Kategoria: usa (Page 1 of 10)

w tym rozdziale będę opisywał mój przedługi urlop.

z jednym butem wracam z ameryki

Stało się. Po prawie 6 latach wróciłem do Stanów. 15-ty raz. I muszę powiedzieć, że czar Nowego Jorku prysł. Tłoczno, syfiasto. I ten niemożliwy do zniesienia smród/zapach (niepotrzebne skreślić) trawy.  Ale byłem, odwiedziłem i mam odklikane. Fajnie, że Ulę i jej chłopaków odwiedziłem. Miszka już duży chłopak. Jej. Jak ten czas leci. Bardzo fajny młodzieniec. Klasyczny nastolatek. Zakręcony i żyjący w swoim świecie.  

Wycieczka na luzie. Codziennie albo Manhattan, albo shopping. Albo jedno i drugie.  

Powracałem na raty. Do Kopenhagi i dzień później do Waw. Przy okazji zdarzyła mi się zmiana czasu, także o dziwo jet legu nie miałem. Ale pierwszy raz po przylocie do USA trafiło mnie. Jakiś niedorobiony byłem. Ścinało z nóg wcześnie. Nie było tak nigdy. Zawsze wstawałem rano i energii miałem co nie miara.

Ale już jestem, wróciłem, żyję. 

Wracając do Europy stwierdziłem, że muszę kupić walizkę do Waw, bo 3 pary butów nie mieszczą się w małej walizce i plecaku. Ulcia dała mi starą, do wywalenia po powrocie, walizkę. Napakowałem się jak głupi. Na lotnisku w Kopenhadze były bezduszne automaty do zrzucenia bagażu. Kładę, skanuję, sprawdzam. 23,3 kg pokazuje na wadze i za chwilę komunikat, że za dużo. Walizka nie odjeżdża. Wyjąłem jeden but i walizka pojechała.  z jednym butem w plecaku wracałem z tej Ameryki.  

Aha, miałem air tagi w walizkach. Nie polecam, stresujące. Jak wylądowaliśmy w Kopenhadze, to pokazało mi, że 1 walizka jest ponad 6 000 km ode mnie. Stresik. Ale po chwili wszystko wróciło do normy. W Waw miałem już 2 walizki i 2 air tagi (po 1 w walizce). Mała walizka była wsadzona w dużą. Także jak pokazało mi, że jedna jest przy mnie, a druga 686 km ode mnie, to się uspokoiłem. No bo jakim cudem? 

Wyjazd był ciekawy też kulinarnie. Codziennie inna kuchnia. Chińskie w China Town bardzo słabe. Hitem była dla mnie restauracja birmańska. Polecam  

wieczerynka

czyli rosyjska impreza.

Wczoraj, to znaczy w sobotę nastąpił powrót Różowego Królika.

Nie wiem czemu, ale zawsze chciałem taki kostium na Halloween. A jako, że w katoPolsce takich pogańskich świąt się nie obchodzi, to nie miałem okazji. 3 lata temu uczestniczyłem w tym święcie i byłem przerażony. Pisałem o tym. Dzieci biegające w opętaniu od drzwi do drzwi. Ale kostium sobie wtedy nabyłem.

W tym roku było jakoś na spokojnie. Przespałem 31 października. Ale wczoraj była impreza. Przebierana. Jako, że Ula lubi ostatnio wylegiwać się na sofie, a Tomek patrzy na nią, jak to robi, to sam poszedłem.

Dorina i Tolik podjechali po mnie.

Gospodarzami byli Lena i Pasza, czyli Kleopatra i Faraończyk. Dom ogromny, także miejsca było sporo na harce i szaleństwa. Wszyscy się przebrali. Ruslan za wampira, a jego żona Marina za … żonę Wampira. Vlad był … Vladem Palownikiem. Mnie urzekł najbardziej strój Kati – bawarka. To znaczy dziewczyna z Bawarii. Kasia przyszła z beczuszką piwa i była takim Oktober Festem. Jej Serioga było Robin Good’em. Niestety nie był gamaka, ani gamburgerów.

Okazało się, że Katia tak naprawdę była … żoną Robin Hood’a. Ale dla mnie była z Niemiec! Poza tym koleżanka ma zaraźliwy śmiech, opowiada rzeczy z pasją. Jest serdeczna, ciepła, otwarta i przyjacielska. Lubię z nią rozmawiać. Wczoraj pokazałem im trochę Wawy na zdjęciach i Katia rozpoznała w PKiN-ie swój … uniwersytet. Heh. Świat jest mały.

Towarzystwo rosyjskie zawsze mówi przy mnie po angielsku. A ich proszę o to, by zostali przy rosyjskim. Wczoraj pół godziny stałem z Seriogą-kościotrupem i gadaliśmy. Tolik dziś mi powiedział, że Serioga przyssał się do mnie i nawijał po rosyjsku. I właśnie Tolik chciał mi przyjść z pomocą i mnie uwolnić. Ale uświadomiłem go, że to było celowe, że z przyjemnością rozmawiałem.

Ok przerwa. Boarding time

Wpis powstał na lotnisku Newark. 3 listopada. Nigdy nie został dokończony…

 

a może by tak …

… zacząć śpiewać?

kochani mam lotki. Zakupiłem we dwóch tych loteryjach! Mega millions i mega ball. No nie wiem ile można wygrać, ale chyba miliony.

