usa

7 – 9.02 it’s vegas baby! czyli jestem chyba nienormalny

no nie zauroczylo nas!
Po ponad 4 dniach objezdzania i zwiedzania zachodniej czesci USA, czyli 1500 milach wrocilismy do Vegas.
Z Santa Barbara wyjechalismy dosc pospiesznie, jako ze to dziura i nic w niej ciekawego. Po drodze jeden stop na widok na Pacyfik i kilka na albo to na Starbucksa, albo na picie, albo na paliwo, albo na co tam jeszcze nam do glowy wpadalo.
Tak jak planowalismy, na 90 mil przed Vegas odbilismy w Baker na prawo, zeby przez Mojave Desert przejechac.

Co prawda zmierzchalo i za chwile miala zapasc czarna noc, a wczesniej i ciemny wieczor. Podroz przez pustynie mogla byc malo atrakcyjna w takich okolicznosciach natury ale bylismy zdecydowani, zeby przejechac. 30 mil do skrzyzowania i ok 50 po skreceniu w lewo, zeby do miedzystanowej 15 w kierunku North dotrzec.

Na szczescie “speed limit” 55 mph, wiec na takim odludziu moglismy sobie pozwolic na 70, 80, a nawet przez chwile (bardzo krotka) na 90 mil na godzine. Policja zawsze pojawia sie znikad, kiedy lamiesz prawo 😉 wiec nie kontynuowalem podrozy przy tak zawrotnej jak na USA predkosci. Chcialem przy okazji zobaczyc jak nasz Dodge radzi sobie w takich szybkosciach.
Tak jak myslelismy o 18 zapadla ciemnosc. Kilka samochodow minelismy, jeden nas nawet dogonil i przegonil. Czyli mozna bylo jechac szybko. No ale pozniej pojawily sie dip’y, wiec co chwile podskakiwalismy.
Pustynia nie urzekla i radosnie skontatowalismy, ze dobrze zrobilismy zamieniajac plan drugiego dnia. joshua Tree National Park jak na razie parkiem numer 1 dla mnie jest. Mojave jest monotonna i w sumie malo ciekawa. Ot pustynia z gdzieniegdzie drzewem oraz gorkami. no i oczywiscie po srodku wyasfaltowana droga. Klasyczny widok z amerykanskich filmow. Brakowalo tylko TIRa z tylu bez swiatel, ktory by nas rozjechal ;-).
Po wbiciu na I-15 North od razu dala sie zauwazyc luna/poswiata w dole na lewo. Vegas, baby! Za chwile ukazaly sie nam swiatla na wprost. Cos nie tak. GPS pokazuje, ze jeszcze 48 mil do swiatyni swiatowego hazardu, a tu przed nami swiatelka, blask. Ok, to nie Vegas, tylko Outlet of Las Vegas, czyli centrum handlowe. Ale komu by sie chcialo jechac ponad 40 mil na zakupy?!
POdroz trwa. Na liczniku73 mph, tempometr wlaczony i czekamy na Vegas. Jest! Kolorowe, blyszczace. Budynki wysokie, podswietlone. No jak w filmie.

Nasz MGM Grand Hotel znajduje sie na poludniu The Strip (czyli Las Vegas Boulevard). Przeolbrzymia zielona bryla. Po prawej m.in. New York New York. Hm, chyba juz nie musimy statuy na Ellis Island ogladac 😉 Stoi jak zywa 😉


