazało, że tarcza, po dwóch użyciach, się jakoś zwichrowała! Ze łzami w oczach wyciągam tarkę i zaczynam trzeć. Na małych okach. O nie! Tego się %@!@#%$^& nie da tarkować. Co za brukiew, brukiew jego mać! Szczerze i szalenie załamałem się. No przecie nie wywalę teraz tego? Ale szybciutko, jak pomysłowy Dobromir, wpadłem na pomysł, że zrobię jednak placki tarkowane na grubych okach. Nigdy nie przepadałem za takim jedzeniem, ale cóż, siła wyższa.

Okazało się, że 2 ziemniaki i ćwierć brukwi to porcja jak dla wojska. Także starkowałem pół dużego ziemniaka i ze 3 kawałeczki brukwi. Reszta poszła do zamrażalnika (brukiew) i do pudełka z wodą (kartofel).

Cóż mogę powiedzieć? Zupa przy tym się może schować. Wszystko upstrzyłem kleksem ze śmietany, pokropiłem magicznym składnikiem – sosem rybnym i przyprószyłem lewą stronę koperkiem, a na prawą położyłem czosnek z mojego ogródka.

Na parapecie posadziłem czosnek, cebulę i końcówki pietruszki. Czosnek wystrzelił piorunem. Pietruszka po długim czasie coś tam wykłuła. Zadziwiony cebulą jestem – NIC nie wyrasta. Hm. Znowu coś pewnie … popsułem. Ale ja po mamusi nie mam ręki do kwiatków. Ubiłem już nawet 3 kaktusy. 2 dostałem od pani prof. ze Szczecina, która zaklinała się, że tych kaktusów nie da się ukatrupić. Hmmm

pasta (nie) basta

kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej!

To robiłem z moją babcią pastę! Nie, stój! To się nie nazywało pasta, ale makaron.

 

Jessu, Cardi B wydała nowy singiel. Up się nazywa piosenka. Porno music powraca. Basta!

 

I u tej babci pamiętam taki wieeeeeeelki stół i ja za nim. Miałem pewnie 3 latka. 3 i pół, bo sięgałem brodą ponad stół. Hm, a może stół nie był taki duży, tylko ja maleńki? Na szczyt kopca z mąki lądowało jajo i się robił taki biały wulkanik i się zaczęło mieszać. Pamiętam, że u babci był taki ręczny mikser. Szalenie lubiłem się nim, bawić ot tak, bez powodu kulinarnego. Ręcznie się korbką kręciło i chyba 3 (albo 2) mieszadełka się kręciły. Zawsze miałem wrażenie, że tym fajnie i wygodnie byłoby oczy wydłubywać.

Ciasto się zagniatało i już. Wałkowania czas nadchodził. Makaron wychodził pyszniutki. Rosół ze świeżo ubitej kury smakował wybornie.

Ostatnio, podczas wizyty, jak się okazało bardzo kulinarnej, postanowiłem dać szansę na zrobienie makaronu. Bo się kolega chwalił, że past nie kupuje, sam je robi. To ja bardzo chętnie podjąłem się wyzwania. Taki powrót po prawie 40 latach.

– wbij jajko – słyszę.

To wbijam. Zasada jest prosta: jeden człowiek – jedno jajko. Jeden człowiek – jedna łyżka oliwy.

– dodaj łyżę oliwy

– odrobina soli

– syp mąkę semolinę

– mieszaj

– dosyp mąkę pszenną

– mieszaj

– wyjmij z miski i ugniataj

– włóż do lodówki na 20 min w torebce foliowej

Ciasto przeciąłem na pół i jeden kawałek przepuściłem przez maszynkę do makaronu. Wyjechał cienki placek. Później przekręciłem go przez taką krajalnicę. I otrzymałem takie grube wstążki. Ta maszynka do pasty nie jest głupia. Chyba nabędę. Wszystko się łatwo i szybko robi.

Zawsze mi się wydawało, że makaron gotuje się w lekko osolonej wodzie. Hm. Dziś już wiem, że w dosyć osolonej wodzie. Bo makaron jakiś bez smaku wyjdzie inaczej.

Drugi kawałek ciasta zrobiłem ręcznie. Rozwałkowam nawet spory placek i zacząłem kroić cienkie paseczki-niteczki. Paseczek po paseczku.