Pospacerowałem się dziś po Mieście i podobało mi się. Ostatnio skupiam się na ludziach, a nie na architekturze. Miasto już mnie tak nie porywa. Ale dzień był fajny.

Na koniec wpadłem, do Jalapenos Mexican Bar and Grill.

W szokum, bo poznali mnie. A ja ich. Jakaś pijana Nancy zaczęł mnie obłapywać. Ponoć odkryła parę dni wcześniej, że jest w 52% “Polkom”! No i zaczęła mi ręce całować i takie tam. Powiedziała, że się tu przeniosła z nadmorskiego New Jersey, bo się rozwodziła. Później zaczęła opowiadać o swojej girlfriend Mary.

I tu wkroczył Mark mówiąc:

– i remember you!

– i know! From last year.

– oh yeah, you’re that polish dude?

– you’re the realtor!

– yes

Pamiętałem Marka, bo rok temu siedział koło mnie i zagaił. Zapytał, czy ja z Polski jestem. A ja akurat przeglądałem polski internet. Okazało się, że Mark ma rodziców z Polski i polski znał. Rodzice zeszli i jego polski też. Na koniec powiedziałem do Marka „see ya next year”.

A dziś w Jalapenos karaoke. Już nawet kelnerka Ania nie była zdziwiona, jak jej powiedziałem „cześć Ania”. Sami swoi. Fajne miejsce. Każdy każdego zna. To tak jak u mnie na dzielni, w naszym lokalnym pubie.

Później przybiłem piątkę z właścicielem George’m.

Obok nas stał jakiś koleś. Mówię do Marka – wiesz co, on zamówił w ubiegłym roku to samo J

Karaoke pamiętam z opowieści Uli. Ponoć nawet niezłe głosy.

I tu niespodzianka. Połowa występów dramatyczna. Ale reszta super. Wyszła jakaś starsza pani i zaśpiewała ot tak, że buty mi spadły. Niby nic poważnego ale pani czuła co śpiewała. Następnie wyszedł taki sobie Romek i powiedział, że dziś ma 11. rocznicę ślubu. I przepięknie, od serca zaśpiewał ckliwe „Lady”.

Była jedna taka mała dziewczynka. Ale głos miała jak dzwon. A na koniec sam właściciel George zaśpwiewał jakieś country.

Podbiłem do niego, pogadałem jeszcze chwilę. Pamiętał mnie. To z jednej strony bardzo sympatyczne, a z drugiej świadczące o tym, że za bardzo dużo nowych klientów nie mają.

Tak mi się nie chce wracać!

już prawie czas

Eh, a tak ścichapęk włączyłem sobie Rolling Stones’ów – Let it Bleed (50th Anniversary Edition).

Nie wiem czemu w sumie ten klasyk? Fanem Stones’ów nie byłem, choć dwa razy ich nażywo widziałem. Mam z nimi fotę i mam ze dwa albumy. Wolałem ich od Bitelsów. Ale kiedyś kolega mi pożyczył całą dyskografię 4 z Liwerpulu i stwierdziełm, że wow, co za świetna muzyka. Faktycznie najlepszy band wszech czasów. Ale później jakoś nie dałem rady ich słuchać. Tkaże za bardzo szalonym fanem nie jestem jednych i drugich. Tylko coś mnie na sentymenty wzięło dziś i słucham tej rocznicowej edycji. Halloween może jaki, czy co?

Teksańska wyprawa się zakończyła. I była super!

Miałem super kompankę na dwa dni.

Ula pokazała mi Austin. Fajne miasto. Podobało mi się. Polecam. Capitol bardzo na plus, do koniecznego zobaczenia. Drugi największy w USA oraz … największy pod względem powierzchni. Eh, ci Amerykamnie. Wszystko musi być naj. A w Teksasie wszystko musi być największe. I jest.

Hotel miałem w ciekawej lokalizacji. Musiałem czekać na pokój prawie 2 godziny, więc wygooglowałem sobie restaurację na lunch. Od razu powiedziałem, że do Wendy’s nie zajdę. Jadłem tam 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Koryto żarcia! Znalazłem honduraski lokal z bardzo dobrymi opiniami. To lecę. Heh, to foodtruck! No mnic. Spoko, nie ma problemu. Szkoda tylko, że wieje nieziemsko. Pogoda w Teksasie była bardzo udana, oprócz … Austin. Wiało. I to gorzej niż w kieleckiem. Pani w „restauracji” ni hu hu po angielsku, ale dogadalim się po hiszpańsku i na migi. Smaczne było. I miało nawet wygląd.

Ula mnie zgarnęła z hotelu i pojechaliśmy „gulać się po gorodzie”. Festiwale były akurat – Austin Film Festival oraz Book Festival. Także życie było na ulicach. 6th ulica fajna, pełna knajp. Ponoć ulubione miejsce dla młodych. Ale poszliśmy sobie zjeść po kiełbasce do Banger’s na Rainey St. Ponoć fajne miejsce dla ciut starszych. Bo już nie tak jazgotliwie. I fakt, inaczej ale też bardzo ciekawie. Knajpy zrobione w domach. Jedna za drugą. Mnogo ludzi.

