usa

09.02 Powrot do miasta, czyli podsumowanie wyjazdu

No za oknem gory I kaniony zniknely I zaczely sie pola. Pola okragle I kwadratowe. Czyli to znak, ze w samolocie jestem w drodze do Miasta. Na szczescie lot do “domu” trwa 4 godziny I 13 min, wiec zleci zapewne szybko. Juz zostalo nam okolo 2 godzin do ladowania na Newark Int’l lotnisku.
Coz, wycieczka okazala sie byc udana. Pogoda dopisala nam na szczescie. Wczoraj po the strip sie przechadzalismy I bylismy w New York New Yorrk hotel I kasyno. Przegralismy 5 dolcow na automatach.
Uwielbiam Stany za jedno. Klient ma na prawde zawsze racje. Zaplacilismy za internet za dwie noce, chociaz tak na prawde chcielismy na jedna. Ale w miedzyczasie zmienilismy pokoj I internet nie zrozumial naszej przeprowadzki I na nowo zazyczyl pieniedzy, choc minelo kilka godzin od rozpoczecia taryfy w pokoju 1-319.
Pokoj nowy 14-204 z widokiem na lotnisko, Hooters I kawalek pustyni I gor. Przy wymeldowywaniu sie powiedzialem niesmialo ale grzecznie pani, ze mam jedna mala niedogodnosc w zwiazku z placeniem za internet dwa razy. Pani dlugo sie nie zastanawiala I od razu zdjela oplaty obie za siec. No ameryka! Mysle, ze w Polsce skonczylo by sie to awantura. A tu tylko uprzejmy ton z nutka zrozumienia drugiej osoby.
Co do samej wycieczki, to zmiana planow w miedzyczasie wyszla nam na dobre. Kilka rzeczy niepotrzebnie zrobilismy (np. Pojechanie do Santa Barbara) ale kilka udaly nam sie bardzo (np. Joshua Tree National Park, czy tez London Bridge).
Czyli po kolei:
2 – 3 luty – przylot do Vegas, podroz do Williams przez Hooverdam – nocleg w Best Western.

Zalot do Vegas w ciagu dnia wyglada przecietnie. Po srodku pustyni stoja wysokie hotele, budynki, np Empire State Building lub Wieza Eiffla. Troche wody do okola (na psutyni?!). Widok ciekawy, edukacyjny, poznawczy. Nie rozwodzilismy sie zbytnio nad Hazardownia tylko od razu wsiedlismy do Shuttle Bus, ktory nas zawiozl do wypozyczalni samochodow. Mielismy zabookowanego Dodga. Nie moge zapamietac modelu I nie wiem, czy to Challenger, czy Coliber, czy Charger. Na pewno czerwony to Dodge jest. Moje watpliwosci dotyczace trudnosci z zapamietaniem modelu auta udzielily sie rowniez Marcinowi, ktory przy okazji wpisywania na jakims formularzu marki I modelu musial sie powaznie zastanowic czym my jezdzimy.
Odbior samochodu mial byc tylko formalnoscia, jako ze miesiac wczesniej mialem juz numer rezerwacji. Mielism zaplacic ok 225 baksow, czyli tanio jak na jeden tydzien na trzy osoby. Postanowilismy jednak dodac sobie opcje drugiego kierowcy za jedyne 10 dolcow za dzien. Kiedy chlopiec z wypozyczalni wstukal I zaklepal wszystkie nasze zachcianki, fanaberie I opcje, wyskoczyly wszystkie podatki I oplaty. Stuk, klik, opowiesc chlopca,ze ma panne z Polski, ktora jak sie okazalo nigdy w tej Polsce nie byla, a urodzila sie w slonecznym I przegoracym Miami I naszym oczom ukazal sie przekrecony ekran z finalna cena. Lekko ponad 800$. No pan juz przesadzil. Szczeki troche nam opadly ale postanowilismy przemyslec sprawe. Chlopiec cos tam jeszcze odjal, zmienil I wyszlo 611$, co wciaz nie bylo cena, o ktorej myslelismy I na ktora bylismy przygotowani. Chlopiec zasugerowal podpisanie jednak kontraktu. Jak sie namyslimy, to auto juz czeka na dole, a jak sie rozmyslimy, to mamy z umowa wrocic I skasujemy ja. Postanowilem rowniez zbadac konkurencje I poszlismy zapalic I nastepnie podejsc do firmy Enterprise. No chyba z lepszym ubezpieczeniem, tak nam sie wydalo przynajmniej, pan w enterprisie zazyczyl ok. 580$. Podziekowalismy I poszlismy “przemyslec sprawe” przy okazji palac kolejnego malboraska medium. Tak cos mi sie wydawalo, ze beda walczyc o klienta. Klient w Stanach ma na prawde racje. Kiedy powiedzialem pani z naszej pierwszej wypozyczalni, ze chcialem anulowac umowe, pani pobiegla po manager I ukazal sie po chwili nasz chlopiec. Obok jakas ciemna para byla na etapie przekrecania monitora z cena, bo przyszly kierowca zrobil wielkie biale oczy mowiac “what!?”. Po tym jak poinformowalem naszego chlopca, ze mamy oferte za 580$, to chlopiec zaczal kombinowac I w sumie nie policzyl za drugiego kierowce I wyszlo 518$. Ameryka. Mielismy zaplacic poczatkowo 224$, a zaplacilismy dwa I pol raza wiecej I wyszlismy zadowoleni. No mistrzowie marketingu bezposredniego. Do wyboru mielismy dwa identyczne – bialy Dodge I czerwony. Oczywiscie padlo na czerwien. Wsiadamy I jedziemy w kierunku Williams z postojem na Hoover Dam.