– a nie lepiej zwinąć w rulon? – pyta rozbawiony kolega

No właśnie! Przecie u babci się tak robiło! Zawijało się i kroiło rulon i już! Ale ja gapa. Niemyśląca gapa.

Oczywiście system obronny u mnie silny, więc nie daję po sobie poznać, że jakiś niemyślący jestem. Nawinąłem … makaron na uszy. Że mój makaron ręcznie robiony, każdy paseczek, każda niteczka oddzielnie krojona. Takie rzemiosło. Kazałem towarzystwu docenić me poświęcenie.

 

Dziś postanowiłem sam spróbować. Wałka nie mam, ale w szafce za to od groma wina. Przydasie takie. Bardzo dobrze się wałkuje czilijskim Syrah. Wino w sumie takie sobie, ale wałek nawet nawet.

Ciasto okazało się nienajgorsze. Ale nie poddaję się. Wiem, że produkty mączne wychodzą lepiej z czasem. Także pierwsze koty za płoty.

Zrobiłem sobie pastę do krewetek i do rosołu. Dwa różne makarony.

Rosół zrobiłem z kości … mamuta chyba. Podbiłem rano do mojego rzeźnika i zapytałem o kości. Pan mi podaje 3 gnaty. Mówię mu – panie! ja tego do garnka nie zmieszczę! A to przerąbię szanownemu panu – odpowiada rezolutnie. Bardzo sympatyczny ten mój pan rzeźnikmieszek. Okazało się i tak, że wszystkie kości do gara nie weszły. A jedna nawet to nie chciała się do zamrażalnika upchnąć. Eh. Trzeba lodówkę większą kupić. Mieszkania chyba nie powiększę, bo podatkiem katastralnym straszą. Jebać Pis, jebać PiS! – zanucam sobie melodię.

Polecam robienie pasty! Ja już wiem, że będę tylko domowe makarony jadł. Nie basta, będzie pasta!

 

Aha, obejrzyjcie i polajkujcie filmik Słodkokwaśnej. Operatorem ponoć jakiś MDobrogow był. Niby wschodząca gwiazda operatorstwa kulinarnego. Nie znam typa.

Aha numer dwa. Pani prof. Katarzyna Kłosińska powiedziała w radio 357, że jest czasownik polubiać, czyli nasz swojski „(po)lajkować”. Polubiałem ten filmik Słodkowaśniej!

hehehehehe, widzę, że po moim niewybrednym komentarzu kolega poprawił poprawnie nazwę operatora. Ha!

 

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

paluszek obrany

Czyli zimne nóżki.

Wszem i wobec ogłaszam, że mam serdecznie w … nosie diety. Tydzień po badaniu wątroby robiłem nowe testy. I też był lipidogram. I się okazało, że cholesterol poniżej górnej granicy. No musiałem się wcześniej czegoś nażreć!

Także tak, nie jem smażonego i mięso raz na jakiś czas. Czyli żadne lekkostrawne diety mi nie groźne.

Dziś mnie naszło na zimną nóżkę. Nakupiłem 3 kopyta świńskie i 1 golonkę. 6 godzin gotowania. Długo. Tak długo, że zapomniałem na koniec czosnku dorzucić. Ale wyszły … mam nadzieję. 2 słoiczki zawekowałem na zaś, a reszta w foremki na teraz. Kilka pojemników bez mięsa (bo wyszło). Będzie mam nadzieję jedzone.

Zimne nóżki robiłem wcześniej 3 razy – pierwszy, jak na tamten moment zdecydowanie ostatni i jak mi się wtedy wydawało o jeden raz za dużo. Ale dziś postanowiłem dać szansę i po raz … drugi się za to wziąłem.

Ale dramat nastąpił, bo obierając cienką marchewkę obrałem sobie palca. Dosyć mocno. Ech, skórka mi odstaje i wygląda to jak skrzele rybie. Krwawienie zatamowane szybko (przyciśnięta ranka, palec do góry, powyżej serca). Ale później parę razy się zaczepiłem swoim skrzelem. A to jak rękę do kieszeni wkładałem albo jak szaty przydziewałem. No pech. Skończyło się plastrem.

Druga straszna rzecz, ekspres do kawy w końcu ode mnie odszedł. Nie pomaga reanimacja w formie wyłączenia go z prądu na dwa dni oraz przepłukanie sitek. Biedak już nie ciągnie.