Następnego dnia ruszyliśmy do San Antonio. Miałem nadzieję, że Ula weźmie swoje czerwone Bi-motherf..g-Awesome-red-Em-Dablju. Ale nie. Nie pomyślała koleżanka, że ja mam dosyć kierowania i jeden dzień przerwy byłby zbawienny. Baby są jakieś dziwne. Na koniec podróży Ula powiedziała mi, że super, że ja wziąłem auto, bo jej się nie chciało kierować. Baby SĄ jakieś dziwne 😉

Żarcik oczywisty.

San Antonio rewelacja. River Walk i Alamo zrobiło na mnie wrażenie. I ta pogoda! Cieplutko. Choć myślałem, że Alamo to raczej New Mexico. Jak dobrze się pomylić. Na lunch wziąłem sobie 16 oz steka (t-bone). Pół kilo (prawie)! Jesssu. Ale porcja. Nauczyłem się podczas posiłku, że następnym razem 11-12 oz też da radę.

Stąłsi skończyli grać. Z nowości wybieram … Neila Young’a. O. Dawno pana nie słyszałem.

Wróciliśmy koło 19.00 do Leander. Cmok cmok z Ulą i pojechałem dalej. Ciężko się jeździe w nocy po Stanach, bo nic nie jest oświetlone za bardzo.

Aha, fajna chata koleżanki. Taka w stylu … teksańskim. Podobająca się była mnie.

Zatrzymałem się po godzinie w hotelu. American Best Value Inn w miejscowości … Świątynia/Temple. Myślałem, że pan recepcjonista Freddy ma niestarty ślad czyichś ust na szyi. Ale nie, to był tatuaż. Freddy dosyć osobliwy ale przyjacielski. Szybko mnie zameldował. Hotel nawet nawet. Nic nie przebije chyba tego syfu za 500 zł gdzieś tam na wschodnim wybrzeżu. Ostatnia noc mojego road trip z Kansas City. Brrrr.

Z samego rana rześki wpadłem do skansenu westernowego w Fort Worth. Faaaaajne! Yeehaw! Kowboje, rodeo, dziki zachód! Zjadłem rib-eye 12 oz. Pyszny! Ale jakieś garniry miał ubogie. Pokręciłem się po dzikim zachodzie i pojechałem do Dallas.

Miasto dziwne! Niby fajne, niby duże, niby takie nowoczesne, a ludzi nie ma. Na ulicach bezdomni albo kilku turystów. Dziwne uczucie. Hotel miałem dwa bloki od Downtown. Super wybór. 98$ za Marriott było dobrym wyborem. Najlepszy nocleg na sam koniec. W mieście obskoczyłem kilka najważniejszych punktów – JFK Memorial, niby jakiś super ekstra park, Downtown i inne. Zechciało mi się jeść i zobaczyłem na mapie, że mają Iron Mexican, czy jakoś tak. Ula zachwalała. To podążam. Ale w międzyczasie zobaczyłem Banh Mi na witrynie. Wietnamski szynk. Zaszedłem. Wziąłem prawie wszystko, bo było jeszcze happy hour. Pyszne, ale kanapek mogli by się uczyć od samego Fat Daddy’ego z Waw! IMHO!

O 4 z minutami wstałem i poleciałem na lotnisko.

Urodziny Uli (tej z NJ) bardzo udane. Ula z Tx ma za chwilę.

Także w New Jersey pocelebrowaliśmy 29 urodziny (ten sam rocznik jesteśmy). Pycha stół – owoce i napoje. I oczywiście tort (green tea with fruits). Jack’s fruit zrobił furorę. Byliśmy w sklepie obuwniczym i obok był koreański sklep. Mój ulubiony. Wszystkomający. Ula poprosiła kupić owoce. I urzekł mnie ten Jack’s fruit – chlebowiec różnolisty. Do picia zaproponowałem gościom Aperol Spritz. Właściwie to żeńska część piła. Lena, Marina, Katia i mama Uli. Co prawda Ruslan buchnął drinka swojej żonie i nie oddał już. Ale rosyjskie koleżanki bardzo sobie chwaliły. Nie znały tegoż napitku. Pocelebrowalim, pośpiewalim i już. Halloween nadeszło. Nie przebrałem się. Padłem jakoś wcześnie. Jutro 1 listopada i wypadałoby powoli się …

Już prawie czas…

 

 

 

 

teksańska masakra

gdzie ja byłem całe życie? Teksas jest suuuuper. Mogłem dziś skończyć marnie. Mój smok się rozpił. Wracałem sobie z parku do Austin i pomyślałem, że nie będę tankował w parku, bo drogo. Mijam pierwszą miejscowość – drożej niż w parku. Jadę dalej. No to jadę. I się zaczyna. Dodge żłopie jak opętany. Wiatr wieje nieziemski. To może dlatego zużycie spadło do poziomu 15 mil na galon? Patrzę na kalkulację – 120 mil na tym paliwie. Przede mną bezdroże. No dobra, to aż 200 km. A może tu to TYLKO 200? Panika. Co będzie jak się skończy paliwo? Nie ma zasięgu w telefonie. A jak noc nadejdzie? Nikt się nie zatrzyma pomóc. Rozdziobią mnie niedzwiedzie i tygrysy.