Do tamy dojechalismy szybko, bo to niedaleko ale jednak w innym stanie jest. W Arizonie, czyli Grand Canyon State roznica czasu miedzy Las Vegas wynosi 1, wiec przy naszych czestych zmianach stref czasowych lekko sie pogubilismy I mielismy delikatny problem z nazwa dnia lub podaniem godziny. Tama bardzo fajnym miejscem jest. Szkoda, ze wody nie bylo wiecej ale I tak mile miejsce. Krotki tour po miejscu I z powrotem do Dodga, jako, ze troche mil przed nami (a wlasciwie to 191 od tej tamy). Zajechalismy do Williams na noc, wpisawszy wczesniej do naszego GPS, zeby znalazla hotel, ktory wczesniej byl wygooglowany w lapsie, z ktorego teraz stukam. Przejechalismy przez/kolo wybranego I wskazanego przez Maggie miejsca (nasz GPS dostal imie Maggie, jak ja rozdziewiczalismy w San Francisco we wrzesniu roku ubieglego ale rowniez panskiego). Hotel okazal sie byc prze-rudera I nawet podejchanie pod niego bylo juz zbyt duzym zachodem I zaszczytem dla tego miejsca. Gdybym umial to robic w automacie, to odjechalibysmy z piskiem opon, ale skoro nie umialem, to po prostu pospiesznie odjechalismy. Kolejny typ – Best Western okazal sie byc najwlasciwszym rozwiazaniem naszej sytuacji. Wielki pokoj z dwoma wielkimi lozkami.