Kupiłem sobie kawiarkę w Tchibo, bo akurat mieli 20% promo.

Próbuję pierwszą filiżankę i się skręcam – fuj, jakie ohydne – mówię. Zaglądam w instrukcję obsługi, a tam …

 

Ale kto by czytał instrukcję obsługi do takiej prostej maszyny.

 

Z dobrych rzeczy, to chciałem donieść, że po raz pierwszy byłem w drugim największym parku w Polsce – w Kampinosie. Fajny lasek. Ponoć ten teren wydmowy, to najlepiej zachowany kompleks wydm w skali Europy. Brawo my. Już mam ogarnięty dojazd do Truskawy. Z metro Młociny autobusem 210 i już. Tylko coś około 90 minut zajmuje dotarcie tam. Phi

 

 

j j

Dziś się wietrzyłem na rowerze. Ładna pogoda, trzeba było korzystać. Wczoraj w sumie też jeździłem. Fajnie, w miarę ciepło, ale piździ jak w kieleckiem. Jak jechałem na południe, to 11 kmh na liczniku tylko. Czyli wrażenie, jakby się w miejscu stało. Więcej nie dałem rady. Wczoraj był tour de Las Kabacki. Bardzo przyjemna pętelka, bo nie wieje i fajnie się śmiga między drzewami. A dziś pojechałem wzdłuż Wisły. Przed Mostem Północnym zawróciłem, bo rurociąg leżał. Oczyszczalnia ścieków Czajka. Zawróciłem i do domu pognałem już przez Nowe i Stare Miasto. Przy Łazienkach na Ujazdowskich zauważyłem piorun i zachmurzenie. Chyba tak szybko nie pędziłem przez miasto. Kompletnie nie widziało mi się pedałowanie w deszczu. Prawie bym zdążył. Ale na Stegnach wsiadłem już w autobus, bo zaczęło kapać dużymi kroplami. Taka to dziś przygoda była.

A zdjęć sobie przy okazji porobiłem. Widzę, że za każdym razem jak jestem na Starówce, to ludzi coraz więcej. Kiedyś w słoneczną pogodę w czerwcu było pusto. Jakby miasto wymarło. A teraz? Ludzi sporo.

Wczoraj bawiłem się u Arka-Zegarka. Ledwom się dodzwonił. Powiedziałem koledze, że albo zmieni imię, albo ja go muszę przechrzcić w swoim telefonie. Ta durna Siri nie potrafi wybrać numeru.

– hey Siri, call Arek G….

– Irek?

– no. Arek

– Jarek

– no you stupid, call Arek G….

– calling Daniel G…. (brat Arka-Zegarka)

– no. A-R-E-K

– REK?

Cierpliwość się skończyła. Umyłem ręce i zeskanowałem twarz. W kuchni akurat pracowałem i kończyny górne były w użyciu, także sterowanie głosem byłoby wybawieniem. Ale nie było.

Się szczęśliwie umówiliśmy i spotkaliśmy. Kolega zaproponował babkę ziemniaczaną, a ja boczek. Chyba Arkadiusz krokodyle łzy wylewał nad tarkowanymi bramborami, bo się okazało, że dwie blachy w piach! Jedna z cebulką, druga z boczkiem. Przesolone jak cholera. Mam wrażenie, że na kilo ziemniaków poszło kilo soli. Arek się załamał. Mówił, że pierwszy raz coś mu się tak przesoliło. Żona Urszula powiedziała, że z kapustą kiszoną i śmietaną to nawet nawet. Hmmm, kapusta kiszona? Wiadomo w naszym wieku kiszone dobre na jelita. Albo koleżanka … Choć nie słyszałem, żeby o kolejnym dziecku mówili. Czyli jednak konsumuje kapustę dla lepszej perystaltyki jelit i odporności. Jesień nadeszła. Wirusy szaleją. Trzeba się bronić i chronić.

I tak sobie siedzieliśmy. Do picia zaproponowałem rum z kolą, sokiem pomarańczowym i sokiem ananasowym. Zgodnie stwierdziliśmy, że z tym ostatnim smakowało nam najlepiej. Mlask.