Właśnie. Dziś w parku podziwiałem środkową część i pojawiły się znaki odnośnie zachowania się przy spotkaniu czarnego misia lub tygryska. Hm. Żartów nie ma. Na szczęście ja nie spotkałem. A park mnie się bardzo spodobał. Ukryta stara droga. Tak się jedzie, że aż się kurzy. Kaniony, góry, ukryte kopalnie. Super. Na koniec zajechałem do miasta opuszczonego, czyli Terlingua Ghost Town. Miałem tam mieć hotel, ale opinie miał słabe i wybrałem ranczo. Hm. Ranczo miało tylko jedną zaletę – wygodne łóżko. Wszystko inne na minus – lokalizacja, warunki na ranczu, wyposażenie domku. No niby było wszystko ale jakieś takie po linii najmniejszego oporu. Zlew w łazience jest ale taki, że woda ledwo leci albo ciepłej wody żałują. Ale mieli basen, to się popluskałem.

A to wymarłe miasto super! Lokalsi są! Noszą kapelusze, buty kowbojskie i mówią jak w westernach. I wszystko na serio. Takie ich życie. Może jednak trzeba było tu mieć nocleg? Tylko chwila drogi do Parku. A z tego mojego to ho ho.

No nic. Było, minęło.

W międzyczasie znalazłem sklep z alkiem. Kupiłem małą whisky z Teksasu. Devils River Bourbon Whiskey. To chyba irlandzkie, a nie teksańskie? Już prawie miałem w ręku inną flaszkę z Teksasu, ale w ostatniej chwili zauważyłem „made in Canada”.  Pani za ladą zachwala mój wybór. No to sobie myślę, że chyba nie za dobrze. Przezornie później kupiłem colę. Warto było.

Po drodzę zatrzymałem się w sklepie Little Burro. Bardzo sympatyczny sklepik z fajną … toaletą. Jeden osiołek nawet beztrosko przeciął mi drogę. Ledwom za-(c)ham-ował. Tu kupiłem sobie colę w bardzo szczupłej butelce.

IMG_0738

No to sobie spanikowany jechałem w stronę Austin. Wiatr dmie, że aż strach i ja też zestrachany, że w polu szczerym stanę! Ale nie. Kalkulacja i zdrowy rozsądek wzięły górę.

Maciek, ale ty durny. Do najbliższej wioski ze 30 mil, a Ty masz paliwa na 97. Dojedziesz!

Jak to dobrze z kimś mądrym porozmawiać!

Wyszedłem na tankowanie i … o mój boże. Piździ nieziemsko! Kieleckie się może schować. Ale ok. Auto pełne, można ruszać.

Postanowiłem, że dziś wcześnie zjadę do hotelu, żeby w końcu odpocząć, wyspać się. Ale Teksas to nie New Jersey i Pennsylwania. Tam, to Lodging Area jedna za drugą. A tu? Jak na lekarstwo. Wściekły zatrzymałem się na poboczu, żeby sprawdzić hotele i tu zonk! Nie ma zasięgu. Ruszam i na rampie do autostrady … ta da! Ful zasięg. Jadę dalej. Picnic Area. Zjeżdżam… zero zasięgu. Noż idź ty na chuj i nogami wymachuj!

No Dobra. Miasto za 20 parę mil. Ozuna. Tam musi być życie. Udało mi się wygooglować jakiś zajazd. Nastawiam i jadę. Ale po drodze widzę jakiś szyld z nazwą nic mi niemówiącą. Pal to licho. Raz się żyje. Pan pokój ma za 74$. Wow. Tanio. Ciekawe co za standard. Pan miły bardzo i przyjacielski. Wchodzę do pokoju i … szok! Pięknie, czysto, ładnie, nowo! Zostawiłem bagaż i jadę jeść do lokalu, co pan proponuje. Teksas! W sali dla niepalących muza na żywo. Country, folk i takie tam. Ale jakoś życia nie ma. Siadam dla palących. Później się okaże, że ciuchy walą fajkami. Lalka wzięła jakieś 5$ za członkowstwo w klubie pijaków. Już raz to kiedyś widziałem. To nie knajpa, a prywatny lokal, więc muszę się zgodzić na picie i zapłacić wpisowe. Ok, no biggie. W lokalu kolesie w kapeluszach, w butach kowbojskich. Język angielski przeplatany z hiszpańskim. Nice!

Zjadłem szybko i wyszedłem.

A wiatr hula tak, że mam wrażenie, że mi drzwi do pokoju wyrwie. Eh ten Teksas!

teksański smok

Howdy Y’all!

Marzenia się spełniają. Trzeba tylko mocno chcieć.

Jak kończyłem studia, to chciałem być … księgowym. Na szczęście się nie udało. Może za słabo chciałem.

Teksas chciałem odwiedzić. Jakoś nie wychodziło. Do teraz.

Zaleciałem nawet sprawnie. Sprint nie miał tak strasznego opóźnienia jak potrafi mieć. Tylko 26 minut obsuwki.

Nie lubię wylatywać z Miasta. Bo to koszmar, bo niespodzianka, bo niewiadoma. Od wyjścia z domu na wsi, do dotarcia na LaGuardię minęło ciut ponad 2 godziny. To tak jakbym z Białegostoku wylatywał. Masakra. Już o JFK nie wspomnę. Miałem takie dwa razy, że z miejsca do samolotu wszedłem. A bałem się, że nie polecę. O ile za pierwszym razem chodziło o Charleston, więc byłby mały ból, jakbym nie poleciał, to za drugim już miałem stan przedzawałowy, bo jechałem na lot powrotny do domu.