3 luty – Grand Canyon, London Bridge, 29 Palms – nocleg w ubraniach


Rano odpalilismy Dodga I w droge. Na szczescie hotel zapewnial sniadanie kontynentalne. Sniadania w cenie pokoju nie sa czyms oczywistym w ameryce, wiec sie bardzo ucieszylismy, ze za 100 dolcow mamy sniadanie, za ktore pewnie zaplacilibysmy ok 30 zielonych.
W drodze do kanionu okazalo sie, ze pod wskaznikiem paliwa swieci sie jakis wykrzyknik w nawiasie. Szybkie spojrzenie w instrukcje obslugi pod nazwa “ty I twoj Dodge” I wiemy juz, ze to brak cisnienia w oponie spowodowane ponoc spadkiem temperatury. Nie wazne temperatury czy nie, byle nie dziurawe kolo bylo. Na stacji, za 50c dodmuchalismy kolo, ktore wygladalo faktycznie na lekko sflaczale.
Dojechalismy do wielkiego kanionu I powiem tak, pierwszy obrazek jaki zobaczylem zrobil wrazenie. Niesamowity widok na dziure w ziemi, przepasc, nie wiem jak to nazwac.. na szczescie nie bylo ani mrozu, ani wiatru, ktorych sie bardzo obawialismy I tak sobie jezdzilsmy z jednego vista point do drugiego, od jednego miejsca godnego zobaczenia do drugiego. Grand Canion Village niestety nie porwalo. No ale w sumie nie sezon to I nie porywac mial. Po grand kanione zaczelo nam sie w glowie przewracac I postanowilismy zmienic plany. Zamiast Mojave Desert I noclego w Needles, postanowilismy zajechac do Joshua Tree National Park, zaliczajac po drodze London Bridge w Lake Havasu. Bedac w Londku zaliczylem most wspomniany. Nic nadzwyczajnego. Tower Bridge juz bardziej powienien przyjac caly splendor I glorie oraz palme pierwszenstwa wsrod nadtamiskich mostow. Ok, jedziemy do London Bridge. No I czegoz sie moglem spodziewac? Most wyglada jak … London Bridge w Londynie ;-). Tylko tych flag nie ma w Anglii. A tu na przemian US z UK flagi powiewaja. Jesli dodac do tego otoczenie mostu, to wygladalo to na prawde bardzo urokliwie. Byl to juz wieczor, wiec iluminacje I oswietlenia kolorowe zrobily swoje. Ale miejsce bardzo fajne. Szkoda, ze zjedlismy steaka gdzies po drodze I nie bylo po co zasiadac w tym przekolorowym “londynskim” miejscu.
Jedziemy dalej. Sciemnia sie. Postanawiamy zjechac na pobocze popatrzec na niebo. Zjezdzamy. Ciemno jak w … Mam nadzieje, ze jakas zmija nie wyskoczy zza krzaka. Zadzieram glowe i … To chyba jeden z najlepszych punktow naszej wycieczki. Miasta jak miasta. Moga zachwycac lub nie. Parki, natura rowniez. Kwestia gustu, czy ma sie podobac czy nie. Ale niebo jakie zobaczylem bylo wysypane gwiazdami … nieziemsko. I jakies takie blizsze wygladaly sie byc. Jakbym byl kilka lat swietlnych blizej nieba. Szczerze, bylem pod olbrzymim wrazeniem!
29 Palms zawsze mi sie kojarzyly z piosenka Roberta Planta o nazwie “29 plams”. Przez ponad 17 lat, lub wiecej myslalem, ze on spiewa o 29 drzewach. Miasto, jak miasto. Nazwa fajna I tuz przy wjezdzie do Joshua Tree National Park. Szukamy hotelu, bo nie mamy nic kompletnie w zanadrzu. Motel 6 dla masy pracujacej. Hmmm, brak miejsc. Kolejny “Inn” – no vacancy. Kolejny – za 112$ za pokoj. Nie dzieki, za drogo.
Jakis zjazd robotnikow, plus fakt, ze duzo turystow tu przyjezdza spac, bo jest to juz wjazd do Parku, powoduje, ze problem z hotelem jest realny.. W koncu podjezdzamy pod Harmony Motel. Znudzona pani informuje, ze ma ostatni za 92$. Idziemy zatem sprawdzic warunki z Marcinem. Jak na razie nie widze nic nieOK. Fajny klimat. Patia przed pokojami z kaktusami, to prawie Meksyk jak dla mnie. Jest, stoi domek, tak oddalony o 3 metry od austostrady. Otoczony co prawda blaszanym plotem, ktory jednak oprocz niewidzenia pojazdow nie daje nic. No moze niektore zwierzatka nie podejda pod drzwi. Ale zeby uniknac niespodziewanych gosci mielismy zamykac dokladnie drzwi, wiec nie wiem czy plot mial jakas inna funkcje niz nie-widac-aut-z-autostrady. Zapomnialbym o najwazniejszym. Gdzies po drodze (chyba jeszcze w parku grand kanionowym) kupilismy pol galona mojito.
Pokoj, a wlasciwie domek spodobal nam sie od razu. Pokoj polaczony z kuchnia I jadalnia ale oddzielony jednak troche polscianka oraz lazienka. Loze malzenskie, sofa rozkladana plus lozko skladane. No coz wiecej chcielismy. W domku tym i zyl, i mieszkal, i tworzyl sam Jack Kerouac (amerykanski pisarz, poeta). Poszedlem do samochodu, przeparkowac I zabrac Basie do naszego zameczku, a Marcin podazyl za nadal senna pania w celu dopelnienia formalnosci. Basi domek nie spodobal sie od razu. No podloga moze ciut brudna. Czystosc poscieli tez byla watpliwa. Chyba byla czysta, ale chyba jakis czas temu. Lazienka – nie kapalismy sie. Spalismy tez w ubraniach. Na szczescie Mojito mielismy I wypilismy tego ohydztwa z 2/3 butli. Rano niestety kac. 17% to prawie jak wino. Skad ten bol I niefajne uczucie?