Podjezdzamy na valet parking. Chlopiec podbiega i zabiera czerwona strzale nasza. Wchodzimy do lobby. Oh my god! Przerob przeolbrzymi! Jak na lotnisku! Ludzie pedza, stoja, ida! Po lewej zaczyna sie kasyno. Recepcja na wporst wejscia. Pokoj 1-319, Hollywood Suite, dla palacych. Na parterze, ale to nie problem dla nas. W apartamencie smrodu fajek nie czuc, tylko przyjemny zapach czegos. Lawenda? Nie wiem, nie znam sie. Lazienka duza, laczaca living room z sypialnia. Ok nie ma co sie rozwodzic, wychodzimy wygrac miliony. Morze automatow, setki stolow. Stawki w black jacka 15, 25 lub nawet wiecej baksow. Duzo. Liczylismy na 3 lub 5$. Szybko puscilismy w automatach 17$ i siedlismy przy barze na drinka. Przy barze, na blatach cozby innego, jak nie telewizorki. No i kolejne 7$ poszlo, ale tym razem nie na pokera i to cos, co polega na zbieraniu tych samych znaczkow w jednej linii, ale na Black Jacka.
W koncu siedlismy przy stole. Krupierka – stara Joan o pochodzeniu azjatyckim. Przy stole jeszcze dwie panny i jakis koles z dziewczyna. panny co chwile powtarzaly te same kwestie typu “daj mi cos dobrego” albo inne oklepane kwestie z kasynowych stolow. Wspolgraczki okazaly sie z Kanday byc. Znaly “kurwa” oraz polska kielbase. No coz, nie odwzajemnilem sie niczym milym na temat dumb neighbours from the north ale zarazem nie powiedzialem im, ze moi znajomi, ktorzy byli tam stwierdzaja krotko – “Kanada to porazka”. Juz teraz rozumiem czemu w South Parku nabijaja sie z Kanady.
Joan nas ograla. Kanadyjki wlaczajac w to. Na szczescie kolejny krupier, rowniez o azjatyckich korzeniach pozwolil na sie odegrac. Ale, jak to zwykle bywa, stol zamkneli.
Przeszlismy sie na druga strone ulicy, zeby zmienic klimat. Padlo na Tropikane. Tam przy stole spotkalismy Kate Kabanoski, polpolke, polamerykanke, a wlasciwie amerykanke, bo urodzila sie w Orange County. Oprocz nas, chlopak Kate, kazacy nazywac na siebie Double J, czyli JJ oraz jakis kolo z Chicago. Kolejne wygrane zaliczylismy i z superata poszlismy do Hooters. porazka, wiec wrocilismy do Tropikany nawet nie zagrawszy. Przy stole Chorwat oraz Grek. No i poszlo wszystko co mielismy do wydania. Na szczescie mozna w ameryce karta placic, wiec na kawe mielismy.
Ten przepiekny, chyba lawendowy aromat zamienial sie powoli w smrod nie do wytrzymania. Na dodatek w living roomie naszego apartamentu sofa sie nie rozkladala , wiec spalem z nogami zwisajacymi od kolan w dol z wysokich oparc.
Z samego rana, wkurwiony, poszedlem do recepcji i pozwolilem sobie na mala pretensje oraz wyrazenie opinii na temat rozczarowania swietnym MGM Grand Hotel. Pokoj na 14 pietrze z dwoma lozkami i zakazem palenia okazal sie w sam raz. Ale smrod pozostawal niezmiennie.
Sniadanie, a wlasciwie lunch, bo chyba juz 12:30 byla (ale z drugiej strony jak nazwac pierwszy posilek dnia?)oczywiscie okazalo sie przeohydne. No kuchni w USA dobrej nie maja. Tak mnie ssalo z glodu, ze myslalem, ze za chwile zwymiotuje. po kwadrancie przyjechalo na stol: philly burger, burger jakis zwykly oraz tosty. Tosty to wielkie, okrogle pajdy chleba obsmazone w ciescie. Moj burger moze i nie taki ostatni ale z kazdym gryzem bylo mi coraz gorzej. no coz jesc trzeba. pusty zoladek tez niemilym uczuciem jest. Zjedlismy. 74$ na lunch. No pieknie!
Poszlismy na The Strip, czyli ulice najpiekniejsza w Vegas, w kierunku North, az do Venetian, zeby sie przekonac, zeby sie przewietrzyc, zeby kaca wyleczyc, zeby cos zrobic, a nie siedziec w pokoju.
Przechodzac kolo kazdej knajpy, hotelu, czyli kasyna dalo sie odczuc ten zapach! Swietna terapia, zeby juz do jaskini hazardu nie chadzac.
Venetian okazal sie byc szczytem kiczu. W srodku odtworzona prawie cala Toskania, lacznie z kanalami i placami miejskimi. Dziwnie wyglada siedzenie w restauracji na placu sw. marka, gdzie ma sie wrazenie, ze przed chwila spadl letni deszczyk (mokre kocie lby), jest przyjemne pozne popoludnie (swiatlo przyciemnione, lampiony sie swieca), a niebo blekitne z chmurkami. Tyle, ze to wszystko jest w srodku gigantycznego hotelu, anie we Wloszech. A tego kanalu i rejsow gondolami nie rozumiem. Kicz nad kicze. Dokad ci ludzie mieli plynac? z restauracji toskanskiej do sklepu Calvina Kleina, czy Versace?
Szczesliwie wrocilismy do hotelu (ledwo nam udalo sie wyjsc z Venetiana) naszego. Po 2 browarach i kolejnej kapieli naszla mnie ochota na napisanie, a wlasciwie wskrzeszenie blogu. Bedzie nie po kolei ale trzeba po prostu po datach w tytulach postow klikac, zeby nie zwariowac i nie zarzucic mi obledu i braku sensu, skladu i konsekwencji zdarzen.
Zapomnialem spodni z pokoju 1-319 i ide do recepcji spytac czy nie znalezli….
OK, wrocilem. nie znalezli, bo jak mogli, skoro spodnie na stole leza zwiniete 😉 (pan hilary).

Las Vegas nie urzeklo. Nie polecam. no chyba, ze przejazdem noca, bo faktycznie robi wrazenie. Tylko, ze to tandeta.
Kasyna to porazka. Setki tysiecy ludzi w jakims obledzie, ze za chwile bedzie ten wlasciwy raz, wlasciwe obstawienie, wlasciwe pociagniecie lub klikniecie i beda bogatsi o miliony. Ale nie! I dalej klikaja, ciagaja, obstawiaja. kasyna tu to jakas masowka, fabryka. Nie wiem jak oni to w filmach pokazuja? Coz, Warszawa w “Magdzie M” tez przepiekan i pelna splendoru, i glamoru, i cudownosci.
no nie zauroczylo nas!
Ciekawe doswiadczenie jednak ale z duzym niesmakiem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.