Także jestem w Dallas i wybieram się do car rental. Po środku niczego jest to lotnisko, ta wypożyczalnia, to miasto.

Podbiłem w końcu do wypożyczalni Hertza. Już nauczyłem się od Piotrka G., że trzeba od razu na Złotego Członka lecieć, bo i tak nie pogonią, jeśli nim nie jesteś. A prawda jest taka, że oni wszystkim dają taki status, jak się człowiek zaloguje do ich programu. Takiż status i jamże miał. Ale nie robiłem rezerwacji przez apkę, bo ta bardzo ssała ostatnimi czasy. Wyłączała się. Dramat.

No to udaję głupiego, że jestem Złoty Członek ale się nie widzę na tablicy. Pan przygarnął. Czarny taki z akcentem z serii „lekki dramat”. Ale jakoś dogadalim się. Pan miły bardzo. Bardzo się przejmował, że system się wiesza, że wszystko długo trwa. A ja mu mówiem – ok, nie ma sprawy. Za piątym ok-ejem dorzuciłem, że przede mną tylko 9 godzin jazdy. A była prawie 18.00, czyli 6 pi em. W końcu pan mi dał pustą kartkę z numerem rezerwacji i mówi, że mam iść po auto. Zapytałem się go o umowę. Pan się podrapał po głowie, jak Pomysłowy Dobromir i dopisał na kartce magiczne słowo „incomplet”. Chyba to meksykańsku znaczy to samo co po angielsku „incomplete”. Coż, najwyraźniej pan w młodości nie wiedział, że skończy w Najwspanialszym Kraju Na Świecie i się na lekcjach angielskiego nie przykładał. Ależ nie bądźmy złośliwi i małostkowi. Najważniejsze to się dogadać. Zapytałem się na koniec, czy nie powinienem dostać od niego umowy. Pan powiedział, że przy wyjeździe pani mi da „complete”. I prawie wziął mnie za rękę i wyprowadził na parking i powiedział:

take any car you want

Myślałem, że jaja pan robi i dla żartu mówię:

For real? Any car? Even that pick-up?

Pan się zawahał na sekundkę i rzekł:

Yes, my friend. Go, open the door. See?

Pan mnie władował do auta. Drewno, skóra. Dodge RAM. Bestia.

Myślę sobie raz się żyje.

Jak jeździłem w ubiegłym tygodniu do Kansas City w Missouri, to Ula zapytała jak się Hiundaj Sonata sprawowała i ile palił. Powiedziałem jej, że prawie 34 mile na galon. Ponoć respect.

Mój Dodge żłopie jak smok – 16 mpg! Z torbami w tym Teksasie pójdę!

Aaaaa. Przejeżdżałem koło jednej rafinerii. Robi wrażenie.

Siedzę w aucie i nie wiem co mam zrobić. Nie ma drążka do zmiany biegów. Ale domyśliłem się, że pokrętłem się to wszystko robi. Podpiąłem telefon i ruszyłem, bo 9 godzin przede mną. Pokręciłem się po lotnisku przy Dallas jak Grzegorz Filipowski na lodzie i pomyślałem, że wrócę oddać tego smoka! Strach jechać. Wielkie bydle. Ale jakoś nie da się google map obsługiwać jak się samemu jedzie. Siri ogarnia tylko Maps, a te u mnie są wyłączone. No to pojechałem przed siebie.

Super auto! Jedyny minusik, który różni go od Sonaty, to to, że jak w Hjundaju się nastawia car play, to przycisk „mów” uruchamia Siri. A tu niestety jakaś obca baba się wtrąca. Także Siri trzeba uruchamiać z telefonu. A jak wiemy, w USA nie można dotykać telefonu podczas jazdy.

Także to jedyny minusik. Włączasz tempomat, to Dodge sam rozumie, że przed nim jest auto i zwlania. Włączasz długie światła, to Dodge widzi, że coś jedzie i przełącza na krótkie. Wajcha od kierunkowskazu jest też do wycieraczek. Chwile mi to zajęło. Fotel na różne strony się układa, przesuwa.

Po 22.30 stwierdziłem, że czas spać. Zajechałem do jakiejś miejscowości i bałem się jechać po niej. Na chwilę zatrzymałem się, żeby graty rozsypane w aucie pozbierać, bo latały za bardzo po podłodze i też się bardzo bałem. Miasto straszne. Wcześniej zatrzymałem się na małe siku, tankowanko przy okazji i jamu, bo ssało. Pogadałem sobie z obsługą – chłopiec i dziewczynka. Zainteresowani byli moim akcentem. Dziewczynka podjarała się akcją roadtrip. Też ponoć lubi. Ciekawe, czy autostop w Teksasie też jest nielegalny? Byle nie skończyło się to Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną.

Także Teksas mi się podoba! Marzenia się spełniają!

road trip

Jestem. Wróciłem. Przeżyłem.

Przejechałem 2 800 mil (4 500 km) w 5 dni. Za autostrady zapłaciłem … 1$. New Jersey to jednak dziwny stan.