A boczuś? No cóż, prosta klasyka. Kilo boczku, łyżeczka soli, pół łyżeczki cukru. Smarujemy skórę i do pieca. Na spód wkładamy blachę z wodą. Nad nią ruszt z boczkiem (skórą do góry). 180 stopni i 60 minut. Góra-dół, bez turboobiegu. Później jeszcze 15 min grzałka z góry i jest! Chrupiący boczek. Dzięki Słodkokwaśna za przepis.

Wybiliśmy z głowy małżonki programy typu Twoja Twarz Brzmi Znajomo i posłuchaliśmy radia Nowy Świat. Dużo JJ w ciągu jednej godziny leciało.

JJ? Oh, pamiętny road trip na West Coast z Państwem z Europy na K. Vegas, Wielki Kanion, Park Joshua Tree, San Diego, LA, zachód słońca w Malibu, Santa Barbara, Mojave, Vegas. Eh! W Las Vegas oczywiście wiadomo co było grane. W naszym hotelowym kasynie MGM Grand troszkę kasy puściliśmy. Ale później się przenieśliśmy do innego domu hazardu. Ja w kieszeni miałem tylko 100$, ale później los się uśmiechnął i zrobiło się 1 000. Black Jack. Przy stole siedziała para i koleś z Serbii albo z jakiegoś innego kraju post-Jugosłowiańskiego. Dziewczyna jak usłyszała, że my Polacy to zaczęła zachwyt.

– ojej. Ja jestem pół-Polką! Mój tato jest Polakiem

– a znasz Polski?

– nie.

– a tato gdzie się urodził?

– tu. Jestem Kate Kabanoski, z Orange County. A to mój chłopak JJ (czytaj: dżej dżej)

– ssup! – przywitał się JJ. Oczywiście stylówkę miał odpowiednią do inicjałów.

 

I gra się jakoś wesoło kręciła. Jak się każdy z nas dorobił, to nam stół zamknęli.

Poszliśmy z Panem z Europy na K. do knajpy/kasyna (tam wszystko ma kasyno. Nawet na lotnisku) Hooters. Eh, to już nie to samo. Z opowieści słyszeliśmy, że kelnerki powinny być inaczej ubrane. Niestety nie były eksponowane hooters.

Później wylądowaliśmy w innym kasynie i z tego 1 000$ zrobiło się dużo mniej. Dużo, dużo mniej. Miałem o 6 rano tyle w kieszeni, że w sumie, to nic nie mogłem za to kupić.

Cóż, raz się żyje. Do Vegas już nie wrócę. A przynajmniej do kasyn w Vegas. Śmierdzi i jest jakoś … smutno. Ludzie żyją nadzieją, że za chwilę wygrają milion. Złudna to nadzieja.

Co do JJ. To właśnie w radio grali pewną panią. Mówię do znajomych, że chyba rocznica śmierci była jej. I że któryś z tych dwóch jakoś niedawno obchodził też rocznicę zejścia. I faktycznie, wiki pokazała, że 4 października mija 50 lat od śmierci Janis Jolin. Parę tygodni wcześniej, 18 września, Jimmy Hendrix się pożegnał. A 3 lipca już 1971 roku – Jim Morrison. Wielka Trójka dołączyła do Klubu 27 w ciągu niecałego roku. Smutny czas.

Oh Lord, won’t you buy me a color TV?

Arek się wczoraj mnie pytał, czy nie chciałbym kupić telewizora. Nie, po co?

jak Ania Starmach powie, że ma być …

sok z cytryny, to ma być i już!

Czy jak się ta pani z Big Chefa nazywa?

Kompot gotuję. Po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w przygotowaniu tegoż pysznego napitku nie ma nic trudnego i skomplikowanego. Ale jak już miałem robić to po raz pierwszy, to postanowiłem zasięgnąć języka.

Jakiś pan jest ulubieńcem internautów.

… do 4-litrowego garnka wsyp jabłka do połowy i zalej wodą…

Pan faktycznie wykłada te sekrety gotowania jak krowie na miedzy. Ergo jest bardzo prosto.

Ktoś się pyta w tych komentarzach pyta – to ile ma być tych jabłek i ile wody!?

 

I trafiłem też na wybitność kulinarni polskiej. Pani Ania, pani z okienka, tak jak w sumie większość, dosypuje cynamon (szczyptę). Ale oprócz tego podpowiada, żeby łyżkę z soku z cytryny dać. No jak pani Ania mówi, to ja dodaję.

