życie

pukając do piekieł bram

czyli mój kolejny pierwszy raz.

Dobry kebab piecze dwa razy – słyszałem ten bon mot często w żartach Słodkokwaśnej.

Dziś się przekonałem co to znaczy. Ale nie było to ani dobre, ani nie był to kebab.

Umówiwszy się wczoraj na spotkanie we włoskiej knajpie. W związku z tym, że w Boże Ciało też byłem w podobnej jadłodajni, to nie chciałem brać znowu pizzy.

– to jest bardzo pikantne – słyszę z lewej strony, kiedy wspominam, że może makaron bym wziął

– tak, nasz znajomy kiedyś to wziął i nie zjadł – słyszę z prawej

– hm, to może wezmę i zobaczymy – pomyślałem sobie – pikantne-srantne

Przychodzi dziewczynka po zamówienie. Mówię, na co się zdecydowałem i oddaję kartę.

– a z jakim makaronem? – pyta kelnerka

– spaghetti może nie, ale tagliatelle? – decyduję się w tonie pytającym.

– dobrze. Ale wie pan, że …

– to danie jest bardzo pikantne? Tak, wiem – ucinam wypowiedź

Razgawor trwa. Piwo na stole. Inne mają wino, wody, kawy i takie tam.

W końcu jest! Talerz zdaje się witać ze mną będąc położonym przede mną.

Hm, paćka jakaś. Makaron w sosie czerwonym. Ale jem i o jeżu! Pikantne do nieskończoności!

Powiem tak. Sztuką jest wyostrzyć danie tak, żeby podkreślało albo przynajmniej zostawiało smaki dania. Nie sztuką jest napieprzyć sosu tak, że mordę pali. Bramy piekieł chyba widziałem, bo ognie piekielne już buchały w paszczy. Cholera, nie zjem tego – płaczę w myślach.

Jak na złość wszystkie oczy na mnie – i jak? Smakuje? Ostre? – słyszę zewsząd. Głos znajomych słyszę jakby zza światów. Czyżbym był już w tym piekle?

– Noooo, pikantne jest – mówię

– a nie mówiliśmy – słyszę wtór chóru anielskiego

– no, pikantne. Nawalone sosu i już. Nie czuć nic innego – kończę opis dania

Stwierdziłem, że będę jadł powoli. Zacząłem przysłuchiwać się dyskusjom, mądrze kiwałem głową. Czasem coś wtrąciłem. Jakbym żywo zainteresowany był. A tak naprawdę szukałem kelnerki, żeby ją poprosić albo o KIELISZEK WÓDKI, albo o ŁYŻKĘ ŚMIETANY, co by to cholerstwo załagodzić lub uśnieżyć. A może i uśmierzyć? Jeden pies. Każdy zabieg byłby zbawienny.

Zapamiętałem jednak, że z alkoholi w karcie widziałem tylko wino, piwo i aperol. A o śmietanę to wstyd prosić. Co ja jestem? Dziecko, że nie zjem dania? No to jem i popijam wszystko zimnym piwem, co oczywiście powoduje, że ogień piekielny rozpływa się po całej mej paszczy.

Siedzę więc twardo. Łzy płyną, pot się leje, ale jem. Po malutku, Więcej nawijam makaronu na widelec, niż jem. Rozmawiam, przytakuję i skubie mój dań. No nawalili tego Mad Dog sosu zdrowo. Nie żałowali. Na szczęście danie stało się bardziej zjadliwe, kiedy ciut ostygło. Widziałem światełko w tunelu. Im zimniejsze, tym bardziej wchodziło. Uffff, zjadłem. Ust nie czułem do końca spotkania.

Zapomniałem o tym kulinarnym nieporozumieniu do dziś rana. O jeżu. Takie niedobre jedzenie, a cholera paliło … z pięć razy.

Unikać proszę sosu Mad Dog (w dużych ilościach).

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.