Co przejechałem to moje. Amerykanie jeżdżą słabo.

Muszę wspomnieć o zwierzętach na drogach. Czasem takie całe sarenki leżały, jakby spały, jakby zdrzemnęły się na chwilę. A czasem pół sarenki leżało. Czasem rozmazane zwierzę na szosie było. No prawie co chwilę. Tego się najbardziej bałem – nie walnąć w nic wybiegającego z lasu. A drogi mają nieoświetlone. Najbardziej żal mi było chyba pancernika albo jeżozwierza.

Drinking and driving – very scary

To mój najulubieńszy przekaz z drogi.

Czy pojadę jeszcze kiedyś? Pewnie! Ale przelecę część stanów i zacznę road trip z Alabamy albo z Mississippi. Na pewno z NJ już nie wystartuję. Ale ciągnie mnie też do Monatny i Dakot. Pożyjemy, zobaczymy.

Hotele były od takich sobie, do koszmarów.

Jeśli ktoś pamięta filmy typu Urodzeni Mordercy, albo podobne filmy, w których główni bohaterowie chowają się w pokoju motelowym i kończą zaszlachtowani w wannie, albo cały pokój jest dziurawiony kulami, to właśnie wczoraj w takim byłem. Syf. A rano spotkałem karalucha idącego po ścianie. I pokój dla palących.

– czy ma pan wolne pokoje?

– tak. Dla palących.

– a nie dla palących?

– mam dla zwierząt ale myślę, że doceni pan bardziej pokój dla palących

– ok. Za ile?

– dla Ciebie mogę zrobić 109 plus podatek

– ok, biorę

To był drugi hotel w drodze do domu. W pierwszym też był tylko pokój dla palących. Ale nie wziąłem, bo wiedziałem, że będzie śmierdział. Za drugim razem wziąłem, bo byłem zmęczony i nie chciałem tak jeździć w kółko. Wylądowałbym pewnie i tak w palącym pokoju. No coż, tylko 500 zł za noc (125$).

Memphis i Nashville dziwne. Takie niby duże miasta ale przeciętne. Szału nie ma. Ale te pojedyncze uliczki robią robotę.

W Memphis pokręciłem się troszkę. Zaszedłem do Peabody Hotel. Czuć takie lata 20. ubiegłego wieku. Beale street to miejsce gdzie się dzieje wszystko. Bluegrass muzyka. Na ścianach i w oknach plakaty szalejącej Tiny Turner, Jerry’ego Lee Lewis’a. Fajnie! Czułem klimat tamtych czasów. Main street też ruchliwa i atrakcyjna ale już w nowoczesnym wymiarze. Ładna, zielona i z tramwajem po środku. Widok na Mississippi river fajny. W Sun Studio łza mi się zakręciłą i poczułem, jakbym się cofnął w czasie. Ten stolik, ta sofa skórzana. No duch Króla był odczuwalny!

Graceland! Domek Elvisa imponujący od frontu. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Król ukrywa się już od 42 lat. Ciekawostka. Data rzekomej śmierci Elvisa wypada w dniu 19-tych urodzin … Królowej Popu. Patrząc na basen i backyard z ogródka medytacji miałem ciarki na plecach. Ludzie ogólnie mili w okolicy. Ale jak przyjechałem wieczorem, to się przestraszyłem. Kompletna awaria światła. Przeszedłem się po dzielni coś wrzucić na ruszt. Mapy pokazywały coś w odległości 400 metrów w głąb ciemnej ulicy. Poszedłem, doszedłem, zawróciłem się, bo nie wszedłem. Jakieś czarne dzieci się patrzył na mnie dziwnie, plus ta niby „knajpa” to jakaś chamska jadłodalnia. Obok była smażalnia kurczaków. Na szczęście mieli krewetki.

– poproszę małe krewetki

– bejbi ale to tylko 8 sztuk – powiedziała młoda dziewoja z jedną ręką pod koszulką i z siatką na głowie

– Wiem. Nie jestem taki głodny. Czy mogę poprosić o coleslaw na boku?

– nie mamy żadnych dodatków. Frytki są

– nie, nie chcę frytek

– baby, fries go with shrimps

– ok, fine

Oprócz frytek były jeszcze dwie … kromki chleba tostowego. Ziemniak z chlebem. Po rusku!

Także Graceland mega na plus!

Nashville też w podobnym stylu. Podobna populacja. Ale jakoś zaczepiaczy więcej. Może zależy to od pory dnia. Obleciałem Muzeum Sław, Kapitol i poszedłem na Broadway. O mój Boże. Hałas tępy, bolą, bolą zęby – jak śpiewał kiedyś Lombard.

Knajpa na knajpie! Ludzi od groma w każdym lokalu. I na dodatek wszędzie muzyka na żywo. Łomot! Oczywiście country w Nashville rządzi!

Hitem w nawigacji był komunikat jak wyjechałem z Nashville:

Continue on I-81 north for … 850 km.

A najfajnieszą autostradą była droga numer 555. Ciekawe czy jest 666?

Tennessee polecam!