Z przepisu celebrytki wziąłem ten sok z cytryny, ale zabrałem trochę cukru. Nie przepadam. Dosłodzę później miodem.

Jutro ciasto będzie. Takie bez mąki, z serkiem ricotta. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bo jabłek dostałem od Słodkokwaśnej i jego pani. W sumie to sami sobie nazbieraliśmy. Ale ja zbierałem im i nie wiedziałem, że mi odpalą działkę.

Na wycieczce byliśmy. Krajoznawczej. Korycin, Sokółka, Bohoniki (meczet), Silvarium, Zajazd Sokołda.

I jeszcze strony młodości Słodkokwaśnej odwiedziliśmy, czyli domek jego babci. A podobnie jak u mojej. Tylko, że moi dziadkowie to mieli z ho ho ho tej działki. Las, łąka, domek, podwórko, stodoła, ogród, sad. My też jak jeździliśmy do babci to gruszki, jabłka, agrest, maliny, śliwki zbieraliśmy. U Słodkowkwaśnej na wsi akurat jabłoń i grusza posypały owocami. To co się miało zmarnować? Pozbieraliśmy i do miasta zawieźliśmy. Także dziś ten kompot, a jutro zaryzykuję ciasto. Pani Słodkokwaśnej mówi, że te jabłka nie nadają się na wypieki. Jutro zobaczymy. Najwyżej przeczyści.

W Sokółce koleżeństwo zaproponowało cukiernię z pysznymi lodami. Stanęło na własnej produkcji jogurcie (na wynos słoik), pysznych ciastach i tortach i kawie. Porozmawialiśmy jeszcze z właścicielem i ruszyliśmy do kościoła obok. Pani Słodkokwaśnej zadziwiona, że jej stary tak ludzi zagaduję. Ale ja też czasem zagaduję i fajnie jest poznawać ludzi.

W kościele leży eucharystia, która się sama wyhodowała. Ponoć kapłan hostię upadniętą na ziemię włożył do vasculum (małe naczynie z wodą stojące przy tabernakulum służące księdzy do oczyszczenia palców po udzieleniu komunii). Mszę przerwał, jak zobaczył tę hostię na ziemi, żeby ją włożyć tam, gdzie włożył.

Po kilku tygodniach siostra Julia sprawdziła stan naczynia i zobaczyła czerwoną plamkę na hostii. Wypukłą plamkę o wyglądzie skrzepu krwi lub kawałeczka ciała. Po dłuższym czasie dwóch niezależnych uczonych sprawdziło skład tego co się wyhodowało. Stwierdzili, że materiał badany przyjął postać tkanki serca mięśniowego człowieka w stanie agonii. To wydarzyło się pod koniec 2008 roku. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, księcia proboszcza (awansował niedawno) i pytam, czy to cud, czy co? Kolega odpowiedział spokojnie, że to eucharystia. Ale czy to cud!? – dopytuję. No ponoć kościół się jeszcze temu przygląda, ale nadał temu czemuś status niższy niż cud.

Nie ukrywam, że ciarki mnie przeszły. Żeby jakoś odreagować, to pojechaliśmy do wyznawców islamu do Bohonik. Bardzo sympatyczna starsza pani po krótce nam przedstawiła losy religii. Bardzo po krótce. Księżyc był niemym świadkiem przekazania przez Archanioła Gabriela Mahometowi mądrości. Dlatego też mają księżyc w symbolach swoich. I te mądrości objawiały się na liściach, na innych roślinach, na czym tam tylko światło padało. Dlatego też sztuka religijna nie pokazuje ludzi i zwierząt, tylko była właśnie ozdabiana ornamentami roślinnymi i kaligraficznymi.

Dowiedzieliśmy się, że te ich dywaniki do modłów mają kompas, żeby zawsze wiedzieć, gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mekka. W Bohonikach mieszka jeszcze 6 rodzin. Fajnie, że kultywują tę religię.

Hmm, teraz czytam, że właściwym symbolem islamu jest szahada (wyznanie wiary). Znacznie częściej jednak za symbol uznaje się półksiężyc. Zasadniczo, z historycznego punktu widzenia, jest to niewłaściwe, bo półsatelita był nie symbolem religii, a jedynie kalifatu. Ok, zostawmy to. Wycieczka po meczecie była krótka, ale bardzo ciekawa. I tylko 5 zł. Jadąc na wschód wstąpiliśmy do synagogi w Tykocinie. 20 złociszy sobie zawinszowali. Eh, co religia, to religia.