4 – 6 luty – Joshua Tree National Park, Route 66, Indian Wells, San Diego – nocleg w hotelu The Bristol
Sniadanie w Wendy’s I podjezdzamy pod Joshua Tree National Park. Najlepszy park jaki widzialem. Yosemite nie podobalo mie sie az tak bardzo. Wolalem King’s Kanion, a teraz juz wiem, ze JT jest moim numerem jeden. Co prawda wspomniane parki sa zupelnie rozne, wiec nie ma sensu ich porownywac. Widzialem je poza tym o roznych porach roku. Dwa wspomniane latem, wiec wtedy kiedy sama mysl wyjscia z domu zlewa mnie potem. A teraz jest luty I bardzo przyjemnie. Tak przyjemnie, ze opalilismy sobie twarze. W lutym takie rzeczy? W Wawie zima I minus, a tu prosze, plus kilkanascie stopni. JT jest pustynny z gorkami, pagorkami, kamieniami. Na prawde bardzo mile spedzony czas. I bardzo przydatna terapia na leczenie kaca. Baker Dam, Jumbo Rock, czy Hidden Valley to tylko niektore miesca odwiedzone w Parku.
Po parku postanowilismy podjechac na Route 66. I to tez, oprocz wygwiezdzonego nieba zrobilo na mnie wrazenie. Kilka zdjec na drodze znaki z napisami “Burma Shave” I podjezdzamy pod miejscowosc Salingmen (albo Selingmen, albo Saligmen, albo ki czort wie jak). Miejscowosc – skansen 😉 Na ulicy jakis fragment starego klimatu, gdy Droga 66 byla ujezdzana. Sklepy z duperellami z logo Route 66. Przesympatyczny pan sprzedal nam co chcielismy. Krotka sympatyczna pogawedka. Zapytal nas czy z Niemiec jestesmy. Poza tym pan, jak kania dzdzu czekal lata. POwiedzielismy u, ze przeciez cieplo jest. No ale pomarudzic musial I odopowiedzial, ze w cieniu jest zimno. Co racja, to racja. Ale I tak lepiej jest niz w Polsce, o czym mu powiedzielismy. Odjezdzamy.
Kolejnym celem bylo San Diego.
Po drodze mijalismy kilka przebogatych jak nam sie wydawalo miast (np. Indian Wells. Slonce, czysto, palmy) i wjechalismy w gory. No niesympatyczne to jezdzenie po serpentynach, gdy za zakretem niebo tylko widac. Ale dalem rade. I tak najwiekszy szok, czy tez zadziwienie przezylismy wjezdzajac juz w chyba przewielka aglomeracje Los Angeles. Autostrada wygladala po prostu jak flaga Polski. Z lewej rzeka biala, po naszej – czerwona. Niesamowite! I na dodatek pasow tych z 7 czy 8 gdzieniegdzie. Przed San Diego sie troche rozluznilo. Na szczescie hotel The Bristol znalezlismy szybko. Rog Broadway i 1st Avenue. Miasto na pierwszy rzut oka przypomina San Francisco, a przynajmniej ta czesc San Diego, w ktorej mamy hotel przypomina Downtown San Francisco.

 9 najwieksze miasto USA polecam. Hotel mielismy tuz przy Gaslamp Quarter, czyli wszystko co sie dzieje noca, dzieje sie tam. Przeglosno, przeruchliwie. A nasz hotel byl kilka krokow od, wiec halas nam nie przeszkadzal. Port, Balboa Zoo + Park + Museum oraz Coronado zaliczylismy w ciagu dwoch dni pobytu. Postanowilismy dac odpoczac Dodge’owi wiec poruszalismy sie opo San Diego nogami, tramwajami lub promem.
Wspomniane Coronado jest miastem, wyspa w hrabstwie San Diego. Przeplyniecie promem z portu na wyspe zajelo chwile I juz moglismy pstrykac I kamerowac panorame San Diego. Szybko udalismy sie na drugi koniec wyspy, przecinajac 10, czy 11 przecznic. Ladna wyspa. Spokojnie, czysto, slonecznie. Po 20 minutach ukazal nam sie Pacyfik po raz pierwszy podczas tej wizyty w USA. Czyli w ciagu 4 dni od Atlantyku po Pacyfik 😉
Na wieczor poszlismy do Old Town. Spodobalo mnie sie od samego poczatku. Klimat meksykanski (nie bylem w Mexico, wiec moge sie mylic). Podchodzimy do polecanej w przewodniku knajpy. Kolejka, trzeba sie wpisac na liste. Stolik bedzie za 45 minut. Ciekawe skad wiedza, ze za tyle 9pozniej juz sie domyslilismy skad). Pani nam daje cos co wyglada jak pilot lub sluchawka od telefonu plaska. Czyli taki ni pies, ni wdra. Zrezygnowani lekko przechadzamy sie (przypomnialem sobie, ze w Beverly Hills byl znak “No cruising”), krecimy po parking I centrum handlowym (przekolorowym I wykwieconym). Skrecamy I idziemy do meksykanskiej, mniejszej knajpki. Zostajemy I idziemy oddac to cos, co mialo za 45 minut zawyc I poinformowac o wolnym miejscu. Fajita, tequila I browar I juz!
6 – 7 luty – LA (Hollywood blv, Hollywood sign, Mulholland dr, Venice, Universal Studios), Santa Monica, Malibu i Santa Barbara – nocleg w Santa B

 

7 – 9 luty – vegas I w drodze don Mojave Desert – nocleg w tandetnej stolicy hazardu swiatowego tylko

Dwa lyki statystyki:
Za paliwo w summie wyszlo 213$, samochod kosztowal 518$. Czyli na dzien dobry ok 1800$ kosztow stalych (dodalem hotele). Oczywiscie hotele mozna bylo znalezc tansze, tylko nie wiem czy nie daleko od miejsca naszego zainteresowania by byl.

0 Komentarzy

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.