Mój nowy hit:

amerykańskie drogi

 

Slower traffic use right lanes, unless passing

No i tu zaczyna się opowieść rzeka! Ograniczenie do 55 mph i sunie się coś białego. Biorę z prawej i widzę czarne dziewczę z telefonem w łapie. I jedzie sobie 53 mph. I tak co chwilę, jakieś spowalniacze w swoich wehikułach podróżują sobie. A najlepiej jak truck wyprzedza trucka. Litości. Raz się uniosłem i zamigałem światłami w lusterka trucka. To z tyłu, chyba kolega, odzamigotał mi. Dumb truck drivers!

Rozmawiałem z kilkoma ludźmi stąd i każdy kiwa głową. Kolega z NJ, co go poznałem rok temu powiedział … Jak mam nie używać brzydkich słów, to kolega nic nie powiedział. Dramatycznie jeżdżą amerykanie.

I taka jedna amerykańska droga zawiozła mnie z Fair Lawn w New Jersey do Kansas City w Missouri. Droga długa ale fajna. Drugi raz nie pojadę tak daleko. Ale nie żałuję.

Kansas City fajne. Cieszę się, że odwiedziłem. Pochodziłem to tu i tam. Oprowadzał mnie kolega, który chyba z dziada pradziada tu mieszka. To znaczy dziadek jego z Włoch przyjechał w latach 20. ubiegłego wieku. Czyli raptem 2 i pół pokolenia. Pół? Bo jego syn wyjechał i gdzieś pomieszukje sobie kilka godzin drogi od KC.

Kansas City w Missouri graniczy z Kansas City w … Kansas (KCK). To w Missouri lepsze ponoć jest. Muszę chyba skoczyć za granicę i zaliczyć kolejny stan.

Miasto bardzo zadbane, czyste i … ciche! Budynki odnowione i są albo hotelami albo apartamentowacami. Lunch zjedliśmy w pysznym Jack Stack BBQ. Coż, moja dieta poszła się … w momencie kiedy wsiadłem do Dreamlinera na Okęciu. Oj detox będzie w Waw! Ponoć Kansas City słynie z BBQ i steków. Nowy Jork ponoć „ukradł” im te steki.

Wieczorem poszedłem sobie do włoskiej restauracji Anthony’s. Ponoć jakaś dobra knajpa z serii „oh i ah”. Skubnąłem i poprosiłem o rachunek mówiąc, że bez smaku i nie podobało mi się. Pan i tak wbił na rachunek. Napiwek? Zero procent. A i tak durny byłem, że to zamówiłem. Bo pan mi przyniósł ogromny talerz żarcia. A myślałem wcześniej, żeby zamówić przystawkę z krewetek na makaronie. Klient obok to zamówił i była to spora porcja. Bym się najadł. Cóż są wakacje, a podróże przecie kształcą!

Give yourself a hug and buckle up!

hit me baby one more time

To już … ponad 20 lat od wielkiego hitu Brytnej. Eh, czas leci!

Hejka. Jak niektóre ludzie wiedzą, wyleciałem sobie. Czas wakacji w końcu nastał.

Postanowiłem w końcu dać odpocząć Uli z New Jersey i odwiedzić Ulę z Teksasu.

Uważajcie czego sobie życzycie, bo się jeszcze może spełnić.

W piątek …

Aha. Oczywiście znowu mnie jakaś influenza naszła. Ale to chyba z Waw przywiozłem, bo ostatni weekend w Polsce był koszmarnie zimny.

W piątek zagrałem sobie w Power Ball. Ze 90 milionów tylko można było wygrać, ale co tam! 90 milionów piechotą nie chodzi! Napisałem do Uli z NJ, że w poniedziałek do pracy nie musi iść. I nie poszła. Smutna buzia. Nie będę wdawał się w szczegóły, ale wesoło nie było i nie jest.

Dodam, że nie wygraliśmy.

Nawet Ula z TX chciała się przypodobać i liczyła na jakąś działkę. A ja dobry i się zawsze dzielę. Także 0 podzielić na milion znajomych równa się … sami wiecie ile.

I w ogóle ten wyjazd jakiś taki zajęty. Porozrywany jestem. Za dużo znajomych w tej Ameryce.

I bardzo fajne mieliśmy spotkanie z Państwem G., które akurat powracało z Atlantic City (bez sukcesu). Pycha jedzenie w gruzińskim lokalu i później do białego rana gry i zabawy ogólnorozwojowe. Fajna ta chata Uli. Przytulna. Miło się pomieszkuje w niej.

14 mój wyjazd do USA miał stać pod znakiem road tripów. To znaczy taki miał być plan.

Skończy(ło) się na poleceniu do Teksasu. Ale w międzyczasie wymyśliłem, że pojadę autem do Kansas City. Bo zawsze chciałem.

To jestem w drodze. Powiem tak. 1950 km to jednak wyzwanie. Ale tanio. Bo wydałem na paliwo (na razie) tylko ich 50 pieniążków. PiSPolska jednak droga.

Dałbym radę za jednym razem dojechać, bo czas się zmienia po drodze. Ale chciałem zatrzymać się gdzieś, nie wiadomo gdzie na noc i popatrzyć na lokalsów. No to właśnie jestem i patrzę. Nie rozumiem Missouriańskiego. Babka coś mi w hotelu opowiada, a ja ani be, ani me. Dopiero moja zajebista inteligencja podpowiedziała mi, że pani (chyba) dała mi upust w hotelu. W knajpie to samo. Najpierw jakaś barmanka coś zagaduje, a później stary dziad przy barze. Starego dziada spławiłem szybko. Czyli nierozumienie jest pomocne! Ha!