Zostawiłem koleżeństwo u Słodkowkaśnej na włościach i pojechałem na swoje. Biały jak Biały, jest ok. Zawsze jakieś zdjęcie pstryknę, miło się przejdę po mieście. W niedzielę oglądałem ze szwagrem Obiektyw w TV Jard, czy TVP Białystok. Przez 15 minut njusy miały charakter kościelny. A w kościele to, a w chrześcijaństwie dziś tamto. Eh ten Białystok. Tylko by się modlili albo jakieś anatemy na LGBT+ nakładali.

Korzystając z okazji, że miałem auto, zabrałem się z rodzicami w nekropodróż. Cmetarz w Złotorii, Dobrzyniewie Kościelnym i Choroszczy. Dowiedziałem się, że mój pradziadek Wincenty D. zmarł w 1935, prababcia Salomea D. w 1958. Kosmiczne daty. 41 lat po odejściu Wincentego na świat przyszedł …

Pradziadkowie po stronie mojej mamy odeszli, gdy miałem minus dwa (prababcia) i trzy lata (pradziadek). Także jednego nie mogłem pamiętać, a drugiego jakoś nie pamiętam.

Weekend minął jak z bicza strzelił.

W poniedziałek jadąc po Słodkokwaśnych do Korycina sprawdziłem atrakcje Podlasia. Pojawiła się tajemnicza nazwa Silvarium w Poczopku. Taki las z pomnikami, atrakcjami leśnymi, barcią, kamieniami i czym tam tylko sobie ludzie chcą. Bardzo fajne miejsce. Spodobało nam się od razu. Sama nazwa Poczopek jest urocza, nieprawdaż?

Interesujący był zegar słoneczny o nazwie (o ile mnie pamięć nie zawodzi) dendrologiczny. Moim zdaniem chodzi lepiej niż klasyczny zegar słoneczny.

Park megalitów, czyli wędrujące skały, to takie kamyki rozrzucone. Kamienny krąg. Można było się doładować i po medytować.

Największym hitem jak dla mnie był Strigiforium (dom sów). Przeróżne ptaszki tam siedziały. Ale jakieś … ospałe były. Puchacz (łac. Bubu bubu) majestatyczny i posępny. Jedna sówka właśnie jadła obiad. Obok jakiś sokolik też. Niestety pałaszowali takie małe, żółte, martwe, kurczaczki. O kurczaczki!

Pomnik żaby słodki. Na sam przód myśleliśmy, że te Suvlaki (nie mogę zapamiętać nazwy tego parku), to taka naciągana atrakcja dla turystów z Warszawy. Ale spędziliśmy tam bardzo miło czas. Polecamy serdecznie.

W tej cukiernio-lodziarni właściciel nam polecił Zajazd Sokołda. Dobry wybór. Lokalne dania, jak i klasyczna polska kuchnia znajdują się w menu. Dziwi mnie tylko brak odgłosu tłuczenia mojego schabowego z kością. Ale pyszotek był. Zupa grzybowa na solidną 4 zasługuje. Oczywiście zawartość grzybów nie może równać się z liczbą owoców leśnych w zupach grzybowych mojego autorstwa. U mnie to często zupy nie widać (tej części płynnej znaczy).

Jadąc w piątek na weekend na wschód postanowiliśmy zjeść w karczmie żydowskiej Tejsza. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że ok, ale niczego nie urywa.

No może niektóremu urwało. Bo z panią Słodkokwaśnej kawą się jeszcze delektowaliśmy, podczas gdy niektóry … się z nami nie delektował. Tykocin ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo się rozwinął pod kątem turystyki. I sporo ludzi było. Niby piątek, ale w sumie koniec września. Ciekawe czy w lipcu i sierpniu Tykocin jest bardzo mocno oblegany.

W Korycinie zrobiłem sobie zdjęcie z truskawką korycińską, bo mnie urzekł ten pomnik.

Polecam Podlasie, polecam Wschód Polski. Pamiętam z czasów studiów eksplorację Suwalszczyzny (mieliśmy koleżanki z Suwałk). Eh, jakież to były fajne wakacje. Tereny przecudne. Eh, a mnie jest szkoda lata …

tańczę polskie tango

 

Miałem pisać wczoraj. Ale nie udało się bo …

– nie było jakoś czasu

– wpadło mi do głowy „Moje serce to jest muzyk”

 

Przechadzałem się po bazarze i gdzieś usłyszałem Ewę Bem śpiewającą. I przepadłem. Do końca dnia nuciłem sobie

Moje serce to jest muzyk,
Który zwiał z orkiestry,
Bo nie z każdym lubi grać.
Żaden mu maestro nie potrafi rady dać.
Moje serce to jest muzyk improwizujący,
Co ma własny styl i rytm,
Ale gdy gorąco kocha
Wtedy gra jak nikt
.

A mnie się Taco bardzo podoba nowy. Bo tekst ma fajny. Bo dźwięki ma jakieś inne niż normalnie. A rok temu na moim odtwarzaczu często grało „Człowiek z dziurą zamiast krtani”. No płodny artysta.

 

Po tym bazarze tak się przechadzałem szczęśliwy, gdyż z apteki wracałem. Nabyłem opaskę. Koleżanka mnie zainspirowała. Siedzieliśmy ostatnio na dworzu i jej komary nie cięły. Pochwaliła się czerwoną, sprężynkowąopaską wokół kostki. Ale czemu wokół kostki, to szczerze nie wiem. Najważniejsze, że opaska działała! A, w aptece w Best Mall’u kupiłam – poinformowała mnie Ania.

 

I wczoraj byłem w galerii handlowej i zaszedłem do apteki po tran, który się okazał w super cenie promocyjnej. No to skoro taka oszczędność, to pomyślałem, że dam szansę opasce. Pani magister sięga do szafki i widzę, że w ręku ma opaskę, ale … różową. O, nie! – pomyślałem – tylko nie różową. Na szczęście pani miała w garści różne kolory. Padło na niebieską, która będzie podkreślać kolor oczu mych.

Wczoraj był debiut. Siedzę z Agą i z Rafałem u nich na Ursynowie w Coco i mówię, żeby usiąść na zewnątrz. Akurat się stolik zwolnił. O kurczaczki! Latające krwiopijczynie w trymiga nadleciały do nas. Aga na szczęście miała Mugga, a ja założyłem swoje zabezpieczenie. Czy ja wiem? Początek był masakryczny. Nie mogłem się opędzić. Już się wystraszyłem, że jakiś przyciągacz na komary kupiłem, a nie repelent. Ale po chwili się uspokoiło. Także działa.

 

 

 

Wracawszy do domu zauważywszy manifest z administracji. Z pieczątką i podpisem jakiegoś pewnie magistra. Czyli należy się ustosunkować i przestrzegać. Eh. Same „uprzejmie prośby” ze strony tej instytucji.

Dziś nadszedł dzień w kuchni. Pan od mięsa miał w końcu kaczkę. Rozebrał mi ją ładnie. To się teraz maceruje. Jutro pieczenie.

W sklepie zauważyłem ośmiornicę w cenie promocyjnej. To wziąłem. W piątki zazwyczaj jem mięso. Zrobiłem wszystko-co-mam-w-lodówce risotto. Z ośmiornicą w roli głównej. Nawet pyszne. Mięso nie było gumowe. Nieźle.

Ale najważniejszym daniem była premiera w moim wykonaniu – cytrynówka. Kolega mi zdradził przepis. Sprawdzony. Postanowiliśmy zrobić cytrynówka challenge. Zobaczymy. Na razie kumpel z żoną zakończył 10-dniowy detoks i pojechał na wczasy. Ale jak wrócą? To kto wie. Mój napitek będzie na pewno inny, bo użyłem brązowego cukru. I chyba też mniej słodki będzie, bo ten cukier jakiś mniej słodki jest. No zobaczymy. Ciekawskim jest szalenie.

Kto ty jesteś? Polak mały (Polak mały)
Jaki znak twój? Torba z białym (torba z białym)
Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym (na strzeżonym)
W jakim kraju? W tym popierdolonym (uh)
Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu (zamek z piachu)
Czym zdobyta? Propagandą strachu
Czy ją kochasz? Bardzo, mówię szczerze
A w co wierzysz? W nic nie wierzę!

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