Także jestem już w Missouri.

A po drodze? A fajnie. Poczytałem sobie. Bo lubię, bo w sumie dawno nie czytałem.

Hit a worker – 10 000$ or 14 years

Lubię takie życiowe opowieści. Na szczęście mnogo ich w Ameryce, bo lubią oni pisać, a nie piktogramy stawiać. Raz się w Waw zszokowałem, bo skręcawszy w Idzikowskiego z Sobieskiego natknąłem się na rząd tablic z zakazami i nakazami. Literami!!! No co za debil to wymyśla?

W stanach te napisy są jakieś … esencjonalne. Choć dziś wjeżdżając do Missouri przegapiłem jedno opowiadanie. Ale chyba coś o tym, że jak widzisz jakieś auta na sygnałach, to masz zjechać lub zmienić pas. HGW, za szybko prułem. No i przecie nie kumam po Mizuriańsku.

Aha, Indiana ssie! Słaby stan. Pada deszcz i korki. Jak pożegnałem Państwo na H, czyli Ohio, to władowałem się w korek. Na wyjeździe z Indiany, też korek! Słaby stan. I Mike Pence, wicePOTUS jest z Indiany. Eh, same nieszczęścia.

Ale dojechany jestem. Wszystko jest ok.

Nie mogę tylko nadziwić się, jak zacofana Ameryka jest pod względem bankowości. Ula z NJ w tym robi, to wie. A ja, jako konsument się dziwuję, bo już nawet nie ma co się denerwować. Choćby jakbym miał tylko jedną kartę, bo wesoło by nie było.

Chwalą się Amerykanie, że można zbliżeniowo i Apple Pay regulować płatności. Mhm, Apple pay my ass! Zbliżeniowo? Tap my ass! Ni chu chu. I co za czort z tymi zip codem?! Po kiego czorta, jak wpisuję swój polski i nie działa! Na zszczęście karta Chase niezaowdna i jak 5 innych nie zadziała, to wtedy wyjmuję amerykański plastik. Działa.

Dobra Kochani, lecę spać. Bo jakoś późno się zrobiło. Jutro Kansas City, a póżniej …

Ciiiiii

Może „I’m walking in Memphis”? A może ogólnie „Tennessee Whisky”? Się zobaczy. Wiem od dziś, że Indiana ssie!

 

PS. Byłem na wyrobach. Wyniki mnie dobiły. W naszej sali wyborczej, która była w kościele, jakiś stary dziad wrzucając kartkę zakrzyknął „Tylko PiS”. Ja odpowiedziałem:

Niech pan sobie głosuje, ale to ja muszę z nimi później żyć.

A może tak by nie wracać? Otumanił ten PiS to nasze społeczeństwo. W każdej grupie wiekowej. Strzaszne!

lax

Co za miłe lotnisko. Mam same dobre słowa. Zaskoczonym bardzo.

Hotel wybrany na tylko noc okazał się mniej fajny. Okolica lekko dziwna, więc auto zamykane i wszystko zeń zabierane. Nawet jak tankowałem i poszedłem do sklepu po herbatę, to walizkę brałem. Lepiej nie kusić losu. Poza tym lubię swojego laptopa.

Wstałem o 5 i podjechałem pod całodobowe pączki. Okazało się, że pół dzielni się też tu zjechało. No cóż. Na lotnisku też karmią.

Autostrada o 7 pasach zajęta cała. O 5.20 rano. Oj duża to aglomeracja. Ale na szczęście jechało się płynnie.

Wypożyczalnia o 5.57 rano jeszcze nie czynna, wiec po odnalezieniu miejsca parkingowego wrzuciłem kluczyki i od razu wsiadłem do shuttle bus.

American airlines jakieś nie są moje ulubione. Ale w przypadku lotów cena ma znaczenie, a nie linia. Dopiero przy podobnych cenach wybieram lot ze względu na linię.

Dostałem kartę pokładową wczoraj. Bez bramki. Ale to nic. Czasem się to zmienia. Także nic strasznego. Ale nie podali numeru terminala. I to już mi się mniej podoba. Ale to nie tylko AA tak robi. Delta też nie podała jak leciałem do Seattle. Tylko, że w przypadku AA wygooglowanie numeru terminala po symbolu lotu dało dobry rezultat. Pan w autobusie pytał wszystkich dokąd lecą i informował o numerze terminala. Mnie rzekł – terminal 4 lub 5. To “lub” spowodowało, że wygooglowałem mój numer lotu. Wyszło, że jednak terminal 7.

Wpadłem na lotnisko 6.20 bojąc się, że limit wpadania na port lotniczy w ostatniej chwili został wyczerpany. Poza tym kilka osób powiedziało, że jak mam lot o 9 rano, to lepiej być o 7. Także jestem jeszcze wcześniej, bo okazało się, że te pączki nie wypaliły i zaoszczędziłem czas.

Kontrola zajęła … 2 minuty. Eh. I teraz sobie siedzę ponad 2 godziny na LAX-ie.

7 rano. Na wschodnim wybrzeżu 10. W Polsce – 16. Czas szybko leci

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